Wielkie podziękowania dla Himitsu, która zbetowała poniższy rozdział.

A także dla komentujących i czytających, gdyż to wy tak naprawdę tworzycie to tłumaczenie i bez was nigdy nie doszłoby ono tak daleko. Bez względu na to, jak uparta byłabym w jego dokończeniu, bez was i tak nie miałoby ono sensu, dlatego też kłaniam się do ziemi i dziękuję, że jesteście ze mną przez już tak długi czas.

Evolution, tak, przed nami rzeczywiście pojawi się dość ciekawa akcja, oczywiście będzie ona przesiąknięta emocjami - cóż w działaniach Toma i Harry'ego nie jest? - ale zdecydowanie mniejszymi niż te, na które narażeni byliśmy ostatnio ;). I dokładnie, będzie to pewnego rodzaju zastępstwo dla wydarzeń z piątej części... Oczywiście nie wypowiem się na temat tego, czy Voldemort się dowie - sama się przekonasz - ale zgadzam się, że z całą pewnością nic nie pójdzie łatwo... Podejrzewam, że masz rację, ta sugestia wręcz krzyczy ze słów Toma - biedny, biedny Harry... :). Nie wypowiem się również na temat tego, czy Harry w ogóle znajdzie horkruksa znajdującego się w skrytce, a jeśli tak, to w jaki sposób się o nim dowie - z całą pewnością jednak prędzej czy później pojawi się odpowiedź na twoje pytania ;). Za tłumaczenie nie ma co dziękować, to czysta przyjemność ;). Jukira, misja nie może być prosta, ich życie byłoby zdecydowanie zbyt proste, gdyby tak było - co nie zmienia faktu, że zgadzam się, dobrze byłoby, gdyby nikomu nic się nie stało ;). Tom planuje bardzo dużo, podejrzewam, że ma wiele możliwych rozwiązań na różne sytuacje - tylko pytanie, czy będzie miał możliwość je wykorzystać, czy może znajdzie się akurat taki wariant, którego nigdy nie przemyślał, z którym nie będzie mógł sobie poradzić. I to nie jest sugestia, tak więc proszę, aby nikt nie brał tego za jakąś podpowiedź czy spojler - to tylko luźne przemyślenia ;).

Życzę wam wszystkim miłego wieczoru i nadchodzącego tygodnia. No i, oczywiście, mam nadzieję, miłego czytania. :)


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto dwudziesty trzeci

Podczas chwili roztargnienia, w czasie której Hermiona rozejrzała się wokół siebie, zarówno Harry, jak i Tom zniknęli w tłumie spanikowanych uczniów i nigdzie nie było ich widać.

Krew uderzyła jej do uszu w straszliwym, złowrogim przeczuciu oraz z nieznacznym ukłuciem bólu. Kiedyś Harry zawsze zwracał się do niej i Rona z takimi sprawami, a teraz odrzucał ich bez wysiłku i uciekał z dziedzicem Slytherina.

I o co chodziło z tą przepowiednią?

Kolejna tajemnica, kolejna rzecz, którą Harry się z nimi nie podzielił. Jej żołądek zacisnął się niespokojnie. Po prostu nie wiedziała już co robić; wiedziała, że ludzie się rozchodzili, że ich przyjaźń w taki sposób się kończyła, ale i tak wciąż bolało ją to, że została odrzucona i zamieniona na coś lepszego.

Czasami pragnęła, żeby cały poprzedni rok po prostu cofnął się do czasów, zanim Harry spotkał Toma i wszystko implodowało. Być może była samolubna… lubiła przebywać z Ronem i Neville'em, naprawdę. Ale brakowało jej Harry'ego i w pewnym sensie miała nadzieję, że jemu również ich brakuje.

Nie wydawało się tak jednak, wyglądał na zbyt zajętego i zaangażowanego w swoje nowe życie, by troszczyć się o nich lub opłakiwać brak oraz rozpad „złotej trójcy".

Chciała jednak, aby był szczęśliwy i jeśli by myślała, że Tom uczyni go takim, pozwoliłaby mu odejść bez wahania… i on był szczęśliwy, ale z drugiej strony był również smutny.

Zaledwie małą chwilę zajmowało zdanie sobie sprawy z tego, jak bardzo poplątana była… przyjaźń między Tomem a Harrym; walczyli niemal bez przerwy, atakowali i borykali się, i… czasami wydawało się jej, że to wszystko sprawiało, iż Harry był nieszczęśliwy, w takim samym stopniu jak czyniło go to szczęśliwym.

Gdzieś w głębi serca wiedziała, że to była absolutna prawda… ale wiedziała także, być może instynktownie, że Harry nigdy nie byłby w pełni szczęśliwy będąc ponownie ich Harrym.

Bez Toma.

Oczywistym było dla niej, że oni potrzebowali siebie nawzajem… nie chcieli być w swoim towarzystwie bez przerwy… ale z całą pewnością się potrzebowali i nie funkcjonowali zbyt dobrze, kiedy byli od siebie oddzieleni. Harry na Grimmauld z Tomem i bez Toma był jak dwie różne osoby, a w tym drugim wypadku chłopak był jedynie cieniem samego siebie… a Tom, cóż, nie wiedziała jeszcze co to było, ale również potrzebował Harry'ego i przygarnął go z powrotem do siebie tak zaciekle, tak zaborczo, że ona i Ron zostali odsunięci na bok do kategorii „dzieciństwo".

Harry i Tom byli poplątani, tak bardzo poplątani, że wiele osób obserwujących ich relację uznawało ją za niezdrową lub toksyczną, ale z jakiegoś powodu wypełniali sobie nawzajem jakąś część, której nikt inny nigdy nie ważył się dotykać.

Westchnęła.

Harry był szczęśliwy, pomimo powagi sytuacji, obaj jak gdyby świecili jaśniej niż wcześniej z powodu wyzwania i czegoś jeszcze, co zapewniało im towarzystwo drugiego.

To dlatego nie narzucała się im.


Harry i Tom skryli się za dużym filarem, mocno do niego przylegając, dysząc ciężko.

Atrium Ministerstwa było teraz pełne zarówno śmierciożerców, jak i członków ministerstwa – aurorzy, na szczęście, byli w Świętym Mungu, ale inni członkowie ministerstwa pozostali.

Pojedynkowali się trochę, Harry starał się nie skrzywdzić poważnie żadnego mającego dobre intencje biurokraty, z którym walczył, bez względu na to, jak bardzo nie lubił Ministerstwa, podczas gdy Tom nie zawracał sobie głowy tym, by w jakikolwiek sposób się hamować. Miał wręcz podejrzenia, że Tom się nawet dobrze bawił.

Dochodziła do tego wszystkiego adrenalina, jak przypuszczał, chociaż Harry wolał unikać ranienia ludzi, jeżeli tylko miał taką możliwość.

- Wiesz, gdzie są jakiekolwiek korytarze wykładane czarnym marmurem? – syknął Tom, najwyraźniej próbując dowiedzieć się gdzie, tutaj, mogła znajdować się przepowiednia.

- W Departamencie Tajemnic – odparł. Tom rzucił mu zaciekawione spojrzenie. – Byłem tam w czasie procesu… dobra, nigdy ci o tym nie mówiłem. Nieważne, w każdym razie.

Harry potrząsnął głową, jak gdyby odrzucając to pytanie, ostrożne wychylając się zza kolumny na korytarz, na którym kilka minut temu zaczęło roić się od ludzi.

Każdy pracownik Ministerstwa udał się do Atrium, by bronić się przed śmierciożercami – co za idioci. Czy nie zdawali sobie sprawy, że właśnie pozostawili bez ochrony całą resztę Ministerstwa?

Patrzenie na Toma mającego założoną maskę śmierciożerców było niepokojące, a jego własne odbicie sprawiało, że wzdrygał się i pragnął przekląć również siebie. Rozpraszające.

- Wiesz – zauważył mimochodem – naprawdę powinieneś zmodyfikować te maski. Za bardzo ograniczają pole widzenia.

- Naprawdę zamierzasz dyskutować o tym… teraz? – zapytał Tom z niedowierzaniem, po czym chwycił jego nadgarstek, kiedy poruszył się, by zdjąć drażniący go przedmiot ze swojej twarzy. – Przestań. Przebranie straci sens, jeśli po prostu je usuniesz. Zachowujesz się dziecinnie.

- Bo przecież twoje intencje, kiedy najpierw zmuszałeś mnie do założenia tego zamiast innego przebrania, były całkowicie honorowe i dojrzałe, oczywiście – wycedził sarkastycznie. – Droga wolna, idziemy.

Użył uścisku dziedzica Slytherina na swoim nadgarstku do tego, by go za sobą pociągnąć, przesuwając się szybko do przodu, jego zmysły ostrzegały go przed jakimkolwiek znakiem tego, iż ktoś się do nich zbliżał.

Opadli we względnie komfortowym milczeniu, względnie, bo nie było nic komfortowego we włamywaniu się do Ministerstwa w ślad za będącym masowym mordercą Czarnym Panem, który próbował cię zabić…

- A co jeśli Voldemort już ją ma? – zapytał Harry, kiedy wślizgiwali się do windy. Tom spojrzał na niego.

- Nie będziesz kręcić się w pobliżu, by zgrywać bohatera, to na pewno. – Wszelkie rozbawienie zniknęło po raz kolejny, zastąpione stalowym, rozkazującym półgłosem. Harry zlekceważył go bez żalu.

- Nie opuszczę cię, abyś sam sobie z nim poradził, jeśli to właśnie sugerujesz – odpowiedział uparcie. – Zgrywanie bohatera nie za bardzo do ciebie pasuje, Tom. O wiele lepiej radzisz sobie jako czarny charakter.

Oziębły głos poinformował, że przybyli do Departamentu Tajemnic.

- A jednak nie chcesz dołączyć do mojej Strony? – Tom uniósł brwi. Harry poczuł jak kąciki jego ust drgają, tylko nieznacznie.

- Cóż, wszyscy wiedzą, że czarne charaktery nigdy nie wygrywają – odparł, z pewną nutką żartu w głosie, ale także z nutką czegoś innego, ciemniejszego, bardziej bolesnego.

Drzwi rozsunęły się i wyszli, tylko po to, by stanąć twarzą w twarz z tą jedną osobą, którą nie za bardzo pragnęli napotkać.

Jego serce zatrzymało się.

Voldemort.


Tom natychmiast zrobił krok do przodu, przewidując, że Harry zrobi to samo i chwycił jego ramię, aby temu zapobiec. Nie przewidział jednak, że Harry będzie tak dobrze wiedział co planuje i najpierw zrobi krok w bok, aby znaleźć się poza jego zasięgiem.

Jego oczy błysnęły niebezpiecznie i oparł się chęci spojrzenia jadowicie na młodszego chłopca, zdając sobie sprawę, że teraz nie był najlepszy czas na to, by automatycznie zwrócić swoją uwagę na Harry'ego, w przeciwieństwie do jego starszego odpowiednika.

- Co za przyjemność cię tu spotkać – przywitał się radośnie, starając się ocenić czy Mroczny Lord znał już całą przepowiednię, czy nie.

Voldemort nie spojrzał na niego, co było, szczerze mówiąc, nieco obraźliwe, jako że dawał tym do zrozumienia, iż nie był on największym zagrożeniem w pomieszczeniu, zamiast tego jego wzrok skierowany został na Harry'ego.

Dziecko z przepowiedni. Chłopca, Który Przeżył. Wybrańca.

Okej. To nie wróżyło dobrze. Harry przyglądał się Czarnemu Panu, prawdopodobnie dochodząc do tego samego wniosku co on.

Voldemort wiedział.

- Jeśli go zaatakujesz, z czystej złośliwości skończę z tobą – ostrzegł cicho, bez groźby w głosie, wypowiadając to jednak z obietnicą tak, jakby był to zwykły fakt.

- Domyśliłem się. – Voldemort wciąż na niego nie spojrzał, jak zresztą również i Harry… teraz to czuł się już naprawdę urażony. – W przeciwnym wypadku już dawno usunąłbym mu głowę z ramion.

Uścisk Harry'ego na różdżce wzmocnił się.

- Jeśli chociażby spróbujesz, znajdę sposób na to, by cię zniszczyć, nawet jeśli musiałbym w tym celu wrócić jako poltergeist! – syknął jadowicie Harry, w każdym calu przyjmując teraz swoją wężową naturę, po lwiej nie pozostało śladu – no chyba, że w odważnym wyzywaniu tego, któremu się przeciwstawiał.

Dość jasne było, że tym razem Harry nie mówił w wężomowie w celu wykiwania innych; potknął się. Tom zaczynał czuć się, jakby coś przegapił, zwłaszcza, że Voldemort wciąż wpatrywał się w Harry'ego dziwnym, nieczytelnym, wyzywającym spojrzeniem.

Voldemort uśmiechnął się lekko, pełen złych zamiarów.

- Jeśli spróbuje czego? – zapytał ostro Tom. Nie uzyskał odpowiedzi.

Zmrużył oczy, przypatrując się im obu w poszukiwaniu wskazówek.

Harry powiedział „jeśli chociażby spróbujesz", sugerując, że Voldemort w jakiś sposób mu zagroził, chociaż nie wypowiedział tego na głos. Mógł to zrobić psychicznie, poprzez ich połączenie, ale wątpił, by Harry otworzył na to swój umysł, gdyby nie była to sytuacja awaryjna lub nie był absolutnie zdesperowany.

Wnioskując z tego, mogło być to spowodowane przewidywaniem przez Harry'ego zachowania Voldemorta z powodu jakiegoś niuansu emocji albo rozmowy, jaką przeprowadzili wcześniej. Po swojej ostatniej rozmowie ze starszym Czarnym Panem Harry wiedział, że paradoks czasowy zagraża także jego życiu, tak samo jak wolnym wyborom.

Rozmawiali o Tomie. Zagrożenie mogło zostać wtedy zasugerowane.

Harry wydawał się martwić o to, że zostanie rzucone na niego Obliviate, on… och.

Voldemort nie miał zamiaru go skrzywdzić lub zabić, oba wiązałyby się z konsekwencjami, których żaden z nich nie pragnął, ale wciąż mógł usunąć jego wspomnienia… a wtedy Tom odszedłby, stając się zapewne Voldemortem, a następnie on/oni zabiliby tu i teraz Harry'ego, nie martwiąc się o to, że Tom później z czystej złośliwości go zniszczy.

Zamrugał przez chwilę z powodu złożoności podróży w czasie, po czym otrząsnął się, by nie popaść w wir naukowych przemyśleń.

- Biorąc pod uwagę twoje przekonanie, że czarny charakter nigdy nie wygrywa – powiedział cicho – ktoś mógłby zauważyć, iż twoje nieustanne pragnienie uratowania mnie jest raczej pozbawione sensu.

Z zadowoleniem zauważył, że tym razem uwaga Harry'ego automatycznie zwróciła się na niego, po czym wróciła z powrotem na wroga. Okej, być może odwracanie jego uwagi od bronienia się przed ludźmi, którzy chcieli go zabić, nie było dobrym pomysłem, ale bycie ignorowanym było absolutnie wnerwiające.

Mimo tego mimowolnie czuł nieznaczne zadowolenie z siebie i wiedział, że nawet jeśli Harry był tego całkowicie nieświadomy, to Voldemort z całą pewnością nie był.

Zazdrosny.

Uniósł wargi w aroganckim uśmieszku, obserwując, jak wyraz twarzy drugiego twardnieje.

Harry wyglądał na niewiarygodnie zakłopotanego, chociaż Tom nie był całkowicie pewny, czy było to spowodowane tym, że wychwycił tę cichą wymianę lub czy była to odpowiedź na jego ostatnią uwagę, czy też nie.

Stawiał na to drugie, ponieważ wiedział, że nigdy tak otwarcie nie zwracał uwagi na ten szczególny aspekt posiadanego przez Harry'ego kompleksu bohatera. Zazwyczaj szydził z tego, że Harry ratuje innych ludzi, nigdy dlatego, że ratuje jego.

- To kompleks bohatera – odparł spokojnie Harry głosem, który Tom wiedział, że oznacza, iż bardzo ciężko starał się odnosić ze swobodną neutralnością do tego, z kim rozmawiał.

- On już na starcie jest na przegranej pozycji frajera – dodał drwiąco Voldemort, najwyraźniej nie będąc w stanie znieść obserwowania ich wzajemnego „przekomarzania się". – Jest zbawicielem Jasnej Strony, trudno znaleźć lepszy powód do stania z góry na straconej pozycji.

- A mimo wszystko to nie Dumbledore spędził trzynaście lat jako dziwaczne coś przypominające ducha – odparł ostro Harry. – To ty.

Szkarłatne oczy pociemniały.

- Nie, Dumbledore jedynie pragnął, byś śmiało szedł do przodu i się poświęcił, co za przeuroczy przywódca… i po raz pierwszy myślę, że muszę się z nim zgodzić. Dlaczego nie pójdziesz umrzeć, Potter? Wtedy przynajmniej nie umarliby za ciebie twoi przyjaciele.

Harry natychmiast zesztywniał, podczas gdy Tom zacisnął szczękę.

On i Harry kłócili się strasznie dużo i na ogół nie mieli zbyt wiele granic, ale istniały ograniczenia i linie, których żaden z nich nie przekroczył – a ten komentarz całkowicie i z wielkim okrucieństwem odrzucił na bok te linie, depcząc je.

Poza tym, to on mógł ranić Harry'ego i pocieszać go, kiedy tylko chciał – nikt inny nie miał do tego prawa.

A następnie uświadomił sobie tę zagrywkę, dokładnie w tym samym czasie, kiedy Harry się odezwał.

- Zostaw to, Tom – rozkazał szorstko.

Groźba wróciła do punktu wyjścia; Harry nigdy nie pozwoliłby na to, by komukolwiek, na kim mu chociaż trochę zależało, cokolwiek stało się po takim oświadczeniu, tak więc wesolutko upewni się, że Tom był bezpieczny, nawet, jeśli to pozostawi go bez obrony przeciwko nim a człowiekiem, który wiedział, że wciąż był nieśmiertelny.

Cholerny męczennik.

Najgorsze było to, że wiedział, iż Harry tak samo jak on był doskonale świadomy tej przynęty, ale i tak buntowniczo chwytał za ten haczyk.

Wiele osób mogłoby stwierdzić, że Harry nie miał w ogóle poczucia własnej wartości, ale Tom wiedział o subtelności na tyle dużo, by zdawać sobie sprawę, iż nie była to prawda… Harry był zbyt niezależny, zbyt nieposkromiony i zbyt żywy, by nie mieć poczucia własnej wartości… nie myślał, że jest bezwartościowy, po prostu uważał, że jest wart mniej niż jego przyjaciele.

Tom nie godził się na to, by zadowolić się takim gównem.

Przesunął się, stając w bardziej ofensywnej postawie do pojedynku, mając nadzieję, że jego pozycja była całkowicie jednoznaczna.

- Co ja mówiłem o tobie i tym twoim bohaterstwie? – zapytał z groźną nutką w swoim głosie.

- Wiele rzeczy, żadne z nich nie były pochlebne – oparł niedbale Harry. – Myślę, że musiałem zapomnieć je wraz z tym, jak zgodziłem się słuchać twoich rozkazów… och… czekaj… to się nigdy nie wydarzyło!

Przyglądał się mu, chłodno, całkowicie świadomy tego, że na skali „stabilności umysłowej" Harry'ego gwałtownie przesuwał się w kierunku 10, na której kończył się jej zasięg.

Byłoby wspaniale, gdyby chociaż raz Harry po prostu to zrobił. Posłuchał się rozkazu. Normalnie byłby – prawdopodobnie niechętnie – pod wrażeniem żelaznej woli młodszego chłopca i tego, iż się nie poddawał, ale w czasach takich jak te równie mocno go za to nienawidził. Tylko głupcy sądzili, że nie można mocno kogoś lub coś kochać, a zarazem w tym samym czasie go nienawidzić.

Miłość nie była przeciwieństwem Nienawiści, one były rodzeństwem, ponieważ obie wiązały się z silnymi emocjami. Przeciwną reakcją była apatia, obojętność.

Zobaczył jak wzrok Voldemorta rzuca się na niego z czystym ostrzeżeniem, kiedy z błyskawiczną szybkością, zaciekłością schwytanego węża, analizował swoje możliwości.

A następnie działał.


Harry wydał z siebie mimowolny skowyt, kiedy siła gwałtownie pociągnęła go do tyłu, brutalny uścisk szarpnął go w stronę znajdującej się za nimi windy, kiedy jej drzwi po raz kolejny zatrzasnęły się.

Uścisk Toma na jego ramieniu był bezlitosny, silny, przeznaczony do tego, by być bolesną karą.

Winda dziwnie zatrzepotała i uchylili się przed klątwą, która eksplodowała tuż nad ich głowami, kiedy, przy okrzyku czystej wściekłości Voldemorta, ruszyli ze świstem.

- Nie obchodzi mnie to, że dzieci będą mordowane tuż przed twoimi oczami, kiedy widna się zatrzyma, biegniesz jak tylko do cholery potrafisz i spadamy stąd. Czy to jasne? – syknął Tom, potrząsając nim. – I przysięgam, jeśli tego nie zrobisz, to tylko po to, by zrobić ci na złość, znajdę jakąś wioskę do ubicia.

- Och, no bardzo przepraszam za to, że nie chciałem obserwować jak zostajesz wplątany w nieprzyjemną sytuację, w którą nigdy nie powinieneś zostać wciągnięty!

- Wiesz, możesz dodać tą uwagę do długiej listy rzeczy, którymi zajmę się, kiedy wrócimy do Hogwartu – oparł niebezpiecznie Tom, wypychając go z windy.

Śmierciożercy.

Mnóstwo śmierciożerców.

Śmierciożerców, którzy wyglądali, jak gdyby otrzymali rozkaz, jak gdyby nie mówił im już o tym wystarczająco jasno fakt, że wszyscy toczyli się ku ich dwójce. Czarne jak smoła Mroczne Znaki paliły się na tle białych masek.

Wyczuwał, że Voldemort zbliżał się coraz bardziej, zdecydowanie zbyt szybko.

Nie było gdzie uciekać, nie teraz.

- Ojej, spójrz co my tutaj mamy, Rudolfie… dzieciątka wyszły z łóżeczek?