Betowała Himitsu - dziękuję! :)

Veniti, to w takim razie rozumiem, jakoś nigdy nie czytywałam kryminałów, więc najwyraźniej jestem upośledzona pod tym względem ;). I zgadzam się, chemia jest cudna, wspaniała - i jakkolwiek wielką przyjemność sprawia mi siedzenie nad nią, mimo wszystko i tak zajmuje to dość sporo czasu ;). O zakończeniu oczywiście nic nie powiem - nawet tego czy uważam je za udane, czy nie. Jeszcze mamy do niego trochę czasu, więc na razie myślę, że nie trzeba sobie zawracać jeszcze tym głowy... No i właśnie, wraca kwestia tego jak Tom zachowuje się w towarzystwie Harry'ego, a jak, kiedy ma publikę - bo teraz to się wymieszało, jak sama powiedziałaś. Myślę, że może być to ciekawy przypadek :). Cookies. Alice, biedna, och biedna uzdrowicielka - chociaż nie potrafię cię nie rozumieć, bo ta sytuacja rzeczywiście była komiczna :). Co do twojego wrażenia - cóż, być może w pewnym sensie tak jest... Przy Harrym i Tomie wiemy, że zawsze należy się doszukiwać głębszego sensu, więc też z góry patrzymy na ich słowa pod tym kątem (albo, przynajmniej, ja tak robię). Chociaż takie rozmowy o uczuciach z całą pewnością są o wiele bardziej zauważalne między tą dwójką niż, powiedzmy, Harrym a Hermioną. :) elain679, ja także - zwłaszcza, kiedy wokół chłopaków jest ktoś, kto może być ich świadkiem :). Zgadzam się z tym, że stażystka została w tym rozdziale absolutnie pokrzywdzona... i to, właściwie, nie z własnej winy, a z powodu temperamentu Toma i Syriusza... Evolution, te rozmowy u uczuciach to coś, czego z całą pewnością jest najwięcej, zatem cieszę się, że przypadły ci one do gustu. Widzę, że w sprawie rozmów Harry/Tom czujesz to samo co ja - są one zbyt prywatne, by zostać usłyszane przez kogokolwiek innego. Ale Harry i Tom najwyraźniej, w szale swojej sprzeczki, zapomnieli o tym, że mają jakąś widownię - co samo w sobie jest dość ciekawe :). Tom nie rozumie uczuć, w całym swoim życiu nie czuł ich zbyt wiele, ale widział wszystkich tych ludzi wokół siebie, tych ogarniętych tysiącami różnych emocji ludzi i błędnie doszedł do wniosku, że czynią one człowieka słabym. Ale Tom otwiera się na Harry'ego i czuje, z czym nie potrafi sobie poradzić. Zatem tak, to z pewnością jest trudne dla Toma :). Co do niepewnego w swoich uczuciach Toma, to się zgadzam - jest to z pewnością najbardziej urocza jego odmiana. Oraz ta, w której czuje się zawstydzony. Chociaż to właściwie bardzo, bardzo podobne ;). I nie masz co przepraszać za cytowanie, lubię dowiadywać się tego, które fragmenty najbardziej się komuś spodobały - komentarz jest twoją formą wyrażenia tego, co sądzisz o rozdziale, a skoro cytaty dobrze to obrazują, to dlaczego ich nie używać? ;) Co do pary Syriusz-Tom - też nie chciałabym stanąć na ich drodze. Byli absolutnie przerażający... Jousette, cieszę się, że ci się jakoś przysłużyłam i gratuluję oceny! :) I tak, Tom z całą pewnością był uroczy, był w jednej ze swoich najbardziej uroczych form. No bo, naprawdę, kto by pomyślał, że Tom może zachowywać się niepewnie? ;) Mangha, myślę, że, mimo wszystko, Tom naprawdę jest psychopatą. Może i czuje dużo emocji względem Harry'ego, ale... spójrzmy na jego zachowanie względem kogokolwiek innego. Masz rację, chłopaków uratowała wężomowa, ale i tak niezwykle dużą część swojej rozmowy prowadzili po angielsku, zatem wszyscy dużą jej część rozumieli. To już samo w sobie jest niezwykłe :). Terapeuta niestety nie jest wliczony w cenę, ale sama służę swoją niezdarną pomocą jakby co ;). I rzeczywiście, Hermiona o relacji Harry/Tom wie niezwykle mało - szczególnie jak na przyjaciółkę jednego z nich. Cieszę się też, że spodobał ci się pomysł z kursywą ;).

Dziękuję, oczywiście, z całego swojego serca i duszy za komentarze, bardzo wielką sprawiły mi one przyjemność - nie wiem, jak wyrazić to słowami, czasami czuję się tak jak Tom czy Harry, nie potrafiąc opisać swoich uczuć. W każdym razie, proszę, wierzcie mi, że niezwykle cieszy mnie każdy komentarz, który napiszecie.

O ile pamięć mnie nie myli, to poniższy rozdział jest najdłuższym w całym „Ulubieńcu" – tak pomyślałam, że chcielibyście o tym wiedzieć :).

Miłego czytania!


Ulubieniec Losu

Rozdział sto dwudziesty siódmy

Tom przyglądał się przez chwilę śpiącemu przed nim chłopcu ze starannie pozbawionym emocji wyrazem twarzy.

Szczycił się swoją samoświadomością i w ogóle świadomością na temat wszystkiego, tak więc wydarzenia dzisiejszej nocy nie wywoływały u niego wielkiego szoku… nie za bardzo.

Wiedział, że nie był… tak dobrze jak drugi chłopiec przystosowany do radzenia sobie z wywołanym przebywaniem w towarzystwie Harry'ego emocjonalnym natarciem i kiedy był w jego towarzystwie, w jego charakterze następowały małe, malusieńkie zmiany, ale był to pierwszy raz, kiedy wyraźnie przyznał się do tego głośno. To było… onieśmielające.

Wspominał o tym, oczywiście, tak jak wtedy, kiedy powiedział Harry'emu, że zachowywał się jak „Tom Riddle" jedynie w jego towarzystwie… ale zawsze był w stanie w pewnym stopniu stwierdzić, że Harry nie rozumiał w pełni istoty tego stwierdzenia. Teraz jednak…

Przez chwilę rozważał przedarcie się przez ochronne uroki, jakie Harry bez wątpienia nałożył na swoją Obręcz Monachijską i zerwanie jej z niego tak, aby mógł wymazać swojemu przyjacielowi pamięć, ale ostatecznie nie zdecydował się na to. Chciał zobaczyć, jak się to wszystko rozegra, zanim postąpi zbyt pochopnie – impulsywne reakcje były w końcu czymś, co potępiło Voldemorta na trzynaście lat, pozostawiając go bez ciała.

Poza tym, Harry był pod tym względem podstępny, nigdy tak naprawdę nie reagował w sposób, w jaki Tom myślał, że będzie… albo przynajmniej całkowicie zaskakiwał go dość często, tak więc po prostu najlepiej było uważać na wypadek, gdyby był to jeden z tych momentów.

Niezaprzeczalne było to, że Harry zachowywał się względem niego inaczej niż ktokolwiek inny – był wyjątkiem do jego każdej reguły. To była słabość, odpowiedzialność, którą obaj z trudem starali się tolerować i którą akceptowali z piorunującą łatwością. Nie rozumiał tego.

Voldemort bez wątpienia racjonalizował jego przerażającą chęć ochrony młodszego chłopca jako wywołaną horkruksem, instynktem samozachowawczym, duszą rozpoznającą swoją utraconą część… ale jednak… Harry zawsze był horkruksem, a jego emocje względem Harry'ego nie zawsze były takie same, tak samo jak Voldemort nie okazywał żadnych skłonności do posiadania podobnego sentymentu. Horkruks, był pewien, odegrał w tym swoją rolę, ale przypisywanie tego przypływu… troski jedynie temu było zbytnim uproszczeniem.

Czy on się troszczył? Sam pomysł tego uważał za odrażający i słaby, ale przypuszczał, że tak właśnie było.

Troszczyć się: 1) być zainteresowanym lub zaniepokojonym o coś; 2) czuć przywiązanie lub miłość i zaniepokojenie o kogoś; 3) dbać o kogoś lub coś.

Leksykalne dowody ewidentnie wskazywały na to, że został skażony troską; Harry był dla niego bardzo interesujący, czuł do niego pewien stopień przywiązania, w przeciwnym wypadku nie wykazywałby takich emocjonalnych reakcji i uważał na Harry'ego, chociaż powody, dla których to robił, wiązały się z jego własnym interesem.

Tak więc… troszczył się, chociaż niesamowicie wątpił w to, by robił to w urokliwy sposób, jak ktoś mógłby zakładać. Był mroczny i taką właśnie tendencję miały jego emocję. Jego troska nie była lekka i łagodna, była dzika, brutalna i zaborcza. Nie miał takich skrupułów, by mógł temu zaprzeczać.

Chociaż sam pomysł troski… była odpowiedzialnością, jak zresztą już powiedział.

Troska o Harry'ego dawała chłopcu szansę do zranienia go tam, gdzie inni nie mogli, i to było niebezpieczne stanowisko dla kogokolwiek, kto je posiadał, dylemat, którego nigdy wcześniej nie miał.

Był Tomem Riddle'em, nikt nie zbliżał się do niego bardziej, niż mu na to pozwolił… za wyjątkiem Harry'ego. Nie pozwolił na to chłopcu, ale on i tak odepchnął jego środki obronne, nie zwracając uwagi na opinię Toma w tej sprawie! Doprowadzało go to do szału! Logiczną rzeczą, rozsądną rzeczą do zrobienia byłoby wystawić go na zagrożenie… ale nie mógł.

To była cała istota tego problemu, tej troski: to uniemożliwiało mu zastosowanie efektywnych zachowań, których normalnie używał.

Nie chciał, by Harry odszedł, tak więc zagrożenie rosło. Do cholery, przyciągał chłopca bliżej do siebie wtedy, kiedy powinien go od siebie odpychać.

Jego jedynym pocieszeniem był fakt, że bez względu na to, jakie emocje czuł, były one prawdopodobnie odwzajemnione. Z kolei Harry był inny w jego obecności. Im Harry stawał się mu bliższy, tym on stawał się bliższy Harry'emu, tak więc, jeżeli kiedykolwiek cokolwiek poszłoby źle, mieli do swojej dyspozycji taką samą truciznę troski i broń zażyłości.

Niemniej jednak było to niepokojące.

Jak zwykli ludzie radzili sobie z tyloma emocjami? To było obrzydliwe. Nienawidził tego braku kontroli – ponieważ to zawsze w pobliżu Harry'ego albo w związku z nim znikała jego samokontrola.

Harry miał szczęście, że zawsze tak szybko udawało mu się przywrócić swoją kontrolę, powstrzymując go od zwichnięcia mu palców, walnięcia w twarz lub wypowiedzenia zbyt nieprzemyślanych wyznań tylko po to, by sobie ulżyć.

Nigdy nie ukazał nikomu pełnej mocy swojej prawdziwej osobowości, zawsze zakładał na siebie maski, podstępne lub niepełne zaangażowanie, ponieważ wiedział, że nikt nie byłby w stanie znieść całego ciężaru jego charakteru.

Za wyjątkiem Harry'ego.

Wyjątek, często używał tego słowa w stosunku do Harry'ego, co? Jego jedyny wyjątek.

Harry nie uciekł, chociaż Tom dał mu na to niespotykaną okazję. Nie był pewien, co czuł z tego powodu. Westchnął ciężko.

To żałosne, niemal czuł, że powinien czuwać przy chłopcu, ale to byłoby śmieszne i byłoby też marnotrawstwem czasu. Harry nie był nawet świadomy! I nie mógł się obudzić w najbliższym czasie, tylko mieć, prawdopodobnie, koszmary, od których nie mógł uciec.

Potrząsnął głową, by odrzucić od siebie tą myśl, robiąc krok w stronę drzwi do Skrzydła Szpitalnego, po czym, niewytłumaczalnie, zawahał się.

Jak uspokajający mógł być sen z koszmarami? Wiedział, że to właśnie dlatego początkowo Harry w ogóle walczył przeciwko wzięciu eliksiru nasennego – nie chciał zostać uwięziony ze swoimi demonami.

Poza tym, jego rozumowanie było zbędne: wiedział, że nie zostanie, nigdy tego nie robił, a dzisiejsza sytuacja w żaden sposób nie różniła się od reszty, ponieważ miał napięty harmonogram i sprawy, które musiał załatwić. Zauważył jednak zaskoczenie Granger oraz rudzielca z powodu tego, że już wcześniej nie odszedł i, co najważniejsze, zauważył Harry'ego.

Jakie znaczenie ma to, że Harry miał koszmary? Nigdy nie spał dobrze i z pewnością nie zrobiłby tego dzisiejszej nocy, po torturach. Jego torturach. Zacisnął szczękę. Zastanawiał się przez chwilę, po czym podjął decyzję, wyciągając z kieszeni białą maskę.

Salazarze.

Troska była cholernie kłopotliwa.

A następnie wyszedł.


Harry wędrował po zamku w poszukiwaniu Luny, około pół godziny wcześniej został uwolniony ze Skrzydła Szpitalnego.

Toma już nie było, kiedy ponownie się obudził – i, szczerze mówiąc, Harry nie był tym zaskoczony, szczególnie po rozmowie, którą przeprowadzili. Absolutnie spodziewał się tego, że Tom całkowicie się wycofa, stanie oziębły, jak gdyby to wyznanie w ogóle nie miało miejsca.

Czego na pewno się nie spodziewał, to tego, że Tom rozmyślnie pozostawi po sobie znak wdzięczności.

Tom zostawił mu jedną z białych masek śmierciożerców, co, samo w sobie, było szydercze, tyle że została ona zmieniona. To spowodowało, że się uśmiechnął, gdyż wiedział, że była to odpowiedź dziedzica Slytherina na jego komentarz, który wypowiedział w Ministerstwie na temat tego, iż powinien zmienić jej projekt.

Dolna jej część zniknęła całkowicie, sprawiając, że wyglądała bardziej elegancko, a mniej jak czaszka ludzka, pozostawiając miejsce na oczy i zakrywając górną część twarzy, a zamiast być całkowicie biała, jej połowa była czarna. Otwory na oczy, jak zauważył, odpowiadały rozmiarowi i kształtowi jego własnych.

Teraz wyglądała ona bardziej jak coś, co można było nosić na bal maskowy, ale następnie zaczął przypuszczać, że była to w pewnym stopniu drwiąca odpowiedź Toma – że jego kłócenie się o estetykę w samym środku bitwy nie pasowało do wojny, podobnie jak sama maska nie pasowała do bitwy.

Chociaż i tak wolał tę jej wersję; nie, żeby miał zamiar ją nosić, dla zasady. Skurczył ją i schował.

Istotą tego gestu nie była nawet sama maska, tylko fakt, że Tom wyraźnie nawiązywał do wspomnienia lub dbał o jego opinię.

Albo może po prostu zbyt wiele się w tym wszystkim doszukiwał. Cokolwiek.

Chociaż to był Tom, tak więc głupotą byłoby nie wgłębiać się w to, jako że we wszystko, co robił Tom, trzeba było się wgłębiać, ponieważ zazwyczaj to tam trzymane były wszystkie ważne informacje, pod pierwszym wrażeniem.

Znalazł blondwłosą Krukonkę na skraju Zakazanego Lasu. Wiedział, że prawdopodobnie powinien najpierw poszukać Rona i Hermiony, ale wiedział również, że wypytywaliby go o przepowiednie i wszystko inne, a nie chciał o tym rozmawiać.

To nie było tchórzostwo… to było posiadanie innych priorytetów.

Poza tym mógłby zapytać Lunę o Kamień Wskrzeszenia, a do tego po prostu na ogół cieszył się towarzystwem tej dziewczyny. Jasne, mówiła jakieś dziwne rzeczy i wierzyła w dziwaczne pomysły, ale była również bystra.

Przypuszczał, że mogła być tak samo bystra jak Tom, tyle że w innej dziedzinie. Wydawała się widzieć rzeczy, których nie widzieli inni ludzie, zupełnie jak Tom.

Nie, żeby była po prostu kobietą, mniej psychotycznym zamiennikiem, którego używał zamiast porozmawiać z Tomem, nawet jeśli, biorąc pod uwagę jego myśli, mogło to tak wyglądać. Westchnął.

- Witaj, Harry Potterze, jak się masz? – zapytała, kiedy podszedł. – Mam nadzieję, że czujesz się lepiej.

Skrzywił się na jej widok. Nie miała na sobie butów, a jedynie cienki sweterek nałożony na sukienkę. Był sobotni poranek, zatem nie była ubrana w swój mundurek szkolny.

- Luna… twoje stopy, nie jest ci w nie zimno? – zapytał. Uśmiechnęła się delikatnie.

- Nie, nie za bardzo. Przyzwyczaiłam się do tego.

- Twoje buty…?

- Tajemniczo odeszły.

Jego oczy zabłysły niebezpiecznie.

- Tajemniczo odeszły? Ktoś je wziął? Kto?

- To wszystko jest trochę zabawne – potrząsnęła lekceważąco głową. Zrobił dwa pewne kroki przed siebie, chwytając jej ramiona.

Jeśli było tak, jak myślał, że było… wiedział, że ludzie nazywali ją „Pomyluną", ale z jakiegoś tam powodu, być może pochłonięcia samym sobą, nie połączył tego ze sobą wcześniej. Merlinie.

- Luna, inni… też? – Przełknął ślinę, niepewny, jak to wyrazić. Wpatrywała się w niego swoimi niezwykle niebieskimi oczami. – Nie powinni mieć prawda do zabierania twoich rzeczy. Powiedz mi kto to zrobił, a odzyskam je dla ciebie i upewnię się, że więcej ci ich nie zabiorą – oświadczył.

Znowu się uśmiechnęła.

- To miło z twojej strony, ale jest dobrze. Zawsze uważałam, że to, co utraciliśmy ma zwyczaj powracania do nas.

- Luna… - zaczął ponownie, bezradnie. To było takie irytujące, kiedy ludzie nie przyjmowali pomocy, kiedy jej potrzebowali!

- Chciałeś o czymś ze mną porozmawiać? – zapytała łagodnie, ale te słowa trafiły w niego mocno, a jej spojrzenie stało się nieznacznie bardziej przenikliwe. Pozwolił opaść swojej ręce, nie będąc pewnym, co powinien zrobić, nienawidząc tego.

Wymyśli coś. Luna była zbyt miła dla ludzi, by źle ją oni traktowali. Nie zasługiwała na to. Zsunął z siebie płaszcz, podając go jej i, po chwili, przyjęła go.

- Dziękuję – odpowiedziała niemal zbyt cicho, by mógł to usłyszeć.

- To nic wielkiego – mruknął. Przez chwilę stali w milczeniu.

- Nigdy mi nie odpowiedziałeś – zadumała się w końcu, nie płosząc się pod wpływem jego spojrzenia. Wyglądało na to, że przejął od Toma zwyczaj otwartego przyglądania się ludziom. Większość z nich przestawała czuć się z tego powodu komfortowo. Zamrugał. – Jak się masz? – sprecyzowała radośnie.

- Nic mi nie jest – odparł. – Znasz mnie. Zawsze tak jest.

- Hmmm – mruknęła. – A jak Tom?

- Jemu także nic nie jest – odpowiedział, nawet jeśli czuł się nieco niezręcznie. Jej głowa przechyliła się.

- Mam ten parasol, jeśli wciąż go chcecie – zaoferowała. Poczuł jak uśmieszek wykręca jego usta.

- Dzięki, Luna, ale myślę, że wszystko między nami dobrze.

- W takim razie dlaczego jesteś tutaj, rozmawiając ze mną? – zapytała. – Zamiast z nim.

- Czy nie wolno mi mieć innych przyjaciół prócz Toma?

- Jesteśmy przyjaciółmi? – zapytała. – To miłe. Nigdy wcześniej nie miałam przyjaciela. – Jego serce ścisnęło się na to, to niedbałe stwierdzenie, to echo ostatniej rozmowy, jaką miał z Tomem i faktu, że to samo czuła ona. – I nie sądzę, by on naprawdę pragnął, abyś miał innych przyjaciół poza nim.

- Cóż, on nie ma nic w tej sprawie do powiedzenia – odparł Harry, zastanawiając się, czy powinien być bardziej zaniepokojony tym stwierdzeniem. Prawdopodobnie tak. Chociaż to chodziło o Toma.

Nie, żeby Luna zawsze miała rację – w końcu myślała, że on i Tom się w sobie kochali, co było po prostu śmieszne.

- Co tu, tak czy inaczej, robisz? – zapytał z ciekawością. Jej uśmiech zajaśniał jeszcze mocniej.

- Karmię testrale. Są naprawdę urocze!

Urocze? Testrale? Naprawdę? Uśmiechnął się w odpowiedzi z pewnym rozbawieniem.

- A co z tobą? Szukasz rośliny Tvuna?

- Tvuna…? – zaczął, po czym potrząsnął głową. Nieważne. - Właściwie, to szukałem ciebie – powiedział.

Nagle poczuł się parszywie – nie chciał, by pomyślała, że używał jej jedynie do tego, by wyciągnąć z niej informacje. Spojrzała na niego, wyczekująco.

- Zastanawiałem się, czy możesz powiedzieć mi coś więcej o Kamieniu Wskrzeszenia… Już trochę szukałem na ten temat, ale nic nie mogę o nim znaleźć w dziale dotyczącym magicznych przedmiotów w bibliotece – stwierdził. – Nic nie szkodzi, jeśli nie możesz – dodał pośpiesznie.

- Jasne – oświadczyła. – Jest jednym z Insygniów Śmierci.

- Insygniów Śmierci? – Nie był pewien, czy dobrze usłyszał.

- Tak – odpowiedziała. – Legenda głosi, że trzej bracia spotkali na moście Śmierć i, dzięki posiadaniu magii, udało im się jej uciec. Przebiegła Śmierć zaproponowała im nagrodę – Insygnium Śmierci dla każdego z braci. Pierwszy z braci poprosił o różdżkę tak potężną, by nie mogła zostać nigdy pokonana, tak więc Śmierć wycięła mu jedną z pobliskiego, ciemnego drzewa. Tak stworzona została Czarna Różdżka.

Szybkim ruchem różdżki nakreśliła na pokrytej błotem ziemi linię.

- Drugi brat, bardziej szydząc ze Śmierci, poprosił o kamień wskrzeszający umarłych.

Narysowała kółko na jednym z końców linii.

- Kamień Wskrzeszenia – mruknął Harry.

- Tak – zgodziła się Luna. – A następnie trzeci brat, najmłodszy, poprosił o coś, co pozwoli mu odejść z tego miejsca, nie będąc odtąd ściganym przez Śmierć, tak więc Śmierć, niechętnie, dała mu swoją własną Pelerynę Niewidkę.

Luna narysowała trójkąt obejmujący zarówno koło, jak i linię.

- Insygnia Śmierci – oznajmiła. – Pierwszy zmarł topiąc się w swojej władzy, mszcząc się na swoim starym wrogu w barze i chwaląc się swoją mocą. Drugi umarł z miłości, wzywając ducha swojej ukochanej i usychając, ponieważ była tylko cieniem i zmarniała. Powiesił się, by do niej dołączyć.

Harry czuł mdłości.

- Trzeci – Luna podniosła na niego wzrok. – Żył długo, po czym przywitał Śmierć jak starego przyjaciela.

Harry wpatrywał się w widniejący przed nim na ziemi znak. Wyglądał w pewien sposób znajomo, już go wcześniej widział.

- Mówi się, że osoba, która zgromadzi wszystkie trzy Insygnia stanie się Panem Śmierci.

- Panem Śmierci… co to oznacza? – zapytał.

Luna wzruszyła delikatnie ramionami, wciąż mu się przyglądając. Harry przygryzł wargę.

- Luna… skoro te Insygnia są takie potężne, jak to się stało, że wielu ludzi ich nie szuka?

- Niektórzy to robią – powiedziała cicho Luna. – I niektórzy je znajdują. Czarna Różdżka ma bardzo krwawą historię, jako że stary właściciel musi zostać pokonany, aby ta zmieniła swojego właściciela… ale większość ludzi wierzy, że to tylko bajka.

To miało więcej sensu, zwłaszcza, że te Insygnia brzmiały jak Święty Graal magicznego świata. Przyszła mu do głowy inna myśl.

- Ale ten Kamień Wskrzeszenia był… to jedna z pamiątek rodzinnych Toma… od lat jest w jego rodzinie…

- Trzej bracia… - wymamrotała Luna. – Bracia Peverell.

Serce Harry'ego zatrzymało się.

- Peverell? – powtórzył tępo. – Tak jak, ale ja jestem, ja…

On i Tom obaj byli potomkami Peverellów. Miał Pelerynę Niewidkę.

Salazarze. Zaschło mu w ustach. Czy to znaczyło…?

Oczy Luny błyszczały, jakby jej tęczówki stworzone zostały z szafirów, łapiąc słońce.

- Myślisz, że Tom jest zainteresowany Insygniami Śmierci czy tylko Kamieniem Wskrzeszenia? – zapytał.

Harry nie mógł wyobrazić sobie młodego Czarnego Pana odmawiającego sobie różdżki o niezwykłej mocy albo peleryny, która ukryje go przed śmiercią. Być może było to samolubne, ale Harry cieszył się teraz bardziej niż kiedykolwiek z powodu tego, że nigdy nie powiedział Tomowi o Pelerynie Niewidce swojego ojca.

Luna zasypała ziemią symbol. Ten, który wcześniej już widział… tylko gdzie?

- Tom Riddle nie może stać się Panem Śmierci – powiedziała cicho blondynka. – Nic nie mogłoby go przed niczym powstrzymać, gdyby nim był. Nawet ty.


Neville wyszedł roztargniony ze Szklarni – dla własnej satysfakcji pomagał profesor Sprout z niektórymi z jej Mimbulus mimbletoniami.

Sam miał jedną, tak więc wiedział, co powinien z nimi robić i naprawdę bardzo fascynujące było to, jak odkrywali różne ich mechanizmy obronne przed różnymi atakami, na jakie mogły zostać narażone, a do tego roślina ta niemal posiadała własne uczucia.

Większość ludzi po prostu zakładało, że nie mają one uczuć, ponieważ po prostu tam były, ale tak naprawdę roślina mogła ci wiele powiedzieć. Ostrożnie wyważył notatki, które trzymał w rękach, kierując się do Pokoju Wspólnego, aby spotkać się z Ronem i Hermioną. To było… dziwne.

Na początku czuł się okropnie winny, mając wrażenie, jak gdyby próbował zająć miejsce Harry'ego… ale… cóż, lubił się z nimi przyjaźnić.

Lubił Harry'ego, ale Harry w najbliższym czasie nie miał zamiaru wrócić do Gryffindoru, to było całkowicie jasne. Widywał swojego byłego kolegę z dormitorium z Riddle'em i byli oni po prostu… pomieszani.

Dobrze na siebie działali i chociaż niektóre plotki na ich temat sprawiały, że wzdrygał się gwałtownie (nie chciał znać tak wielu szczegółów, wymyślonych czy nie, o czyimś życiu prywatnym!) , to wydawali się szczęśliwi.

Ron i Hermiona natomiast marnieli, podczas gdy ich przyjaciel rozkwitał. Dla wszystkich w wieży było całkowicie jasne, że jako dwójka z solidnej, kiedyś wydawałoby się nierozłącznej, Złotej Trójcy borykali się ze znalezieniem równowagi bez Harry'ego jako zabezpieczenia.

Uważał, że rozpracowali to teraz całkiem dobrze, chociaż nie idealnie. Zresztą, co w życiu było idealne?

Był tak zagubiony w myślach, że o mało co nie wpadł na jednego z wielu ludzi, którzy przemykali przez jego przemyślenia. Harry'ego. Zatrzymał się gwałtownie, aby uniknąć staranowania drugiego chłopca, tyle że nie odniosło to żadnego skutku, gdyż Harry szybko wpadł na niego, najwyraźniej podobnie do niego zagubiony w myślach.

- Och… przepraszam!... Neville?

Ostrożnie patrzyli na siebie przez chwilę, jak gdyby spodziewali się ataku, po czym zrelaksowali się.

- Cześć, Harry, knut za twoje myśli? – zapytał.

Harry uśmiechnął się z zakłopotaniem.

- Nie są tak wiele warte, okradłbym cię, stary – odpowiedział.

Neville milczał przez chwilę, nie do końca wiedząc, co powiedzieć. Nigdy nie rozmawiał zbyt wiele z Chłopcem, Który Przeżył, ostatnio nawet jeszcze mniej.

Chociaż wiedział, że Harry i Riddle świetnie się dogadywali, wciąż obawiał się tego, że Potter był na niego zły o to, że kradł mu jego najlepszych przyjaciół czy coś w tym stylu – a Harry potrafił być przerażający, kiedy był zły albo kiedy ktoś zalazł mu za skórę.

Neville nie chciał tego zrobić.

- Gringott – wyrzucił z siebie w końcu, kiedy nie mógł już dłużej wytrzymać ciężaru tego dość intensywnego bliższego przyglądania się mu przez Pottera.

Przypuszczał, że Harry przejął to od swoich Ślizgońskich przyjaciół – Riddle'a, nie tych czystokrwistych, ponieważ ci mieli więcej przyzwoitości i za żadne skarby nie złamaliby oczekiwań społecznych, dotyczących tak uważnego patrzenia się na kogoś przez tak długi czas.

Harry zmarszczył brwi.

- Słucham? – To było czystokriwste. Kiedyś Harry powiedziałby „Co?" albo „Mmm?".

- Gringott – powtórzył ciszej, szurając nogami. – Zapytałeś mnie wczoraj o bezpieczne miejsca do przechowywania rzeczy, będące zarazem magiczne. Cóż, Gringott.

Oczywiście.

Twarz Harry'ego wydawała się zamrzeć w miejscu, jego myśli pędziły zbyt szybko, by mógł wyczytać je w jego oczach.

- Ja… dzięki, Neville – powiedział szczerze. Neville poczuł jak dłoń klepie ze wdzięcznością jego ramię i odwzajemnił uśmiech, trochę niezręcznie. – Naprawdę. Dzięki. To… Gringott. Oczywiście. Dlaczego o tym nie pomyślałem?

Harry wydawał się właściwie mruczeć to teraz do siebie i gdzieś tam w Neville'u zrodziło się dziwne uczucie, że został oddalony. Harry prawdopodobnie nie nazwałby tak tego i nigdy celowo nie oddaliłby kogoś, ale tak się właśnie czuł.

W następnej sekundzie chłopak otrząsnął się, wysyłając mu nieznacznie przepraszające spojrzenie.

- Chciałbym z tobą porozmawiać, ale muszę uciekać… biblioteka. Mam coś do zrobienia. Innym razem, co?

- Pa, Harry – powiedział, nieco zdezorientowany, kiedy chłopak rzucił się do biegu.

Poprawił swoje torby i kontynuował swoją drogę w kierunku Pokoju Wspólnego.


Alecto Carrow podniosła gwałtownie wzrok, kiedy drzwi jej gabinetu trzasnęły otwarte. Układała list do swojego brata, Amycusa, a teraz odłożyła swoje pióro, zamiast niego chwytając swoją różdżkę.

- Kto tam? – zawołała. Jeśli to był jakiś dzieciak, który szukał u niej pomocy z zadaniem z Obrony przed Czarną Magią… uniosła wyżej różdżkę, kiedy nie uzyskała odpowiedzi, gdzieś w swoim umyśle zastanawiając się, czy nie jest po prostu paranoiczką.

W następnej sekundzie oślepiający ból przeszył jej lewe ramię, a jej różdżka natychmiast uderzyła z brzdękiem o podłogę, kiedy z trudem powstrzymała się przed werbalizacją swojej agonii.

Ogarnął ją zimny strach, kiedy owinęła się wokół swojego płonącego bólem dodatku. Była wzywana? Zrobiła coś źle? Osunęła się na kolana, niemal wzdychając ulgą, kiedy ból przytępił się, po czym niemal całkowicie wyciszył.

Strach nie opuścił jej, tak samo jak gwałtowna magia znajdująca się w pokoju. Mroczna, odurzająca, potężna magia, która pieściła jej skórę jak krawędź noża.

Wyważone kroki skierowały się w jej kierunku, spokojnie, miękko.

- Witam, pani profesor – wycedził aksamitny głos. Spojrzała w górę, po czym zmarszczyła brwi i przerażenie w jej brzuchu opadło do nowej otchłani przerażenia.

- P-panie Riddle – przywitała się, kaszląc, starając się wzmocnić swój głos. – Co to wszystko znaczy?

Wiedziała, że był ważny dla Czarnego Pana, w swojej… przychylności lub coś w tym stylu, gdyż przykazano jej być dla niego pobłażliwą (nie, żeby miała z tym problemy, był całkowicie genialny, w przeciwieństwie do innych kretynów, chociaż był półkrwi).

Zimny, okrutny uśmiech wykrzywił jego usta.

- Biorąc pod uwagę ten zwrot, zakładam, że nie wiesz, kim naprawdę jestem. No, no, a oni pozwolili ci nauczać Obrony? Ale i tak przypuszczam, że pomysł, iż to śmierciożerca powinien nauczać tego przedmiotu zawsze był ironiczny…

- Nie mam pojęcia, co masz na myśli… - zaczęła automatycznie. Jej lewe ramię pulsowało dziko i nagle ogarnęło ją straszliwe uczucie. Był podróżnikiem w czasie, prawda? I jej znak…

- A teraz – mruknął – nie traćmy czasu na wyparcie lub wykręty. Nie jesteś Harrym, tak więc nie jesteś zdolna do poddawania się niewygodnym prawdą w żaden ujmujący sposób.

Przełknęła ślinę.

- K-kim naprawdę jesteś? – wyszeptała.

Mroczna magia drażniła ją i chłopiec przykucnął przed nią z tym czarującym uśmiechem wciąż znajdującym się na jego twarzy.

- Pozwól, że dam ci wskazówkę – odparł cicho.

Oślepiający ból ponownie napłynął do jej ramienia i krzyknęła, modląc się o to, by ktoś ja usłyszał, ale wiedząc, że tak nie będzie, gdyż sama zadbała o to, by na jej kwatery nałożone były odpowiednie tarcze.

- Mój Panie…? – Nie rozumiała. Widziała go z Czarnym Panem, nie było możliwości, by oni byli… niemożliwe było, by Czarny Pan był dwiema osobami na raz… i…

- Harry załapałby to do tej pory – westchnął, kręcąc głową, po czym wstał i okrążył jej leżącą na ziemi postać. – Ale ze względu na to, że mój czas jest ograniczony, oszczędzę ci tej agonii zbyt intensywnego myślenia… Jestem Czarnym Panem, kiedy wciąż był on młody, kiedy wciąż był tylko uczniem.

Objęło ją przerażające uczucie w jej sercu, wystarczające, by sprawić, że niemal zemdlała. Nie. Nie. To było…

- Ja… Czego ode mnie żądasz? – zapytała, starając się nie biadolić. – Mój Panie.

Wydał z siebie nieco zadowolony dźwięk, ale był on również całkowicie niebezpieczny.

- Cóż, to naprawdę proste, plotka głosi, że mówiłaś mojemu starszemu odpowiednikowi o moich działaniach…

- Przestanę! – obiecała, jej oddech był urwany, głos ledwie piskliwy. – Ja nie…

Ból.

Wydawało jej się, jakby trwał on wiecznie, ponownie koncentrując się na jej lewym ramieniu i we wciąż logicznych zakątkach swojego umysłu wiedziała, że to wszystko działo się w taki sposób, by nigdy nie mogło zostać przypisane jednoznacznie jemu.

Genialne. Nienawidziła tego. Bezradności.

Krew sączyła jej się z ust, kiedy prawie przegryzła sobie język, miedziany posmak zalał jej kubki smakowe.

Kiedy to się skończyło, leżała na podłodze, dysząc, jej twarz zalana była łzami.

- Nie przerywaj mi ponownie, Carrow – powiedział cicho.

Wciągnęła drżący oddech, milcząc, pragnąc, by ziemia połknęła ją w całości.

- Chcę, abyś przekazała Voldemortowi wiadomość ode mnie – kontynuował, jak gdyby nigdy mu nie przerwano. – Wyjątkową wiadomość, zrobisz to dla mnie?

- Wszystko – zgodziła się żarliwie.

Była to najgorsza sytuacja, w jakiej kiedykolwiek się znalazła – kiedy miała do czynienia ze starszym odpowiednikiem, to przynajmniej się tego spodziewała i mogła przygotować się na jego obecność. On w pewien sposób był bardziej przerażający niż Czarny Pan, był bowiem połączeniem pytań na temat tego, jakie były jasne rozkazy, szyderstwem i wyśmianiem jej słabości i poddaństwa.

- Co pragniesz, bym mu powiedziała, mój Panie?

- Powiedziała? – Uśmiech Riddle'a rozszerzył się, olśniewająco, ale był on lodowaty i wrogi, w jego oczach nie było absolutnie żadnego sumienia. – Powiedz mu, że to wojna.

A następnie jego różdżka śmignęła, szybciej niż błyskawica, i krew wylała się z jej pociętego brzucha.

- Pospiesz się teraz, pani profesor. Za pięć minut będziesz martwa i bezużyteczna.

Zachwiała się na nogach, ściskając ranę, wstrząśnięta, odrętwiała, nie będąc w stanie tego pojąć. To stało się tak nagle.

Spojrzała w dół.

Słowa. Wyciął słowa na jej skórze.

ON JEST MÓJ.

Przerażona podniosła na niego wzrok, zauważając, że podszedł do jej biurka i odwrócił się tylko po to, by unieść na nią brew, podnosząc kieliszek wina, który wznosił do samego siebie, jak gdyby w toaście.

Ledwie widząc na oczy, uciekła do Czarnego Pana.


Harry opadł na swoje zwyczajne miejsce obok Toma w Pokoju Wspólnym, później tego wieczora. Podczas kolacji cała sala była przygnębiona, wyciszona okrucieństwem tego, co nazwane zostało „Masakrą w Świętym Mungu".

Widział gazety, zdjęcia wywoływały u niego mdłości.

Fakt, że równocześnie dość jawnie zaatakowane zostało Ministerstwo tylko pogłębiał strach. To przypominało mu przebywanie w przeszłości, kiedy znak Grindewalda niemal każdego dnia plamił strony Proroka… och. Był głupi.

Znak Grindewalda.

To był symbol, który narysowała Luna – symbol Insygniów Śmierci.

Zesztywniał. Grindewald próbował zdobyć Insygnia Śmierci? Ale w takim razie na pewno również Dumbledore musiał coś o nich wiedzieć?

- Co? – zapytał Tom, oczywiście wyłapując zmianę w jego postawie. Potrząsnął głową.

- To… nic – mruknął.

Dziedzic Slytherina przechylił głowę, wyraźnie tego nie kupując, ale nie powiedział ani słowa. Myśli Harry'ego szalały.

Dumbledore musiał wiedzieć coś o Grindewaldzie, pamiętał, gdzieś w zakamarkach swojego umysłu, że niezła gadanina była o tym, iż Grindewald nie zaatakował Wielkiej Brytanii z powodu Dumbledore'a.

Tak więc Dumbledore musiał coś wiedzieć, to musiało być ze sobą powiązane, jakoś.

Czarny Pan nie zaprzestałby dominacji nad światem z powodu samych plotek i pogłosek… prawda? Nie wiedział.

A następnie Gringott. Musiał znaleźć sposób, by włamać się do skarbca Lestrange'ów, a do tego potrzebował Lestrange'a.

Jego wzrok skierował się w stronę rogu Pokoju Wspólnego, zatrzymując się na opadłej, przygnębionej postaci.

Powinien czuć większy żal do tego durnia, ale nie mógł – sukinsyn próbował go zabić! Jasne, nie podobała mu się myśl, że Cygnus był z tego powodu torturowany, ale nie miał nic przeciwko takiemu wygnaniu, przynajmniej nie wtedy, kiedy jego żądza zemsty pozostała niezaspokojona.

- No, teraz to jestem naprawdę ciekawy – zauważył Tom i z powrotem odwrócił swoje spojrzenie, wcale nie dziwiąc się tak bardzo, że Tom nie wrócił jeszcze do swojej podejrzanie wyglądającej książki i notatnika.

A skoro była już o tym mowa, musiał spalić ten notatnik, podejrzewając, że Tom pracował nad zaklęciem czasu. Miał tylko nadzieję, że Hermiona i on skończą je pierwsi, przed Riddle'em.

- Czego? – zapytał, chociaż miał swoje podejrzenia.

Tom znajdował się na fotelu naprzeciwko niego – tym, na którym wylegiwał się, jakby był on jego tronem, kiedy nie był to środek nocy i tylko Harry był w pobliżu, by być świadkiem tego, jak kradnie dla siebie całą kanapę. Często zastanawiał się, dlaczego Tom nie robił tego innym razem, to nie tak, że nie mógłby sobie na to pozwolić.

Może nie podobała mu się myśl o dotknięciu tych, których uważał za gorszych? Już kiedyś wspomniał o takim obrzydzeniu do kontaktu fizycznego…

- Twojego nowego planu sabotażu – odparł Tom. Był w stanie poczuć jak reszta Ślizgonów zaczyna zwracać na nich raczej bardziej oczywistą uwagę po tym tępym oświadczeniu. – Przypuszczalnie wiążącego się z Lestrange'em?

- Jesteś przewrażliwiony.

- Ciągle na niego patrzysz.

- Jest przystojnym facetem – powiedział łagodnie Harry z lekkim uśmieszkiem.

Tom uniósł brwi. Abraxas zakrztusił się, najwyraźniej dławiąc się powietrzem, ale został zignorowany.

- Tak jak Tom – zauważył Abraxas, starając się brzmieć na cwanego. – A zatem twoja obrona przeciwko faktowi sabotażu jest nieważna.

Harry demonstracyjnie przyjrzał się porównawczo Tomowi, po czym zerknął ponownie na Lestrange'a.

- Lestrange jest bardziej w moim typie, bardziej, errr, męski.

Tom pochylił się, książka została teraz niemal odrzucona, obserwując go z nieczytelnym wyrazem twarzy.

- A co? – zapytał Harry, bardziej po to, by przerwać milczenie, niż z jakiegokolwiek innego powodu. – Jesteś zazdrosny?

Zevi ostro wciągnął powietrze.

- Niewiarygodnie – odpowiedział dziedzic Slytherina.

Uśmieszek Harry'ego zachwiał się, po czym udało mu się go złapać pod niebezpiecznym, w pewien sposób zaborczym sposobie, w jaki Tom mu się przyglądał.

Nie był do końca pewny czy Tom żartował, czy nie, trudno było stwierdzić to z powodu dobrych umiejętności aktorskich Toma.

- A co? – zripostował Riddle, przechylając głowę. – Próbujesz sprawić, bym był zazdrosny?

- Ja… - Harry poczuł się nagle bardzo zaskoczony. Pogubiony.

- Ponieważ biorąc pod uwagę, że jestem psychopatą, który wie, gdzie śpisz, to prawdopodobnie nie jest dobry pomysł.

Przez minutę wpatrywali się w siebie i Harry był w stanie niemal wyczuć budujące się napięcie.

- Wiesz, czy istnieje jakieś tło do historii między Dumbledore'em a Grindewaldem? – zapytał nagle.

Na twarzy Toma pojawił się uśmieszek.