Pokłony dla Himitsu, która zbetowała poniższy rozdział :).

Mahakao, cóż, masz rację, miedź jest nieco... dziwa, niemniej jednak czarno na białym pojawia się właśnie ona (copper), a przyznam, że przekonana byłam, iż "miedziany posmak" pojawił się kilkakrotnie w tym, co tam kiedyś czytałam ;). No właśnie, nie rozumiem, dlaczego Voldemort nie wybrał zawodu terapeuty, byłby w nim wspaniały (*ekhm* psychopata *ekhm*). Doskonale powiedziane - Tomowi trudno będzie wygrać z tą drugą wersją siebie. Szczególnie, że obaj znają się jak własną kieszeń... Co do Toma dowiadującego się o tej rozmowie, to na razie nic nie powiem, ale... ;). Co do twojego pytania - wszystkich rozdziałów razem jest 149, tak więc zostało nam ich jeszcze 31. Cookies. Alice, doskonale cię rozumiem i nie zazdroszczę bólu głowy - mam nadzieję, że już ci minął :). Myślę, że Harry pokazał, jak wspaniale wciąż potrafi wszystkich zaskakiwać, bo chyba nikt a nikt się tego nie spodziewał ;). Cieszę się, że ciekawość daje ci na co dzień czas, bo w przeciwnym razie miałabym okropne wyrzuty sumienia... Co Harry odpowie Tomowi, to dowiesz się dzisiaj, co zrobi Voldemort - niedługo ;). Mangha, myślę, że tak jak ty jestem za tym, że tak, Harry'ego kompletnie pogrzało ;). Voldemort zawsze miał ciekawą wyobraźnię w sprawie tortur i Harry'ego, teraz po prostu mamy możliwość przynajmniej jej części być świadkiem... No i oczywiście cieszę się, że podobał ci się fragment z terapeutą ;). Nie mogę nie zgodzić się, że pomysł był po prostu idiotyczny. Co do odpowiedzi - dzisiaj, jak najbardziej dzisiaj... Co do horkruksów i ich tworzenia, i jakichkolwiek możliwych skutków tego czynu, nie chcę się na razie wypowiadać. Nie powiem, czy poznasz odpowiedź na te pytanie, jeżeli nie, to odpowiem na nie gdzieś pod koniec ficka, a jeżeli tak, to nie będę, oczywiście, musiała tego robić. Na razie w sprawie horkruksów milczę. Co nie zmienia faktu, że zadałaś bardzo dobre pytanie :). Co do "przestań udawać", to wkrótce się dowiemy, co to tak dokładnie znaczyło. Harry bardzo dobrze radzi sobie ze zmniejszaniem ego Toma, ale masz rację, pomoc Hermiony z całą pewnością mu się przyda ;). I tłumaczę, tłumaczę, powiem, że nawet nieźle idzie ;). A skoro mówisz, że rozdziały w środku tygodnia ci pomagają, to mam nadzieję, że w nadchodzącym tygodniu bardzo, bardzo ci pomogą :). Evolution, taak, to z całą pewnością niesamowite (i urocze, chociaż to poproszę czytać takim małym, malutkim drukiem ;)). Cieszę się, że podobała ci się konfrontacja Hermiony i Toma, przyznam też, że ich już zbyt wiele (stety? niestety?) nie będzie. Potwierdzam to, że Harry był niezwykle zdesperowany, to była dla niego naprawdę trudna decyzja... chociaż, może, łatwa? Trudno powiedzieć... Nie zapominaj, że Voldemort to starsza wersja Toma, a do tego pamięta on swoją relację z Harrisonem. Mimo wszystko wie, mniej więcej, co czuje w niej Tom. Co do tego, dlaczego Harry w ogóle wpadł na ten pomysł, to nie będę nic mówiła, bo całkowicie zgadzam sie z tym, że chłopak oszalał. I całkowicie podpisuję się pod tymi wszystkimi niedowierzającymi w jego działanie okrzykami ;). Co do wyjaśnienia słów Voldemorta, to niedługo zostaną one wyjaśnione, natomiast jego uczucia, które odczuwał Harry... na to niestety trzeba będzie czekać dłużej, stanowczo dłużej. Myślę, że Voldemort ma w sobie nawet dość wiele z Toma ;). Wybór Harry'ego dzisiaj, więc aby nie psuć ci niespodzianki nie będę wypowiadała się na temat twoich przemyśleć na ten temat - chociaż były one bardzo, bardzo ciekawe :).

Z całego serca dziękuję za wszystkie komentarze, wasze przemyślenia są niezwykle ciekawe do czytania. To niezwykłe, jak dobrze potraficie analizować zachowania postaci! Do tego niezwykle podziwiam was za to, jak wytrwale komentujecie wciąż to tłumaczenie i nie mogę nie podziękować wam również za to. Chociaż, oczywiście, zachęcam do komentowania również osoby, które nie mają ochoty na systematyczne komentowanie, a jedynie na krótkie i jednorazowe podzielenie się swoją opinią. Tak czy inaczej, jesteście niezwykli! ;)


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto osiemnasty

Nadszedł dzień podjęcia decyzji i Harry'emu została jeszcze tylko jedna osoba, z która musiał porozmawiać… jedna osoba, z którą rozmowy pragnął zapobiec i uniknąć za wszelką cenę. Sam Tom.

Jego mentalna rozmowa z Voldemortem, jakkolwiek zwięzła i dziwaczna była, niesamowicie pomogła mu w podjęciu decyzji – chociaż teraz, jak się wydawało, to Czarny Pan miał niezliczoną ilość pytań, jeśli wziąć pod uwagę nagłą, niewytłumaczalną, paraliżującą wściekłość, strach i niepewność, jakie otrzymywał ze strony ich połączenia – a także jedynie upewniła w przekonaniu, że to młodszy odpowiednik był tym, z którym powinien porozmawiać, a nie jego starsze ja.

Czuł na sobie przenikliwe spojrzenia wszystkich, którzy wiedzieli o ultimatum, ale ignorował je, zamiast tego rozprowadzając skrupulatnie margarynę na wszystkie cztery krańce swojego tosta. Nie był jakoś szczególnie głodny, ale dzięki temu przynajmniej miał czym zająć ręce.

Unikał wszystkich Krukonów (jutro był mecz Gryffindor kontra Ravenclaw, tak więc, oczywiście, stali się oni względem niego o wiele bardziej wrogo nastawieni, chociaż atmosfera nie była nawet bliska temu gwałtownemu poziomowi rywalizacji, jaki unosił się w powietrzu przed meczem Gryffindor/Slytherin) i po prostu w zamyśleniu, speszony, w ciszy przyglądał się uważnie swojemu talerzowi.

Bez względu na to, jak miała skończyć się ta sprawa z ultimatum, to nie był prosty wybór.

Gdyby stwierdzenie tego nie było zbyt melodramatyczne, to powiedziałby, że właściwie była to jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie kiedykolwiek musiał podjąć. Bez względu na to czy już to zrobił, czy nie, z trudem udało mu się zasnąć choć na chwilę i cierpiał z tego powodu.

Jego zajęcia stały się jedynie mglistym wspomnieniem, a zniecierpliwienie połączyło się z jednoczesnym paradoksalnym pragnieniem tego, by czas całkowicie się zatrzymał.

Kiedy wyszedł z transmutacji, Tom czekał na niego.

Wszystkie znajdujące się wokół nich osoby wiedzące o ultimatum zamarły, a następnie kilka innych, zauważając to, również zamarło. Tom nie odezwał się, jedynie przekrzywiając głowę w geście wskazującym na to, by Harry za nim podążył.

Czując się dziwnie obserwowany przez wszystkich, zrobił to.

Z trudem wymieniali zdania od czasu tej rozmowy i Harry musiał przyznać, że przeszkadzała mu nagła przepaść, jaka ich dzieliła.

Nie chciał udawać, że jest inaczej.

Ta cisza była, najwyraźniej, prawdopodobnie, tym, jak Tom interpretował biznesowe relacje. Skończyli w Pokoju Życzeń, ponieważ wciąż było zbyt zimno i mokro, by usiąść przy brzegu jeziora.

Nastąpiła, przynajmniej w mniemaniu Harry'ego, niezręczna cisza. W jego umyśle pojawiła się najśmielsza myśl, że wyszedł z wprawy przebywania wokół Toma – co było całkowicie niedorzeczne!

Riddle usiadł w fotelu… fotelu, nie rozciągnął się na kanapie, tak więc nie był zrelaksowany. Harry wahał się pomiędzy zajęciem sąsiedniego fotela a opadnięciem przed kominkiem, ale nie był na tyle zrelaksowany na to, by zrobić to ostatnie, a postawa Toma ani trochę mu w tym nie pomagała. Nagle, jeszcze bardziej nerwowy, skończył stojąc w środku drogi między jednym a drugim.

- Rozumiem, że chcesz usłyszeć moją odpowiedź – stwierdził, starając się brzmieć swobodnie.

- Przed północą – zgodził się Tom, uważnie mu się przyglądając. – Właściwie odniosłem wrażenie, że chciałeś ze mną porozmawiać. – Usta Harry'ego drgnęły mimowolnie.

- Skąd się ono wzięło? – zapytał sucho.

- No cóż, dość dużo rozmawiałeś z innymi. – Tom uniósł brwi. – Użyłem swoich niesamowitych umiejętności dedukcyjnych.

Harry zaczerwienił się, po czym zapytał:

- Powiedzieli ci co mówiłem?

- Nie za bardzo. W sporadycznych, niemile widzianych przejawach buntu radzili mi, bym z tobą o tym porozmawiał, jeśli chcę to wiedzieć.

- Rozumiem – odparł, wewnętrznie poruszony tym, że w jego imieniu odmówili swojemu Panu zaspokojenia jego ciekawości. – Mnie także pod koniec każdej rozmowy mówili to samo… mniej więcej. Abym z tobą porozmawiał, mam na myśli.

- Pierwszy i pewnie ostatni raz robisz to, co się tobie mówi – stwierdził spokojnie Tom. Harry skrzywił się.

- Zamknij się.

- Nie, naprawdę, to marnotrawstwo. Miałem tak wiele własnych rozkazów, na które mógłbyś się zgodzić, kiedy byłeś w tak niespotykanie skłonnym do przyjmowania rad nastroju.

Harry milczał, nie będąc pewnym czy czuł się na siłach, aby skorzystać ze swoich normalnych umiejętności w kpieniu z Toma i nienawidził ujawniania swojego burzliwego psychicznego stanu. Tom odwrócił wzrok, na pozór z zadowoleniem, pozwalając mu przejąć inicjatywę w tej dyskusji.

Typowe: jedyny raz, kiedy Tom nie podkreślał bezwzględnie własnej dominacji i kontroli był akurat wtedy, kiedy Harry tego nie chciał.

- Którą opcję chciałbyś, abym wybrał? – zapytał w końcu. Spojrzenie Toma skierowało się na niego, chociaż chłopak w żaden inny sposób nie poruszył się.

- To twoje ultimatum, nie moje. Moja opinia nie ma znaczenia.

- Ma znaczenie dla mnie – oparł cicho Harry. Tom burknął.

- I jeśli sam nie potrafisz znaleźć odpowiedzi, najwyraźniej nie rozumieliśmy się tak dobrze jak myślałem.

Harry zmarszczył lekko brwi, opadając ostrożnie na miejsce naprzeciwko dziedzica Slytherina, przyglądając mu się uważnie.

- Być może przeceniasz moją inteligencję – zaproponował, spodziewając się, że rozczarowanie rozkwitnie na twarzy jego towarzysza. Nie było na niej niczego, rozczarowania ani czegokolwiek innego. Harry przygryzł wargę, jego żołądek ścisnął się boleśnie. – Nie wiem – przyznał sfrustrowany. Tom zawsze wydawał się doprowadzać go do frustracji.

- Och, wiesz – odpowiedział natychmiast dziedzic Slytherina. – Po prostu nie przyglądasz się uważnie tym myślom. Pomyśl. Nie osądzam błędnie ludzi.

- No cóż, plotki głoszą, że nie stawiasz również ultimatum – warknął.

- I skup się na tym.

- Słucham?

- Oto twoja poszlaka – zwykle nie stawiam ultimatum. Skup się na tym – rozwinął Tom.

Harry westchnął, pocierając skronie.

- Dlaczego po prostu mi nie powiesz?

- Bo doszedłem do wniosku, że proste powiedzenie ci pewnych rzeczy nie jest tak efektywne jak pozwolenie ci na ich samodzielne rozpracowanie i dojście do własnych wniosków. Nie możesz zaprzeczyć własnym odpowiedziom tak, jak odrzucasz wszystkie inne.

Wkurzający człowiek… ale jego umysł wrzał teraz od postawionego przed nim wyzwania.

- Na głos, jeśli możesz – dodał Tom. – To oszczędzi nam tej części, w której muszę przetłumaczyć sobie twoją popieprzoną psychikę.

Harry zmrużył oczy na ten komentarz, ale puścił go płazem, zamyślając się.

- Um, dobra – zaczął niezręcznie. – Normalnie nie stawiasz ultimatum… ale postawiłeś mnie przed jednym. Er… co sprawia, że jestem, um, inny?

Niemal skulił się na to, jak bezczelnie arogancko i dziecinnie to zabrzmiało… tak, jak gdyby mówił coś oczywistego. To był jeden z tych momentów, w których nienawidził geniuszu Toma – czuł się tak tępy w porównaniu do niego!

Tom skinął w potwierdzeniu głową, ale nie odezwał się.

- I jestem inny, ponieważ, er, ty… mam na myśli, że w zasadzie jestem, um, cóż, nie jestem jednym z twoich zwolenników, takich jak Ab, Zevi czy… Lestrange.

Bezmyślnie napiął swoje lewe ramię, po raz kolejny zastanawiając się, czy było to do końca prawdziwe. Tom przechylił głowę i nie było mowy, by nie zauważył on jego zamyślonych ruchów, ale na szczęście nie skomentował ich.

- Powiedziałeś, że jesteśmy przyjaciółmi… możemy być sobie równi.

- Powiedziałem – zgodził się Tom, wciąż mu się przyglądając.

- Postawiłeś przede mną ultimatum, ponieważ zmieniłeś zdanie?

Tom zacisnął pięści. Zła odpowiedź, a przynajmniej tak się wydawało.

- Albo twoja samoocena zmniejszyła się z jakiś niewyjaśnionych powodów, albo boisz się posiadania jakiegoś przekonania o własnej wartości oraz tego, że po raz kolejny zostanie ono złamane, co wywołuje u ciebie niechęć do analizy, którą normalnie stawiasz bez problemu – zauważył Tom, przyszpilając go tym ostrym, rozszyfrowującym spojrzeniem. – Spróbuj jeszcze raz.

Harry przechylił swoją głowę do tyłu na fotel, przeczesując włosy palcami, poruszony. Ponownie spojrzał na Toma, zauważając w jego spojrzeniu coś, co było prawie niewielkim błyskiem bólu.

Przełknął ślinę, psychicznie wzdrygając się i przygotowując.

- Postawiłeś przede mną ultimatum, bo jesteśmy przyjaciółmi – powiedział.

Wstrzymał oddech, czekając na następne „spróbuj jeszcze raz", a jednak zarazem… Tom nie odezwał się i Harry poczuł gulę w gardle.

- Chcesz, abym został – mruknął i pomyślał, że pewnym stopniu może to być prawda, ale nie chciał opierać wszystkiego na domniemaniu. Zmarszczył brwi. – W takim razie dlaczego dałeś mi ultimatum?

- Ty mi powiedz – stwierdził wyzywająco Tom.

- Zamierzasz mówić to za każdym razem, kiedy cię o coś zapytam? – rzucił Harry. Nie było odpowiedzi. – Dobra… no cóż, ponieważ chcesz, bym sam wybrał. – Usiadł prosto. – Testowałeś mnie. Ty draniu

- Jestem draniem, bo sprawdzam czy naprawdę chcesz spędzać ze mną czas?

Harry zamarł.

Po raz pierwszy ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że pomimo swojej pewnej siebie postawy, Tom również może oceniać krytycznie pewne działania. Zamknął na chwilę oczy.

- Ponieważ czasami, Harry – kontynuował Tom – wydaje mi się, że to ja robię wszystko, by ciągnąć tą… przyjaźń, podczas gdy ty jedynie kopiesz i krzyczysz.

Harry czuł zawroty głowy, jego ciało trzęsło się jak galareta.

- Nie mam – wyrzucił z siebie nieco twardszym tonem. – Um, mam na myśli: nie mam problemu ze spędzaniem z tobą czasu… chodzi raczej o to, że nie lubię uczucia, iż wymuszam na ludziach swoją obecność.

- Czy kiedykolwiek dałem ci do zrozumienia, że nie lubię twojej obecności? – Tom spojrzał na niego z niedowierzaniem i Harry skrzywił się. Riddle ucichł na chwilę. – Czekaj… to dlatego to robisz, uciekasz tak często, chociaż zarazem nie wycofujesz się, oczywiście obaj fascynujemy się potyczkami o władzę i różnymi innymi rzeczami, to oczywiste, ale… jeśli cię od siebie odepchnę, tylko utwierdzę cię w twoim przekonaniu.

Tom wyglądał na całkowicie zafascynowanego i Harry miał ochotę zaszyć się w jakiejś norze i nigdy już z niej nie wyjść.

- Nie waż się wypowiadać na ten temat – mruknął niebezpiecznie. Tom uśmiechnął się.

- To praktycznie zaproszenie, skarbie.

Nastąpiła cisza, niezręczna, ale nie tak napięta jak wcześniej.

- A do tego… poprosiłeś mnie o biznesowe relacje, które są efektem odwrotnym dania ci potwierdzenia… Już ustaliłem, że kiedy jesteś niepewny, to rozszerzasz swoje granice i to sprawia, że coraz głębiej w to wszystko wpadasz… a to jest temu zupełnie przeciwne, wycofujesz się.

Mógł usłyszeć ciche, niewypowiedziane „dlaczego", które zawisło między nimi.

- Doskonale wiesz, że jesteś niebezpieczny, nie muszę cię o tym informować. – Było wszystkim, co powiedział Harry. – To ty mi powiedz – dodał, zanim Tom mógłby bardziej zakwestionować to stwierdzenie, powodując, że na twarzy Riddle'a pojawił się uśmieszek.

Tom wyprostował się, po czym nagle wstał i podszedł do niego.

Harry uspokoił się i nie ruszył nawet wtedy, kiedy ręka chłopca złapała jego szczękę, palce musnęły dociekliwie tętno na jego szyi, a uścisk był na tyle mocny, by był nieprzyjemny i ograniczający, ale nie na tyle duży, by go przydusił lub zranił, balansował na krawędzi bólu. Po chwili chłopiec puścił go.

- Myśl na głos… - polecił Harry, być może ciesząc się z używania słów Toma przeciwko niemu bardziej, niż powinien.

Ten uniósł brew, ale po chwili zrobił to.

- Jesteś napięty w moim towarzystwie, znowu, jak zakładam, ale nie uciekłeś z tego powodu, nigdy tego nie zrobiłeś, nawet mimo tego, że skrzywdziłem cię już wcześniej i zrobię to ponownie – powiedział, napotykając jego spojrzenie. – Nie boisz się mnie z powodu samego siebie. Twoją decyzją jest pozostanie.

Pojawił się ślad zawahania i, o dziwo, zobaczenie Toma, dzielącego się swoimi procesami myślowymi sprawiło, że również dla niego stało się to bardziej przejrzyste. Pochylił głowę, nieznacznie, i Tom kontynuował.

- Ale, masz okropny zwyczaj zgrywania bohatera, tak więc jesteś rozdarty między tym, co chcesz, a tym, czego inni ludzie od ciebie chcą lub oczekują… tak więc boisz się konsekwencji pozostania z powodu swoich przyjaciół i rodziny. Boisz się, że jestem dla nich niebezpieczny, boisz się, że jeśli nie sprawisz, iż uwierzę, że nie powinienem tego zrobić, to przeciągnę cię do przeszłości i sprawię, że nigdy nie będą istnieć. – Tom urwał, przyglądając mu się. – Odsunąłbyś się ode mnie, gdybyś myślał, że to ich uratuje, nawet, jeśli osobiście nie chcesz tego zrobić.

- Jak już wspomniałeś – powiedział cicho Harry – ty grasz, żeby wygrać, a ja nie jestem na tyle naiwny, aby wierzyć, że ludzie, na których mi zależy, nie są dla ciebie jedynie pionkami i przedmiotami, których możesz użyć jak ci się tylko podoba ani też, że nie są w niektórych wypadkach odpowiedzialnością, tak samo jak czasami siłą.

Tom wydał z siebie odmowny, napominający dźwięk, bez wątpienia skierowany na tą część o „sile".

- Zapamiętaj - powiedział Harry ostro, kiedy oczy Toma zaczęły błyszczeć – że nie oznacza to jakiejkolwiek akceptacji twojego planu. Myślę, że jest on całkowicie obrzydliwy i nie chcę mieć z nim nic do czynienia, chyba, że wiązałoby się to z rozwaleniem go na kawałki.

Nastała kolejna cisza, krótsza tym razem.

- Zamierzasz mnie w końcu zapytać? – zwątpił Harry, nie do końca pewny czy powinien być rozbawiony, czy nie.

- Zapytać o co? – Na twarzy Toma pojawił się uśmieszek.

Harry przewrócił oczami, obserwując jak Tom opada na kanapę naprzeciwko niego. Znajdowali się w replice Pokoju Wspólnego Ślizgonów.

- Jesteś skłonny do negocjowania nad swoim ultimatum?


Przyjrzał się oceniająco Harry'emu, czując zbyt wielką ulgę, by czuć się z nią komfortowo.

Czy był skłonny do negocjacji? Tak. Tak, był, dla Harry'ego był.

Nie musiał pytać o to, jakiego typu ustępstw domagał się od niego Harry; pragnął bezpieczeństwa i ochrony dla swojej rodziny i przyjaciół, nie żeby już teraz odrobinę jej nie mieli, jak odkryła Granger… ale Harry nie musiał o tym wiedzieć… interesującą częścią było to, na co mógł w zamian pozwolić Harry, ponieważ obaj wiedzieli, że zgoda Harry'ego na zostanie nie będzie działać jako ustępstwo, gdyż nim nie była.

Na początku musieli negocjować, aby tak było i Harry niemal przyznał, że chce zostać tak bardzo, jak Tom nie chciał go opuszczać, tak więc… czego powinien żądać?

To musiało być coś, co Harry miał szanse zaakceptować, co, niestety, oznaczało, że nie mógł wykorzystać tego do sprawienia, by Potter zgodził się na jego plan i zniszczył własny. Ani poprosić o Obręcz Monachijską.

- Tak – powiedział. – Jestem otwarty na negocjacje. Jakich pragniesz ode mnie ustępstw?

- Nie skrzywdzisz, nie rozkażesz skrzywdzić ani nie zagrozisz krzywdą nikomu, na kim mi zależy… będziesz ich chronić w razie potrzeby i nie będziesz ich używać przeciwko mnie – postanowił ostrożnie Harry. – Nie zostaną oni także zranieni w wyniku twoich działań.

Ukrył uśmiech słysząc ostatnią część, wiedząc, że została skierowana na jego plan.

Za wyjątkiem tego, że skrzywdzenie ich wiązałoby się z wywołaniem u nich fizycznej, psychicznej lub moralnej szkody lub pogorszania… i technicznie rzecz biorąc, nic z tego nie nastąpi, jeżeli po prostu nie będą istnieć. W żaden sposób im wtedy nie szkodził.

Mimo tego zmrużył oczy, udając, że przystanie na to jest o wiele trudniejsze niż było w rzeczywistości… jeśli Harry nie będzie prosił o nic więcej, sam z całą pewnością nie poleci mu, by zwiększył zasięg swoich ustępstw.

Oczywiście wciąż były to ustępstwa; nie mogąc wykorzystywać do manipulacji Harrym ludzi, na których chłopcu zależy, tracił ogromną ilość kart przetargowych.

Użycie słowa „zależy" zostało bardzo sprytnie wybrane przez Harry'ego, ponieważ zawierało, oczywiście, jego przyjaciół i rodzinę, tyle, że Potterowi nie zależało jedynie na nich, miał on w zwyczaju troszczyć się o wielu ludzi. Kompleks bohatera.

Byłoby to ogromnie zobowiązujące, gdyby Potter kiedykolwiek w przyszłości zdecydował się walczyć przeciwko niemu, skoro wszyscy jego wrogowie i cała Jasna Strona automatycznie zostaliby objęci umową.

Hmmm. To mogło się udać…

- Jeśli zgodzisz się na moje ustępstwa, celowo nie skrzywdzę, nie rozkażę skrzywdzić ani nie zagrożę żadnemu z twoich przyjaciół czy rodziny, będę ich chronić w razie potrzeby i nie będę ich używać przeciwko tobie ani nie zostaną oni celowo zranieni w wyniku moich działań.

- Ludziom, na którym mi zależy, tymi słowami – oparł Harry, unosząc brew.

Okej, to nie działało, chociaż nie spodziewał się, że będzie… ale i tak musiał znaleźć jakieś zabezpieczenie, chociaż mimowolnie czuł, że jakąś odległą częścią swojego umysłu podziwia to, jak udało mu się zmienić chłopca. Rok temu Harry nie byłby w stanie wychwycić znaczenia semantyki i leksykalnych wyborów.

Ustępstwa, na jakie musiał zgodzić się Harry, gdyby zgodził się na jego propozycję… nie będziesz walczył przeciwko mnie? Nie.

Chociaż był pewny, że Harry był na tyle pomysłowy, by znaleźć sposób na obejście tego, to spowodowałoby to, że ich obecna gra nie byłaby już aktualna i nie mógł też powiedzieć „nie będziesz walczyć z moim planem", ponieważ chłopiec nigdy by się na to nie zgodził.

Harry wiedział, że lepiej nie próbować używać przeciw niemu jego własnych śmierciożerców, głównie dlatego, że podczas gdy w pewnym stopniu zależało mu na nich, to nie wystarczyło na to, by dać Harry'emu jakiekolwiek znaczące korzyści, tak więc bezsensowne byłoby umieszczać to w ustępstwach. Chyba, że…

- Jeśli zgodzę się na twoje ustępstwa, zgodzisz się na to, że jeśli kiedykolwiek mnie zdradzisz, powrócisz do Jasnej Strony albo użyjesz tych ustępstw przeciwko mnie w celu ułatwienia wygranej Jasnej Stronie lub moim wrogom, to wszystkie negocjacje między nami stracą swoją ważność, oprócz tego decyzja, że negocjacje tracą swoją ważność i kontrolowanie twojej magii, którą stracisz w wypadku, gdybyś złamał przysięgę, będą należały do mnie.

Te ustępstwa nie były takie same jak Harry'ego, ale były wiążące i zapewniały mu zabezpieczenie, którego potrzebował i pragnął bardziej niż jego towarzysz, były bardziej trywialne i żądały czegoś, na co mógł przystać.

Oczy Harry'ego rozszerzyły się w szoku, najwyraźniej nie spodziewał się, że taka będzie jego odpowiedź.

- Rozumiem, że nawiązujesz do Przysięgi Czarodzieja, która posiada tylko niewielkie wspomnienie o magii i straceniu jej, w przeciwieństwie do Przysięgi Wieczystej, która spowodowałaby, że straciłbym życie zamiast mojej magii.

- Dokładnie. Wolę raczej nie dawać ci większej ilości okazji do tego, byś mógł się zabić – oparł. Harry prychnął.

- Nie próbuję się zabić…

- W takim razie nie sprzeciwiasz się Przysiędze Czarodzieja i postanowieniom dotyczącym magicznego porozumienia?

- W ogóle mi nie ufasz – rzucił oskarżycielsko Harry, udając, że czuje się tym zraniony.

- Weź to za komplement – oparł sucho.

Było tak w pewnym sensie dlatego, iż sugerowało to, że Harry jest jednym z niewielu ludzi, którzy stanowili dla niego na tyle duże wyzwanie, by musiał sięgać po takie środki.

- Zgadzasz się czy nie?

- Kto decyduje, jakie działania liczą się jako zdrada lub powrót do Jasnej Strony? – dopytywał się rozważnie Harry, tym razem bardzo ostrożnie.

- Ja, chociaż możesz również i ty, jeżeli sądzisz, że jesteś w stanie zorganizować u mnie audiencję, nie zostając przy tym zabitym, torturowanym czy porwanym, to proszę bardzo, nie wahaj się kłócić ze mną w swoim imieniu i unieważnić mój osąd.

Harry milczał przez chwilę, wyglądając na zamyślonego.

Wiedział, że nie było to łatwe ustępstwo, kiedy się mu bardzo dobrze przyjrzało, ponieważ powodowało ono, że Harry nigdy nie będzie mógł wspomóc Dumbledore'a i swoich przyjaciół w walce przeciwko Voldemortowi, nie ryzykując ich późniejszego dobra.

Ale jednak… gdyby to przyjął, zdobyłby dla nich również pewną ochronę i pomoc ze strony samego Toma, a ponadto, zwolenników Toma, co potencjalnie mogłoby rozciągać się na śmierciożerców Voldemorta, w zależności od tego, jak potoczyłoby się spotkanie między nimi.

- Okej – powiedział cicho Harry. – Umowa stoi.