Pokłony dla Himitsu, która zbetowała poniższy rozdział.

Dziękuję komentującym za wyrażenie swojej opinii na temat poprzedniego rozdziału, bardzo przyjemnie się je wszystkie czytało i jakkolwiek być może trudno w to uwierzyć, naprawdę podniosły mnie one na duchu i zachęciły do tego, by w jakiś kreatywny sposób zagospodarować wolnym czasem ;).

Cookies. Alice, Luna chyba powiedziała Tomowi coś, co wszyscy chcieli mu powiedzieć - i do tego wyszła z tego żywa! ;) Ale masz rację, i tak lepiej zachować to przed nim w tajemnicy ;). I odpowiadając na pytanie (zastanawiam się, czy powinnam, ale co tam, raz się żyje! :)) - tak, to nasz kochany Cygnus, wykonując rozkaz pewnego Czarnego Pana, wysłał Harry'emu Obręcz... Ale powiem, że masz rację co do ciszy przed burzą, chociaż o tej burzy nic nie chcę mówić, bo rozpocznie się już trochę w następnym rozdziale... I zgadzam się co do Hermiony - tak, mnie też w tym rozdziale strasznie irytowała, chociaż lubię tą postać... Evolution, masz całkowitą rację co do Luny! :) I tak, Harry porusza ten temat od kilku rozdziałów (z jakiegoś powodu...), ale nie wypowiem się na ten temat, nie, nie, nie, siłą mnie nie zmusicie ;). Myślę, że obaj zdolni są do stworzenia takiego związku właśnie dlatego, że mają mniej więcej wspólne dzieciństwo. No i żaden go, w pierwszej kolejności, w ogóle stworzyć nie zamierzał... ;). Nie będę, pozwól, analizowała genezy ich rozmów o uczuciach, bo myślę, że jest to coś, co naprawdę trzeba absolutnie samemu przemyśleć, że nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi, a składa się na to szereg różnych czynników :). Myślę, że Tom bardziej otwarcie mówi o uczuciach - oczywiście tylko Harry'emu - bo nie jest do nich przystosowany, są dla niego czymś dziwnym i go nieco przytłaczają. No i jest kimś bezprecedensowym ;). Harry natomiast, mimo wszystko, przywykł do uczuć, nie są one dla niego czymś dziwnym, przez co może ich w pewnym sensie... nie zauważać. No i jest nieco bardziej gruboskórny ;). Harry nigdy sobie dobrze nie radził z okazywaniem uczuć - przytulająca go pani Weasley, na przykład. Autorka miała kilka motywów, kiedy pisała kłótnię między Tomem a Hermioną, ale z całą pewnością jednym z nich było, jak powiedziałaś, ukazanie niezwykłości Hermiony i tego, że jest ona mniej więcej równa Tomowi. Ale Tom jeszcze sobie z naszą Gryfonką poradzi, obiecuję ;). I tak, Obręcz jest prezentem od Voldemorta (trochę o niej napisałam niżej ;)). I doskonale wiem, co to za uczucie, pamiętam, jak kiedyś miałam dokładnie taką samą sytuację - a moja pamięć, szczególnie do wspomnień, nie należy do jakiejś nadzwyczajnej, tak więc sam fakt, że coś takiego zapamiętałam już coś znaczy. I naprawdę nie zazdroszczę tego, że tak bezczelnie zachowały się pisane przez ciebie słowa, znikając ;).Mangha, Harry czasami jednak jest jeszcze Gryfonem, trzeba mu to wybaczyć ;). Chociaż rozbawiła mnie wzmianka o "stałej czujności" :). I rozumiem twoją potrzebę kursyw i pogrubień - sama nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie miała takiej możliwości podczas odpisywania czy wstawiania rozdziału... I dobrze zgadujesz mówiąc, że Obręcz to prezent od Voldemorta :). Co do samej Obręczy, to napisałam o niej nieco trochę niżej :). I masz rację co do tego, że Cygnus ufa temu, co mówi mu Voldemort - nie zastanawia nad tym, co ten każe mu zrobić, po prostu to robi... Myślę, że nie nadinterpretowujesz (czy taka odmiana tego słowa w ogóle jest poprawna?). W końcu, kiedy ma się do czynienia z Tomem, to najważniejsze są właśnie te szczegóły ;). Cieszę się, że podobała ci się kłótnia Toma i Hermiony - kilka kłótni jeszcze będzie, chociaż nie powiem, kto będzie w nich górą :). Nie wiedziałam, że ćwiczy się na postaciach fikcyjnych, chociaż zgodzę się z tobą co do tego, że analizowanie Toma i Luny mogłoby być bardzo interesujące - i jestem ciekawa, do czego by doszli i czy analiza tych postaci zrobiona przez ekspertów byłaby podobna do mojej ;). Rozumiem potrzebę zerknięcia na początek kolejnego rozdziału, ale mam nadzieję, że nie zepsuje ci to niespodzianki podczas dzisiejszego czytania ;).

Na koniec chciałam powiedzieć kilka słów na temat obręczy Monachijskiej i tego, dlaczego uważam ją za genialną (postaram się też zarazem nie zdradzić zbyt wiele z tego, co zdarzy się dalszych rozdziałach). Myślę, że zacząć należy od przypomnienia faktu, iż Tom jest przekonany, że Harry nigdy nie zgodzi się na jego plan, jeśli będzie go znał. Ale zarazem jest niezwykle skupiony na tym, aby ten plan zrealizować. A Harry ma umiejętność dowiadywania się o postępkach Toma - wcześniej przy później. Możliwość zobliviatowania Harry'ego mogła się przydać Tomowi w wielu aspektach jego planu: na wypadek, gdyby Harry dowiedział się o nim wcześniej i na wypadek, gdyby nie potrafił poradzić sobie z jego konsekwencjami (bo Tom, oczywiście, zakłada zrealizowanie swojego planu). Do tego nigdy nie wiadomo, co się wydarzy i być może coś, co zrobi Tom sprawi, że Harry zacznie się od niego oddalać. I taki właśnie jest cel Voldemorta - skłócenie ich ze sobą, zniszczenie lub przynajmniej utrudnienie planu Toma, sprawienie, że nic nie będzie go powstrzymywało od stania się Voldemortem. Voldemort dając Harry'emu Obręcz Monachijską zniszczył bardzo dużą broń Toma - możliwość manipulowania Harrym. Teraz wszystko, co zrobi Tom będzie miało swoje konsekwencje i nie będzie on ich mógł ani trochę zmienić. :) Brak możliwości usunięcia wspomnień sprawia, że są bardziej równi, tak więc Harry może z nieco większą łatwością sabotażować plany Toma, który jest dla Voldemorta przeciwnikiem w realizacji jego planu.

Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba. :)


Ulubieniec Losu

Rozdział sto piętnasty

Harry w absolutnym zdumieniu wpatrywał się w nią przez chwilę.

- Kim jest Sauron? – zapytał Tom.

- Czarnym Panem, który zyskał sławę w 1954. Tak samo jak ty, posiadał magiczny pierścień, który w pewnym sensie sprawiał, iż był nieśmiertelny.

Palce Toma zacisnęły się ochronnie wokół wspomnianego pierścienia, a jego oczy zmrużyły się.

- Gdyby istniał wtedy inny Mroczny Lord, zwany Sauronem, wiedziałbym o tym – powiedział chłodno, sprawiając wrażenie na tyle poruszonego swoją nieświadomością, że ktoś, kto znał go nadzwyczaj dobrze, byłby w stanie zauważyć to pomimo maski nonszalancji, jaką na siebie nałożył. Był bardzo poruszony.

- On nie jest prawdziwym Czarnym Panem – wtrącił cicho Harry. – Luna…

- Co masz na myśli mówiąc, że nie jest prawdziwym Czarnym Panem? – Luna zmarszczyła brwi, po czym wyraz zrozumienia pojawił się na jej twarzy. – Wiem, że nie miał puchatego, białego kotka, ale nieładnie jest mówić, iż nie był z tego powodu prawdziwy. Wciąż miał sługi i armię.

Tom otworzył usta, aby się odezwać.

- Wytłumaczę ci o co chodzi z Sauronem później, Tom – powiedział szybko Harry. – Luna, oprócz tego od Saurona, znasz może jakieś inne magiczne pierścienie? Wspomniałaś o tym należącym do Toma… co jest w nim specjalnego?

Młody Czarny Pan gwałtownie otrząsnął się ze wszelkiego roztargnienia wywołanego określeniem „Sauron", a jego oczy rozbłysły, kiedy usłyszał ten ciąg pytań.

Dłonie przycisnęły się do jego uszu, paznokcie wbijały się w jego czaszkę w nieustępliwym uścisku, ciągnąc go, aby wstał z fotela. Wyszarpał swoją głowę, zanim uścisk mógłby się wzmocnić, umykając za stolik, kiedy Riddle rzucił się na niego.

- Luna…? – zachęcił ją, uważając na to, aby nie spuszczać ze wzroku dziedzica Slytherina.

Małymi kroczkami ponownie okrążył stół, podczas gdy Tom podążył za nim z postawą ciała przerażająco przypominającą drapieżnika, z różdżką w ręku.

- Jest w nim bardzo dużo Czarnej Magii, ale poza tym nie ma w nim niczego specjalnego – oznajmiła Luna.

Harry odetchnął cicho, ale nie ustąpił… w końcu Tom wydawał się myśleć, że coś było w tym pierścieniu, a więc musiało tak być, no chyba, że cała ta sprawa była kolejną rzeczą, która miała na celu odwrócenie jego uwagi, a tak nie mogło być.

- Oczywiście, jeśli Tom ofiarowałby go komuś po tym, jak klęknąłby na jedno kolano, stałby się on bardziej magiczny – stwierdziła Luna, pochylając głowę. – Planuje to zrobić?

- Nie sądzę – oparł Harry, jeszcze raz odskakując poza zasięg rąk młodego Czarnego Pana.

Tom miał bardzo niebezpieczny wyraz twarzy i to tylko utwierdziło Harry'ego w jego przekonaniu.

- Pierścień musi coś w sobie mieć – upierał się. Luna ucichła na chwilę.

- Cóż, sam pierścień nie jest niczym niezwykłym, ale myślę, że mógłbyś być zainteresowany Kamieniem Wskrzeszenia… - Głowa Harry'ego odwróciła się, spoglądając na blondynkę.

- Kamieniem Ws… do cholery! – Sekundę zbyt późno zrozumiał, że popełnił ogromny błąd choćby na chwilę uwalniając Toma spod swojego bacznego spojrzenia.

Odwrócił się, kiedy tylko cisowa różdżka przycisnęła się do żyły szyjnej i jego różdżka skierowana została na serce Toma. Luna przyglądała się im, niewzruszona tym wszystkim.

A w następnej sekundzie szalejąca z oburzenia Madame Prince wyrzuciła ich z biblioteki.

- To jest biblioteka!

- Przepraszam, ale naprawdę muszę…

- Co oznacza, że ma być w niej cisza i spokój dla tych, którzy chcą się uczyć!

- Wiem, ale…

- WYNOCHA!

Drzwi zatrzasnęły się za nimi.

- To było zabawne. – Luna uśmiechnęła się. – Nigdy wcześniej nie zostałam wyrzucona z biblioteki.

Harry został pociągnięty w głąb korytarza, zanim miałby szansę jej odpowiedzieć.


Rose Zeller, pierwszoroczna Puchonka, zamarła w bezruchu, kiedy dwie postaci zajęły miejsce przy oknie znajdującym się blisko jej kryjówki.

Harry Potter i Tom Riddle. Tak blisko, że gdyby zrobiła kilka kroków, byłaby w stanie ich dotknąć!

I, och, obaj wyglądali na trochę zdenerwowanych.

Mogłaby uciec, nie dając im szansy na złapanie jej na przypadkowym podsłuchiwaniu, ale jej ciało zostało całkowicie zamrożone z powodu fascynacji i strachu.

Próbowała uspokoić swój oddech, irracjonalnie bojąc się, że jakimś cudem będą w stanie usłyszeć szalone bicie jej serca.

- Czym jest Kamień Wskrzeszenia, Tom? – domagał się Harry, jego spojrzenie było przenikliwe.

- Zdejmij Obręcz Monachijską, a ci powiem – oparł słodko chłopak. Oczy Pottera zmrużyły się, a ramiona skrzyżowały na klatce piersiowej.

- Powiedz mi – upierał się. – Wiesz, że i tak się tego dowiem. Przeciągasz nieuniknione. Powiedz mi… co planujesz?

Dziedzic Slytherina milczał, odwzajemniając jego spojrzenie. Rose była zdumiona, że ziemia nie zaczęła jeszcze trząść się z powodu tego magicznego pojedynku.

Nie była zbyt długo w magicznym świecie i niewiele o nim wiedziała – pomimo tego, że była nawet dobra na zajęciach, chociaż zmagała się z Transmutacją – ale mogła stwierdzić, że obaj byli potężni.

Nigdy nie rozmawiała z żadnym z nich, była tylko pierwszoroczną, a oni byli Harrym Potterem i Tomem Riddle'em, wszyscy ich znali. Ale słyszała plotki, tak wiele plotek, które krążyły wokół nich jak świetliki, oświetlając ich postaci, chociaż nie zawsze bez nieporozumień czy nie zawsze będąc chociaż trochę blisko prawdy.

Obaj upierali się, że nie są parą… nawet, jeśli wydawali się nią być…

Ta rozmowa brzmiała na bardzo prywatną.

Nie powinna słuchać; ale gdyby przestała teraz słuchać i odeszła, po prostu wiedziała, że usłyszeliby ją i wiedzieliby, iż na początku ich podsłuchiwała.

Byliby źli? To był wypadek!

I o co chodziło z tymi wszystkimi planami?

Między tą dwójką wciąż panowała cisza, gęsta z napięcia i nierozwiązanych spraw, aż w końcu Harry złamał ją ponownie, nie przenosząc swojej uwagi z drugiego chłopca.

- Kamień Wskrzeszenia, jak mniemam, przyzywa lub wskrzesza zmarłych… ich dusze, nie ich ciało, gdyby chodziło o ciało, mógłbyś użyć po prostu Zaklęcia Inferiusa. Kogo zamierzasz wskrzesić, swojego ojca? Chyba, że… - Tutaj Harry zatrzymał się, najwyraźniej myśląc na głos i Riddle wydawał się zwrócić uwagę na ten proces myślowy, chociaż nie potwierdził ani nie zaprzeczył jego prawidłowości. – Badałeś moje reakcje na twój plan i mówiłeś o rozpoczęciu wszystkiego od nowa… co sprawia, że zaczynam zastanawiać się czy nie planujesz przypadkiem wskrzesić mojej duszy, ale to byłoby absurdalne, skoro nie jestem martwy.

- W rzeczy samej – mruknął Tom. – To byłoby absurdalne, prawda? Pierścień należy do mojej rodziny. Czy kiedykolwiek rozważałeś, że to właśnie to może być powodem, dla którego tak szczególnie jestem nim zainteresowany?

- Tak samo było z Medalionem – odparł Harry, a jego palce przebiegły po złotym łańcuchu, który znikał pod jego koszulą. – A jednak słabo sprzeciwiałeś się temu, bym go zatrzymał.

- Nie możesz skończyć układać puzzli, kiedy posiadasz tylko jeden ich kawałek – stwierdził Riddle. – To wtedy, kiedy zbierzesz ich więcej do swojej kolekcji, staną się one problemem, i oto dlaczego chcę trzymać pierścień z dala od ciebie.

Harry milczał przez chwilę, wydając się to rozważać i wyglądało na to, że nawiązanie do kawałków miało więcej sensu dla niego niż dla niej.

Może to był kod? Jej oczy zaświeciły. Zawsze uwielbiała tajemnice.

- To ma sens – przyznał.

- Większość moich działań ma – odparł sucho Riddle. – W przeciwieństwie do ciebie, jestem rozumnym stworzeniem, nie emocjonalnym wrakiem.

- To ma sens – powiedział Harry mocniejszym głosem, z nutką odrzucenia wypowiedzianych chwilę wcześniej przez jego towarzysza słów, i obaj pochylili się bliżej siebie, jak gdyby wzajemnie się przyciągali. – Jeśli nie bierze się pod uwagę faktu, że próbowałeś powstrzymać mnie przed usłyszeniem tej rozmowy. Jeśli zależałoby ci na nim tylko dlatego, że pierścień jest… - Tutaj rozbrzmiało nieuchwytne syknięcie, wężomowa! - …wtedy nie robiłoby ci różnicy to, czy wiem o jego wskrzesieniowatych właściwościach.

- Nie istnieje takie słowo jak „wskrzesieniowate" – odpowiedział stanowczo Tom, ale Harry wydawał się wziąć to za „tak", potwierdzające jego teorię albo cokolwiek tam innego, że miał rację, ponieważ się uśmiechnął.

Uśmieszek zniknął szybko, robiąc miejsce powadze.

- Dlaczego czujesz potrzebę wskrzeszenia mnie, Tom?


Harry wpatrywał się w stojącą przed nim postać, czując niepokój ściskający jego żołądek, instynkty kłębiące się i ostrzegające przed miejscami, do których nie chciał iść, podobnie jak wtedy, kiedy Tom wypytywał go o Alternatywne Wszechświaty.

Tom przez chwilę nic nie mówił, przyglądając mu się z dziwnym wyrazem twarzy, mrocznym błyskiem w oczach.

- Mieliśmy umowę na temat tego, że jeśli uda ci się zabrać mi pierścień, pozwolę ci go zatrzymać… Teraz dodamy kolejny warunek do tej gry… jeśli uda mi się zdobyć twoją Obręcz Monachijską, będę mógł ją sobie zatrzymać.

- Rzuciłbyś na mnie Obliviate – stwierdził Harry z zaledwie bardzo małym oskarżeniem w głosie. Oskarżenia niczego nie zmieniały, to wydawał się być po prostu fakt.

- Natychmiast i bez pytania – mruknął Riddle z tym swoim podobnym do rekina uśmieszkiem na ustach, podchodząc bliżej niego, sprawiając, że czuł jego oddech na swoim uchu. – Jesteś zbyt dobry w sabotażu, skarbie.

Harry poczuł dłoń na swojej dłoni i automatycznie odwzajemnił uścisk. Gdyby ktokolwiek im się przyglądał, wydawałoby mu się, że trzymają się za ręce i, być może, to robili, ale wcale nie było to takie słodkie i puchate.

Ich uścisk był plątaniną chęci i obsesyjnego pragnienia walki, ich palce toczyły kolejną walkę o dominację. Gdyby je teraz puścił, palce Toma zacisnęłyby się na obręczy, gotowe do tego, by ją zdjąć, natomiast jego trzymałyby pierścień.

Znaleźliby się w sytuacji patowej.

Tom spokojnie napotkał jego spojrzenie, jak gdyby cała ta szarpanina albo wojna nie miała miejsca. Gdyby chłopiec zdobył jego obręcz, mógłby stracić wszystko.

- Wskrzeszenie mnie nie zatrzyma mnie na tym świecie, gdybym umarł – powiedział Harry, starając się myśleć jak Tom. – Tak więc jest to dość tandetne zapobiegnięcie mojej śmierci, jeśli to taki jest twój zamiar. Z całą pewnością nie za bardzo podoba ci się też ograniczenie związane z tym, że musiałbyś polegać na pierścieniu, aby mnie tu zatrzymać. Musisz przywiązać moją duszę do tego świata i jedyna magia, która… - urwał, jego oczy rozszerzyły się, a plecy wyprostowały szybko, uderzając o ścianę. Chodziło o horkruksy.

Horkruksy przywiązywały duszę do świata.

- Masz rację – powiedział mocno, próbując powstrzymać swoje szalejące emocje. – W ogóle mi się to nie podoba. Nie chcę żadnego, są podłe, a ty jesteś draniem, skoro w ogóle rozważasz zrobienie mi jednego! Lubię moją duszę w stanie nienaruszonym, wielkie dzięki.

Uchwyt na jego dłoni wzmocnił się, prawie zgniatając mu kości.

- Tak więc daj mi swoją Obręcz Monachijską, a nie będziesz musiał niepotrzebnie zaprzątać sobie tym głowy – oświadczył płynnie Tom.

- Zaklęcie Inferiusa odrodzi moje ciało – kontynuował Harry, czując mdłości, ignorując słowa Riddle'a. – Kamień – duszę, a… - Horkruks. - … to powiąże wszystko z tym światem. Ja... Tom… Nie. Nie zgadzam się na to. To… to nie jest dobre. Człowiek nie powinien mieszać się w sprawy Śmierci.

- Jestem całkowicie świadomy twojej opinii na ten temat – odparł Tom na skraju irytacji. – Po prostu mam ją gdzieś. Spójrz na mnie jedynie jako na dobrego przyjaciela, który ratuje cię od autodestrukcji.

- Jesteś strasznie przekonany co do tego, że umrę, a w tej chwili moja śmierć nie powinna zaprzątać większości twoich myśli, skoro zapomnienie wydaje się bardziej prawdopodobne. Mówiłeś, że masz plan, który rozwiąże tą całą sprawę z czasem albo przynajmniej myślałem, że taki właśnie twój plan był…? Powiedziałeś, że się nie poddałeś… Chyba, że… – Harry ponownie spróbował się cofnąć, jak gdyby dodatkowa przestrzeń była w stanie sprawić, że jego umysł był bardziej spójny (co było całkiem możliwe). – Chyba, że w jakiś sposób perspektywa zapomnienia równa się śmierci i ja… - To było miejsce, w którym urwał się jego proces myślowy.

I co wtedy? Czy mogło to działać jako sposób powstrzymania go przed zapomnieniem, ale w nowym świecie… albo raczej przeszłości?

Nie wiedział.

W jego umyśle pojawiła się dezorientacja, nieustanna niepewność.

Palce ścisnęły jego, niemal uspokajająco.

Opuścił wzrok na Znak na swoim ramieniu, mdłości ścisnęły jego brzuch. Ile był on w stanie znieść? Jak szerokie mogło być to połączenie? Przełknął ślinę.

Co mogło spowodować jego śmierć albo, jeśli uścisk w jego brzuchu miał racje, zapomnienie?

Zmiana przeszłości. Tom twierdził, że nie podda się i nie stanie Voldemortem… a więc, mógł zmienić przeszłość… i to… zaklęcie, czy czymkolwiek tam było, co mogło zrobić?

Związać go z Tomem tak, aby przeżył, podczas gdy reszta jego świata tego nie zrobi? Związać z ziemią jego dusze poprzez skórę, magię Toma.

Wszystkie jego mięśnie napięły się.

To brzmiało absurdalnie… całkowicie absurdalnie… Tom nie mógł myśleć, że to będzie działać, prawda? Jak mógł zmieścić się z tym w czasie… chyba że już nad tym pracował, i to od jakiegoś czasu.

- Powiedziałeś mi, że mamy czas do końca roku – stwierdził, nie patrząc na niego – ale nie zamierzasz pracować do tego wyznaczonego końca czasu, prawda? Niech cię cholera, zamierzasz?

- Nie – przyznał spokojnie Tom. – Nie zamierzam.

- W takim razie dlaczego przeciągasz powrót… chyba że… - Spojrzał na ich splecione dłonie, pierścień na palcu Toma. – Ty nie masz… albo raczej nie miałeś wszystkich kawałków… i wciąż musisz stworzyć swoje zaklęcie, swoje, bez wątpienia, straszliwie skomplikowane zaklęcie. – Przedziwne uczucie ulgi ogrzało jak świeca jego klatkę piersiową. Wybuchnął histerycznym śmiechem. – Nie jesteś jeszcze gotowy.

- Dobrze wiedzieć, że cię to bawi – powiedział niebezpiecznie Tom – ponieważ moje bez wątpienia straszliwie skomplikowane zaklęcie wciąż może być gotowe, zanim będziesz w stanie zdobyć wszystkie elementy potrzebne do realizacji twojego planu.

Wszelki śmiech i rozbawienie zniknęły gwałtownie na to przypomnienie, zastąpione przez straszliwe uczucie.

- Zdejmij ograniczenia – poprosił rozpaczliwie, ściskając mocno dłoń i ramię Toma. – To nie jest gra.

- Nie, nie jest – odpowiedział cicho dziedzic Slytherina. – Mówiłem ci, że będziemy grać jako sobie równi, a w tej chwili, jak sam to elokwentnie ująłeś, nie gramy. – Jego wściekłość wzrosła, a palce ich prawych rąk pozostały złączone razem w bitwie o obręcz i pierścień, kiedy Tom szybko kontynuował. – Powiedziałem, że będziesz w stanie dotrzymać mi kroku, że jesteś mi równy – jedyny, który jest mi równy – więc co do diabła sprawia, że myślisz, iż dam ci szansę na pokonanie mnie, kiedy stawka jest tak wysoka?

- Zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie wybaczę ci, jeśli zmusisz mnie do tego, bym zrealizował ten plan, tak samo jak wiele innych spornych rzeczy, prawda?

Tom roześmiał się straszliwym, zimnym śmiechem, zabarwionym gorzkim smutkiem.

- Nie obchodzi mnie czy mi to wybaczysz, czy nie. Wolę mieć cię żywego i walczącego ze mną na każdym kroku, niż martwego i nudnego.

Harry gwałtownie wciągnął powietrze na jego słowa.

- A jeśli przestanę z tobą walczyć… - zaczął.

- Proszę bardzo, zrób to. – Uśmiech Toma był zabójczy. – To znacznie ułatwi moją pracę… a potem, kiedy wygram, co zrobię na pewno, naprawdę chcesz zobaczyć, do czego mogę się posunąć, aby uzyskać od ciebie jakąś reakcję? Och, moglibyśmy się trochę zabawić.

Harry spojrzał na niego z niedowierzaniem. Czy to jakiś żart?

- Powstrzymam cię – obiecał.

- Nie zrobisz tego.

Pewność w głosie Toma zmroziła mu krew w żyłach.