Pokłony dla wspaniałej bety - Himitsu.

Jukira, Tom jest po prostu kochany w swojej zaborczości - bez względu na to, jak się ona objawia :). Zgadzam się co do twojego spojrzenia na Dumbledore'a - chociaż właściwie wykorzystany został tutaj jedynie fakt znany z kanonu... Spotkanie Toma i Harry'ego w poniższym rozdziale, więc ani trochę nie będę się na ten temat wypowiadała, aby nie zepsuć ci niespodzianki :). A to, cz rozmowa przebiegła spokojnie, to już sama dzisiaj oceń :). Evolution, mnie właściwie trudno stwierdzić, które rozmowy są bardziej dziwne. Chyba jednak, tak jak ty, stawiałabym na te pomiędzy Voldemortem a Tomem, jako że są oni, właściwie rzecz biorąc, zarazem jedną, ale zupełnie różną osobą... Masz rację co do tego, że zachowują się względem siebie w sposób pełen różnych sprzeczności - ale sądzę, że jest to absolutnie Tomowate... :) Nigdy nie myślałam o tym, jak ta scena mogłaby zostać przedstawiona filmowo, ale sądzę, że tak jak powiedziałaś, byłoby to dość ciekawe... Rozmowa między chłopakami już dzisiaj, więc nie musisz się o to martwić - jak już, to o to, jak ona przebiegnie, ale nic nie zdradzam i pozwalam ci spokojnie to wyczytać :). Co do tego "wszystko mi opowiesz", to proszę, zerknij na końcówkę rozdziału 119 i 120 - to powinno wszystko wyjaśnić. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że rozdział był znaczący, wprowadził kolejny niezwykle ważny element układanki... Mangha, co jeszcze stanie na drodze naszych chłopaków, pytasz? Oni sami :). Co do Rona, którego jest mało - jest to spowodowane tym, że Autorka, jak twierdzi, nie potrafi wyczuć tej postaci i o niej pisać. To pewnie właśnie jest powodem tego, iż nie ma jej zbyt wiele w opowiadaniu... Nad zniknięciem Snape'a także ubolewam - bardzo ciekawe byłoby wplecenie jego historii do tego ficka i reakcji na nią Harry'ego. Tego Harry'ego. Ale cóż, niestety nie można mieć wszystkiego, co się chce... Konfrontacja mam nadzieję, że nie zawiedzie. Ariano, bardzo się cieszę, że znów cię widzę(?)! :) Cieszę się, że wciąż ci się podoba i ani trochę nie przejmuj się wielkością komentarza - najważniejsze, czyli twoja opinia, zostało w nim zawarte :).

Tak, wiem, wiem, rozdział miał być w niedzielę. Po prostu nie dałam z tym wszystkim rady, ale dzisiejszy rozdział wrzuciłam od razu po przyjściu do domu. Wybaczcie mi to, proszę :).

Dziękuję za komentarze, które jeszcze tylko bardziej wywołały u mnie wyrzuty sumienia spowodowane tym, że nie dałam wczoraj rady pozbierać się i wrzucić rozdziału. Dziękuję także za podzielenie się wszystkimi opiniami, których czytanie sprawia mi prawdziwą przyjemność :).

Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział nie pozostawi was ze zbyt wieloma pytaniami, jeżeli jednak tak będzie, to nie wahajcie się ich zadawać. Jestem również niezwykle ciekawa tego, co sądzicie o przepowiedni :).

Ostatniego słowa w tym rozdziale proszę nie brać sobie do serca ;)

I przypominam jeszcze o ankiecie – osoby zarejestrowane i zalogowane zapraszam na mój profil, natomiast te nieposiadające konta zachęcam do wyrażenia swojego głosu w komentarzu :).

Miłego czytania!


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto dwudziesty pierwszy

- Co to znaczy? – zapytał, zbyt sparaliżowany i wyczerpany, by kontynuować swoje gierki. Dumbledore przyglądał mu się ze smutkiem w oczach. – Tam było… tam było, że żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje… Profesorze?

- To znaczy – rzekł cicho Dumbledore – że jedyna osoba, która może zwyciężyć Lorda Voldemorta, urodziła się w końcu lipca, prawie szesnaście lat temu. Rodzicie tego chłopca, ciebie, już trzykrotnie oparli się Voldemortowi.

Harry nie potrafił złapać oddechu. To nie była prawda. Jego głowa szumiała od myśli. Nagle wszystko wydawało się klaustrofobicznie do niego przybliżać, przytłaczać go.

Voldemort usłyszał jedynie kilka pierwszych wersów przepowiedni, gdyby znał więcej… czy wtedy możliwe byłoby uniknięcie śmierci jego rodziców? Jak wiele by się zmieniło, a jak wiele pozostałoby takie samo?

- Moc, jakiej Czarny Pan nie zna…? – Nawet dla niego samego jego głos brzmiał na niezwykle bezradny oraz przytłumiony, a następnie nagle opanował się, ponownie sprawiając, że na jego twarzy nie było widać żadnych emocji. – Lepiej nie pierdol znów, że to oznacza miłość.

- Mam nadzieję, że ty, w przeciwieństwie do Toma, nie lekceważysz strasznej i cudownej mocy emocji – stwierdził Dumbledore. – Panna Weasley z pewnością zapłaciła za swoje wysoką cenę, zresztą sam doświadczyłeś siły ochrony matczynej miłości.

Zdusił w zarodku winę, którą automatycznie zaczął odczuwać na wspomnienie o Ginny.

Biedna, biedna Ginny.

To na drugim aspekcie wypowiedzi Dumbledore'a zamierzał się skupić. Czy jego rodzice wiedzieli? A może Dumbledore jedynie powiedział im, że muszą zacząć się ukrywać? Czy jego mama chroniła go jako dziecko z przepowiedni, czy jako swoje dziecko?

Żołądek Harry'ego zacisnął się.

Dumbledore myślał, że Tom jest jego kochankiem…

- Myślisz, że gdybym przytulił go wystarczająco mocno czy zrobił coś podobnego, to zamieniłby się nagle w puchatego, milutkiego hipisa? – zaszydził z niedowierzaniem, zrozpaczony.

Było gorzej niż przypuszczał i nie mógł zmusić się do tego, by dłużej nad tym pomyśleć. Zdumienie zniszczyło jego zdolność do racjonalnego myślenia, ogień płonął w jego brzuchu jak jakiś diabeł tylko czekający na to, by uderzyć tego, kto za bardzo się do niego zbliży. Czuł się, jakby jego skóra przesuwała się, swędziała. Czuł również dziwną pustkę.

- Wierzę, że z miłości do swoich przyjaciół i rodziny możesz mu się oprzeć i zrobić to, co do ciebie należy – odparł cicho Dumbledore. – Podczas siedmiu lat, w czasie których był moim uczniem, widziałem, jak zachowuje się w stosunku do wielu ludzi i żadne z nich nie zachowało swojego poczucia… odrębności tak, jak ty.

Zacisnął zęby.

- Prawdopodobnie powinien pan wspomnieć o tym zanim w zamian za bezpieczeństwo moich przyjaciół i rodziny złożyłem mu przysięgę, iż go nigdy nie zdradzę – powiedział, mając okrutną przyjemność z obserwowania tego, jak z twarzy dyrektora znikają wszelkie kolory.

- Mój drogi chłopcze, chciałem dać ci dzie…

- Dzieciństwo? – Jego głos osiągnął głośniejszy, mniej kontrolowany poziom, i Harry pochwycił jeden z delikatnych instrumentów, ciskając nim przez pokój. – Nigdy nie miałem dzieciństwa, które mógłbym utracić! – syknął, niemalże przechodząc na wężomowę. – Powinien mnie pan przeszkolić! Powinien mnie pan, do cholery, przeszkolić, ponieważ teraz mam do nadrobienia jakieś pięćdziesiąt lat magicznego doświadczenia. Wielkie dzięki. Doceniam to.

Jego słowa ociekały sarkazmem.

Dumbledore drgnął straszliwie, jego oczy stały się nieznacznie wilgotne.

- Przykro mi, że tak się czujesz, ale robiłem to, co uważałem za najsłuszniejsze i nie będę tego żałować. Mówisz, że nie jesteś dzieckiem, w takim razie jestem pewien, że zrozumiesz, iż wojna i Większe Dobro wymaga pewnych trudnych, ale koniecznych poświęceń…

- Niech mi pan nie mówi o poświęceniu! – warknął, jego twarz wykrzywiła się, po czym ponownie przekształciła do neutralnego wyrazu, który z takim trudem próbował osiągnąć, jako że desperacko starał się odzyskać swoją kontrolę. Może kiedyś otwarcie wyraziłby swoją wściekłość, ale teraz wiedział, jak kosztowna może być jedna pomyłka. – Dziwne, starcze – kontynuował cicho, niebezpiecznie – jest to, że mój problem nie polega na tym, iż oczekujesz ode mnie tego poświęcenia, w pewnym sensie zawsze to czułem… wiesz, co tak naprawdę mnie wkurza? To fakt, że nawet nie dałeś mi szansy, bym sam zaproponował, iż zrobię to z własnej woli.

Żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje… Voldemort zawsze będzie na niego polował, tak więc zawsze będzie ograniczony przez najbardziej prymitywną chęć przeżycia i nie będzie tak naprawdę mógł żyć. Tak więc, Voldemort zabije go czy to on pierwszy zabije Voldemorta? Nie wiedział. Nie mógł… nie mógł tego zrobić. Nie teraz.

To była kropla przepełniająca czarę.

Zatrzasnął za sobą drzwi.


Mimo, że opuścił gabinet Dyrektora ponad godzinę temu, dopiero teraz zebrał w sobie resztki odwagi potrzebnej do tego, by rozważać powrót do Pokoju Wspólnego Ślizgonów – choćby tylko po to, by zabrać swoje rzeczy i skierować się do Pokoju Życzeń albo nawet powrócić do wieży Gryfonów.

Jego myśli wciąż były poplątane i nie mógł nic temu zaradzić, uczucia poniewierały nim tak bardzo, że zazdrościł wszystkim nieposiadającym ich istotom, ponieważ nie musiały one radzić sobie z takimi emocjami. Nudności przez cały czas zaciskały jego żołądek, jak w toksycznej pralce.

Żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje…

Według przepowiedni miał zabić Toma albo przynajmniej Voldemorta. Nie wiedział…

Czy Czarny Pan odnosiło się do Toma czy Voldemorta? Modlił się o to, by chodziło o to drugie.

Nie był w stanie jasno myśleć. Po prostu nie był w stanie.

Wszystko, co mógł zebrać, było podenerwowaniem, poszarpanymi strzępkami, które sprawiały, że jego umysł wycofywał się z powrotem, jak gdyby były odłamkami szkła.

Może gdyby był w stanie wszystko logicznie zanalizować, mógłby znaleźć sposób na to, aby to obejść, rozpracować co to dokładnie znaczy… ale jego myśli za bardzo szalały i zostały ogarnięte przez zbyt wielką ilość emocji, były za bardzo poplątane, były dla niego raczej doznaniem niż czymkolwiek realnym, co mogło mieć dla niego jakąkolwiek wartość.

Być może Tom byłby w stanie wyłączyć swoje emocjonalne reakcje i zamienić je na zimną racjonalność, będąc pod presją Losu, ale to nigdy nie było w stylu Pottera. Kiedy był pod presją, jego instynkty wzorowo się wyostrzały i, mimo niebezpieczeństwa, był w stanie myśleć szybko, ale ta sytuacja była inna.

Tym razem chodziło o cholerną przepowiednię… i od kiedy w ogóle istniały jakiekolwiek przepowiednie? Największym kopniakiem, jaki otrzymał było to, iż to głupie, żałosne, przerażające, niechciane przeznaczenie było powodem, dla którego zmarli jego rodzice.

To wszystko było takie bezsensowne.

Przeczesał palcami włosy, zastanawiając się, czy powinien pójść polatać pomimo tego, iż niedługo na dworze nastanie czarny jak smoła wieczór… zderzenie się z Wierzbą Bijącą wydawało się korzystniejsze niż ciągłe zderzanie się z własnymi myślami.

Już chyba po raz pięćdziesiąty wziął głęboki, drżący oddech, starając się uspokoić. To było śmieszne. Nie powinien być tak przerażony… ponieważ to było czymś, co w tej całej sytuacji było najbardziej niepokojące, prawda?

Niemal oczekiwał, że będzie szalał w furii, wyczerpany, zdesperowany i bezradny… coś, czego nie mógł znieść, to strach.

Kiedyś nie przerażałoby go to tak bardzo, miałby bardziej – ośmieli się to powiedzieć? – Gryfońskie podejście do całej sytuacji. Ale był przestraszony. Był przerażony.

Ale nie z powodu Voldemorta… ten i tak próbował go zabić, to tylko tak naprawdę jedynie to potwierdziło.

Nie, to, co zmrażało mu w krew w żyłach to wmieszanie „Losu" w całą tę sytuację, fakt, iż wszystko było stworzonym o wiele wcześniej elementem przepowiedni.

Los i Szczęście.

Wojna pomiędzy Losem a Szczęściem.

Uderzenie od Losu.

Jeśli to był Los - a naprawdę było tam przynajmniej wyobrażenie Losu, czy to jedynie jako międzyludzkiej siły czy bardziej w antropomorficznym znaczeniu, w jakim przedstawiała go Luna – wtedy sugerowało to, iż wszystko jest w pewnym sensie nieuchronne.

To znaczyło, że Tom stanie się Voldemortem. Wtedy nie chodziło nawet o to czy miał zabić Voldemorta, czy Toma, ponieważ byli tą samą osobą… i mieli zamiar zabić siebie nawzajem.

Nic. Wszystko było na nic. Bezcelowe.

A Tom… jak Tom by to przyjął? Gdyby wiedział… gdyby kiedykolwiek się dowiedział… czy także próbowałby zabić Harry'ego? Przełknął ślinę. To było możliwe.

To dlatego czuł nieodpartą chęć trzymania się z dala od Ślizgonów, prawda? Tyle, że nie było tak do końca, jakkolwiek łatwiejsze mogłyby być takie wyjaśnienia.

Przy Tomie nigdy tak naprawdę nie był Chłopcem, Który Przeżył, to był pierwszy zauważony przez niego urok dziwnego i, w pewnym sensie, zakazanego koleżeństwa, w jakie się wdał… i nie chciał, by to się zmieniło.

Być może było to irracjonalne, i pewnie tak było, czuł się irracjonalnie, ale nic nie mógł na to poradzić! Cała ta sprawa wywołała niewielkie różnice w jego planach, ale… to zmieniało wszystko.

Być może był to Los i jeżeli tak było, to miał zamiar walczyć z tą suką.

Nienawidził Losu i, jak już zostało ustalone, Los nienawidził go z równie wielkim zapałem.

Przynajmniej Szczęście było po jego stronie.

Miał ochotę wybuchnąć histerycznym, szalonym śmiechem na tą myśl. Może był szalony… normalni ludzie przy zdrowych zmysłach nie prowadzili takiego życia jak on.

Salazarze.

- Nienawidzę swojego życia – mruknął.

- Wiesz, oświadczenia tego typu naprawdę nie sprawiają, iż twoje zapewnienia, że nie jesteś samobójcą są bardziej wiarygodne – powiedział oschle głos.

Harry obrócił się, z różdżką w ręce. Tom.

- Jak długo tam jesteś? – zażądał, automatycznie cofając się o kilka kroków.

Tom opierał się o drzwi Wieży Astronomicznej - to było najbliższe nieba miejsce, do którego Harry mógł się dostać nie latając - z różdżką zaciśniętą w ręce, nieuniesioną, a spoczywającą przy jego boku. Na razie.

- Na tyle długo, by wiedzieć, że rozpadasz się na kawałki – oparł dziedzic Slytherina, przyglądając mu się. Harry zmrużył oczy, ostrożnie.

- Nie rozpadam się na kawałki – skłamał sztywno, nawet samemu nie będąc w stanie przekonać się, że te słowa są choćby trochę prawdziwe. Tom uniósł brwi.

- Po pierwsze, potrafię wyczuć twoje emocje, które, przy twoich nowych umiejętnościach sztuki umysłu, jasno wskazują na to, iż się głęboko nad czym zastanawiasz, a zatem są mentalnym odpowiednikiem krzyku. Po drugie, wyglądasz okropnie i, po trzecie, nie zauważyłeś, że przez około trzy minuty stałem za tobą, podczas gdy ty gapiłeś się tępawo przez okno – stwierdził Tom. – Nie trzeba wielkiej inteligencji, by połączyć ze sobą dowody i dojść do oczywistego wniosku, a moje IQ wynosi 210.

Harry odwrócił spojrzenie, chociaż utrzymywał Toma na obrzeżach swojej linii wzroku.

- Raczej wolałbym być teraz sam – stwierdził dobitnie, gorączkowo pragnąc, by Tom to zaakceptował. Młody Czarny Pan podszedł bliżej i zanim w ogóle byłby świadomy tego, co robi, Harry cofnął się.

Obaj zamarli w połowie swojego ruchu i przenikliwe skupienie w oczach Toma wydawało się wyostrzyć do jasności lasera.

- To musi mieć coś wspólnego z przepowiednią, Złoty Chłopcze. Powinienem się martwić?

Harry niemal zakrztusił się powietrzem.

- Wiesz o przepowiedni? – zapytał, jego klatka piersiowa zacisnęła się. Po raz kolejny miał dziwne, klaustrofobiczne uczucie. – Od kiedy?

- Od mniej więcej tego samego czasu, kiedy Dumbledore ci powiedział – odpowiedział Tom, przechylając głowę. – Chociaż śmiem stwierdzić, iż ułatwiłbyś mi jej ocenę, gdybyś podzielił się ze mną drugą jej połową.

- Voldemort ci powiedział – oświadczył, nie musząc o to pytać. Voldemort znał połowę. Tom znał Voldemorta. – Mieliście miłą pogawędkę przy herbacie?

- Konwersacja była dość interesująca – powiedział Tom. – Unikasz odpowiedzi na moje pytanie.

- I zaplanowałeś zadać to pytanie, kiedy ty, bądź Voldemort, zdaliście sobie sprawę, że moje bariery opadają z powodu tego rozpadania się na kawałki?

- Nie bądź taki cyniczny, to ci nie pasuje, i tak, ja zaplanowałem – oparł prosto Tom. – Działa? A może powinienem zmienić taktykę?

Harry milczał, nie wiedząc dlaczego myśl o spotykających się rekreacyjnie, czy w jakimkolwiek tam innym celu, Tomie i Voldemorcie sprawiała, że czuł się tak… zdradzony.

Do cholery z tym, nie powinien teraz zawracać sobie tym głowy. Obaj o tym wiedzieli, to dlatego Tom teraz na niego naciskał, zanim jeszcze był w stanie to wszystko sobie poukładać.

Błyskawiczny atak.

- Dlaczego jesteś taki otwarty? – zapytał podejrzliwie.

- Ponieważ wszelka subtelność najwyraźniej ulatuje z twojej głowy – warknął Tom, po raz pierwszy ukazując w swoim głosie nutkę emocji. – Salazarze, Harry, uspokój się trochę i przestań zachowywać jak Puchon – użyj mózgu, który wiem, że posiadasz. Stałem za tobą bez twojej wiedzy, gdybym miał zamiar zastosować to samo nieświadome podejście co Voldemort, byłby to najlepszy moment na to, aby to zrobić.

Harry zamrugał.

Po raz pierwszy jego panika ustąpiła nieznacznie. Czuł się głupio. Tom wyzywająco napotkał jego spojrzenie i coś w tej znajomości całej sytuacji sprawiało, że był mniej zdenerwowany, na tyle, by mógł zebrać przez mgłę swoje myśli.

- Dobrze – mruknął zachęcająco Tom.

- Jak możesz być taki spokojny? – zapytał Harry.

- Nie jestem. – Tom uśmiechnął się drwiąco, niebezpiecznie. – Możesz być bardziej emocjonalny niż ja, ale zwykle doskonale dajesz sobie radę z myśleniem, kiedy jesteś pod presją i nie wariujesz. Obecnie po prostu odbijam do ciebie przez nasze połączenie swoje emocje, bo chociaż ty najpierw szalejesz i następnie wycofujesz, by wszystko sobie poukładać, kiedy sprawy cię przytłaczają, ja niszczę wszystko wokół siebie i lekkomyślnie staram się pozbyć zagrożenia. Szalałeś już, a teraz wyraźnie się wycofujesz, tak więc moje emocje są u ciebie bardziej bezpieczne.

Harry otworzył usta, czując nagły przypływ irytacji.

- Biorąc pod uwagę, że dowody sugerują, iż zagrożenie jest tobą – kontynuował Tom – nie byłbym na twoim miejscu za bardzo na to wkurzony.

- I chcesz teraz przeprowadzić tę rozmowę? – zapytał z niedowierzaniem Harry.

- Cóż, po etapie wycofania uspokajasz się, tak więc to było jedyne praktyczne rozwiązanie – wycedził Tom. Harry ostrożnie przyglądał mu się oceniająco.

- Tak więc… w skali od jednego do dziesięciu, na ile jesteś stabilny psychicznie? Jeden oznacza stabilny…

- Siedem – uciął ostro Tom. – Tak więc, powiedz mi, abym mógł rozpocząć analizę pełnego zakresu możliwych scenariuszy, a nie jedynie ich połowy… i zanim spytasz, nie, nie zamierzam pójść z tym prosto do Voldemorta. Złożyłem przysięgę, że nie zdradzę twoich sekretów po tej całej klęsce eliksiry-zaklęcia pamięci, pamiętasz?

Nie mógł uwierzyć, że o tym zapomniał.

- Um – zaschło mu w gardle. Nie sądził, by „Dumbledore twierdził, że lepiej ci nie mówić" było odpowiednie.

- Poznam ją bez względu na to czy mi ją powiesz, czy nie – stwierdził Tom z absolutną pewnością w głosie. – Więc choć raz w swoim życiu możesz równie dobrze mi powiedzieć. Mam prawo wiedzieć i doskonale o tym wiesz.

Tak. Ale jego instynkt samozachowawczy nie zgadzał się z jego sumieniem. Cholera.

Zrobił ostrożny krok w kierunku swojego towarzysza, powodując, że Tom również się poruszył, a jego uścisk zacisnął się mocniej na cisowej różdżce z piórem feniksa. Harry przyglądał się mu.

- Będę oszukiwał, jeśli spróbujesz się ze mną pojedynkować – ostrzegł cicho dziedzic Slytherina, zerkając na jego lewe ramię.

- Cóż, trzymanie mnie tutaj nie przysporzy ci niczego dobrego, nie powiem ci – warknął. – Tak więc równie dobrze możesz pozwolić mi odejść, nie zmuszając mnie do pojedynkowania się z tobą w próbie zrobienia tego.

- Naprawdę jest taka zła, że nie możesz mi powiedzieć? Mamy się zabić, czy co?

Twarz Harry'ego zesztywniała z wysiłku próbowania niereagowania na to, ale wyraz twarzy Toma natychmiast zmienił się. Wiedział.

Tym razem, nie dbając o konsekwencje, wysłał na Riddle'a eksplodujący, wężousty czar, wiedząc, że Tom będzie w stanie go zablokować, ale wiedząc również, iż zrobienie tego może dać mu potrzebne rozproszenie uwagi.

Okazało się to błędem, kiedy siła uderzyła w niego, wysyłając ich obu na ziemię i eksplodujący czar gwałtownie zmienił swój kierunek, zmierzając w stronę znajdujących się za nimi drzwi… rozwalając duży kawałek ściany.

Harry zbladł, ale utrzymał na swojej różdżce mocny uchwyt, uniemożliwiając wezwanie jej. Na chwile pogrążyli się w milczeniu, kaszląc.

Schody zostały całkowicie zablokowane, a oni spojrzeli na siebie.

Wpadł w niesamowite kłopoty!

Tom gwizdnął.

- Myślę, że mogłeś włożyć w to przesadnie wiele siły, skarbie.

Harry rzucił mu zjadliwe spojrzenie, po czym przypomniał sobie rozmowę, którą przed chwilą toczyli. Od której teraz nie mógł uciec.

A przynajmniej nie bez usunięcia spod drzwi sporej ilości gruzu i chociaż istniało zaklęcie, które wspomagało ten proces, to biorąc pod uwagę, że Tom przyznał, iż jego poziom niestabilności był nieco zbyt zbliżony do psychotycznej, rozchwianej strony jego osobowości, to nie chciał na zbyt długo odwrócić od niego swojej uwagi.

- To twoja wina – warknął. – Gdybyś nie był tak… nachalny!... nie tkwilibyśmy tutaj.

- Co to by była za szkoda – zadrwił Tom. – Chyba będziesz musiał znieść moją rozmowę do czasu, aż Hogwart sam się naprawi bądź ktoś przyjdzie i nas znajdzie.

- Albo możemy przesunąć skały i znaleźć łóżka, w których moglibyśmy spać dzisiejszej nocy – zripostował Harry.

- Możemy – zgodził się Tom, ciemne spojrzenie wbiło się w jego skórę – ale, z drugiej strony, jesteś tam, gdzie chcę, abyś był, tak więc pozwolenie ci na zrobienie tego bez wątpienia przyniosłoby efekt przeciwny do zamierzonego.

- Już ci powiedziałem, że ci nie powiem.

- Ponieważ przeznaczone nam jest zabić się nawzajem? – Wszelkie rozbawienie zniknęło teraz z głosu dziedzica Slytherina.

Kiedy nie odpowiedział, Tom skoczył gwałtownie do przodu, jego palce jak stalowe obręcze zacisnęły się na jego ramionach, uścisk stał się mocniejszy, gdy zaczął się cofać, przewidując ten ruch.

- Odpowiedz!

- Bo co? – rzucił wyzywająco Harry, zdenerwowany. – Jesteś takim hipokrytą… nigdy niczego mi nie mówisz, jeśli myślisz, że możesz tego uniknąć. Jeśli nasze role byłyby odwrócone, nigdy nawet nie wspomniałbyś o istnieniu proroctwa – zarzucił mu.

Tom uśmiechnął się chłodno.

- Nasze role nie są odwrócone, a ty nie możesz tym razem uciec się do unikania odpowiedzi, tak więc nie myśl, że możesz to zrobić, gdyż oba twoje zarzuty są nieprawdziwe.

Spoglądali na siebie i jakaś część Harry'ego wiedziała, że był teraz po prostu uparty. Niewytłumaczalnie, wyraz twarzy Toma złagodniał odrobinę.

- To kwestia kontroli.

- Co?

- Poszukujesz kontroli, kiedy czujesz się bezbronny, a ta wiedza sprawia, że jesteś podatny, to już ustaliliśmy, to dlatego wymuszam ten temat teraz, zamiast dać ci czas, który pragniesz wykorzystać na zanalizowanie tego wszystkiego samemu – wyjaśnił Tom.

Do toczącej się w jego wnętrzu wojny doszły zmieszanie i niepewność. Kiedy Tom był apodyktyczny, stanowczy i czarno-panowy zawsze o wiele łatwiej było z nim walczyć niż wtedy, gdy zaczynał zachowywać się w ten sposób… jak „swego rodzaju" przyjaciel. To sprawiało, że przepowiednia była o wiele bardziej bolesna.

- Nigdy nie dajesz mi tego, czego chcę – mruknął Harry.

- Nie – zgodził się Tom. – Ale nigdy nie odmówiłem ci tego, czego naprawdę potrzebujesz. Tak więc, byłbym wdzięczny, gdybyś mi się odwdzięczył… powiedz mi, proszę. Wiesz, że nie pragnę cię zabić… cóż, nie mam żadnego prawdziwego pragnienia, które przewyższałoby moją chęć, aby utrzymać cię przy życiu… i potrzebuję konkretnego sformułowania.

Harry zamrugał, ta rzadka prośba zacisnęła się jak hak na jego sercu.

- Konkretnego?

- Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana… Pokonanie, na przykład, nie wymaga morderstwa, oznacza jedynie pokonanie w walce albo przekonujące udowodnienie bycia lepszym od kogoś w zawodach, rywalizacji lub kłótni… tak więc jestem ciekaw, skąd wziąłeś tan cały pomysł „zabicia". Przepowiednie często są dość niejasne i mogą zostać przekręcone przez jednostki, które stwarzają swoją własną interpretację.

Harry patrzył na niego, mimowolnie zafascynowany, ale nie pozwalając sobie na nadzieję.

Tom z równą intensywnością odwzajemnił jego spojrzenie.

Harry przygryzł wargę, rozdarty. Mógł na własną rękę badać semantykę… a poza tym, Tom nigdy nie mówił mu wszystkiego, ale…


Tom z zaintrygowaniem przyglądał się stojącemu przed nim chłopcu.

Harry zastygł w bezruchu pod jego palcami i jakikolwiek mniejszy człowiek mógłby krzywić się pod wpływem jego uścisku, ale w obliczu emocjonalnego zamieszania, któremu stawiał czoła, Harry wydawał się być ledwie go świadomy.

Ciekawość i strach walczyły w jego umyśle o dominację i z trudem oparł się pokusie zrzucenia również i tych emocji do Harry'ego, aby to on mógł sobie z nimi poradzić. Powstrzymał się; Harry wydawał się nietypowo przerażony, tak więc nie zamierzał do tego dokładać, jeśli mógł temu zapobiec.

Złoty Chłopiec wyraźnie wahał się na krawędzi decyzji i to, samo w sobie, było niesamowite. Wiele rzeczy między nimi zmieniło się od czasu, kiedy po raz pierwszy się spotkali.

Harry wyglądał na niepewnego i zakładał, że to dyrektor był tego przyczyną. Harry zawsze był bardziej… łatwowierny, kiedy był zagubiony albo wrażliwy, choć chłopiec do końca świata będzie zaprzeczał prawdziwości tego stwierdzenia.

To nie tak, że Harry był łatwy do manipulowania, nie było siły, która zmusiłaby go do zrobienia czegoś, czego nie chciał zrobić tylko dlatego, że był wykończony ciężarem swojego życia, ale jeśli ująłeś słowa, których użyłeś wystarczająco ostrożnie, były one bardziej skłonne do tego, by pozostać w jego głowie.

Zwłaszcza, jeśli w jego umyśle był już jakiś element tej koncepcji lub niepewność. W Harrym niezwykłe było to, że był niepewny siebie, pewny siebie i buntowniczy w tym samym czasie.

Jedna osoba naprawdę nie powinna posiadać tak wiele sprzecznych cech osobowości – zwłaszcza nie wtedy, kiedy obie te cechy były równie silne, a nie były, jak u większości ludzi, szarą mieszaniną.

Gdyby była to jakakolwiek inna osoba, zdecydowałby się teraz na legilimencję. Gdyby był to ktokolwiek inny. Po prostu potrzebował czegoś, co przechyliłoby teraz szalę, nakłoniło Harry'ego do powiedzenia mu.

- Chciałbyś wiedzieć, gdybyś był na moim miejscu – namawiał, utrzymując swój głos niski i spokojny, pomimo gotującego się w nim gwałtownego zniecierpliwienia.

Kto powiedział, że jego samokontrola nie była nieskazitelna? Tak, stracił nad sobą panowanie, ale kiedy miałeś do czynienia z Harrym, potrzebowałeś anielskiego spokoju - zdecydowanie zbyt dobrze wiedział on, które przyciski nacisnąć – i to prawdopodobnie dobrze robiło chłopcu, jeśli mu się przypominało o niebezpieczeństwie, jakie wiązało się z jego obecnością.

Wszystko byłoby zbyt nudne, gdyby byli zbyt… udomowieni… biorąc pod uwagę, że obaj rozkwitali podczas potyczek o władzę i po zastrzyku adrenaliny.

- A im dłużej milczysz, tym gorzej sobie to tylko wszystko wyobrażam.

- Obiecujesz, że nie zmienisz o mnie zdania? – wymamrotał Harry, pomimo wagi ich problemu wyglądając na niewiarygodnie zakłopotanego tym pytaniem.

Nie za bardzo rozumiał, dlaczego Harry był zakłopotany… czy to ponownie te oczekiwania społeczne lub coś podobnego?

- Dlaczego miałbym zmienić o tobie zdanie? Ponieważ jesteś zdolny do „pokonania" Czarnego Pana, bo to odnosi się do mnie lub mojego odpowiednika?

To odkrycie naprawdę nie było dla niego tak zaskakujące, jak wydawało się być dla Harry'ego – zawsze był doskonale świadomy tego, że Harry był inny. Nastąpiła cisza.

- W porządku – powiedział. – Najlepiej jak potrafię nie pozwolę na to, aby za bardzo zmienić o tobie zdanie.

Palce Harry'ego zacisnęły się mocniej wokół różdżki.

- No dalej – namawiał cicho. – Mniej we mnie trochę wiary, skarbie.

- Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana…


Harry skończył recytować przepowiednię, hiperczujny na każdy najdrobniejszy szczegół wyrazu twarzy lub reakcji Toma. Jego ramiona zapłonęły, kiedy trzymające je uścisk poluźnił się, po czym całkowicie zniknął.

Spojrzenie Toma ani na sekundę nie opuściło jego twarzy. Nastała cisza, ciężka i dusząca.

- Byłoby wspaniale, gdybyś coś powiedział – zasugerował, zdesperowany, by utrzymać spokój w swoim głosie i w dużej mierze udało mu się to.

- I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje… - Głos Toma był zabójczo cichy, niebezpiecznie spokojny. Jego różdżka przesunęła się defensywnie, ale Tom nie poświęcił jej ani jednego spojrzenia. – Chyba rozumiem, dlaczego chciałeś zachować to dla siebie.

- Mogę wymazać ci pamięć, jeśli chcesz – zaoferował bezmyślnie, impulsywnie ripostując. Twarz Toma wyglądała jak kamień.

- I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje – powtórzył jeszcze raz Tom, ale tym razem niemal w zamyśleniu, a jego wzrok stał się odległy. – Popraw mnie, jeśli się mylę… - I Harry poczuł gwałtowny wstrząs szoku, że naprawdę został włączony do niewątpliwie pędzącego z niesamowitą szybkością procesu myślowego Toma. - … ale to znaczy, że ty albo „Czarny Pan" musicie zabić siebie nawzajem, jako że ty nigdy naprawdę nie będziesz żyć, tocząc ciągłą walkę… jeśli założymy, że Voldemort nigdy nie przestanie na ciebie polować, wtedy ty nie poddasz się mu i będziesz zmuszony zabić go, jeśli chcesz kontynuować jakąkolwiek formę przyjemnego istnienia.

- Tak właśnie myślałem – przyznał cicho, zerkając na różdżkę Toma. Dziedzic Slytherina przesunął się nagle.

- Zatem, kalkulując wszystko, powinienem w tej chwili zamordować cię tam, gdzie stoisz, jestem całkowicie zdolny do dokonania tego poprzez nieuczciwą walkę. Mógłbym zabić cię z łatwością. Spełnić przepowiednię. Nadal w takim razie zgadzasz się z przepowiednią?

- Myślę, że powinniśmy ignorować przepowiednię… - powiedział Harry, jego serce waliło. – Pieprzyć Los. To samo, co zresztą robiliśmy do tej pory… a powiedziałeś, że postarasz się nie zmienić zdania.

Nie zgadzał się na to, aby tutaj umrzeć, na tej Wieży Astronomicznej. Nie teraz.

- Przepowiednia – stwierdził Tom swoim definicja-słownikowa głosem. – Przewidywanie przyszłego wydarzenia, które wydaje się objawiać wolę bóstwa, lub przewidywanie: przewidywanie, że coś będzie miało miejsce w przyszłości.

Uciszył się, jego oczy płonęły.

- A jednak… przepowiednie mogą zostać przekręcone przez ich interpretację. Drugiego… drugi… i jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje… „Jeden z nich" może oznaczać obu lub jednego z dwóch… a co, jeśli ani ty, ani Voldemort nie jesteście „drugim"? „Drugim" może być nazwany ten, który przetrwa i w tym wypadku byłbyś to ty lub Voldemort, ale może to również mieć znaczenie głębsze, jak już wcześniej wspomnieliśmy. Ty i Voldemort prawdopodobnie zostaliście już wymienieni… zatem „drugim" mogę być ja.

- A wówczas… – powiedział cicho Harry, a jego oczy rozszerzyły się – Jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, twojej, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje… ani ja, ani Voldemort nie możemy żyć, kiedy ty przeżyjesz z powodu…

- Paradoksu – skończył za niego Tom, jego oczy się świeciły. – Jeśli ja przeżyję, Voldemort umrze, a zatem ty również. Mogę spowodować, że Voldemort umrze, nie stając się nim, jednocześnie kontynuując mój plan tak, abyś żył. Albo mogę cię zabić i stać się Voldemortem, w takim przypadku to on by przetrwał, a ja umarł.

Harry czuł odrętwienie. Dumbledore sprawił, że był taki przekonany, przepowiednia wydawała się taka bezwzględna.

Jeden jedyny raz cieszył się z posiadanych przez Toma umiejętności do znajdywania luk we wszystkim, co wydawało się być całkowicie szczelne.

Może powinien zaproponować Tomowi, by stał się prawnikiem zamiast Czarnym Panem? Czuł się oszołomiony, z odrobiną nadziei piekącej w jego klatce piersiowej.

Zerknął na Toma, nie zrelaksowanego, ale także nie tak zdesperowanego.

- Przepowiednie nie są jednoznaczne – powiedział, przypominając sobie fakt, bezpieczność prawdziwości tego oświadczenia.

Usta Toma wykrzywiły się.

- No cóż, mówiłem ci, że zawsze dostaję to, czego chcę, kochanie.

Koniec.