Betowała fenomenalna Himitsu - dziękuję!
Elva, to się cieszę, że akurat tak w twoje urodziny udało mi się trafić :). Tłumaczeniowy wen się przyda, wytrwałość również... Mangha, nic nie szkodzi, cieszę się, że teraz piszesz :). Ja osobiście poniedziałki nawet lubię - gorzej z resztą tygodnia... Rozumiem, że takie fragmenty się trudno komentuje, myślę, że sama również miałabym z tym problem... Myślę, że dość dobrze oceniłaś reakcje Harry'ego w obu przypadkach. No i Toma, bo jest to coś, co ten mógłby zrobić - mimo wszystko wrócić po swoje i siłą je do siebie pociągnąć (jak się dzisiaj przekonasz) :). Jak się stanie i która opcja jest prawidłowa - i czy w ogóle któraś z nich jest - niedługo się dowiesz ;). Evolution, posypać się może wiele rzeczy, wiele rzeczy musi się również pokładać, tak więc zbliżającym końcem bym się nie przejmowała ;). Co do wpływania na decyzję Harry'ego - mniej więcej - w dzisiejszym rozdziale... Harry wychowywał się u Dursleyów, którzy wbili mu do głowy pewnego rodzaju poczucie niższości. Nie przywykł on do tego, by mieć przyjaciół, tym bardziej takich jak Tom - takich absolutnie na nim skupionych. Mimo tego, co zdaje się twierdzić, pobyt u Dursleyów wywarł na niego pewien wpływ. Poza tym nigdy nie był jakoś nad wyraz spostrzegawczy ;). I Tom /jest/ bardzo utalentowanym aktorem - myślę, że ten argument jednak nie przekonałby Harry'ego ;). Ale cię, zła i niedobra, jeszcze pomęczę i nie powiem, jak się ta cała sytuacja skończy... No i, oczywiście, nie ma za co dziękować ;). Cookies. Alice, wytrzyma, wytrzyma, bo przy okazji niektóre rzeczy się wyjaśnią, umocnią, niektóre znikną - tak więc spokojnie ;). I masz rację, intelekt Toma byłby wspaniały, tyle że męczące musiałoby być przebywanie wśród ludzi z o tyle mniejszym ilorazem inteligencji... I, ach! przepowiednia, taak... to bardzo, bardzo ciekawy temat... Odpowiedzi na twoje pytania już niedługo :). Mam nadzieję, że ciekawość jednak zostawiła cię w spokoju i dała spokojnie żyć ;).
Dziękuję - tak bardzo ogromnie, z uśmiechem na twarzy - za wasze komentarze. Naprawdę pomagają one w przezwyciężeniu tłumaczeniowego lenistwa i dają niezły zastrzyk energii :).
Miłego czytania!
Słowniczek: [rozmowa przez połączenie]
Ulubieniec Losu
Rozdział sto siedemnasty
Tom, chcąc nie chcąc, zauważył następnego ranka zaklęcie Glamour, któreukrywało znajdujące się na twarzy Harry'ego oznaki wyczerpania.
Świadomość tego, że on, jego ultimatum, było przyczyną tego, iż młodszy chłopiec nie zaznał odpoczynku wywołała u niego mimowolne uczucie satysfakcji i… czegoś jeszcze.
Nie był pewien, co by zrobił, gdyby Harry zdecydował, że chce się wycofać… Część z niego czuła, że uszanowałby wybór Harry'ego, a następnie jakaś część niego wyszeptała, iż powinien pociągnąć go za sobą nawet wtedy, gdyby ten nie chciał grać z nim w to wszystko z własnej woli.
Jego brzuch ścisnął się niewytłumaczalnie.
Nie chciał go do tego zmuszać, bez względu na to, co niektórzy ludzie wydawali się sądzić o jego zamiarach wobec Harry'ego, ale mimo tego zastanawiał się, czy by to zrobił? Gdyby do tego doszło? Całkiem możliwe.
Leniwie obrócił różdżkę między palcami.
Jeśli Harry zdecyduje się z własnej woli kontynuować tę grę, to czy nie będzie to znaczyło, że naprawdę był jego przyjacielem? A nie tylko udaje po to, aby mieć z tego jakiś zysk albo z uprzejmości czy, co gorsza, z litości, jak sugerowała Granger. Harry wiedział, że nigdy już nie dostanie szansy na odejście – ograniczenia, które bez wahania na niego nałożył były wystarczającym dowodem.
Rozluźnił je tak, aby Harry mógł swobodnie poruszać się po Hogwarcie, podczas gdy będzie podejmował decyzję, ale chłopiec nie był w stanie pójść gdziekolwiek dalej.
Czy Harry ucieknie teraz, przy pierwszej nadarzającej się okazji?
Jego palce zacisnęły się mocnej na cisowej różdżce z rdzeniem z pióra feniksa.
Przypuszczał, że jedyne, co może zrobić, to czekać.
- Naprawdę daje ci możliwość odejścia? – Zevi rozdziawił usta, gapiąc się na zestresowanego – zagubionego – chłopca stojącego przed nim.
Harry skinął głową, niepewnie napotykając jego wzrok.
Cholera. Tom naprawdę troszczył się o Harry'ego; nigdy wcześniej nie zrobił czegoś takiego… prawda? Harry prawdopodobnie nawet nie zdawał sobie w pełni sprawy ze znaczenia całego tego zachowania Toma, dla niego takie interakcje były względnie normalne… ale Tom, Tom był inny dla Harry'ego, a twierdził tak mając świadomość jedynie ich zewnętrznych relacji, nie był wtajemniczony w szczegóły ich bardziej prywatnych zachowań i rozmów.
Przyglądał się stojącemu przed nim pół-Gryfonowi, pół-Ślizgonowi z nieukrywaną ciekawością, wiedząc, że czekał on na to, aż wyrazi swoje myśli na temat zaistniałej sytuacji.
Harry z niemalże nieśmiałością zwrócił się do niego z prośbą o radę, najwidoczniej nie będąc do tego przyzwyczajonym i nie czując się komfortowo z takim szukaniem porady, ale rozpaczliwie jej potrzebując.
Harry… co miał powiedzieć Harry'emu? Poradzić mu, by pozostał, jak bez wątpienia chciałby jego Pan, czy może odpowiedzieć mu w sposób bardziej szczery, jako powiernik, którym Harry pośrednio go uczynił, zadając mu takie pytanie?
Jego lojalność zawsze należała do Toma, a do tego bał się odejścia Harry'ego i konsekwencji, jakie by za sobą pociągnęło, ale… czy jego obowiązek jako przyjaciela i jako zwolennika musiały ze sobą kolidować?
Oczywiste było, że cokolwiek było tym, co spowodowało, że Tom zaproponował takie rzadkie ultimatum, było również tą samą więzią, która sprawiła, że Harry był tak bardzo rozdarty wewnętrznie myśląc nad tym, jakiej odpowiedzi udzielić.
Z logicznego punktu widzenia, Harry powinien teraz wymknąć się, czmychnąć i nie oglądać się za siebie… ale logika nie miała tutaj nic do gadania, prawda? Jakkolwiek bardzo Harry i Tom lubili racjonalizować swoje interakcje, a nawet znajdowali powody i uzasadnienia dla swoich działań, znaczna część ich relacji niezaprzeczalnie miała charakter emocjonalny.
- Chcesz odejść? – zapytał w końcu, wiedząc, że nie może podjąć tej decyzji, a także, że nie powinien tego zrobić.
- Tak… Nie… Nie wiem… - mruknął sfrustrowany Harry. – Powinienem odejść. Tak byłoby najlepiej dla mnie i wszystkich wokół mnie.
- Ale nie jest to coś, co chcesz zrobić – zauważył przebiegle.
- Gdybym chciał odejść, już dawno bym to zrobił – westchnął niecierpliwie i z rozdrażnieniem Harry, zaciskając pięści. – Ale tu nie chodzi tylko o mnie!
I o to właśnie chodziło…
- Uważam – powiedział powoli, ostrożnie – że mimo tego, iż bardzo uważnie powinieneś przemyśleć konsekwencje i następstwa tego, jak twoja decyzja wpłynie na twoich przyjaciół i wszystkich innych ludzi, ostatecznie nie możesz tym razem podjąć tej decyzji dla nich. To ty będziesz tym, który będzie musiał z nią żyć.
- Ale to, co stanie się z nimi wpływa na to czy będę, czy też nie, potrafił z tym żyć! – odparł nędznie Harry. Zevi pozwolił sobie na to, aby przewrócić oczami.
- To dlatego, że jesteś za bardzo bohaterski – zauważył. Harry prychnął. Nastąpiła niezręczna cisza.
- Myślisz, że Tom byłby szczęśliwszy, na dłuższą metę, gdybym odszedł?
Merlinie. Co za pytanie.
Oczywistym było, że Harry wciąż postrzegał interakcję między sobą a Tomem jako nieco jednostronną i, jak przypuszczał, z perspektywy Harry'ego uczucia Toma mogły być niepojęte, ponieważ nie miał żadnego porównania.
On miał, w przeciwieństwie do Harry'ego, gdyż chłopak widział Toma jedynie wtedy, kiedy Tom był w jego towarzystwie, nie mógł zobaczyć i zrozumieć, jak nadzwyczajne to było, nawet jeżeli mu o tym mówiono.
Kiedy Harry był w pobliżu Toma, wszystkie inne zabawki jego Pana lub relacje z innymi ludźmi bledły i stawały się nieistotne, tak samo zresztą robił Harry. To nie tak, że przestawali mieć inne priorytety i nic innego ich nie obchodziło – jego własna teoria, w każdym razie, zakładała, że interakcje Toma i Harry'ego były tak intensywne, tak skomplikowane i czasochłonne, iż ta dwójka po prostu nie miała w swoim życiu i umysłach czasu oraz miejsca na wszelkie inne sprawy, kiedy miała z sobą do czynienia. Z wyjątkiem tego, oczywiście, kiedy te inne sprawy mogły mieć jakiś wpływ na ich bieżące problemy danego tygodnia.
Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się tej myśli i skierować swoją uwagę z powrotem na omawianą sprawę, kiedy zauważył, że Harry zaczynał się robić coraz bardziej zaniepokojony jego brakiem odpowiedzi.
- To – stwierdził cicho – jest coś, co powinieneś omówić z samym Tomem.
Hermiona rozejrzała się po bibliotece, po czym skierowała się do miejsca, w którym siedział Riddle. Odsunął notatki z zasięgu jej wzroku, kiedy stanęła przy jego stoliku, ostro się w niego wpatrując.
- Uważaj – wycedził – bo taki wyraz twarzy może ci już zostać… chociaż przyznaję, że mogłoby to ją nieco poprawić.
Ze wściekłością oparła ręce na biodrach, ignorując jego zniewagę.
- O co chodzi z tym ultimatum, które dałeś Harry'emu? – zażądała od niego, nie będąc w stanie zmusić się do bycia podenerwowaną z powodu gwałtownego napływu jego nagłej, skoncentrowanej jedynie na niej uwagi. – Jeśli go nie chcesz, powinieneś po prostu mu o tym powiedzieć, a nie torturować go dłużej tylko w celu uzyskania jakiejś chorej rozrywki!
Oczy Riddle'a zamigotały groźnie, ale jego twarz pozostałą nieczytelna.
- Moją intencją nie jest torturowanie go – odparł spokojnie Tom. – Rozumiem, że szukał u ciebie w tej sprawie rady… jak niespotykanie. Co mu powiedziałaś?
- Że na dłuższą metę byłoby mu lepiej bez ciebie – warknęła cierpko. Po chwili jej głos złagodniał, pomimo irytacji, jaką czuła z powodu jego nieczułych, seksistowskich odzywek oraz bólu, jaki wywołał u jej najlepszego przyjaciela. – W końcu go porzucisz. Zrobisz to, musisz o tym wiedzieć… Chyba że myślisz, iż będzie w stanie rozwiązać problem tego całego czasowego paradoksu.
Jego oczy błysnęły chłodno.
- A jednak – mruknął Riddle – to on jest tym, który mnie porzuca, w przeciwnym razie bez trudu podjąłby decyzję pozostania.
Serce Hermiony zatrzymało się. Nagle zmęczona, opadła na miejsce obok niego, ignorując jego pogardę.
- Zależy mu na tobie, myliłam się sugerując, że tak nie jest – przyznała. – Gdyby mu nie zależało, bez trudu podjąłby decyzję o przyjęciu twojego ultimatum i odejściu. Nawet ty widzisz, że to dla niego nie jest proste, chociaż to spore niedomówienie.
Jej usta zacisnęły się na wspomnienie tego, że Riddle sprawił, iż Harry musi dokonać takiego straszliwego wyboru, kiedy przecież już i tak miał tak wiele na głowie.
Przyglądał się jej bez jakiegokolwiek wyrazu na swojej twarzy, ale także bez tego lekceważącego błysku w oczach, którą zazwyczaj posiadał, kiedy z nią rozmawiał.
- Mam wrażenie, że nie za bardzo mnie lubisz – stwierdził, nie brzmiąc na zbytnio tym faktem poruszonego. Odwróciła wzrok, nie będąc w stanie wytrzymać tego przenikliwego spojrzenia.
- Znaczenie ma, co Harry o tobie myśli, nie ja – odparła.
- Śmiem twierdzić, że to również ma znaczenie… – Jego głos był zimny jak śmiertelne odłamki i miała głębokie uczucie, że weszła prosto w pułapkę. - …kiedy próbujesz zwrócić go przeciwko mnie z powodu własnego zdania na mój temat.
- Zapytał, co o tym myślę – odparła chłodno, unosząc wyżej brodę. – Powiedziałam mu. Podobnie jak mogło wypowiedzieć się w tej sprawie wiele twoich wężyków, co prawdopodobnie zresztą zrobili… chyba, że również w tej sprawie trzymasz ich za język? Ponieważ Harry nie podziękuje ci, jeżeli tak jest.
Napotkał nieugięte, oskarżycielskie spojrzenie, wywołane jego nieczystą grą, a następnie uniósł brew.
- Czy istnieje jakiś konkretny powód, dla którego przeszkodziłaś mi w pracy? – zapytał po chwili. – A może to rudzielec zdał sobie sprawę, że nie pozwolisz mu na dostanie się między swoje nogi i się tobą znudził?
Policzki Hermiony zapiekły ze wściekłości.
- Moje związki to nie twoja sprawa! – warknęła, jej skóra paliła z dyskomfortu i zażenowania. – A jestem tutaj, by upewnić się, że nie wpieprzysz mojego najlepszego przyjaciela jeszcze bardziej w te swoje całe psychotyczne gierki umysłowe.
- Więc mogę pieprzyć go w inny sposób? – zapytał Riddle, uśmiechając się złośliwie. Ten uśmieszek zniknął, zanim mogłaby mu odpowiedzieć, kiedy kontynuował. – Proszę, nie pochlebiaj sobie, gdybym chciał torturować go lub złamać na milion kawałków, to nic nie mogłabyś na to poradzić, tak więc przestań jęczeć – to nieatrakcyjne i powtarzanie tej rozmowy robi się nużące.
Spojrzała na niego groźnie, mrużąc oczy.
- Nie obchodzi mnie to, jak wielki masz kompleks boga, jeśli go zranisz, to znajdę sposób, by cię zniszczyć – zagroziła cicho.
Zamrugał leniwie w odpowiedzi.
- Skąd możesz wiedzieć, że nie będzie cieszył się z tego, iż go ranię? W końcu ma masochistyczne…
- W tej chwili skończ te swoje wulgarne dowcipy i insynuacje! – niemal syknęła, jak gdyby była wężem. – Tylko dlatego, że sam nie wydajesz się brać na poważnie jego emocjonalnego dobra…
Jej usta zamknęły się nagle, a głos wyciszył, kiedy wstał gwałtownie ze swojego miejsca, górując nad nią.
- Nie śmiej twierdzić, że nie biorę na poważnie dobra Harry'ego, emocjonalnego czy jakiegokolwiek innego. – Głos Riddle'a był niski, śmiertelny, zabójczy. – Ty, ze wszystkich ludzi, powinnaś wiedzieć, że jest odwrotnie. Tak więc zrób nam obojgu przysługę i użyj mózgu, z którego wydajesz się być taka dumna, i pomyśl, zanim obrzucisz mnie swoimi słowami jak jakaś rozpieszczona dwulatka. To strata mojego czasu, a do tego sprawia to, iż brzmisz po prostu śmiesznie.
Nie wpatrywał się w nią ostro, ale w jego spojrzeniu wciąż był śmiertelny błysk.
Jej ręce zacisnęły się automatycznie, instynktownie, wokół różdżki, ale zanim mogłaby wykonać choćby jeden ruch w celu jej wyciągnięcia, jej nadgarstek zamarł w miejscu.
Przerażające było to, że nie okazał żadnych widocznych śladów użycia magii – żadnych słów, żadnej różdżki, nie wykonał nawet gestu ręką, który mógłby zastąpić mu różdżkę. Nagle zaczęła przeklinać to, że ten zakątek biblioteki był tak ciemny i, mniej więcej, prywatny.
- Uderzyłaś mnie ostatnim razem – kontynuował groźnie. – Nie pozwalaj sobie myśleć, że ci to zapomniałem albo że pozostajesz bez szwanku z jakiegokolwiek innego powodu niż moja wielkoduszność.
Przyglądał się jej spokojnie i czuła się jak mysz uwięziona pod wpływem jego krytycznego, oceniającego spojrzenia. Jak Harry to znosił?
- Mógłbym sprawić, że węże pożrą cię żywcem w chwili, w której weszłaś w ten zakątek sama – szepnął aksamitnym tonem, pochylając się do przodu. – Mógłbym zmienić twoją krew w kwas, aby spalił cię żywcem albo nawet sprawić, że pan i pani Granger zostaną brutalnie napadnięci podczas swojego powrotu do domu po pracy, dziewucho.
Hermiona z trudem oddychała z powodu nudności, przerażenia i strachu, jakie ją ogarnęły.
- A jednak… – wymruczał, nie brzmiąc przy tym ani trochę mniej niebezpiecznie – …nie zrobię tego. Jesteś tutaj z powodu swojej lojalności i przyjaźni z Harrym, i muszę cię za to podziwiać.
Poczuła jak jej nadgarstek zostaje puszczony, ale nie była na tyle głupia czy opanowana, aby go zaatakować. Już wcześniej była w niebezpiecznych sytuacjach, ale nigdy, czuła to, nie była tak blisko śmierci, nie posiadając zarazem talentu czy wiedzy, które mogłyby pomóc jej się z tego wydostać.
Jej ręce drżały niedostrzegalnie, bo nie chciała dać mu satysfakcji widzenia tego.
- Bądź pewna, Hermiono… - kontynuował, z powrotem siadając elegancko na swoim miejscu, jak gdyby ani trochę nie ruszały go wcześniej wypowiedziane przez niego groźby. – Nie chcę go złamać czy zabić. Pomimo moich, jak to było… ach… psychotycznych gierek umysłowych, moja samokontrola jest nienaganna, nawet więcej, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co Harry może lub nie może znieść i kiedy muszę przestać. Czy to wszystko? Świetnie. – Uśmiechnął się chłodno. – A teraz, pa, pa.
Opierając się chęci natychmiastowej ucieczki, zebrała w sobie ostatnie resztki swojej gryfońskiej odwagi i stawiła mu czoła.
- Trzymam cię za słowo – obiecała.
Ale on wrócił już do swojego wcześniejszego zajęcia, nie zwracając na nią uwagi.
Harry nie mógł uwierzyć, że to robi.
Minęły dwa dni od tego, jak Tom postawił mu ultimatum i kiedy tylko myślał, że podjął już decyzję, jego umysł natychmiast wracał z powrotem do całkowitego zmieszania i niezdecydowania.
Nie wiedział co robić i nic, co twierdzili inni, tak naprawdę mu nie pomagało. Sam był w stanie wymyśleć większość z tego, co mu mówili.
Ostrożnie obniżył swoje bariery oklumencyjne, szukając umysłu znajdującego się w najdalszych zakątkach jego świadomości.
Ugryzł się w język, kiedy poczuł na sobie mentalny odpowiednik ostrego uderzenia w momencie, w którym się do niego zbliżył, podczas gdy jego blizna jednocześnie eksplodowała bólem. Poczuł w ustach miedź.
A następnie, ku jego zdziwieniu, uldze, atak ustał, a w zakątkach jego myśli pojawił się jedynie cień, obcy, a zarazem tak znany.
Czuł się zagubiony albo, może raczej, nie tak zagubiony, posuwał się do niego powoli, prawie ostrożnie.
[Co to jest?]
To naprawdę działało! Nie oczekiwał, że tak będzie, to było głupie założenie… a to działało, nie spodziewał się, że to naprawdę będzie działać. Co on zrobił?
[Voldemort?] – spróbował.
[Nie] – nadeszła natychmiastowa reakcja. – [Inna osoba, z którą masz mentalne połączenie.]
Oczy Harry'ego rozszerzyły się, nieznacznie urażone, i niemal zakrztusił się powietrzem lub myślami na tak bardzo tomowatą odpowiedź. Jego wnętrzności ścisnęły się na to podobieństwo.
Och, naprawdę nie mógł uwierzyć, że to robi…
[Potrzebuję twojej rady.]
Cisza. Całkowita cisza i kiedy już Harry miał się zamiar poddać i ponownie zamknąć swoje bariery, nadeszła myśl:
[Chodzi o Toma.]
[Tak.]
[Zdajesz sobie sprawę z tego, że mógłbym rozedrzeć twój umysł, teraz, kiedy już zauważyłem, że tak idiotycznie obniżyłeś swoje tarcze?] – Przed jego oczami pojawił się zjadliwy i okropny obraz jego samego leżącego na podłodze, śliniącego się, zachowującego jak warzywo. Wzdrygnął się.
[Tak.]
Nastała kolejna chwila ciszy.
[Co z nim? I pospiesz się, nie jestem waszym terapeutą.]
Harry przesłał mu wspomnienie ultimatum, chory z nerwów i niedowierzając w to, co robi.
To było zdesperowane i lekkomyślne, nawet jak na niego… ale Voldemort znał Toma lepiej niż ktokolwiek inny, nie był takim idiotą, by temu zaprzeczyć, bez względu na to, jak bardzo różnili się od siebie.
Voldemort znał Toma Riddle'a albo przynajmniej pamiętał go. Voldemort znał także Harrisona Evansa i Harry'ego Pottera, w pewnym sensie, z całą pewnością, nawet, jeżeli wydawał się wybrać ignorowanie tego faktu z jakiegokolwiek tam powodu.
Nawet mimo tego.
Musiał być szalony, skoro to robił. Tom w końcu pchnął go na krawędź.
Niemal nie zauważył podświadomych, słabych, obcych emocji, które przemieszały się z jego własnymi.
Zaskoczenie.
Zdezorientowanie.
Wściekłość.
Obrzydzenie.
Strach.
Tęsknota.
Wszystkie połączone w jeden skomplikowany bałagan.
Pomogła podarowana mu przez Toma książka o empatii… to dzięki niej wpadł na pomysł skorzystania z połączenia, aby naprawdę porozmawiać z Voldemortem, nie ryzykując przy tym spotkania z Czarnym Panem i wiedział, jak z większą łatwością rozróżnić otrzymywane emocje, nie zostając przez nie przytłoczonym.
[Przestań udawać!]
A następnie połączenie gwałtownie zatrzasnęło się, z siłą wystarczającą do tego, by nim poruszyć.
Oczy Harry'ego otworzyły się na pustą klasę, pomieszczenie wirowało zawrotnie. Czuł się, jakby miał zaraz opróżnić zawartość swojego żołądka, a jego czoło było mokre od krwi.
Zagryzł wargę, z roztargnieniem przywracając się do porządku.
Kurwa.
Co on przed chwilą zrobił?!
Nie mógł uwierzyć, że właśnie poprosił Voldemorta o radę. Co było z nim nie tak? I co było nie tak z Voldemortem?
Nie, żeby ten mu tak naprawdę cokolwiek poradził.
A jednak po raz pierwszy myślał, że wie co powie jutro Tomowi.
