Betowała Himitsu :).
Jukira, nie ma za co dziękować ;). Taak, Harry ma teraz niezłe kłopoty - szczególnie, jeśli nie uda mu się zrealizować panu... Voldemort, chcąc nie chcąc, przynajmniej trochę Toma chronić musi, biorąc pod uwagę, że jest on konieczny do tego, by istniał. Voldemort został - tak myślę - przedstawiony trochę bardziej ludzko niż w kanonie i z większą łatwością zauważalne są jego emocje, motywacje takich a nie innych czynów. Nie wiem, czy potrafi być miły, ale... cóż, może trochę. Zależy od tego, jak dokładnie zdefiniować by słowo "miły" :). W każdym razie na terapeutę się nadaje :D. Masz rację co do stawianego Harry'emu wyzwania poprzez te... pseudonimy (?). Odnoszę takie samo wrażenie. Zły, manipulacyjny Tom :). Mangha, co za wyznania ;). Nie zazdroszczę fizyki, osobiście mam podobnie z matematyką (to naprawdę wspaniały przedmiot, ale naprawdę bardzo, ale to bardzo nie lubię wykładającej go nauczycielki...). Sama fizyka, a przynajmniej jej teoria, jest dla mnie po prostu fascynująca - uwielbiam astronomię i podczas wykładów na jej temat po prostu wiem, że oczy mi się błyszczą. Ale rozumiem, że niektórzy tego mogę nie lubić, tak więc cieszę się, że udało mi się, przynajmniej na chwilę, ciebie przed tym uratować :). Niestety samo wyjaśnienie czegokolwiek raczej nie pojawi się zbyt szybko. Co do ultimatum, to masz poniekąd rację, wracamy do poprzedniego stanu, chociaż tym razem wszystko powinno być bardziej intensywne (Tom nie może wykorzystywać przyjaciół Harry'ego, ale może zacząć działać z większym rozmachem, zupełnie się nie zwalniając dla Harry'ego). I tak, nasza kochana Hermiona nieźle Tomowi w głowie namieszała - kto by pomyślał, że to możliwe?! Voldemort działa właściwie całkiem logicznie, ale nie chcę się jeszcze na ten temat wypowiadać, być może zrobię to pod koniec ficka :). Właśnie cały myk polega na tym, że Voldemort nie zna planu Harry'ego - ale zna Harry'ego. I Toma. I potrafi się wielu rzeczy domyśleć. Chociaż, jak widać, nie wszystkich ;). Bardzo ciekawie czytało mi się twoje przemyślenia na temat Voldemorta, chociaż przyznam szczerze, że nie za bardzo wiem jak je skomentować - wybacz... Słońce ma być w następnym tygodniu, tak więc nie ma co się martwić, nie jest tak źle! ;) Plan Dumbledore'a, skoro już o tym mowa, w założeniu miał być po prostu tym, co wydarzyło się w kanonie - autorka założyła, że to co znamy z książek to po prostu wersja biorąca pod uwagę wygraną Dumbledore'a. Chociaż wcale nie wykluczałabym, że z powodu przybycia Toma zaszły w nim pewne zmiany ;)... Evolution, tak bardzo chciałabym jakoś spróbować coś wytłumaczyć, ale po prostu nie wiem jak... Czy coś się naprostuje - strasznie trudno powiedzieć. Pewne aspekty tak, pewne nie, pewne dojdą - będzie naprawdę różnorodnie :). Taak, rozmowa między dwoma wersjami Riddle'a a Harrym (szczególnie po przeczytaniu twojej rozpiski zależności, która sprawiła, że nawet i mnie zakręciło się od niej w głowie. Jak wy to znosicie? ;)) była z pewnością bardzo... dziwna. Chociaż Voldemort miał jakiś cel w takim a nie innym zachowywaniu się. W każdym razie na pewno uzasadnione jest, tak jak powiedziałaś, uczucie oderwania od rzeczywistości ;). Co do skupienia uwagi, to podejrzewam, że dość niebezpieczne byłoby dla Harry'ego, by jego uwaga nie była skupiona na Voldemorcie - niestety, Tom musiał to przeboleć ;). Voldemort z "DoT" jest jedną z tych postaci, które uwielbiam całym swoim sercem, tak więc doskonale rozumiem twoje uczucie - z pewnością takim Voldemrtem Tom mógłby być. Co do jednak "naszego" Voldemorta tutaj - cóż, nie można zapominać, że mimo wszystko jest on starszym odpowiednikiem Toma. Bez względu na to, jak bardzo się ci od siebie różnią, muszą, muszą być między nimi podobieństwa... Nie wiem, czy to, do czego posuną się bohaterowie będzie "czymś dużym", ale we mnie wzbudziło to ogrom emocji, które pamiętam do dziś, więc z mojej subiektywnej opinii tak, to będzie coś dużego :). Cieszę się, że DoT tak bardzo ci się podoba, mam nadzieję, że wraz z rozwijającymi się rozdziałami ani trochę nie przestanie :).
Z całego serca dziękuję za wszystkie komentarze - są wspaniałe i wiem, wiem, powtarzam się, ale cóż zrobić, skoro jest to najszczersza prawda? Dziękuję też wszystkim czytającym i mam nadzieję, że pomimo tego, że już tak wiele rozdziałów za nami, wasza ciekawość co do tego ficka nie zmalała ani trochę ;).
Kolejny rozdział w niedzielę pod wieczór/w nocy, bo w piątek wyjeżdżam i żadnego dojścia do internetu mieć nie będę...
Mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto dwudziesty
Była już późna noc, kiedy Tom opuścił teren Hogwartu, ukrywając się w cieniu, wiedząc, że ci, który byli świadomi jego nieobecności nie będą o tym nikomu wspominać czy choćby o tym myśleć.
Harry udał się na spotkanie z Dumbledore'em i zezwolił mu na to, usatysfakcjonowany wiedzą, że będzie świadomy, jeśli Harry go zdradzi albo zrobi cokolwiek niekorzystnego i to jedynie jego sprawą będzie poradzenie sobie z tym.
Pozwolił, by zniknęły wiążące ich wcześniej ograniczenia ruchu wiedząc, że gdyby tylko chciał, mógłby w każdej chwili je ponownie nałożyć, jako że poświęcał dzielącemu ich połączeniu nieznaczną ilość swojej uwagi.
Harry wciąż był w Hogwarcie i to wystarczyło, przynajmniej na razie, chociaż był nieznacznie zirytowany – ale nie zaskoczony – tym, że chłopiec odmówił powiedzenia mu „wszystkiego" i zamiast tego powrócił do zwyczaju pogrążania się w pełnej buntu ciszy. To była zemsta za nie dzielenie się z nim swoimi planami, wiedział o tym, ale miał zamiar później sobie z tym poradzić.
Natomiast teraz pojawił się przy Malfoy Manor, bez wahania podchodząc do bram i zauważając, że otwarły się przed nim. Pawie kroczyły dumnie po rozległej posiadłości, ale nie poświęcił im żadnej uwagi.
Nie zapukał, nie dbał tutaj o to, by zachowywać się jak pokorny uczeń, i wszedł prosto do pomieszczenia. Kiedy ze świstem różdżki zamknął za sobą drzwi, Lucjusz Malfoy wyszedł zza rogu korytarza, nałożone na dom bariery najwyraźniej uprzedziły go o przybyciu gościa.
Mężczyzna, wykapany Abraxas, skinął chłodno na powitanie, oczy koloru rtęci przyglądały mu się z ostrożnym szacunkiem i nieufnością. Wątpił, by Voldemort odpowiednio go przedstawił, ale według tego, co słyszał, to najmłodszy z Malfoyów miał długi język.
- Jest w salonie – powiedział cicho Lucjusz, cień strachu pojawił się w jego ostrożnej postawie. – Mój Panie.
Z wyćwiczoną łatwością oparł się pokusie uśmiechnięcia kpiąco, ciesząc się z tego, że po raz kolejny słyszy, jak ktoś właśnie w taki sposób zwraca się do niego. Jego zwolennicy doskonale wiedzieli, że woli być tak nazywany, ale wiedzieli również, że w otoczeniu Harry'ego rezygnuje z tej nazwy, zastępując ją „Tomem". Nie sądził, by Złoty Chłopiec był do końca gotowy na to, by w tak bezpośredni sposób ujrzeć stworzone przez niego „imperium".
Harry nie był głupi i Tom wiedział, że chłopiec domyśla się panowania, które sprawuje, kiedy nie ma go w pobliżu, ale wiedział również, że to, co wielu innych odbierało jako objawy nieświadomości i innych tego typu cech, było raczej oznaką tego, że Harry dość ostentacyjnie ignorował pewne szczegóły, tak długo, aż czuł się gotowy do poradzenia sobie z nimi bądź został do tego zmuszony.
Kiwnął głową w odpowiedzi, kierując się w tamtym kierunku, świadomy spoczywającego na nim spojrzenia. Jego żołądek zacisnął się mimowolnie na myśl o zbliżającym się spotkaniu.
Nienawidził nawiązywać bezpośredniego kontaktu ze swoim starszym odpowiednikiem, było to gorzkim przypomnieniem tego, jak nisko był zdolnym upaść, a nigdy nie godził się na porażkę.
- Tom – dobiegło go powitanie oraz kieliszek białego wina, który szyderczo zmierzał w powietrzu w jego stronę.
Czarny Pan siedział na misternym tronie jak na fotelu przed kominkiem, wyprostowany jak struna, a jego szkarłatne oczy były przeszywające jak szpikulec do lodu.
- Zastanawiałem się, kiedy bez mojej prowokacji zechcesz mnie odszukać. – Został obdarowany lekkim, chłodnym, rozbawionym uśmieszkiem. – Zaproponowałbym ci trochę wina, ale nie sądzę, byś był na to wystarczająco stary, a nie jesteśmy we Francji, chociaż możesz zająć miejsce, jeśli tylko chcesz.
- Och, dziękuję bardzo – odparł gładko, chociaż w jego głosie nie było ciepła, a następnie przemienił sobie jeden z foteli w tron, który… lepiej odpowiadał jego potrzebom. Voldemort zmrużył oczy, ale Tom kontynuował, udając, że tego nie zauważył. – Sam zrezygnowałbym z wina, najwyraźniej wiek ci nie sprzyja, tak więc nie będę jeszcze bardziej wspierał cię w pogarszaniu twojego wyglądu.
- Wzrusza mnie twoja troska. Po co tu przyszedłeś?
- Na szczęście nie w celu uzyskania dobrej konwersacji – odparł słodko, po czym spoważniał, pochylając się do przodu. – Co to w ogóle za gra, w której mieszasz się w sprawy moje i Harry'ego? Wierzę, iż jasno dałem ci do zrozumienia, że twoje zainteresowanie naszymi sprawami nie jest mile widziane oraz że zniszczę cię, jeśli nie przestaniesz się w nie mieszać.
- A jednak – mruknął Voldemort, przyglądając się mu – jesteś tutaj, zamiast realizować tą namiętną deklarację. Zniszczenie części samego siebie nie jest tak proste jak myślałeś, co, dzieciaku?
W odpowiedzi na to nastała cisza, jego opanowanie powodowało zmiany w wyrazie bladej twarzy, tak różnej od jego własnej. Oczy Voldemorta z taką samą fascynacją przyglądały się twarzy swojego młodszego odpowiednika.
- Potterowi na tobie zależy. Jest ciężarem i zdrajcą, ale wydaje się szczerze o ciebie troszczyć.
Głowa Toma przychyliła się w jedną stronę.
- Zazdrosny?
- Skonsternowany i zniesmaczony wami dwoma – oparł lodowato Voldemort.
- I zazdrosny na tyle, by przyznać, że jesteś skonsternowany – zadrwił Tom z uśmieszkiem, po czym ten również zniknął. – Co jest jedną z niewielu emocji, na które wydajesz się na tyle ludzki, by je odczuwać. To dziwne, jak rozdzieranie naszej duszy obdziera nas jedynie do naszych najbardziej podstawowych cech.
Nienawiści.
Złości.
Zazdrości.
Rozgoryczenia.
Strachu.
Zawiści.
Dumy.
Obsesji.
Wszystko pociemniało od nich, ponieważ bez jego osobowości i człowieczeństwa to było wszystko, co mógł posiadać psychopata.
Postukał palcem o fotel, łącząc ze sobą ich ukrywające emocje spojrzenia, które jednak i tak zbyt wiele im obu ujawniały. W końcu znali się doskonale, dorównywali niezrównanej intuicji Harry'ego, a może nawet i ją przewyższali.
Harry rozświetlił światłem pochłonięte przez ciemność serce, oślepiającym światłem, które powodowało, że potwory zarówno kuliły się, stając się w pewnym sensie bardziej wrażliwe, jak i rzucały się, broniąc swojego terytorium.
Voldemort odwzajemnił spojrzenie z okrutnym uśmieszkiem na ustach, przez chwilę nic nie mówiąc.
- A ty… - mruknął. – Jakie są twoje uczucia względem chłopca?
- Daj spokój, starcze, ktoś mógłby pomyśleć, że masz zamiar zrobić mi jakiś wykład.
Usta Voldemorta zacisnęły się z odrazą, napełniając go sadystyczną radością.
- Severus wydaje się wierzyć, że muszę… Hogwart akceptuje Wyjce, tak więc powiedz mi, muszę?
Radość szybko zniknęła.
- Ktoś mógłby się zastanowić, i rzeczywiście niektórzy to robią, nad uderzającą obsesją, jaką masz do chłopca.
- Cóż, tak na to patrząc, można by z kolei oskarżyć ciebie o pedofilię – zaszydził Tom. – Ale to byłoby niezwykle niepokojące, biorąc pod uwagę to, że miał jedynie rok, kiedy po raz pierwszy wyraziłeś swoje zainteresowanie jego osobą.
Nastąpiła napięta, zażarta cisza.
- Nie jestem pedofilem.
- Severus Snape nie zna wcześniejszej intensywności naszej relacji, przez co nie ma możliwości porównania jej tak, jak ty mógłbyś to zrobić – odparł, równie jadowicie. Starszy mężczyzna wziął duży łyk ze swojej szklanki.
- Touché – przyznał. – Ale, być może, zechcesz odpowiedzieć na to pytanie, jeśli pragniesz uniknąć takich nieporozumień.
- A może to ty zechcesz odpowiedzieć na moje pytania, jeśli nie pragniemy, by nasza ciekawość już tak na wieczność kręciła się w kółko bez odpowiedzi.
- Pytanie za pytanie?
- Potraktuj to jako porozumienie. Starsi przodem. Co twój plan ma wspólnego z Harrym i mną?
Palce Voldemorta zacisnęły się wokół różdżki, ale z oczywistych powodów nie ugiął się pokusie torturowania go.
- Chcę, byście obaj przestali udawać, że macie jakąkolwiek nadzieję na wspólną przyszłość i podjęli odpowiednie działania w celu zapobiegnięcia, by taka przyszłość się wydarzyła. Dlaczego jesteś tak zainteresowany Harrym Potterem?
- Ponieważ intryguje mnie i przyjemność sprawia mi jego obecność oraz nasze gierki – odparł Tom. – Dlaczego wziąłeś go sobie za cel, kiedy był dzieckiem?
- Z powodu przepowiedni – powiedział Voldemort z rozważnym wyrazem twarzy. Tom niemal ukazał swój szok.
- Co mówi przepowiednia?
- Wierzę, że to moja kolej na pytanie – podjudził Mroczny Lord, smutno. – Jaki jest twój plan względem Harry'ego i samego siebie?
- Planuję zatrzymać go przy sobie i upewnić się, że przeszłość stanie się właśnie taka, jaką tak bardzo pragniesz uniknąć.
Na twarzy mężczyzny pojawił się błysk irytacji, wyolbrzymiony, apokaliptyczny gniew jedynie podkreślił psychiczną niestabilność stojącego przed nim czarodzieja. Zakładał, że było to spowodowane jego niejasnością, ale to Voldemort to zaczął.
- Co mówi przepowiednia? – zażądał cicho, pochylając się do przodu.
Harry zamknął za sobą drzwi do gabinetu Dumbledore'a, wysyłając Fawkesowi uśmiech, a następnie spoglądając na swojego dyrektora bez wyrazu.
Dziadkowaty mężczyzna był zagrzebany w stosie papierów, okulary-połówki spoczywały na jego nosie i przez zaledwie sekundę Harry czuł przebłysk tej niewinnej sympatii do starego czarodzieja, jaką czuł jeszcze zanim przytłoczyły go te wszystkie wydarzenia. Dumbledore odłożył pióro, nie uśmiechając się.
- Nie byłem świadomy tego, że mamy na dzisiaj zaplanowaną lekcję, potrzebujesz może czegoś?
Przez chwilę Harry opłakiwał utratę relacji, jaką kiedyś dzielili albo raczej myślał, że pomiędzy nimi była. Oczywiste było, że mężczyzna był zirytowany i pełen podejrzeń z powodu jego wcześniejszego kontaktu z Voldemortem oraz braku otwartości w stosunku do tematu ich dyskusji.
Cały dzień zastanawiał się, jak do tego podejść; z Tomem musiał być bardziej ostrożny w kwestii „blefowania", ponieważ miał on okropny zwyczaj przyszpilania go, czasami całkiem dosłownie, kiedy tego próbował.
Z Tomem szyderstwa czy przebiegłość były bardziej pomocne.
- Dlaczego nie powiedział mi pan o przepowiedni? – zażądał cicho. – Nie sądził pan, że miałem prawo wiedzieć?
Oczy Dumbledore'a rozszerzyły się z szoku, po czym zwęziły, kiedy starzec starał się ocenić jak dużo wie i jak na to odpowiedzieć.
Harry nie pozwolił, by na jego twarzy pojawił się jakikolwiek wyraz, nic nie ujawniając. To rzadko udawało się z dziedzicem Slytherina, ale Tom mógł praktycznie czytać jego emocje, nie musząc rozszyfrowywać ich, jakkolwiek dobrze je ukrywał.
- Chciałem dać ci dzieciństwo – oświadczył dyrektor. – Chciałem powiedzieć ci, kiedy nadejdzie odpowiedni czas. Jak przypuszczam, Voldemort to zrobił.
Kiedy nadejdzie odpowiedni czas… pierwszy rok, jego pytanie. Dlaczego Voldemort próbował go zabić, kiedy był dzieckiem? Z powodu przepowiedni, czegokolwiek ona dotyczyła.
Harry rozważał kontynuowanie blefowania, ale w końcu zmienił taktykę. To było zbyt ważne.
- Powiedział mi, abym zapytał pana o przepowiednię… tak więc, od kogo pan woli, abym ją usłyszał? Od pana czy od niego?
Dumbledore milczał przez chwilę, po czym przywołał myślodsiewnię na stół pomiędzy nimi i wrzucił wspomnienie do cieczy.
- On zna tylko połowę, tak więc bardzo ci radzę nie dyskutować z nim o niej, co obejmuje również pana Riddle'a. Oni nie są twoimi przyjaciółmi.
A następnie postać – Trelawney – uniosła się ze srebrnym połyskiem wspomnienia.
Tom zamarł, bez tchu, kiedy Voldemort wysyczał:
- Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana… Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca…
- …A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie miał on moc, jakiej Czarny Pan nie zna… I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje… Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca…
Krew Harry'ego zamarzła, bez emocji zdolnych do przedostania się przez jego szok i przerażenie. Nie. Nie. Nie. To wszystko było złe. Dumbledore kłamał, musiał.
- Nie znasz reszty?
- Dumbledore zna… i Potter.
Obaj skrzywili się z nawału emocji, które nagle zawirowały w ich głowach, bolesnych emocji, przewijających się zbyt szybko, aby mogli je rozszyfrować, ale wszystkie myśli zamknięte były mocno za barierą oklumencyjną i Tom nagle zapragnął nie nauczyć Harry'ego tak dobrego oklumentowania się.
- Idź do niego – polecił Voldemort. – Porozmawiamy kiedy indziej.
Wszystko mi opowiesz.
