Rozdział do użytku doprowadziła Himitsu - dziękuję!

AliceSz, bardzo miło mi cię poznać i już na poczekaniu muszę powiedzieć, że podziwiam cię za to, że tak krótko zajęło ci przeczytania tego wszystkiego. Chociaż, oczywiście, niezwykle się z tego powodu cieszę :). Już od razu chciałam odpowiedzieć na twoje pytanie związane z ilością rozdziałów - cóż, jest ich wszystkich razem 149, tak więc trochę nam jeszcze do końca pozostało, chociaż nie można zaprzeczać temu, że z całą pewnością jesteśmy bliżej końca niż początku :). Cieszę się, że - przynajmniej do tego momentu - podoba ci się ten fick :). No i postaci Toma i Harry'ego, bo to one właściwie to wszystko tworzą ;). Miło też słyszeć, że zauważasz kanoniczne aspekty, bo czasami zastanawiam się, czy nie są one zbyt przekoloryzowane - ale dałaś mi wiarę w moje pierwsze wrażenie ;). Wątek Ginny niestety się już skończył. Veritaseria, nie ma absolutnie za co przepraszać, cieszę się, że jesteś teraz :). Tom ma haczyk zawsze i wszędzie, prawdziwym pytaniem jest, czy tym razem Harry się na niego nadzieje :). Oczywiście wspaniale odgadłaś, że o niczym ci nie powiem - ciekawe, skąd o tym wiedziałaś ;). Bardzo chciałabym cię chociaż trochę nakierować, ale za bardzo ocierasz się o takie naprawdę ważne i podstawowe rzeczy wiążące się z zakończeniem, i po prostu nie mogę... Co do przyszłych rozdziałów to... myślę, że możesz być nieco zaskoczona. Nie całkowicie, ale troszeczkę ;). Najbliższe rozdziały, jak uważam, będą pełne... ciekawych i ważnych momentów oraz informacji. Ale będą też trudne... Chociaż wszystko, masz rację, będzie kręciło się wokół Harry'ego i Toma, i w dużej mierze również ich relacji. :) Dumbledore - w pewnym stopniu niedługo. Voldemort - *ekhm*... Pytanie o porwanie i inne tego typu rzeczy pozwól, że uznam za retoryczne ;). Czy dużo do końca, czy mało - powiem, że dużo treści i to nie tylko pod względem objętościowym, ale zawartości informacji... Zgadzam się z tym, że Tom mógł być dla Hermiony bardziej ostry - naprawdę się chłopak stara być miły ;). Komentarz ani trochę nie był bezwartościowy, naprawdę bardzo mi się podobał! :) Jukira, miło mi poznać i cieszę się, że tak bardzo spodobało ci się to opowiadanie :). No i z tego, że spodobał ci się Tom i Harry, osobno i razem - za każdym razem, kiedy słyszę, że ktoś docenia te postaci, serce mi się tak przyjemnie ściska. :) Jakie dokładnie będą skutki zawartej umowy, oczywiście, nie zdradzę, ale myślę, że się wkrótce przekonasz :). I dziękuję za Wenę, ta przyda się zawsze i wszędzie... Evolution, rozumiem, każdemu zdarza się przez przypadek wcisnąć nie ten przycisk co trzeba - chociaż przyznam, że zaskoczyłaś mnie tym, iż nie można dodawać dwóch komentarzy do jednego rozdziału. Podejrzewam, że jest to jakieś wewnętrzne zabezpieczenie przed spamem, ale nie miałam o tym pojęcia... W każdym razie, rozumiem twoje zestresowanie rozdziałem - w końcu to, co postanowił Harry będzie miało wpływ na wszystko, co stanie się w przyszłości (przeszłości?). Twoje skojarzenie z rowerem całkowicie mnie rozśmieszyło, chociaż właściwie było zrozumiałe :). Chociaż mówi się, że jak ktoś raz nauczył się jazdy konnej, to już nigdy tego nie zapomni, a z własnego doświadczenia powiem, że bardzo, ale to bardzo bym się z tym sprzeczała ^^... Harry zawsze będzie mniej otwarty niż Tom i z większym trudem będzie mówił głośno o ich relacji, ale jeszcze się uzewnętrzni, mniej w niego trochę wiary ;). Cieszę się, że spodobały ci się zacytowane fragmenty - oraz to, że było ich tak dużo, bo to w pewnym sensie oznacza, że również cały rozdział ci się spodobał! :) Przyznam, że zastanawiam się czy taką samą opinie na temat tego, że "czegokolwiek oni by nie robili, to ja i tak będę się nad nimi zachwycała" itd. będziesz miała również później. Bo sama byłam, przyznam, w niezłej rozterce - chociaż to, podejrzewam, już zależy d indywidualnego spojrzenia na sprawę. Nie przeczę talentowi autorki i cieszę się, że uważasz, iż i we mnie trochę takiego talentu jest, chociaż z tym drugim myślę, że bym się sprzeczała - tłumaczenie raczej nie wymaga zbyt wiele talentu ;). Bardzo cieszę się, że spodobało ci się "Death of Today", bo naprawdę uważam, że jest fenomenalne - jeżeli chciałabyś, bym podała ci kilka innych ficków, które uważam za warte uwagi, to nie wahaj pisać się na priv, tak jak Manghie (jeśli to czytasz, wybacz proszę za tą odmianę!) podam ci je wtedy wraz z krótkim opisem ;). A jak już nie to, to zachęcam przynajmniej do zajrzenia do moich "Favorite Stories" :). Niezwykle miło mi słyszeć, że dzielenie się opiniami na temat rozdziałami to czysta przyjemność, bo przynajmniej nie mam teraz wyrzutów sumienia co do tego, że tak pragnę, by kilka komentarzy zawsze się pod rozdziałem pojawiło :). Są naprawdę motywujące, chociaż, jak już mówiłam wiele razy, nigdy wcześniej, kiedy jeszcze nie publikowałam niczego, nie rozumiałam tego, jak mogą być one takie ważne. Dopiero teraz... ah! Nie ważne ;). Mam nadzieję, że twój pierwszy poniedziałek po feriach minął lepiej niż mój - i że nie było tak źle jak mogło być :).

Mam wielką ochotę uściskać wszystkich komentujących i czytujących, tak więc chociaż nie mogę tego zrobić, to proszę, czujcie się ode mnie mocno, ciepło wyściskani :). Jesteście niezwykli :).

Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział rozjaśni dzień tym, którym nie minął on najlepiej.


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto dziewiętnasty

Harry nie był głupi, doskonale zdawał sobie sprawę z czystego ogromu tego, co przysiągł… i tak, zauważał problem oraz paradoks, jaki tworzyło to z obietnicą daną Dumbledore'owi.

Jeśli nie uda mu się zapobiec temu, by Tom stał się Voldemortem, jeśli Voldemort zostanie taki, jaki jest teraz, to on sam albo straci swoją magię, albo umrze. Jeśli, tak jak obiecał, wesprze Dumbledore'a, jego magia zostanie odsączona z niego bez zawahania związanego z negocjacją z Tomem, a jeśli odmówi pomocy dyrektorowi, umrze.

Musi wygrać.

Jeśli tego nie zrobi… cóż, jeśli tego nie zrobi, miał plany także i na taki przypadek. Na wszelki wypadek.

Był horkruksem; jeśli Voldemort miałby zostać zniszczony, to on i tak by musiał umrzeć. Tak więc zbierał już inne kawałki duszy Mrocznego Lorda, a wszystko, co musiałby zrobić, gdyby czas się skończył, to wręczenie ich Dumbledore'owi i jak najszybsze ulotnienie się.

To nie robiło mu żadnej różnicy.

Gdyby stało się tak, że nie mógłby powstrzymać Voldemorta, wtedy przynajmniej cholernie by się upewnił, że zniszczy go, zanim ten w swoim nienawistnym szaleństwie rozłoży świat na czynniki pierwsze.

Tom prawdopodobnie myślał, że ma go całkowicie w garści, że po prostu uniknie działania przeciwko jego kontrastującej ze wcześniejszą przysiędze albo w jakiś sposób zmieni swoją wcześniejszą obietnicę złożoną Dumbledore'owi.

Może i było to manipulacyjne, ale ukazywało sfiksowanie Toma na punkcie utrzymania go przy życiu, tak więc, czy jeśli Harry upewniłby się, że jego plan dąży do takiego właśnie zakończenia i przy okazji spowodował, że Tom nie byłby Voldemortem, to czy wtedy Riddle z całą pewnością nie byłby zmuszony do zastosowania się do niego?

Wiedział, iż dziedzic Slytherina uważał, że jego intrygi były niedbałe i lekkomyślne, ale te były bardziej przemyślane, niż ludzie mogliby się tego spodziewać.

Zebranie horkruksów, w tym pierścienia, i znalezienie sposobu na to, by Voldemort czuł wyrzuty sumienia/dokończenie zaklęcia wysyłającego go z powrotem w czasie. Skonfrontowanie się z Voldemortem, uczynienie z niego „Toma" i wysłanie Voldemorta-Toma z powrotem w czasie, aby jeszcze raz przeżył swoje życie, z wymazanymi wspomnieniami tego, co się dotąd działo.

Niekończąca się pętla czasowa, mająca swój kres, kiedy czas się skończy i świat toczyłby się dalej taki, jaki teraz był… nikt nie roztarłby się do nieistnienia i Tom byłby wolny, mogąc robić wszystko, co chciał, by cieszyć się życiem. A do tego, nie byłby Voldemortem.

To było ryzykowne, ale czy chociaż trochę mniej niż szalony plan, nad którym pracował Tom? Nie sądził. Oczywiście, istniało duże prawdopodobieństwo tego, że jego umysł zostanie uszkodzony po tym, jak zostanie z niego wyrwany horkruks, ale uzyska pomoc, aby skończyć to, co zaczął i był pewny, że Tom ostatecznie zacznie zachowywać się jak samolubny drań, którym był.

To będzie działać.

Musi.


Był obiad, wszystkie negocjacje i zajęcia już zakończyły się jak na ten dzień.

Carrow i Snape gapili się na niego, nawet bardziej niż inni nauczyciele, nawet bardziej niż ci, którzy wiedzieli o ultimatum, nawet bardziej niż Dumbledore, a do tego musiał przyznać, że nie wytrącało go z równowagi to niemożliwe do odczytania spojrzenie, a raczej jego zabarwienie nieuchwytnym uczuciem absolutnego przerażenia, z którym Harry nie do końca był pewien co zrobić.

Dumbledore kierował na ich stół ostre spojrzenia i Harry był w stanie zauważyć wyrzeźbione na jego twarzy jak fałdy arkuszu pergaminu zmarszczki zmartwienia. Tom także z całkowitą jasnością zauważył poważne oblicze Jasnego Lorda i aż kipiał zadowoleniem z siebie, a zarazem czymś znacznie bardziej dwuznacznym.

Czuł, jak reszta Ślizgonów rzuca jemu i młodemu Czarnemu Panu ukradkowe spojrzenia, a widocznie starali się robić to o wiele bardziej subtelnie niż im się to faktycznie udawało… chociaż może rzeczywiście byli subtelni, a to mnogość i częstotliwość tych spojrzeń sprawiała, że były one takie oczywiste.

Przez chwilę nad tym rozmyślał, obserwując jak również Carrow i Snape wysyłają w jego stronę te prawie nerwowe spojrzenia.

Zrozumiał dlaczego, kiedy jego blizna eksplodowała bólem.


Harry nagle wydawał się zesztywnieć, jego twarz stała się biała jak śnieg, jak śmierć.

Zevi otworzył usta, by zwrócić na to uwagę, ale zauważył, że Tom już dostrzegł zmiany, pochylając się nad chłopcem w sposób dyskretny, chociaż szybki. Jego ostrzegawczy wzrok skierował się na wszystkich, którzy to zauważyli, uciszając ich.

- Harry? – zażądał Tom twardym głosem, po czym zmienił się on na syk, kiedy chłopiec przeniósł się na wężomowę. Jego uchwyt bezwzględnie zaciskał się na ramieniu Pottera.

Harry zamrugał, wyraz jego twarzy ledwie ukrywał agonię, po czym chłopiec z trudem zmusił się do wstania, podczas gdy Dumbledore zrobił to samo, wydając szybkie rozkazy stojącym obok niego nauczycielom.

- Wszyscy uczniowie mają natychmiast skierować się do swoich Pokojów Wspólnych, tam będziecie mogli dokończyć swój obiad. – W pozornie przyjemnym tonie głosu mężczyzny nie było łagodności. Po wypowiedzeniu tych słów, dyrektor skierował się do ich stołu wraz ze Snape'em depczącym mu po piętach, podczas gdy inni nauczyciele i prefekci zaczęli zapędzać całą populacją szkolną do dormitoriów.

Harry wciąż siedział… cóż, określenie „siedział" było optymistyczną formą opisującą jego postawę, właściwie to bardziej osuwał się, jak gdyby stół był jedyną rzeczą, która podtrzymywała go w pozycji pionowej.

Czuł mdłości, widząc to, bo chociaż Harry robił wiele rzeczy, to nie miał w zwyczaju okazywania lub przyznawania się do jakiejkolwiek oznaki słabości.

Dłoń Toma zacisnęła się na szczęce chłopca, co wydawało się nieznacznie otrząsnąć Harry'ego albo przynajmniej przywrócić jego uwagę z odległego miejsca, na którym się koncentrowała. Więcej syczenia.

- Harry… co jest? Dlaczego on tu jest? – zakwestionował Dumbledore ze zdecydowaniem, ale nie z surowością, chociaż sam fakt, że zażądał odpowiedzi, zamiast po prostu wysłać niezwłocznie pół-Gryfona i pół-Ślizgona do Skrzydła Szpitalnego wydawał się być, według niego, czystym okrucieństwem.

On…? Mroczny Lord. Przyszłe ja Toma albo przynajmniej tak sugerowały wszystkie dowody, nawet jeśli nie wolno mu było zająć się sprawdzaniem tej teorii.

Harry pokazał swój ból, którego rozmiary wciąż były prawdopodobnie w większości maskowane przed opinią publiczną, ilekroć odbywał się rajd śmierciożerców, tak jak ten w noc Halloween, kiedy obudził się krwawiąc i krzycząc… tak więc blizna, która, jak dobrze wiadomo, została mu dana przez Czarnego Pana, mogła działać jako połączenie.

- On… - Harry wydawał się gwałtownie wrócić do rzeczywistości, ukrywając na swojej twarzy ostatnie oznaki jakichkolwiek odczuwanych przez niego tortur, chociaż jego ruchy i tak pozostały bardziej ostrożne niż były zazwyczaj. – On nie wejdzie do środka. Po prostu muszę pójść i z nim porozmawiać. Wybaczcie…

Zanim Harry mógłby zrobić chociaż krok, uwalniając się z uścisku Toma, ten sam uścisk powrócił mocno na ramię Pottera, uniemożliwiając mu ruszenie w stronę wyjścia. Chłopiec spojrzał do tyłu, a jego oczy pociemniały.

- Tom… - zaczął z twardą, sfrustrowaną nutką w swoim głosie.

- Co się dzieje, bohaterze?

Ach, bohaterze. Ten pseudonim był złym znakiem, ponieważ miał tendencję do pojawiania się wtedy, kiedy z jakiegoś powodu jego Pan był niezadowolony z Harry'ego; powodu, który zazwyczaj miał coś wspólnego lekkomyślnymi, autodestrukcyjnymi działaniami młodszego chłopca, które doprowadzały do jego bliskiego spotkania ze śmiercią.

- To coś, czego i ja chciałbym się dowiedzieć – stwierdził cicho Sev… Snape, szepcząc, wymawiając na głos myśli zarówno jego, jak i pewnie wszystkich innych.

W następnej sekundzie zimny głos rozległ się szeptem, jakby zaraz obok nich, wysoki i wyraźny, lodowaty w swoim okrucieństwie:

- Nie lubię czekać. Jeśli nie zjawisz się tutaj w ciągu następnej minuty, znajdę jakieś mugolskie miasteczko i dokonam na nim rzezi, i to ty będziesz musiał czekać na to, aż będziesz mógł spróbować zmyć ich krew ze swoich rąk, ponieważ wystawiasz na próbę moją cierpliwość.

Tom, już skupiony na przyglądaniu się drugiemu chłopcu, ciepłem i niebezpieczeństwem spowodowanym intensywnością tego działania wydawał się niemal parzyć skórę Zeviego, a przecież to spojrzenie nie było nawet na niego skierowane.

Harry przybrał buntowniczą pozę, ale w jego postawie widać było rozpaczliwe drgnięcia, nad którymi ledwie trzymał kontrolę i w pewnym stopniu bał się tego, co zrobi chłopak.

Jednak ten jedynie chwycił w okrutnym uścisku rękę Toma i praktycznie wlekł go w kierunku drzwi, nie wysyłając nikomu ani jednego spojrzenia, łącznie z Granger, Weasleyem i jego Gryfiontkami, którzy zbiegli się wokół nich z niepokojem.


Drżał na całym ciele, nie wspominając już o zdezorientowaniu, jakie czuł w sprawie tego, dlaczego Voldemort ponownie najechał na teren Hogwartu… i czy nie powinno być tam barier, które utrzymywałyby go z daleka?

Koncentrował się na ciągnięciu Toma ku błoniom, zdając sobie sprawę, że musiał wziąć go ze sobą na wypadek, gdyby Riddle zdecydował się skrócić jego ograniczenia narzucane przez Znak z powrotem do dziesięciu metrów i zastanawiając się - kiedy Ślizgon zapierał się piętami - czy nie łatwiej byłoby po prostu rzucić na niego Drętwotę.

Oczy Voldemorta ciskały w jego stronę ostre, szkarłatne odłamki lodu, kiedy Potter podszedł do niego, mocno ściskając różdżkę w dłoni, która nie zmuszała Toma do współpracy.

Po raz kolejny poczuł odległe poczucie szczęścia, spowodowane tym, że kiedy Tom nie był w stanie oszukiwać, to byli oni mniej więcej na tym samym poziomie. Zawsze tacy byli, fizycznie, i chociaż Tom był od niego wyższy i miał niezwykłą siłę w swoich pozornie słabych palcach i mięśniach, to Harry był lepszym wojownikiem, a do tego wcale nie był jakoś szczególnie słaby.

Nie było żadnych śmierciożerców.

- Co jest? – syknął ostrożnie, uwalniając Toma i zamiast tego koncentrując całą swoją uwagę wyłącznie na Czarnym Panie. Oczy Voldemorta przesuwały się po Tomie, jego źrenice zwęziły się w jakiejś zamrożonej emocji, od dawna już lodowate i bezlitosne na cokolwiek przypominającego sentymentalizm, bez względu na to, co to za uczucie pierwotnie było, po czym spojrzały na niego.

- Jeżeli pytasz o radę, należałoby dostosować się do niej, jeżeli została udzielona.

Harry powstrzymał szok, zanim mógłby on dotrzeć na jego twarz, chociaż Voldemort, i być może Tom, najprawdopodobniej i tak odebrali go poprzez połączenie.

- Dostosowałem się… – powiedział, przechodząc na język angielski, przesuwając zmieszanie na tył swojej świadomości. – Przestałem udawać.

- Oczywiście, że się nie dostosowałeś – splunął Voldemort i Harry bezmyślnie uświadomił sobie, że Tom nie rozumie, czego dotyczy ta cała zwariowana rozmowa. – Inaczej zrobiłbyś tak, jak mówiłem.

Harry zmarszczył brwi i Tom spoglądał to na jednego, to na drugiego z wyrazem twarzy bardziej śmiercionośnym niż kiedykolwiek wcześniej.

- Czy którykolwiek z was zamierza wytłumaczyć mi, o co chodzi? – zażądał zjadliwie.

- Nieszczególnie – powiedział spokojnie Harry.

- Potter, jeśli zrobiłbyś tak, jak mówiłem, przyjąłbyś to ultimatum i odszedł – syknął Voldemort. Harry zamrugał.

- Powiedziałeś, że mam przestać udawać…

Voldemort uśmiechnął się w strasznej imitacji uśmiechu, w którym nie było ani trochę z ciepłego, radosnego uśmiechu, który znał.

- Przestać udawać, że wasza dwójka ma jakiekolwiek szanse na przyszłość.

- Okej, powiedzcie mi, co się dzieje! – rozkazał jadowicie Tom. Harry nie spojrzał na niego, zaciskając szczękę.

- Czy to wszystko, co chciałeś mi powiedzieć, przychodząc tutaj? – zakwestionował chłodno. Voldemort zrobił groźny krok do przodu i Potter nie wycofał się, a następnie… następnie Tom wszedł między nich, praktycznie promieniując niebezpieczeństwem.

- Być może mnie nie słyszeliście…

- Słyszeliśmy cię – stwierdził Voldemort. – Po prostu ci nie odpowiedzieliśmy.

Harry parsknął mimowolnie, z powrotem zwracając na siebie uwagę Voldemorta.

Ból w jego głowie stał się niemal przytłaczający, a jednocześnie palce Toma zacisnęły się na jego ramieniu, przyciągając go bliżej do siebie i chłopiec przyłożył usta do jego ucha, mówiąc.

- Zacznij wyjaśniać – wymruczał – albo rozerwę twój umysł.

- To nic takiego – wymamrotał Harry, uznając, że wyjaśnienia byłyby nieco zbyt żenujące.

Cisowa różdżka z piórem feniksa wbiła się w jego bok i w następnej sekundzie zniknęła, zastąpiona palącym bólem, przez który z trudem było mu myśleć.

Był teraz w uścisku Voldemorta i z trudem przełknął podchodzącą mu do gardła żółć. Tom zrobił krok do przodu, zatrzymując się, kiedy starsza wersja jego różdżki przycisnęła się do szyi Harry'ego.

- Wasza dwójka może… pozbyć się swoich licznych problemów w późniejszym terminie, na razie, dzieciaku, byłbym wdzięczny, gdybyś mógł dać nam trochę prywatności.

Tom skrzyżował ręce, wyraz jego twarzy był jak kamień, nieruchomy.

- Chyba, że uważasz go za równie zabawnego bez jego zdrowia psychicznego albo kończyn?

Wyraz twarzy młodego Czarnego Pana obiecywał zemstę.

- Wyrwę ci płuca i będę patrzeć na to, jak się dusisz, jeśli choćby…

- Tak, tak – zaszydził Voldemort, lekceważąco. – A teraz idź się pobawić w piaskownicy jak dobry, mały chłopiec.

Kolejna cisowa różdżka wskazywała w jego kierunku.

- W porządku, Tom – oznajmił cicho Harry. – Przyjdę do ciebie, kiedy tylko skończymy rozmawiać… chociaż pozostaw ograniczenia poluzowane.

- To dziwne – głos Toma był zjadliwy – ale jakoś nigdy te twoje uspokajające oświadczenia mnie nie uspokajają, zwłaszcza, kiedy mają coś wspólnego z twoim własnym zdrowiem.

Harry skrzywił się.

- Zabawne…

- Ja, Lord Voldemort, dawniej znany jako Tom Marvolo Riddle, przysięgam na moją magię, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin nie spowoduję celowego uszkodzenia Harry'ego Jamesa Pottera – warknął Voldemort, najwyraźniej tracąc cierpliwość.

Obaj nie zmienili swojego nastawienia, podczas gdy Voldemort odepchnął go od siebie lekko, wycofując różdżkę. Harry poniósł na Toma brew.

- Zadowolony?


Stali w milczeniu. Stwierdzenie, że Harry czuł się niezręcznie byłoby sporym niedomówieniem, a do tego, ze względu na łączącą ich więź, czuł ból. Mimo tego, postawa jego ciała pozostała wyprostowana, nie ukazując żadnej z tych rzeczy, a myśli Voldemorta stały się z kolei całkowicie nieczytelne. Odmówił odezwania się pierwszemu; to Voldemort był tym, który chciał prowadzić tą dyskusję.

- Zależy ci na nim – stwierdził mężczyzna. Nim… Tomie, oczywiście.

Nie był jednak pewny, co na to odpowiedzieć, słowa jego towarzysza nie były pytaniem. W końcu tylko popatrzył na niego i czekał, by zobaczyć, do czego zmierza ta cała, szczerze powiedziawszy dziwaczna i surrealistyczna, sytuacja.

- Więc dlaczego starasz się zmienić przyszłość?

Najwyraźniej Voldemort w jakiś sposób się o tym dowiedział. Harry był pewien, że wcześniej nie wiedział on o ich planach i zamiarach, a przynajmniej nie do końca.

Poczuł przez połączenie mroczną, pulsującą furię, ale w żaden sposób nie mógł zrozumieć, co Mrocznego Lorda tak bardzo rozgniewało.

Czy to nie była w końcu słabość, którą mógłby wykorzystać?

- Bo może on stać się kimś o wiele więcej niż tobą – oparł chłodno. – I nie chcę patrzeć na to, jak staje się marnym cieniem samego siebie.

Twarz Voldemorta wykręciła się odrażająco.

- Niszczysz go.

- A jednak to ty jesteś tym, który wymazał go ze swojej własnej osobowości – warknął Harry. – Ani trochę nie jesteś do niego podobny.

- Dorosłem, być może powinieneś zrobić to samo. Nie mamy już piętnastu lat, odpuść.

- W takim razie pragnę, byś nigdy nie dorósł, bo teraz jesteś po prostu żałosny.

Jego blizna zaczęła boleć, powodując, że na ułamek sekundy jego maska ześlizgnęła się i doskonale wiedział, że Voldemort to zauważył. Wtedy Harry poczuł, jak coś cudownego, chociaż mroczniejszego i zimniejszego, pozornie podświadomie przez niego przepłynęło.

- Wiem, że to odkryłeś… paradoks… ty wymazujący się do nieistnienia…

- Wolałbym nie istnieć niż pozwolić mu stać się tobą – warknął Harry. Palce Voldemorta zacisnęły się wokół różdżki.

- On albo stanie się mną, albo sam w ogóle nie będzie istniał, ty głupi dzieciaku.

Harry zamarł, nie rozumiejąc.

- Co…

- Przyszłość zostanie zniszczona, jeśli przeszłość zostanie zmieniona – oznajmił chłodno Mroczny Lord. – Musisz o tym wiedzieć.

Doszedł do wniosku, że Voldemort będzie mu teraz w zamian za jego odzywkę, w zemście, cały czas przerywać. Typowe.

- Tak, ale…

- Ty jesteś teraz częścią jego przeszłości.

Jego serce zatrzymało się.

Jak mógł o tym nie pomyśleć? Biorąc pod uwagę, jak wiele czasu spędził na rozważaniach na ten temat…

Tom spotkał już Harrisona Evansa, więc jeśli Voldemort by nie istniał, to nie mógłby stworzyć okoliczności, które doprowadziłyby Harry'ego Pottera do stania się dokładną wersją Harrisona Evansa, a co za tym idzie Tom, którego znał, także zostałby zniszczony.

Przełknął ślinę. Nudności ścisnęły jego brzuch. Voldemort studiował bez emocji wyraz jego twarzy.

- Twoje próby przekonania go do zmiany charakteru, twoje osłabienie paradoksu, z którego wydajesz się być taki dumny, w niczym nie pomagają. To go nie ratuje, to go zabija, a im więcej czasu spędza on z tobą, im bardziej mną pogardza… tym bardziej prawdopodobne jest, że wysadzisz was obu z dymem.

To niczego nie zmieniało.

I wydawało się sprawiać, że jego plan stawał się jeszcze bardziej ważny, ponieważ zakładał on, że poprzez wymazanie pamięci stwora, znajdującego się tuż przed nim, przeszłość wciąż się wydarzy.

Czy Voldemort byłby gotów współpracować z tą częścią jego planu, która dotyczyła Toma? Raczej nie. Tom stwierdził, że wolałby raczej, by im obu się nie udało niż, by wygrał sam Harry.

Pod tym względem, Voldemort uważał najprawdopodobniej tak samo. Nie pozwoliłby Tomowi przeżyć, jeśli miałoby to oznaczać jego własne cierpienie i śmierć, zresztą oczywiste było, że nie ma żadnej relacji pomiędzy dwoma odmianami tej samej osoby. Mroczny Lord nie zrobiłby tego, nawet dla dobra Toma.

- Więc według ciebie najlepszym rozwiązaniem całej tej sytuacji byłoby moje odejście i… co… zmuszenie go do stania się tobą ze zwykłej złośliwości? – dopytywał się z niedowierzaniem Harry.

- Jeśli zależy ci na nim tak, jak na to wygląda albo chociaż jak twierdzisz, zrobisz to – oznajmił Voldemort. – Wtedy mógłbyś usunąć się w cień i stanąć twarzą w twarz ze swoim Losem, a nie ciągnąć tę głupią krucjatę.

Voldemort myślał, że chciał jedynie przekonać Toma do nie stania się nim, nie miał zielonego pojęcia, jakie naprawdę były plany Harry'ego.

- Jeżeli taka jest twoja konkluzja, to w takim razie jaka jest twoja teoria na temat twojego braku tych wspomnień? – zakwestionował. Wyraz twarzy Voldemorta zmienił się nieznacznie, ale mężczyzna już po chwili ponownie nałożył swoją maskę.

- On cię nie opuści, jeśli będzie pamiętać ten czas; jest do ciebie zbyt przywiązany, zbyt żałośnie obsesyjny.

- On ma Obręcz Monachijską, jeśli poszedłbym za tym… twoim planem, nie byłbym w stanie manipulować jego wspomnieniami w sposób, który wydajesz się sugerować.

- Nie oczkuję od ciebie, byś wykonywał jakąkolwiek magię, wszystko, czego od ciebie wymagam, to byś umożliwił mi dezaktywowanie jego Zespołu w warunkach, w których on mnie w tym samym momencie nie atakuje… z oczywistych powodów nie mogę z nim walczyć, kiedy on tak wyraźnie nie ma takich zamiarów względem mnie… on pokłada w tobie zaufanie.

- Nie mogę go zdradzić, tak samo jak nie złamię pokładanego we mnie jawnego zaufania.

- Nawet, jeśli to uratuje mu życie?

Drań. Wyglądało na to, że mimo wszystko próbuje wykorzystać to, jak „zależy" mu na Tomie.

- Czy Tom wie o tym… dylemacie? – zapytał.

Jeśli wiedział, to wtedy Tom był wściekłym hipokrytą, krytykując jego skłonności do autodestrukcji.

- Oczywiście, że wie. Skoro ja mogę to wymyśleć, on również może.

Racja. Nastąpiła kolejna chwila ciszy i dostrzegł obserwujących ich dyrektora, Toma, Hermionę, Rona i nauczycieli, którzy kłócili się między sobą, stojąc w zamkowych drzwiach.

- Cóż – powiedział Harry szyderczo, wesołym tonem. – Chciałbym powiedzieć, że przyjemnością było z tobą rozmawiać, jednak wątpię, by kiedykolwiek była to prawda. Czy czegoś jeszcze chciałeś? Bo mój harmonogram jest dość napięty i jestem pewien, że masz spotkanie śmierciożerców albo coś równie lichego do załatwienia.

- Czy powinienem założyć, iż oznacza to, że nie mam co liczyć na twoją współpracę?

Harry zastanowił się. Jakie konsekwencje mogłyby przyjść z tego, że udawałby, że zgadza się z tym planem? Żadne, jeśli morderczy błysk na twarzy drugiego mężczyzny byłby wszystkim, przez co musiałby przejść.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by upewnić się, że Toma nie spotka żadna krzywda – stwierdził w końcu.

Voldemort przyglądał mu się, ten dziwny błysk na jego wytartej z wszelkich emocji twarzy pojawił się po raz kolejny, po czym Czarny Pan skinął głową.

Harry odwrócił się, by odejść, chociaż robiąc to, wciąż niezwykle mocno świadomy był każdego ruchu Voldemorta.

- Harry. – Zatrzymał się na to, wściekając się, kiedy usłyszał swoje imię, wypowiedziane przez mężczyznę o twarzy węża, wypowiedziane w sposób nie ociekający dużą ilością śmiertelnego zagrożenia. W jego głosie nie było bynajmniej ciepła, był on tak samo lodowaty i okrutny jak zawsze, ale nie ociekał pogardą.

- Jeśli chcesz innej rady… zapytaj starca o przepowiednię.

Odwrócił się, ale jego wzrok napotkał jedynie puste powietrze.

Voldemort zniknął.


- Co się dzieje? – zażądali zarówno Dumbledore, jak i Tom w sekundzie, w której do nich dotarł. Harry'emu zajęło krótki moment zauważenie ich identycznego tonu i własnej nutki rozbawienia.

- To nic takiego – odpowiedział.

W następnej sekundzie cisowa różdżka w niepokojąco Czarno-Panowy sposób ponownie wskazywała w jego kierunku.

- Nie praktykowałeś jeszcze dzisiaj oklumencji, prawda, skarbie?

Oświadczenie to było niskie, pełne słodyczy i niesamowicie zabójcze. Harry poczuł lekkie ukłucie irytacji.

- Wiesz o swoim planie? – zapytał słodko. – O tym, jak działa, kiedy wymazując tą rzeczywistość, wymazuje ciebie, ponieważ zmienienie mojej przeszłości i wszystkiego z nią związanego oznacza, że my nigdy się nie spotkamy, tak więc zmieni się również twoja przeszłość?

Głowa Toma przechyliła się lekko. Wszyscy inni wyglądali na zdezorientowanych i zaniepokojonych tym nagłym przeniesieniem się na język węży.

- Cóż, mogłem ci powiedzieć, ale im bardziej jasny będę i im więcej podam ci szczegółów, tym bardziej będziesz walczyć przeciwko mnie, tak więc udzielenie ci tych wyjaśnień byłoby szkodliwe… jestem pewien, że Voldemort wiedział o tym, kiedy cię o tym wszystkim informował.

- To dlatego, że twój plan jest taki gówniany – odparł spokojnie. – I to nie ma nic wspólnego z jego opinią. Powinieneś o tym wiedzieć.

- Plany? – zakwestionował krótko Dumbledore. Harry przewrócił oczami.

- Naprawdę myślał pan, że jest jedynym, który planuje? Wszyscy planują. Pan planuje. Tom planuje. Ja planuję. Voldemort planuje. To wszystko, to po prostu wyścig, który zmierza do tego, by zobaczyć, który plan wygra… i to będzie mój.

Harry odwrócił się, podirytowany całym tym tematem, tylko po to, by zatrzymać się, kiedy cisowa różdżka zetknęła się z jego klatką piersiową.

- Co planuje Voldemort? – zapytał Tom, a jego oczy błyszczały zdecydowaniem.

- A jak myślisz, jaki jest jego plan? – odparł Harry. – Chce się upewnić, że będzie istniał.

- I przybył, by wzbudzić w tobie poczucie winy z powodu zniszczenia mojej osoby w momencie, w którym zapobiegniesz jego istnieniu – domyślił się bystro Tom. – Ciekawa taktyka… działała?

- Oczywiście, że nie – prychnął Harry, omijając wycelowaną w siebie różdżkę. – Nienawidzę go bardziej niż lubię ciebie.

Prawdopodobnie. Być może. To było skomplikowane. Tom uniósł brwi, tak jakby znał jego myśli, powodując, że Harry przesunął się niezręcznie. Odwrócił wzrok.

- Wyglądasz na oszołomionego, kochanie. Mam nadzieję, że to z mojego powodu, a nie Voldemorta, bo to drugie uznałbym za obraźliwe, on jest dla ciebie zdecydowanie zbyt stary.

Dostrzegł uśmieszek na twarzy drugiego chłopca i popchnął go. Dumbledore przeszedł pomiędzy nimi, znikając w głębi korytarza.

Uśmieszek Toma poszerzył się, po czym zniknął.

- Wszystko mi opowiedz.