O to, by rozdział nadawał się do użytku postarała się Himitsu.
Cookies. Alice, och, Boże, wywołałaś u mnie dwa niezwykle mocne uczucia - wyrzuty sumienia, że tak bardzo wpłynął na ciebie ten rozdział i radość, że udało mi się go przetłumaczyć w taki sposób, by tak było. W każdym razie myślę, że mimo wszystko wezmę taki wybuch emocji za zaszczyt :). A już sam fakt, że twoja teoria przynajmniej po części była prawidłowa już coś znaczy i myślę, że masz z czego być dumna :). Ja sama, kiedy to po raz pierwszy czytałam, nawet nie próbowałam wymyśleć tego, jak może wszystko potoczyć, bo po prostu czułam, że z góry jestem skazana na porażkę... I chociaż czytałam to jakiś czas temu, to wydaje mi się, że tak, moje emocje były nieco podobne do twoich :). I z całą pewnością była w nich obecna ulga. Wszyscy inni bohaterowie zeszli w ostatnim rozdziale na drugi plan, zatem tak, rozumiem twoją niemoc - po prostu zbyt wiele działo się emocjonalnych rzeczy ;). A Voldemort - tak, to dość interesująca postać... :) Ariano, ale ważne, że taka wersja była, to już niezwykły wyczyn, biorąc pod uwagę to, jak trudne jest ogarnięcie umysłów Toma i Harry'ego :). Brak słów rozumiem i absolutnie za niego nie winię - szczególnie po takim rozdziale. Jestem niezwykle zaszczycona słysząc, że to opowiadania podoba ci się tak bardzo, tak niesamowicie... i niezwykle się z tego cieszę :). Taka świadomość jest naprawdę bardzo, bardzo miła... Z językami z pewnością nie jest tak źle, wszystkiego można się nauczyć - zresztą im więcej się czyta, tym później jest łatwiej :). Kiedy skończę cały projekt z "Ulubieńcem" i innymi związanymi z nim fickami, z całą pewnością mam kilka pomysłów na kolejne tłumaczenia - chociaż nie wiem, na które i czy się zdecyduję... :). Veniti, nie masz za co przepraszać, ważne, że znów się tutaj znalazłaś i, co jeszcze ważniejsze, że wciąż ci się podoba. A brak czasu jest całkowicie zrozumiały, w końcu ostatnich kilka miesięcy było bardzo burzliwych i z całą pewnością zabieganych. Po prostu cieszę się, że teraz jesteś :). Cieszę się, że akcja na cmentarzu i w restauracji podbiła również i twoje serce... I mówisz, że twoje teorie się sprawdzają? To wspaniale! Gratuluję! Sama w życiu nie potrafiłabym cokolwiek z tego wszystkiego wywnioskować, domyśleć się... naprawdę jestem pełna podziwu :). Cieszę się, że będziesz do końca już czytała i komentowała, chociaż mam nadzieję, że będzie to jednak przyjemność, a nie tylko ka65ra ;). Mnie także niesamowicie będzie, kiedy się to wszystko skończy, a właściwie nie zostało nam tak naprawdę dużo - zaledwie nieco ponad dwadzieścia rozdziałów. Zgadzam się z tym, że Harry'emu należy współczuć, że jest za co, i miło wiedzieć, że ktoś również tak sądzi - bo chociaż naprawdę Tom jest uroczą postacią, charyzmatyczną, to jednak niezwykle, niezwykle wyczerpującą. Ja z chęcią także bym cię wyściskała, zatem czuj się mentalnie przytulona ;). I mówisz, że 70 dni do wakacji? Zastanawiam się, czy się z tego powodu cieszyć, czy wpadać w panikę ;)... Wiosny niestety za oknem nie widać, ale podziwiam za optymistyczne podejście do życia i mam nadzieję, że długo ci się takie utrzyma ;). Evolution, ach, znów, znów czuję wyrzuty sumienia za wprowadzanie ludzi w taki stan... Cieszę się, że masz taką wiarę w naszego Harry'ego i że wierzyłaś, iż z pewnością znajdzie z tego jakieś wyjście i odczaruje Toma :). Ulga, którą opisałaś, naprawdę musiała być wielka i myślę, że w pewnym sensie ją rozumiem - w końcu, gdyby jednak nie było to udawana, ta sytuacja zmieniłaby wszystko. Wszystko. Cieszę się, że twierdzisz, iż udało mi się zdać egzamin postaci Bellatrix - to chyba najtrudniejsza do tłumaczenia tutaj postać (chociaż przyznam, że Tom nieźle z nią konkuruje z tymi swoimi wszystkimi genialnymi i błyskawicznymi przemyśleniami...). Co do rozmowy Malfoyów to myślę, że nawet po ich kolejnym spotkaniu będziesz czuła niedosyt - niestety nie zostało to jakoś bardzo rozwinięte, a jedynie wspomniane. A czy z udziałem Draco, się pytasz? Zobaczysz :). Harry dużo będzie mówił o całej sytuacji w dzisiejszym rozdziale, więc nie będę mówiła o tym, czy ma żal do Toma, czy nie. Ale tak jak mówisz, było to zaplanowane i mimo wszystko konieczne. Ale... zobaczysz dzisiaj :). Sentymentalne opisy - taak, też je uwielbiam, ale jednak czasami trochę akcji się przydaje. Zwłaszcza, kiedy wszystko powoli kieruje się ku końcowi. Ale z całą pewnością ich nie zabraknie. Ich związek analizować będzie wiele osób, mniej lub bardziej, ale w sposób bardzo... ciekawy - przynajmniej dla mnie - jedna, którą przyznam, że w swoim komentarzu wymieniłaś :). Podpowiem tylko, że na Snape'a nie ma co liczyć... Mangha, nie dziwię się, och, nie dziwię :). Masz rację, sytuacja musiała być niezwykle frustrująca - tym bardziej cieszę się, że mimo tego wytrwałaś i nie odrzuciłaś wszystkiego z rozmachem :). Nie powiem, czy Harry ze wszystkim zdąży. Z całą pewnością nie zostało wiele czasu, ani dla Harry'ego, ani dla Toma, ani dla kogokolwiek innego. Harry, co tylko cicho napomknę, nie da się tak łatwo zamknąć w Skrzydle Szpitalnym - zwłaszcza, kiedy wie, że tak mało czasu pozostało mu do końca, a tak wiele musi jeszcze zrobić. Przeszli Ślizgoni i ich historia zostanie zgrabnie wyjaśniona. Jeżeli Harry wygra, jeżeli wygra jego plan, to nie wiemy, czy chłopak ma jakiś pomysł na poradzenie sobie z tym problemem. Jeśli wygra Tom, to jego plan zakłada, że wszyscy wrócą do przeszłości i tam zostaną, razem, zmienią przyszłość, której jedyną pozostałością będzie Harry związany z Tomem tak, by nie mógł zniknąć. Jeżeli wygra plan kogoś innego (Voldemorta, Dumbledore'a, Losu, czegokolwiek...) - tutaj już zupełnie nie wiemy, co może się wydarzyć. Ale sprawa w jakiś sposób się rozwiąże :). Miło słyszeć, że podobało ci się spotkanie dwóch Malfoyów ;). Co do fragmentu - myślę, że chodzi o oba na raz. Niewielka nienawiść Toma do Harry'ego i chęć spowodowania jak najmniejszego bólu skumulowały się, sprawiając, że Harry z pewnością zauważył różnicę. I tak, kto by pomyślał, że ktoś będzie chciał, by w Harry'ego trafiła Avada? ;) Ale, oczywiście, rozumiem cię. Niestety chłopaki nie mogą być pewni, co się stanie, kiedy takowa trafi w Pottera, a zatem Tom nigdy nie będzie miał zamiaru wprowadzić tego w życie. Poza tym... Harry musiałby się poddać. Świadomie podjąć wybór zaprzestania walki i stawienia czoła śmierci. A ten Harry nie wiem, czy jest w stanie to teraz zrobić (co, oczywiście, nie oznacza, że nie zrobi, proszę się niczym nie sugerować ;)). Co do posługiwania się wężomową przez Harry'ego - przekonasz się z czasem jak to wygląda :). Co do kursywy - zaznaczaj słowo w /taki/ sposób, być może będzie to trochę pomocne i będziesz mogła uzewnętrznić swoją potrzebę kursywy :). I taaak - będzie się działo! Zdziwiłaś mnie tym pierwszy miejscem, naprawdę, ale jeżeli, jak mówisz, jest to prawda, to naprawdę czuję sie niezwykle zaszczycona! Łał. Po prostu... łał :). A czy do tysiąca uda wam się dobić - nie wiem. Ale mam nadzieję. Chociaż nie naciskam. Myślę, że wszystko okaże się w czasie :). elain679, na początek to bardzo miło mi cię poznać :). Ciszę się, że takie pozytywne słowa wypowiedziałaś odnośnie tego ficka. Że ci się podoba :). Niestety nie mam wpływu na to, w którym momencie urywa się rozdział (chociaż podejrzewam, że moja wredna część natury kończyłaby go w mniej więcej podobnym momencie...). W każdym razie, mam nadzieję, że nie będziesz musiała długo czekać :).
Wiem, rozdział miał być rano, ale... (uwaga, wymówki!) musze jutro poprawić sprawdzian z rozszerzenia z chemii i siedziałam dzisiaj nad tym przez cały dzień. A kiedy już się za to zabrałam, to jakoś tak nie miałam serca się od tego oderwać (bo, mimo wszystko, bardzo, bardzo tą chemię lubię (koniec wymówek). W każdym razie bardzo dziękuję wszystkim komentującym, jesteście tak niesamowicie motywujący, że aż brak mi słów, by to opisać. Po prostu... dziękuje wam z całego serca.
Mam nadzieję, że czytanie poniższego rozdziału będzie dla was przyjemnością :).
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto dwudziesty szósty
Nie spotkali tam Pomfrey, najwyraźniej próbowała pomóc rannym w Świętym Mungu - zamiast niej była młoda praktykantka.
Oczy kobiety rozszerzyły się na ich widok i prawdopodobnie fakt, że Chłopiec, Który Przeżył pojawił się na jej oddziale. Harry stłumił zniesmaczone westchnienie i z zadowoleniem stwierdził, że przynajmniej starała się opanować.
Jej wzrok następnie skierował się ostro na Toma i Syriusza, po czym zrobiła krok do tyłu, wydawałoby się, że bez powodu. Harry zerknął w lewo, zauważając raczej śmiertelny wyraz twarzy dziedzica Slytherina, który w pewnym stopniu odzwierciedlony został również na twarzy jego ojca chrzestnego.
- P-po prostu połóżcie go na łóżku – stwierdziła uzdrowicielka. – Jestem praktykantka Freya, w czym problem?
- Problemem wydaje się być brak wykwalifikowanego uzdrowiciela w pobliżu – stwierdził chłodno Tom. – Sprowadź jednego ze swoich przełożonych.
- Ale wszyscy pracują nad rannymi w Świętym Mungu… - zaczęła. W następnej sekundzie Harry znalazł się w bardziej zdecydowanym uścisku Syriusza, a różdżka Toma wsunięta została pod brodę pielęgniarki.
- Nie słyszałaś może co mówiłem? – syknął Tom. – Sprowadź jednego ze swoich przełożonych, wykwalifikowanego uzdrowiciela albo sama dołączysz do rannych i w bardziej praktyczny sposób dowiesz się, jak pracują szpitale.
- Ja… nie możesz mi grozić… Jestem prawie dyplomowana… Proszę… Ja… ja wiem, co robię…
- Łał, prawie dyplomowana – powiedział zjadliwie Tom. – Moje obawy prawie zniknęły, tyle że tak nie jest i o nic cię nie pytałem ani ci nie groziłem. Jeśli w ciągu najbliższej minuty nie sprowadzisz profesjonalnego uzdrowiciela, nie będziesz żyła na tyle długo, by zostać dyplomowaną, ty głupia suko.
- Tom… - warknął Harry. – Przestań. Mogę poczekać…
- Tak, skarbie, jestem pewien, że twoje kilka połamanych żeber, zwichnięte ramię, złamany nadgarstek, trzy złamane palce, ciężkie stłuczenie i długotrwałe narażenie na klątwę Cruciatus… która, co zabawne, może spowodować trwałe uszkodzenie nerwów lub chorobę psychiczną… mogą czekać – odparł Tom. – Co nie znaczy, że będą.
- Nie ma żadnych dostępnych uzdrowicieli! Przykro mi, ale…
- Sprowadzę mu uzdrowiciela – stwierdził głośno Syriusz, wpatrując się w pielęgniarkę.
Harry stwierdził, że został oddany z powrotem w ręce Toma, jak gdyby nagle nie był zdolny do samodzielnego stania, podczas gdy jego ojciec chrzestny wskazał palcem w stronę pielęgniarki, ostentacyjnie ukazując sygnet.
- Lord Syriusz Black. Głowa rodziny Blacków, niedługo spotkasz się z moimi prawnikami. – Harry niemal się zakrztusił.
Oni oszaleli! Biedna kobieta! Zanim zdążyłaby wykrztusić z siebie odpowiedź, Syriusz podszedł szybkim krokiem do kominka w biurze Pomfrey i zniknął.
Różdżka Toma powoli obniżyła się, błysk aprobaty pojawił się w jego spojrzeniu, chociaż wyraz jego twarzy wciąż był pełen mrocznych cieni. Lekki jak piórko dotyk pokierował nim w stronę łóżka, na którym usiadł bardziej z szoku, niż z jakiejkolwiek chęci wykonywania rozkazów.
Stażystka Freya wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
- Przepraszam za to – mruknął Harry, czując się niezręcznie. – Namówię Syriusza do wycofania oskarżenia… Obaj są po prostu cholernie nadopiekuńczy…
- Gdybyś tego nie lubił – Tom uśmiechnął się do niego niebezpiecznie – to nauczyłbyś się zwracać trochę większą uwagę na swoje zdrowie, chociaż nie mogę obiecać, że to by cokolwiek powstrzymało.
Harry gapił się na niego, gorąca wściekłość ściskała jego żołądek (jego pięści były na to trochę za bardzo uszkodzone). Wziął głęboki, uspokajający oddech.
- Jeśli przesadnie próbujesz wszystko naprawić, ponieważ był to właściwie twój popieprzony plan, to przestań, nie mam ci tego za złe…
- Przesadnie próbuję wszystko naprawić? – Tom uczepił się tych słów, jego głos był bezbarwny. – Dlaczego miałbym przesadnie próbować wszystko naprawić? To by sugerowało, że mam za co czuć się winny.
Serce Harry'ego zagruchotało. Jasne.
- No taak – powiedział cicho – wielki Tom Riddle nigdy nie mógłby czuć czegoś tak ludzkiego, ponieważ nigdy nie popełnia błędów, co? Jest po prostu zbyt idealny. To wszystko było po prostu… częścią planu.
Odwrócił wzrok, kierując go na stażystkę, która gapiła się na nich z mieszaniną fascynacji i strachu. Salazarze, wszystko go bolało, a do tego nie mógł przestać się trząść. Wcześniej myślał, że to z powodu ulgi, ale teraz podejrzewał, że mogły być to pozostałości po Crucio. Czuł, jak wzrok Toma wwierca mu się w twarz.
- Zrób zdjęcie, to potrwa dłużej – poradził jej z irytacją, być może pośrednio kierując te słowa również do Toma. Zarumieniła się, odwracając wzrok, mrucząc coś o ulżeniu mu w bólu. Kiedy zniknęła w gabinecie, nagle poczuł pragnienie, by tutaj pozostała. Tom wciąż przyglądał mu się oceniająco.
To się robiło monotonne.
- Harry.
- Możesz iść, jeśli chcesz – powiedział, ignorując możliwość, że chłopak chciał coś powiedzieć. – Syriusz niedługo wróci, jestem pewien, że masz lepsze rzeczy do roboty.
- Nie – stwierdził ostro dziedzic Slytherina.
Harry spojrzał w górę, robiąc wszystko co w jego mocy, by jego twarz pozostała bez wyrazu, być może nawet swobodna i niedbała. Riddle pochylił się do przodu, a jego dłoń opadła na jego niezwichnięte ramię.
- Jestem psychopatą, czasami myślę, że to rozumiesz i akceptujesz, a czasami… Nie mogę…
- Czuć empatii, tak, wiem – warknął Harry. – Uwierz mi, wbiłem to już sobie do głowy…
- Co do torturowania cię… – kontynuował głośniej Tom i Harry z trudem stłumił wzdrygnięcie się - …jeszcze zanim zapytasz, również tego nie żałuję. Jestem sadystą – cieszę się z zadawania ludziom bólu! Jestem psychicznie i chemicznie pobudzony robiąc to i nie czuję żadnego wstydu z tego powodu, ponieważ nie mam sumienia.
Krew Harry'ego pędziła mu przez żyły i odwrócił wzrok, tylko po to, by blade palce chwyciły go za szczękę i wymusiły skierowanie na niego uwagi.
- Czy lubię… to… - Wzrok Toma przesunął się po jego zmaltretowanym ciele. – Nie. Nie lubię tego, że stało się to tobie, jakikolwiek jest tego niewytłumaczalny powód, ale również wolę to od twojej śmierci.
- Przeszkadza ci wywoływanie u mnie bólu? – zakwestionował sceptycznie Harry, jakoś nie do końca w to wierząc.
- Nie bądź śmieszny – zadrwił Tom. – Przeszkadza mi, kiedy nie mam wyboru w tej kwestii.
Niedowierzający śmiech wymknął się z ust Harry'ego.
- Zaczynam myśleć, że ludzie mają rację, kiedy mówią, iż nie jesteś dla mnie zbyt dobry.
- Oczywiście, że nie jestem dla ciebie zbyt dobry. – Tom uśmiechnął się złośliwie. – Nie mów mi, że to nie jest częścią mojego uroku?
Mieszanina niepewności, niepokoju i czegoś jeszcze dołączyła do jego i tak już poplątanego stanu emocjonalnego, ale nie mógł odwrócić wzroku.
- Bardziej poważnie jednak. – Głos Toma stał się miękki, ręka przesunęła się, spoczywając na jego karku, a nie, tak jak wcześniej, w dziwnie uspokajający sposób. – Gdybym mógł czuć się winny, tak, czułbym się teraz… Nie zasłużyłeś na to dzisiaj i uwierz mi, kiedy mówię, że nigdy nie zachowałbym się w taki sposób, gdybym myślał, że jest jakieś inne wyjście… więc… przepraszam, tak myślę… jakkolwiek to wygląda, kiedy ja… przepraszam za niedogodności, ale naprawdę nie mogłem zmienić swojego zachowania.
- Pieprzysz w nadziei na przebaczenie – odpowiedział szybko Harry i usta Toma wykręciły się w małym uśmieszku, ale zanim mógłby on cokolwiek powiedzieć, dziwny pisk nadszedł od strony gabinetu.
Ręka Toma opadła, mocno chwytając go za przedramiona, sprawiając, że niemal zaskomlał z powodu nagłego ruchu jego ramienia, szarpnięcia, które powstrzymało go od fizycznego odwrócenia się, co miał w zamiarze zrobić.
- Uważaj – zbeształ go Tom, zbyt niskim głosem, by ktokolwiek inny był w stanie go usłyszeć. – Chcesz dźgnąć się w płuco w swojej klatce piersiowej?
- Boże… tak bardzo przepraszam – wyjąkała Freya. – Nie wiedziałam, że jesteście…
Wzrok Harry'ego automatycznie przesunął się do uporczywego uścisku Toma, ich bliskości i sposobu, w jaki pochylali się, po czym jęknął, zdając sobie sprawę, do jakiego błędnego wniosku doszła.
- Do jasnej… nie jesteśmy parą!
Hermiona wpadła do Skrzydła Szpitalnego minutę po tym, jak znalazł ją Zevi i Abraxas.
Zevi wydawał się… znośny. Abraxas sprawiał wrażenie narcystycznego fanatyka.
Harry był biały jak prześcieradło, co było jedyną wskazówką na to, że mógł odczuwać ból, jak, według Abraxasa, było. Serce podskoczyło jej do gardła.
Naburmuszona, zestresowana, obrzydliwie wyglądająca uzdrowicielka pochylała się nad nim, w krótkim odstępnie czasu podając mu eliksiry i rzucając na niego zaklęcia.
- Harry! – Rzuciła się do przodu, uwalniając dłoń Rona ze śmiercionośnego uścisku. – O mój boże, wszystko w porządku? Poszedłeś znaleźć Voldemorta… jak mogłeś być takie głupi… co się stało?
Uzdrowicielka drgnęła odrobinę i Hermiona domyśliła się, że również i jej nikt nie wyjawił okoliczności całego zdarzenia… albo okoliczności, jakie zostały jej podane, były wyraźnie odmienne od prawdziwych.
- Wciąż tu jesteś? – wybuchnął Ron, wpatrując się w Riddle'a. – Czy normalnie nie odpieprzasz się, kiedy jest w Skrzydle Szpitalnym?
Także to zauważyła. Tom uniósł na nich brew. Harry napiął się nieznacznie, krzywiąc się na ten ruch.
- Przesadnie próbuję wszystko naprawić – odparł spokojnie Tom i wargi Harry'ego wykręciły się w delikatnym uśmieszku, chociaż nie potrafiła stwierdzić, co zabawnego było w tym stwierdzeniu. – To, a do tego nie miałem jeszcze okazji do nawrzeszczenia na Cudowne Dziecko.
Uśmieszek zniknął gwałtownie i głowa Harry'ego obróciła się.
- Nie możesz być wciąż na mnie wkurzony!
- Właściwie jestem – powiedział Riddle tym milutkim tonem, który był przerażający w swojej niebezpiecznej uprzejmości.
- Za co?
- Bycie lekkomyślnym, skłonnym do poświęceń Gryfonem.
- Nie sądzisz, że bycie torturowanym odbiera ci prawo do krzyczenia na mnie?
- Nie – stwierdził Tom. – Bycie torturowanym odbiera mi prawo do wybicia ci tej głupoty z głowy. Wciąż mogę jednak kontynuować tę szlachetną, słowną krucjatę.
Hermiona śmiałaby się z nich, ale pod łagodnie rozbawionymi słowami Toma ukrywało się coś bardziej poważnego, coś mroczniejszego, co przyprawiało ją o dreszcze.
Uzdrowicielka zaczęła wyglądać na nieco mniej naburmuszoną, a bardziej przestraszoną. Szczęka Harry'ego zacisnęła się.
- Zdajesz sobie sprawę, że nigdy właściwie nie zgodziłem się na ten aspekt planu? A jednak nie zrobiłem nic przeciwko niemu…
Tom wydał z siebie dezaprobujący dźwięk, ale nie wydawał się sądzić, że jego słowa zasługują na odpowiedź.
- Okej – odezwała się uzdrowicielka (o imieniu Gaia, jak mówił identyfikator). – Dam ci trochę środków uspokajających, abyś mógł przez noc odespać skutki ran… przeszedłeś przez traumatyczne doświadczenia.
Zanim ktokolwiek mógłby mrugnąć, Harry wycofał się, będąc w połowie drogi do drzwi, kiedy Tom poruszył się równie szybko, chwytając go i popychając w stronę pielęgniarki.
Syriusz wyglądał na lekko zszokowanego. Nie dziwiła mu się.
Każdego dnia widziała to, jak Tom Riddle zachowuje się w towarzystwie Harry'ego Pottera, a jednak wciąż nie przyzwyczaiła się do nich, tak więc to musiało być dla niego całkowicie niepokojące i oszałamiające.
- Nie… środki uspokajające – powiedział Harry. – Wolę raczej być w stanie obudzić się, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Uzdrowicielka zmarszczyła brwi.
- Rozumiem, że możesz być nieco nerwowy, ale dobrze przespana noc naprawdę działa cuda, a to pomoże ci odpocząć… nikt nie zaatakuje cię tutaj, w Hogwarcie.
Kobieta ponownie wyciągnęła do niego eliksir, ale Harry nie wykonał żadnego ruchu, by go przyjąć. Tom przyglądał mu się uważnie.
- Harry – zaczęła niepewnie, zmartwiona. – Naprawdę wyglądasz, jakbyś potrzebował trochę snu.
- Prześpię się z własnej woli – stwierdził uparcie Harry.
- Nie, stary – powiedział groźnie Ron. – Od lat masz koszmary.
Gaia wyglądała na nawet jeszcze bardziej zaniepokojoną, z jej twarzy zniknęło jeszcze więcej naburmuszenia, ale nic ze stresu.
- Masz regularnie koszmary? Od lat? Niezmiennie? Brałeś pod uwagę, że możesz mieć umysł widzą…
- Nie potrzebuję cholernego terapeuty. – Oczy Harry'ego pociemniały przerażająco do momentu, w którym ledwie go rozpoznawała, jego wzrok skierował się na Rona, który miał na tyle przyzwoitości, by wyglądać na zakłopotanego takim ujawnieniem jego prywatnych spraw.
- Panie Potter…
- Upewnię się, że się prześpi, nie martw się – stwierdził Tom, powodując, że głowa Harry'ego jeszcze raz odwróciła się do niego.
- Nie jestem dzieckiem, nie możesz mówić…
- …mi co mam robić? – zakończył za niego Riddle, wyglądając na znudzonego, ale z groźną nutką w głosie. – Wywnioskowałem to z twojego nieustającego braku zdolności do przyjęcia prostego rozkazu jaki ci daję, w szczególności tego, byś nie kręcił się w pobliżu, by zgrywać bohatera.
- I mówi to osoba, która przez cały ten czas miała w kieszeni pieprzony świstoklik? – wykrzyknął wściekle Harry, mrużąc oczy. – Osoba z rzekomo nieskazitelnymi umiejętnościami samozachowawczymi? Twój plan nie był ani trochę mniej lekkomyślny od mojego…
- Za wyjątkiem tego, że mój plan nie kończył się twoją śmiercią – zripostował chłodno Riddle i przez chwilę Hermiona zastanawiała się, czy byli oni w ogóle świadomi, że wciąż mają publiczność, czy może byli w tym czasie tak bardzo pochłonięci tym czymś, o co tam walczyli i z czym się borykali, że reszta świata po prostu przestała mieć znaczenie.
Miała wrażenie, że ta rozmowa miała jeszcze większe znaczenie niż to, co stało się chwilę wcześniej tej nocy, ale nie była pewna dlaczego.
- Z własnego doświadczenia twierdzę, że bycie martwym jest prawdopodobnie lepsze niż Crucio.
Gdzieś w tym stwierdzeniu było coś kąśliwego, okrutnie dźgającego i to samo w sobie było czymś niezwykłym, jako że Tom i Harry zawsze uważali, by wszystkie swoje prywatne sprawy załatwiać właśnie tak – prywatnie.
Musieli być dość… emocjonalni, skoro kłócili się tak otwarcie. Oczy Riddle'a błysnęły, po czym się uśmiechnął.
- Tak więc, to chyba bardzo dobrze się składa, że nie zawracam sobie głowy twoimi osobistymi uczuciami lub opiniami w tej sprawie.
- No, no, to wystarczy – powiedziała głośno uzdrowicielka, jak gdyby próbując to przerwać, po czym pospieszyła z powrotem w stronę kominka. – Od razu wyślę z powrotem Madame Pomfrey… Mam nadzieję, że niedługo będziesz czuł się lepiej, panie Potter… Do zobaczenia.
A następnie zniknęła. Stażystka wyglądała, jak gdyby niesamowicie pragnęła pójść jej śladem.
Dwójka kontynuowała, jak gdyby nikt im nie przerywał.
- Jesteś niewiarygodny. Nie możesz zmusić mnie do wzięcia środka uspokajającego, poza tym to nie twoja sprawa!
- Oczywiście, że mogę cię zmusić – odparł Riddle. – Byłeś torturowany, jesteś wyczerpany, wciąż w bólu, ponieważ odmówiłeś także przyjęcia leków przeciwbólowych czy czegokolwiek innego, co mogłoby cię „odurzyć", a co za tym idzie, jesteś słaby jak kociak.
- Nie jestem słaby. – To wydawało się być uszczypliwą zniewagą i mogła sobie wyobrazić, że wypowiedziana przez Toma była praktycznie miażdżąca.
- Obecnie jesteś, tak samo jak twój żałosny sentyment.
Spodziewała się szybkiej, bystrej odpowiedzi, ale, zamiast tego, nastała nagła, śmiertelna cisza. Przełknęła ślinę.
Riddle wydawał się nie poddawać.
- Cóż, jeśli tak właśnie sądzisz – powiedział w końcu Harry bezbarwnym tonem.
Wymieniła spojrzenia z Syriuszem, który wydawał się być nagle, tak jak ona, absolutnie zawstydzony byciem świadkiem tego. To było zbyt intensywne, zbyt poplątane i pomieszane…
- Chciałbym się pozbyć tego połączenia żyć, skoro już przy tym jesteśmy… - powiedział Harry, uważnie się kontrolując, nonszalancko. – Skoro i tak nie chcesz takiej odpowiedzialności…
- Harry…
- Nie. – Jego głos był zimny i przeniósł się na wężomowę. – Torturowałeś mnie niecałą godzinę temu. Przed Voldemortem i w sposób posiadający zbyt wiele różnych definicji. Przypuszczam, że to dla ciebie nic wielkiego, ponieważ byli oni tylko prawdopodobnie zdziwieni twoimi szalonymi umiejętnościami, ale dla mnie jest to cholernie upokarzające. Nie próbuję nawet prosić, byś spróbował postawić się na moim miejscu, ponieważ obaj wiemy, że nie jesteś zdolny do znalezienia w sobie pieprzonego człowieczeństwa, ale nie przypuszczałem…
- Upokarzające? Jestem psychopatą, bohaterze. Jestem Czarnym Panem. Nie MAM uczuć, te wszystkie… rzeczy!... są dla mnie upokarzające.
A następnie obaj zacisnęli szczęki, wiedząc, że powiedzieli zbyt dużo.
Harry'emu zaschło w ustach. Normalnie byli tak… ostrożni, a teraz to wszystko wysypało się, kwaśne jak wymiociny lub coś, co było równie nieprzyjemne do obcowania.
- Bycie moim przyjacielem jest upokarzające? – zapytał, nie rozpoznając własnego głosu.
- Tak… nie… zapomnij, że cokolwiek powiedziałem – warknął Tom.
Żołądek Harry'ego zacisnął się. Czuł mdłości.
- Rozumiem.
Czuł się… pusty.
- Wynoście się. – Chwilę zajęło mu zrozumienie, że Riddle kierował te słowa do jego przyjaciół i ojca chrzestnego, a także pielęgniarki, którzy wydawali się bardziej niż zadowoleni z tego oddalenia, pretekstu do wyjścia.
Wszyscy zawsze odchodzili…
Dalej panowała cisza i Tom przyglądał się fiolce z eliksirem nasennym, kręcąc ją w palcach, wyglądając, jak gdyby pragnął wyciągnąć różdżkę.
- Ja… jesteś w pełni świadomy mojej opinii w sprawie przywiązania do kogoś, przyjaźni… sentymentu. Ja nie… troska nie jest zaletą, widzę to każdego dnia mojego życia, troska tylko niepotrzebnie cię rozprasza, jest słabością… odpowiedzialnością, na którą nie mogę sobie pozwolić.
Każde słowo wydawało się dla niego jak nóż, który zatapiał się lodowato w jego skórze.
A jednak Tom brzmiał na tak niesamowicie… zagubionego, tak niepewnego, w sposób, którego Harry nigdy wcześniej nie słyszał.
Podejrzliwa część niego zastanawiała się, czy to nie była tylko sztuczka. Nie wiedział. On po prostu… nie wiedział.
Oczy Toma na chwilę podniosły się na niego, po czym znowu odwróciły. Chociaż raz czuł się dziwnie, będąc tym, który się przypatrywał, podczas gdy to Tom unikał z nim kontaktu wzrokowego.
- Nigdy nie… nie miałem wcześniej przyjaciela. Musisz wiedzieć również i to. Ja… - Tom zaklął pod nosem. – Chodzi o to, że jesteś jedynym… przyjacielem, jakiego mam… albo czymkolwiek to jest, bo szczerze mówiąc, sam właściwie nie wiem… i, Salazarze, jak ci ludzie mogą to znosić? Tu jest tak wiele emocji i…
Harry poczuł, że zaczyna ogarniać go zrozumienie. To było jak to, co powiedziała mu kiedyś Hermiona, co czuł od tak dawna. Tom naprawdę… przyznawał…
- Nie przywykłeś do troski albo, w każdym razie, uczuć. Postrzegasz je jako słabość – mruknął.
Tom postrzegał siebie jako stającego się słabym, poprzez posiadanie emocji, emocji z którymi prawdopodobnie nie przywykł sobie radzić i Voldemort w swoich uwagach w dużej mierze potwierdzał to za każdym razem, kiedy się spotkali.
Przypuszczał, że nigdy nie wyobrażał sobie Toma jako kogoś, kto wątpi w swoją moc i siłę, ponieważ Merlin jeden wiedział, że Harry nigdy nie wątpił w Toma…
- Nienawidzę cię, Evans.
Harry przygryzł wargę, zerkając kątem oka na eliksir usypiający.
- Niech tak będzie, jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej… Ja także, tak naprawdę, nie wiem co robię… a ty nie jesteś… postrzegany jako… słaby.
Wzrok Toma przyszpilił go i Potter napotkał niepewnie jego spojrzenie, nieznacznie przerażony tym, co wydawał się znaleźć pośród jego cieni. A następnie, po najkrótszym z momentów, żaluzja została zaciągnięta, a wszystkie wątpliwości zniknęły.
- Masz zamiar wziąć ten eliksir, czy mam siłą wlać ci go do gardła?
