Nad rozdziałem zbetowała się Himitsu.

Już, już, właśnie wróciłam do domu i od razu zebrałam się, by wrzucić wam rozdział...

Jousette, Tom rzeczywiście jest skomplikowany... Tom z wymazaną pamięcią to z pewnością Tom bezwzględny, psychopatyczny w stosunku do wszystkich, bez wyjątków... Mam nadzieję, że poniższy rozdział ci się spodoba! :) Mangha, nie ma za co przepraszać. To całkowicie zrozumiałe, na początku tygodnia rzeczywiście jest strasznie dużo rzeczy na głowie. Postaram się wrzucać rozdziały raczej wcześnie w niedziele, a nie w nocy, być może to nieco ci ułatwi życie ;). Tak, pójście do ministerstwa było nieco nieprzemyślane, chociaż z całą pewnością w pewnym sensie uzasadnione - chcieli po porostu upewnić się, że Voldemort nie dowie się o przepowiedni... Co do Hermiony, to... mnie, osobiście, bardzo podoba się jej kreacja w tym ficku, jest przeze mnie uważana za jedną z lepszych, dlatego mam nieco inne zdanie na jej temat, chociaż twoje, oczywiście, wcale nie jest przez to gorsze :). Potrafię zrozumieć twój punkt widzenia :). O wymazaniu pamięci nic nie mówię - dzisiaj się dowiesz ;). Mam nadzieję, że jednak dajesz sobie radę i pamiętaj, szkoła nie zawsze jest najważniejsza, czasami trzeba po prostu odpocząć ;). Evolution, myślę, że rozumiem, także zazwyczaj zwracam uwagę na ten pasek, choćby właśnie po to, by nie wciągnąć się, jeżeli wiem, że zaraz się skończy :). Związanie ich żyć... tak, to bardzo ciekawy zabieg, z całą pewnością niezwykle wszystko komplikujący. Zwłaszcza dla Voldemorta, który, bądź co bądź, pragnie zabić Pottera. Tom i to, co zrobi, a czego nie zrobi... cóż, nie będę się na ten temat wypowiadała, bo sama przekonasz się w tym rozdziale. :) Co do braku ukończenia zaklęcia związania ich życia, oczywiście mogę wytłumaczyć, miałaś całkowite prawo tego nie zrozumieć - Harry musi zgodzić się na to, by zostały one związane, aby było to całkowicie nieodwracalne. Oczywiście, mniej więcej - raczej więcej - działa to tak, jak powinno, jeżeli jeden umrze, umrze i drugi, ale wciąż może zostać w każdym momencie odwrócone. To tak, jakby podać komuś rękę do uścisku. Tom, tak jakby, ścisnął rękę Harry'ego, podczas gdy Potter tego nie zrobił, zostawiając swoją rozluźnioną. Ale gdyby ktoś nagle pociągnął Toma, wymusił na nim jakiś ruch, ten i tak pociągnąłby za sobą Harry'ego, chociaż przecież Wybraniec nie zrobiłby niczego, by tak się stało :). Co do Obliviate - milczę, absolutnie milczę, dzisiaj się dowiesz... Co do Abraxasa, to również w dzisiejszym rozdziale. A także Lucjusz. I tak, rychła analiza związku będzie, ale nie zdradzę ani jej autora, ani treści, ani sytuacji. Myślę, że będziemy mieli okazję spojrzeć na różne aspekty ich związku z różnej perspektywy. Absolutnie różnej... Cookies. Alice, taak, to z pewnością dziwne. No i, oczywiście, takie zaklęcie! Na miejscu Toma czułabym się urażona ;). Jestem ciekawa tego, czy któraś z twoich teorii się sprawdziła, jeżeli tak, to daj o tym znać :). Być może wymyślenie tego, jak potoczy się ta sytuacja wcale nie jest tak trudne jak sądzę :). Rozumiem twoją irytację i proszę, nie martw się tym, że mnie czym uradzisz, bo właśnie po to są komentarze, aby wypowiadać swoje zdanie :). Myślę, że czasami czuję coś podobnego do tego, co napisałaś - mam tylko nadzieję, że za bardzo cię to nie zniechęci. :) AliceSz, nic a nic nie powiem, dowiesz się dzisiaj. Ale wzburzenie rozumiem, przecież Tom nie powinien być narażany na takie zaklęcie, w szczególności nie w towarzystwie Harry'ego... Spotkanie Lucjusza i Abraxasa odbędzie się, to obiecuję, ale podejrzewam, że nie będzie ono tak... rozbudowane, jak by można chcieć :). Chociaż, co mogę powiedzieć, nie będzie to ich ostatnie spotkanie. To tak w ramach pocieszenia :). Ariano, jak to, co będzie dalej? Przygoda! :) Mam nadzieję, że jednak będziesz spać spokojnie, a ciekawość nie przeszkadzała ci tak bardzo :). Podejrzewam, że musisz mieć naprawdę wiele możliwych scenariuszy i naprawdę ciekawa jestem ich wszystkich, chociaż podejrzewam, że dużo byłoby do opisywania ;). A rozdział, mam nadzieję, wystarczająco szybko się pojawił... Malwina, myślę, że cię rozumiem :). Wydaje mi się, że podczas czytania tego rozdziału po raz pierwszy byłam równie zdziwiona... Cieszę się, że uważasz to za jeden z najbardziej emocjonalnych rozdziałów, chociaż mam nadzieję, że tak w pozytywnym sensie ;). Ale masz rację, z całą pewnością jest to pewna... komplikacja. Odpowiadając - tak, horkruks jest umieszczony w skrytce. Ale o jego znalezieniu - jeśli, oczywiście, takie nastąpi - nie będę nic mówiła... Mówisz, że z lubelskiego jesteś? Ja, natomiast, przesyłam pozdrowienia z zimnego dzisiaj Śląska :).

Dziękuję za komentarze - wiecie, że jesteście wspaniali? Mówiłam już to? Jesteście. Absolutnie i niezaprzeczalnie wspaniali. Wasze komentarze dają mi niezłą motywację do wzięcia się w garść i każdy, który się pojawi tylko wzmaga wyrzuty sumienia w momencie, kiedy się po prostu lenię i leżę do góry brzuchem. W każdym razie, należą wam się wielkie podziękowania.

A teraz... teraz życzę wam miłego (mam nadzieję) czytania.


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto dwudziesty piąty

Bellatrix obserwowała radośnie, jak Potter szarpnął się gwałtownie w uścisku drugiego chłopca, prawdopodobnie starając się umieścić swoje bohaterskie ja pomiędzy zaklęciem wymazującym pamięć a głową swojego przyjaciela.

To nie działało, jego przyjaciel – Riddle, Tom Riddle? – trzymał go nadzwyczaj mocno, a w tej plątaninie przemieszczającego się uścisku oraz szamotania praktycznie spoili się w jedno, tak więc klątwa trafiła w samo sedno.

Potter wyglądał na całkowicie przerażonego, w jego oczach rozjarzył się ogień, a następnie uścisk, jakim trzymał go Riddle, zelżał.

Jej Pan promieniał triumfem i mroczną, uwodzicielską satysfakcją… a następnie bardzo subtelną nutką czegoś jeszcze, czego nie mogła odczytać.

- Nie. – Potter potrząsnął głową. – Kurwa, nie… Tom?

Wzrok Riddle'a po chwili skierował się na Wybrańca z lekką dezaprobatą, chłodem.

- Znam cię?

Potter wydawał się całkowicie załamać, ale ogień nie zniknął z jego zdruzgotanej, udręczonej twarzy.

Wśród śmierciożerców rozległ się szmer, mamrotania, które uciszyły się, kiedy Czarny Pan drapieżnie okrążył dwójkę chłopców, kierując różdżkę na Pottera.

Jej wnętrzności ściskały się z oczekiwania – w końcu będą mogli zobaczyć zniszczonego Chłopca, Który Przeżył i nic nie stanie im na drodze do przejęcia świata.

Och, jej Pan będzie taki szczęśliwy!

Mroczny Lord skinął głową, by ktoś brutalnie odciągnął walczącego zbawiciela z dala od drugiego chłopca i jej mąż od razu z zapałem zrobił krok do przodu.

Potter miał delikatną budowę, ale najwyraźniej była ona umięśniona, silniejsza i bardziej niebezpieczna niż wydawało się to na pierwszy rzut oka, bo skończyło się na tym, iż zarówno Rudolf, jak i Lucjusz odciągnęli go wspólnie do tyłu, trzymając między sobą.

Inny śmierciożerca - nie zawracała sobie głowy jego żałosnym imieniem - poległ w wyniku zaistniałej potyczki.

Riddle ostro przyglądał się ruchom Pottera z ostrożnością w oczach, ale odwrócił wzrok do Mrocznego Lorda, kiedy jej Pan przed nim przykucnął.

Usiłowała sobie przypomnieć, dlaczego nazwisko Riddle wydawało jej się znajome… nie było czystokrwiste, ale ten Riddle z całą pewnością był ważny dla jej Pana. Mroczny Lord syknął coś i Potter wyraźnie na to zareagował, ale nie odezwał się z powodu uciszającego zaklęcia, które na niego nałożono, jego różdżka i trzymająca ją ręka zostały przygniecione do jego klatki piersiowej tak, że mogłyby się złamać, gdyby Lucjusz tylko chociaż trochę mocniej na nie nacisnął.

Po chwili Riddle podniósł się na nogi, przyglądając się im wszystkim uważnie, podejrzliwie.

Podszedł do Pottera, mocno chwytając go za szczękę, po czym przesunął na bok jego grzywkę czubkiem swojej… cisowej różdżki.

Cisowej, takiej jak Czarnego Pana, chociaż to na pewno był przypadek.

Kiedy się następnie odezwał, nie zrobił tego w języku angielskim… i och, ten Riddle był wężousty? Co to wszystko znaczyło?

Wściekłość ścisnęła jej wnętrzności na myśl, że Czarny Pan miał dziedzica z kimś, kto nie był nią.

- Jeśli to, co mówisz jest prawdą – powiedział cicho Riddle, wpatrując się w szmaragdowe oczy. – To zabiję go osobiście.


Voldemort przykucnął przed chłopcem, wiedząc, że musi zrobić to idealnie, i z uwagą przyglądał się oczom swojego młodszego ja.

Wiedział, że Tom miał Obręcz Monachijską, ale pamiętał również to, jak nim był, tak więc dzięki temu odgadł kombinację jego szyfru i podczas rzucania zaklęcia użył dodatkowej mocy, by i ją jednocześnie pokonać.

Wskazał gestem, by ktoś odciągnął Pottera, nie chcąc, by dziecko z przepowiedni nie było pilnowane i znajdowało się blisko niego w momencie, w którym będzie radził sobie z Tomem i ignorował związane z tym walki, pozostawiając je w rękach Wewnętrznego Kręgu, kiedy Selwynn poległ pod zaklęciem Pottera.

Potter… nigdy tak bardzo nikogo nie nienawidził. Chłopiec był uosobieniem wszystkiego, o czym chciał zapomnieć, bezustannym przypomnieniem jego niepowodzeń i jego przeszłości.

Chciał, by Tom Riddle odszedł.

Cała ta sytuacja była jak koszmar.

Zacisnął dłoń na ramieniu swojego młodszego ja, odzywając się w wężomowie, ponieważ zapewniała ona większą prywatność i bardziej prawdopodobne było, że wzbudzi w pewnym stopniu zaufanie, braterstwo lub szacunek Toma.

Wiedział, że chłopak naprawdę musiał zapomnieć, w przeciwnym wypadku był pewien, że z większą intensywnością reagowałby na Pottera, na syk bólu i zgrzyt krzywdzonych kości oraz mięśni.

Nic takiego się nie stało, ale bezstronna ciekawość wywołała u niego żarliwe pragnienie dowiedzenia się tego, co się dzieje.

Pozostawił swoją różdżkę wyciągniętą, zauważając niebezpieczeństwo postawienia Toma w sytuacji, w której czułby chęć przypomnienia sobie – w końcu jego młodsze ja nie pamiętało jak się tutaj znalazło.

- Tom – syknął. – Wiem, że to dla ciebie dezorientujące, ale musisz mnie bardzo uważnie wysłuchać. Jestem Lord Voldemort.

- Voldemort… - Fioletowe oczy skierowały się na niego ostro, jak uosobienie jego najgorszych wyobrażeń, zbyt żywych wspomnień, jak duch, który nieustannie go nawiedzał. – Jesteś mną… ale to niemożliwe… chyba, że… podróż w czasie… ja…

- Tamten chłopiec ma na imię Harry Potter. Nie wygląda na takiego, ale manipulował tobą wiedząc o przyszłości, a następnie odurzył i przejął nad tobą kontrolę. Jest prawą ręką Dumbledore'a, ma na czole znak w kształcie błyskawicy, stara się nas zatrzymać i zabrać nasze dziedzictwo, a także sprowadził cię do przyszłości w nadziei na to, że uda mu się użyć ciebie przeciwko mnie.

- Jestem z nim związany… Związałem z nim moje życie… - odparł ostrożnie Tom, po raz kolejny zerkając na Pottera, mrużąc oczy. – Skąd mogę wiedzieć, że mnie nie oszukujesz?

- Przysięgam na swoją magię, że Harry Potter nie jest twoim przyjacielem. – Poczuł, jak ich magia z trzaskiem wiąże się w przysiędze, podczas gdy Riddle zesztywniał.

Stłumił uśmiech.

Prawie mu było żal dzieciaka… Tom był genialny, ale był w końcu tylko nastolatkiem i nie mógł równać się z jego większym doświadczeniem oraz wiedzą.

- Użył eliksiru miłosnego, by sprawić, że tobie na nim zależało.

Tom wstał gwałtownie, ze wściekłością w oczach i przez chwilę czuł się rozczarowany tym, że nie stanowiło to dla niego większego wyzwania.

Wciąż jednak obserwował ostrożnie jak Riddle ruszył w stronę Pottera, chwytając go mocno (przypuszczał, że niektóre rzeczy się, niestety, nie zmieniały), odzywając się niskim, groźnym tonem.

Po angielsku.

Niemal się roześmiał. Tom musiał zapomnieć, w przeciwnym wypadku wiedziałby, że Potter także potrafi mówić w wężomowie.

Jego rozbawienie zmniejszyło się nieznacznie na usłyszane słowa.

Cholera. Być może mogliby zrobić to razem…?

Chociaż, przyjrzał się lodowato Evansowi… może…

To zrani Harry'ego bardziej, jeśli to Tom to spowoduje.

- Nigdy nie odmówiłbym ci szansy na torturowanie go – odparł z pobłażaniem.


Zevi mknął po korytarzach Ministerstwa z Abraxasem u boku.

Zatrzymali się, słysząc głosy… krzyki.

Krzyki Harry'ego.

Ruszyli bardziej uważnie, odrzucając od siebie Gryfońską chęć rzucenia się biegiem, a następnie wyjrzeli ostrożnie zza kolumny, mając na sobie czar, który odwracał od nich uwagę.

Minutę zajęło im uwierzenie w to, co zobaczyli.

Harry był trzymany na kolanach pomiędzy dwoma śmierciożercami, z czego jeden był niezwykle podobny do Abraxasa… jego syn? Podczas gdy Tom trzymał go pod czymś, co wyglądało na Cruciatus.

Kolejną minutę zajęło im przetworzenie zrozpaczonych myśli, że to była jedna wielka pomyłka, a sekundę na zrozumienie, że tak nie było i nic nie mogli na to poradzić.

Jego żołądek się zacisnął, czuł mdłości.

Tom torturował Harry'ego.

To nie było… dobre, po prostu nie! Dlaczego Tom miałby to robić?

Oni przez cały czas wkurzali siebie nawzajem, walczyli, i tak, ranili się, ale to było inne.

Harry nie miał możliwości odparcia ataku.

Tom zawsze pozwalał Harry'emu na odparcie ataku, nawet jeśli oszukiwał (według Harry'ego), by przesunąć szansę bardziej na swoją korzyść… nadal i tak dawał Harry'emu szansę, jeśli walczyli.

Jasne, często to pomijał, zwłaszcza jeśli miało to związek z jego planem, ale nie powstrzymywał Harry'ego od odpowiadania na jego grę. To było po prostu… złe.

Agonia sprawiła, że pragnął zakryć rękami swoje uszy i spojrzał z przerażeniem oraz rozpaczą na Abraxasa. Maska Malfoya pozostała mocno na miejscu i to, samo w sobie, ostrzegło go o odpowiedzi jego przyjaciela i rywala.

- Zajmę się moim synem – powiedział szorstko Abraxas. – Odwróć jakoś ich uwagę… masz przy sobie eksplodujące eliksiry, prawda?

- Tak – odparł cicho, ostrzegając Malfoya, by nie przyzwyczajał się do wydawania mu rozkazów. – Musimy jedynie uwolnić Harry'ego, pomoże nam… i Granger powinna do tej pory skończyć.

- Przynajmniej szlama może zrobić coś pożytecznego – wycedził Abraxas, po czym odpędził od siebie te myśli. – Okej, na trzy…


Lucjusz Malfoy miał zaledwie chwilę na to, by zareagować, eksplozja pojawiła się znikąd, zwalając z nóg ich wszystkich.

Wielu mniejszej rangi śmierciożerców zostało rannych, nie mając odpowiednich umiejętności, by szybko ochronić się przed takiego rodzaju atakiem z zaskoczenia. Rozejrzał się szaleńczo za Potterem, który został wyrzucony z jego uścisku – Czarny Pan skróciłby go o głowę, gdyby Chłopiec, Który Przeżył uciekł – tylko po to, by zamrzeć w pół ruchu, kiedy różdżka została przyciśnięta do jego gardła.

Nastolatek stojący za nim był równie wysoki jak on i… Merlinie.

- Witaj, synu – przywitał się chłodno Abraxas. – Nie poznaliśmy się jeszcze formalnie, ale słyszałem o tobie dość wiele od mojego wnuka. Słodki dzieciak. Harry uratował mu życie, wiedziałeś o tym?

Zbladł. Nie, nie wiedział.

Potter uratował życie jego syna? Ale byli wrogami! Draco zapewniał go o tym, rywalami… oni… czuł się zagubiony. Był winien Potterowi dług życia?

Czułby, gdyby tak było, chyba, że… był taki zdezorientowany.

- Puść mnie – jęknął, starając się zachować spokój, kiedy dym wokół nich zaczął opadać.

Rozejrzał się bystro, zauważając, że Potter chwycił Riddle'a w sposób nieco podobny do tego, jak trzymało się zakładnika, uniemożliwiając zirytowanemu Czarnemu Panu przeklęcie go.

- To jest zdrada… nasz Pan nie chciałby…

- Twój Pan a mój to dwie zupełnie różne osoby – syknął jego ojciec. – I ja nie wiem, co się tutaj dzieje, ale mój Pan zniszczy cię za pozwolenie, by Harry był w taki sposób torturowany. Co mu zrobiliście?

Lucjusz przełknął ślinę, przypominając sobie jak bardzo utalentowany w torturowaniu był ten chłopiec i także, jak kiedyś poczuł to na samym sobie dzięki jego starszemu odpowiednikowi, dreszcz strachu przebiegł mu po plecach.

- Riddle'owi została usunięta pamięć. Czego ode mnie chcesz? – domagał się. – Nie chcesz mnie zabić… Jestem twoim synem!

Nienawidził tego jak jego głos załamał się na te ostatnie słowa.

Dziwne było porównywanie tego nastolatka z jego ojcem, ale jednak były w nim jego ślady, tak samo jak niepodważalne podobieństwa.

Czuł żałosne przerażenie promieniujące z jego ojca, silne emocje bardzo dobrze zamaskowane, które pojawiły się na wspomnienie czaru wymazującego pamięć.

Jego pytanie zostało jednak zignorowane i on, wraz z Bellą znajdującą się w ramionach kogoś, kto wyglądał niepokojąco podobnie do Severusa, ale o mniej tłustych włosach (i kto był, jak podejrzewał, źródłem tych licznych eksplozji) został odciągnięty do tyłu, osłaniając swoich porywaczy przed atakiem.

- Mam świstoklik… trzymajcie! – odetchnął Potter, bardzo dobrze ukrywając swój ból, za co Lucjusz poczuł do niego niechętny podziw.

Czarny Pan szarżował w ich kierunku, jego twarz płonęła gniewem, tylko po to, by zostać rozproszonym przez nagłą powódź członków Jasnej Strony.

Gapił się niemal otwarcie – jego syn pracował z Dumbledore'em! – a następnie zniknęli.


Jakieś trzydzieści sekund później Harry wylądował z obrzydliwym łomotem na terenie Hogwartu.

Porzucili Malfoya i Bellatrix Lestrange w Little Hangleton (I Voldemort z całą pewnością sprawdzi teraz swoje horkruksy!), po czym ponownie szybko chwycili świstoklik, podczas gdy Abraxas zapewnił swojego syna, że niedługo się z nim skontaktuje…

Miał zaledwie chwilę na to, by samemu pozbierać się do kupy, kiedy smukłe palce chwyciły zaciekle jego twarz, badając ją.

- Harry… SalazarzeWszystko w porządku? – Tom. Był oszołomiony. – Och, ty genialny, genialny człowieku, wiedziałem, że to załapiesz…

Chwycił ręce Toma, odciągając je od siebie, gniew przytępił ból, jaki odczuwał na całym ciele.

- Co ty do cholery sobie myślałeś, Tom? – warknął. – Wszystko dobrze? Nie mogłeś być pewny, że to będzie działało…

- Co się dzieje? – zapytał słabo Abraxas. – Ja… ja myślałem, że zostało na ciebie rzucone Obliviate, Tom… ty…

Głos Lorda Malfoyów stopniowo ucichł. Harry skrzywił się na myśl o tym, co zrobił Tom i te natarczywe ręce przesunęły się do jego ramion, zaskakująco łagodnie manewrując nim do pozycji siedzącej.

Poczuł palce tańczące po jego uszkodzonych żebrach, muskające jego poturbowaną skórę, wiedzące doskonale, w których miejscach szukać ran.

Harry wzdrygnął się na ich zimno, wciąż zdenerwowany, wszystko działo się tak szybko.

Zdając sobie sprawę, że Tom nie miał zamiaru zawracać sobie głowy tym, by odpowiedzieć na pytania lub samemu to wszystko wyjaśnić, Harry odchrząknął niezręcznie.

- Tom ma Obręcz Monachijską, ale Voldemort zna jej kombinację, albo przynajmniej musieliśmy sprawić, że myśli, iż tak jest… nie jestem pewien czy to dlatego, że może ją rozwiązać, czy dlatego, że potrzebowaliśmy, by myślał, iż tak jest, raczej stawiam na to pierwsze… Ałć!... przestań mnie szturchać, Tom!... w każdym razie dałem mu swoją Obręcz Monachijską, kiedy byliśmy… kiedy byliśmy na podłodze, a on powstrzymywał mnie przed skoczeniem przed to zaklęcie…

Uścisk Toma napiął się gwałtownie w odpowiedzi na ten szczególny pomysł.

- Tak więc, no tak, Tomowi nie została usunięta pamięć… ale Voldemort musiał myśleć, że tak było, zatem to udawaliśmy. Potrzebowaliśmy czasu na to, by dostać się do świstoklika i… wtedy przyszliście wy, chłopaki… - umilkł, spoglądając na nich pytająco.

- Wezwałem ich – powiedział mu Tom, ponownie chwytając jego szczękę, przyciągając na siebie jego uwagę i najwyraźniej szukając czegoś w jego oczach, po czym przywrócił swój uścisk również na ramiona Harry'ego. – Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, wszystko w porządku? Głupie pytanie, oczywiście, że nie…

- T-tom! – wykrztusił, kiedy ramię chłopca wsunęło się pod jego kolana, najwyraźniej mając zamiar podnieść go w pieprzonym ślubnym stylu czy coś takiego. – Nic mi nie jest! Cóż, mniej więcej nic… i mogę chodzić, i… oddaj mi moją Obręcz.

Wszystko było poplątane, zbyt wiele myśli i zbyt wiele reakcji. Jego głos był bardzo powściągliwy. Wciąż był wkurzony.

Tom nie mógł wiedzieć, czy ten lekkomyślny plan zadziała – naprawdę mógł stracić pamięć!

Wzrok Toma przeniósł się na niego ostro i wydawał się on dość dobrze przechwycić emocje Harry'ego. Wytrzymał to spojrzenie, jego serce waliło. Był w stanie mniej więcej stwierdzić, co takiego myślał teraz Riddle.

- Tom – powtórzył bardzo cicho, niebezpiecznie. – Oddaj mi moją pieprzoną Obręcz Monachijską. W tej chwili.

Nastąpiła minuta całkowitego napięcia, a następnie, jak z rozwagą zauważył, Tom sięgnął po inną Obręcz – swoją własną.

- Przypuszczam, że sensowniej będzie, jeśli się zamienimy, wtedy bardziej możliwe będzie, iż Voldemort źle to odbierze, a nie wiem czy moje wspomnienia nie są przypadkiem związane z twoją Obręczą… Muszę zrobić kilka badań… Możesz zmienić kombinację szyfru.

Harry pochwycił ją, mając nadzieję, że jego ręce nie trzęsły się zbyt mocno, natychmiast zmieniając kombinację, po czym wsunął ją na swój nadgarstek, czując ogromną ulgę.

Był bezpieczny.

Tom przyglądał się mu, a jego spojrzenie nie wyrażało absolutnie nic, przewyższało nawet swój normalny poziom skupienia. Wychodziło na to, że obaj byli nieco maniakalni. To z powodu adrenaliny.

Prawdopodobnie.

Zevi wydał z siebie jakiś niezręczny dźwięk.

- My, errr, pójdziemy powiedzieć ludziom, że żyjecie… Granger na przykład. To będzie dla niej ulga.

Tom nie odpowiedział i to samo w sobie wydawało się być wystarczającym oddaleniem ich, jako że Abraxas i Zevi szybko ruszyli w stronę zamku, najwyraźniej samemu również musząc poradzić sobie ze swoimi myślami.

Przygniotła ich nagła cisza.

- Co ty sobie myślałeś? – zażądał, niewiarygodnie pesząc się z powodu tego jak chrapliwy wydał z siebie głos.

- Jestem całkowicie pewien, że to moje pytanie – powiedział cicho Tom, chociaż jego opanowanie w żaden sposób nie ukryło porywczości, którą podkreślał jego głos.

Harry otworzył usta, by odpowiedzieć, dalej będąc złym na Toma, chociaż naprawdę nawet nie wiedział dlaczego, a następnie jego słowa zamieniły się w zduszony jęk, kiedy dziedzic Slytherina postawił go na nogi.

- Nie będę się nawet pytać czy jesteś ranny, wiem, że jesteś. Tak więc chodź.

- Nie pójdę do Skrzydła Szpitalnego – warknął Harry, próbując się wycofać, jego mięśnie drgały z napięcia.

Mogło być to nawet dobre z dłuższej perspektywy czasu, że Voldemort-Tom torturował go tak intensywnie, w przeciwnym wypadku był pewien, że wariowałby bardziej z powodu takiej niesamowitej bliskości.

Jego żołądek zacisnął się.

Tom rzucił na niego Cruciatusa… zaklęcie niewybaczalne… torturujące… takie, którego nie mogłeś użyć, jeśli naprawdę tego nie chciałeś… chociaż nie było takie złe jak Voldemorta… niemal stłumione.

Tak czy inaczej, miał zbyt wiele pytań.

Cholera to wszystko, jego głowa wirowała.

Tom nie był tak ranny jak on, żaden z ich wrogów nie miał pozwolenia na to, aby go skrzywdzić, ale w tej chwili Harry mimowolnie był zły na to, że tylko nieznacznie.

Nie chciał, by Tomowi stała się krzywda, ale to nie zmieniało faktu, że okropne było to, iż to on był tym bardziej narażonym na zranienie.

To było niesprawiedliwe – jak gdyby jakiś Los cieszył się z tego, że on cierpi, a Tom zachowuje się psychopatycznie nadopiekuńczo i, Merlinie, to był niesamowicie dziwny opis. Nigdy tak naprawdę nie przypisywał Tomowi cech osoby opiekuńczej. Nie wiedział nawet dlaczego taka myśl wpadła mu do głowy.

- To nie było pytanie – oparł Tom w pewien sposób szorstko. – Ja sam, ze wszystkich ludzi, wiem najlepiej jak wiele czujesz bólu, tak więc nawet nie próbuj mi wmawiać, że nie potrzebujesz poważnego uzdrowienia. Porozmawiamy później.

Nie mógł się zdecydować, co było bardziej przerażające: spotkanie się w tym stanie z Pomfrey czy Rozmowa Z Tomem. Tak, to wymagało zostania mentalnie napisanego z dużych liter.

- Moja odpowiedź nie podlega dyskusji… - zaczął buntowniczo Harry, upór w pewien sposób rekompensował mu to, w jakiego stracha wpędził go Riddle z tą całą gównianą sprawą z niebezpieczną sztuczką z pamięcią.

Tom przerwał mu, wysyłając mu ten drapieżny uśmieszek.

- Jesteś ranny i wyglądasz, jakbyś zaraz miał się rozpaść, kochanie, i to ja jestem za to odpowiedzialny. Zacznij iść do Skrzydła Szpitalnego albo podniosę cię i tam zaprowadzę, a wtedy nic nie będziesz mógł z tym zrobić, jako że gwałtowny ruch do góry najprawdopodobniej spowoduje, że zemdlejesz.

- Nie jestem dziewczyną, nie mdleję! A ty nie…

- Więc. Idź.

Wciąż sfrustrowany Harry spojrzał na niego, ale kiedy Tom zrobił krok jeszcze bliżej ku niemu, uznał, że być może pójście jest mimo wszystko najlepszą opcją…


Syriusz maszerował korytarzami Hogwartu, portrety powiedziały mu, że Harry i Riddle zmierzali tą drogą niecałe pół minuty temu.

Byli, jak się wydawało, w drodze do Skrzydła Szpitalnego i to tylko sprawiło, że jego krew zamarzła. Miał nadzieję, że to Riddle był ranny, a nie jego chrześniak, ale przeczucie ściskające jego serce mówiło mu, że tak nie było.

Był w Świętym Mungu, wykorzystując swój stary Trening Aurorski, kiedy pojawił się Alphard Black. Wtedy szybko przybył tutaj, dopytując się co się działo, a następnie znów do Ministerstwa… a teraz wrócił do Hogwartu z wiedzą, że to w nim był jego dzieciak.

Jego dzieciak… kiedy to się stało? To było dziecko Jamesa, ale, ale… w pewnym sensie Harry był również jego. On cholernie kochał tego chłopca, jak syna, to na pewno.

Zamarł na sekundę, widząc ich, po czym pobiegł do przodu.

- Harry…

Ledwo dotarł do nich, kiedy Riddle odwrócił się, a jego oczy wypełnione były przerażającym zapałem.

- Nie dotykaj go, ma złamane żebra, gdybyś go przytulił, prawdopodobnie przebiłbyś mu płuco.

Te słowa były bolesne, zabójcze.

Harry odwrócił się, ból widoczny był w jego oczach, ale nigdzie indziej.

Ukrywał go…

- Syriusz, dzięki bogu, że nic ci nie jest, martwiłem się…

- Co masz na myśli mówiąc, że ma złamane żebra? – zażądał. Co się stało? – Dalej, dzieciaku, weźmy cię do Pomfrey.

Zrobił kolejny krok do przodu, wahając się, kiedy zauważył morderczy wyraz twarzy Riddle'a.

Poczuł przerażenie ogarniające go z powodu tego spojrzenia, co było śmieszne, został przeszkolony jako Auror, a to był nastolatek! Mimo tego z trudem powstrzymał się od cofnięcia się, w końcu był Gryfonem.

Postawa Riddle'a promieniowała zaborczością, czymś pierwotnym, mrocznym i terytorialnym, co nie do końca pasowało do ludzkiej twarzy. Przełknął ślinę, ale uniósł ręce.

- Nie skrzywdzę go – obiecał, zastanawiając się z przerażeniem, od kiedy i dlaczego musiał błagać tego psychopatę o to, by móc dostać się do Harry'ego.

- Skąd możesz wiedzieć, nie masz pojęcia, jakie są jego obrażenia – odparł chłodno Riddle.

- Chłopaki… - zaczął Harry, wyglądając na zirytowanego.

- A ty masz? – miało być to sarkastyczne, ale wyraz twarzy dziedzica Slytherna stał się twardy jak kamień.

- Bardzo duże.

Zauważył, że jego chrześniak napiął się na te słowa, bezbarwny sposób ich wypowiedzenia, i zaczął mieć okropne uczucie…

- Ufam Syriuszowi. – Harry westchnął ciężko. – Nie skrzywdzi mnie. A teraz albo miejmy już za sobą tę całą sprawę ze Skrzydłem Szpitalnym i chodźmy do niego, albo puśćcie mnie, bym mógł zrobić coś pożytecznego.

Uścisk, jakim Riddle trzymał ramię Harry'ego wzmocnił się nieznacznie i ta dwójka wymieniła ze sobą spojrzenia.

Nagle mimowolnie pomyślał, irracjonalnie, że narzucał się im albo wszedł między nich, albo coś w tym stylu, bo wyczuwał, jak z niesamowitym ciężarem wisiały między nimi całkowicie nierozwiązane napięcie i emocje, problemy.

Riddle przyglądał się mu z ostrzegawczym wyrazem twarzy, po czym, poza zasięgiem wzroku Harry'ego, głowa Toma przytaknęła niemal niezauważalnie, zanim ten się odwrócił.

Czując się dziwacznie, jak gdyby zdał właśnie jakieś naprawdę trudne Owutemy, Syriusz ruszył do przodu.