Za zbetowanie rozdziału piękne podziękowania składam Himitsu! :)
Veniti, och, w takim razie nie zazdroszczę takiego rozdarcia emocjonalnego - mam nadzieję, że lepiej się dzisiaj czujesz :). Ta wiosna w barwach śniegu całkowicie mnie dobija, zatem wolę ją przemilczeć. I masz rację, teraz znów skupiamy się głównie na emocjach, co nie znaczy oczywiście, że nic się nie będzie działo - biorąc pod uwagę, że zmierzamy powoli do końca, a żaden z chłopaków nie zrealizował jeszcze swojego planu... Jousette, a ja przyznam, że Tom czasami zadziwia mnie tą swoją mieszanką emocjonalną - chciałabym umieć wierzyć w niego tak jak ty ;). Mnie również bardzo intryguje taki zagubiony w swoich emocjach Tom, to kiedy jest niepewny. Nie potrafię pojąć tego dokładnie tak samo jak ty. :) Cookies. Alice, myślę że rozumiem, iż może być to trudniejsze - sama nie mam niestety porównania i nie jestem w stanie stwierdzić jak byłoby w moim przypadku, ale z pewnością komentowanie przemyśleń bohaterów i ich toku rozumowania jest trudne. Dlatego szczególnie mocno cieszę się z każdego komentarza, który się pod takimi rozdziałami pojawia :). Co do Toma i jego znajomości tych definicji - myślę, że jest to w pewnym sensie uzasadnione. Tom jako psychopata nie rozumie emocji. Trudno mi stwierdzić czy je odczuwa, ale nawet jeśli tak jest, to nie zawsze potrafi je opisać. Znajomość takich definicji jest dla niego w pewnym sensie mechanizmem obronnym - nauczył się po prostu rozpoznawać podstawę ludzkiego zachowania. Ludźmi kierują w dużej mierze emocje, a zatem rozumiejąc źródło tych emocji potrafi przewidzieć zachowanie jednostek. Ale tak, z pewnością jest to przerażające ;). Nic nie szkodzi, że komentarz jest krótki, ważne, że jest - to już samo w sobie jest dla mnie wystarczającą nagrodą za tłumaczenie :). Evolution, cieszę się w takim razie, że ci się podobał. Refleksje nad związkiem Harry'ego i Toma to coś, co lubię najbardziej, cieszę się zatem, że również i ty czerpałaś z tego przyjemność :). Także bardzo lubię punkty widzenia Toma, są wprawdzie nieco trudniejsze do tłumaczenia, ale z całą pewnością tego warte - całkowicie zgadzam się z tym, że Tom jest człowiekiem o wielkim umyśle... Myślę, że wspomniane przez ciebie podobieństwo było zabiegiem celowym. Opisane przez ciebie odczucia w czasie czytania każdego z tych porównań były niesamowicie ciekawe do czytania, ale niestety nie wiem, w jaki sposób mogłabym je skomentować - dlatego wybacz, ale tak cicho je pominę :). Jeżeli tylko nie zapomnę, to postaram się ciebie przed tym ostrzec - chociaż może sama to zauważysz? Nie wiem, czy będzie to jakoś bardzo ciekawa analiza ich związku, ale mnie niezwykle przypadła do gustu, tak więc... rozumiesz :). Wiadomość Toma z pewnością jest niezwykle, niezwykle zaborcza i zgadzam się całą sobą z twoimi przemyśleniami - z jednej strony człowiek się nad nią zachwyca, a z drugiej przeraża faktem, że przecież przekazana została w tak brutalny sposób... Tom jest mistrzem manipulacji, Harry, mimo wszystko, wciąż wiele musi się nauczyć... Do finału mimo wszystko trochę jednak zostało, chociaż... cóż, tak, wszystko powoli do niego właśnie zmierza. Mangha, absolutnie nie zazdroszczę zabrania dostępu do internetu. Tom robi się bezwzględny, masz rację - chociaż czy nie zawsze taki był? Teraz po prostu coraz mniej się przejmuje tym, by to ukrywać... Harry'emu czasami nie do końca udaje się pogrywanie z Tomem - jak widać było właśnie po tym tekście z Lestrange'em. Ale przynajmniej próbował :). Co do tekstu Toma, którego nie rozumiałaś - cóż, szczerze mówiąc był to dość dosadny tekst sugerujący związek. Harry próbował wywołać u Toma zazdrość, co ten oczywiście od razu zrozumiał. Riddle po prostu zwrócił mu uwagę na to, że może nie być to do końca taki dobry pomysł, gdyż jest psychopatą i jeżeli już poczuje tą zazdrość, to nie będzie się hamował w poskramianiu jej, a po prostu... cóż, znajdzie sposób na to, aby jej nie czuć - najprościej mówiąc, uczucie zazdrości mogłoby wywołać u niego nagłą chęć seksu z Harrym. To właśnie miał na myśli mówiąc, że jest mu znajome miejsce, w którym sypia Harry. A za tłumaczenie nie ma co dziękować ;).
Bardzo, bardzo dziękuję wszystkim komentującym za to, że dzielicie się ze mną swoją opinią. Dziękuję także wszystkim czytającym, gdyż nieustannie zadziwia mnie wasza ilość. To dzięki wam wszystkim to tłumaczenie istnieje, bez was nigdy nie doszłabym tak daleko...
Mam nadzieję, że czytanie poniższego rozdziału będzie dla was przyjemnością :).
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto dwudziesty ósmy
Wielka Sala wypełniona była szeptanymi na ucho pogłoskami, przyciszonymi rozmowami i krótkimi spojrzeniami w stronę stołu nauczycielskiego. Brakowało przy nim Dumbledore'a, tak samo jak profesor Carrow.
Zevi zacisnął wargi.
Co się stało? Spojrzał w bok na Toma, ponieważ jego Pan zazwyczaj wiedział o wszystkim, co się działo, ale jego twarz była bezbarwna i malowała się na niej tylko niewyraźna, bezinteresowna ciekawość.
Zwrócił wzrok na Harry'ego, ale również na jego twarzy nie było żadnych wskazówek – były Gryfon wydawał się w ogóle nie zauważać całego tego zamieszania, chociaż jego ramiona były nieznacznie napięte. Ściskał swój kubek kawy, jakby od tego zależało jego życie, wyglądając na zagubionego w myślach.
Skierował spojrzenie z powrotem na Toma, zauważając, że jego Pan także przyglądał się teraz Harry'emu, chociaż robił to dyskretnie i niczego nie powiedział. Dwójka wymieniła spojrzenia, ale nie był na tyle zaznajomiony z ich językiem, by rozgryźć co to oznaczało.
Harry wrócił do swojej kawy.
Zevi osobiście nigdy nie był wielkim miłośnikiem kawy, wydawało mu się być to za bardzo amerykańskie, zdecydowanie wolał herbatę (brytyjską, oczywiście, nie tę obrzydliwą z innych krajów), ale przypuszczał, że Harry nabawił się tego nawyku z powodu konieczności otrzymania dodatkowego zastrzyku kofeiny, który pomagał mu nie zasnąć. Chłopiec praktycznie cierpiał na bezsenność, nawet jeśli sprawy miały się lepiej niż wcześniej.
- Co się dzieje? – wyszeptał Abraxas.
Profesor McGonagall podniosła się, wyraz jej twarzy z trudem hamował surowe zmarszczenie brwi.
- Dzisiejsze zajęcia zostały odwołane – stwierdziła czymś, co wciąż mentalnie nazwał u niej „głosem prefekta Gryffindoru". – W związku z ostatnimi wydarzeniami, jakie miały miejsce, urzędnik Ministerstwa odwiedzi nas pod koniec tego tygodnia.
Szmer głosów stał się jeszcze głośniejszy, a następnie nadleciała poczta i wszystko pogrążyło się w jeszcze większym bałaganie.
Przyglądał się temu wszystkiemu beznamiętnie, obserwując setki wirujących i plączących się piór, pogniecionych kawałków pergaminu i pojawiające się zamiennie wyrazy smutku lub radości.
Oczy Toma nie zmieniły się ani trochę, kiedy czarny jastrząb wylądował przed nim, trzymając duże pudło, ale wszyscy w pobliżu, którzy wiedzieli, co to oznacza, zesztywnieli – a najbardziej Harry. Napięcie jego ramion stało się jeszcze bardziej widoczne, jego zaciskające się wokół kawy knykcie pobladły, ale wyraz jego twarzy nie zmienił się.
To, samo w sobie, było niepokojące.
Tom spojrzał na Harry'ego z ukosa, machając różdżką nad pakunkiem, rzucając kilka wykrywających uroków, po czym w końcu pozwolił paczce rozwikłać się z jej więzów.
Zevi nagle zapragnął nie jeść wcześniej śniadania, jego żołądek gwałtownie ścisnęły lodowate mdłości.
- Genialne – mruknął Tom, chociaż jego oczy pociemniały, stając się niemal czarne, powodując, że Harry spojrzał na niego obojętnie.
- Jestem zaniepokojony tym, że mówisz „genialne", widząc moją odciętą głowę.
Tom podniósł wzrok na chłopca, z uśmieszkiem na twarzy, chociaż był on w pewnym sensie wymuszony, nieswobodny.
- Właściwie, to nie jest twoja głowa. To się nazywa transmutacja. Uczymy się tego na zajęciach.
- To obrzydliwe – powiedział spokojnie Harry i Zevi nie był pewny czy był zszokowany, zbulwersowany, czy pod wrażeniem tego, jak spokojny chłopiec się wydawał. – Weź moją… tę pieprzoną głowę z tego cholernego stołu.
- Czyli nie mogę jej zatrzymać? – zapytał Tom, podnosząc brwi, dokuczliwie, i oczy Harry'ego błysnęły niebezpiecznie w jego kierunku.
Tom skierował na to różdżkę - to wyglądało jak głowa Harry'ego, to wyglądało niepokojąco podobnie do odciętej głowy Harry'ego, i gdyby to jego, a nie Harry'ego głowa znajdowała się na tym miejscu, zwymiotowałby – przemieniając to i modlił się, by w swojej prawdziwej formie było to coś mniej groteskowego. Nie było.
Ktoś faktycznie zwymiotował, pierwszoroczny u dołu stołu, i to zwróciło uwagę wszystkich znajdujących się w Sali. To była kolejna… kurwa, profesor Carrow! Zacisnął rękę na ustach. Wolałby już oberwać tłuczkiem albo… cokolwiek innego.
Nie był tchórzem i wiedział, że Tom nie miał żadnego pożytku z kogokolwiek o słabym żołądku, ale… Merlinie. Dziedzic Slytherina wyglądał na zupełnie niewzruszonego.
- Myślę, że będziecie potrzebowali nowego nauczyciela do Obrony Przed Czarną Magią, Minerwo – stwierdził tylko uprzejmie.
- Panie Riddle… co to… co to ma znaczyć? – wrzasnęła McGonagall, z trudem udało jej się utrzymać panowanie nad głosem. Jej twarz przybrała dziwny, zielonkawy odcień.
Nie winił jej za to. To było okropne… i Salazarze… mieli jeść na tym stole.
- A co się stało z utrzymywaniem dyskrecji? – dopytywał się Harry. – Co zrobiłeś?
Tom, irytująco, nie odpowiedział. Harry zacisnął pięści, tym razem nie czuł potrzeby zaciskania ich wokół swojego kubka z kawą. Przez ułamek sekundy Zevi wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby Harry walnął Toma w twarz tak, jak najwyraźniej pragnął zrobić - i zobaczył jak Tom przesuwa się nieznacznie, jak gdyby tego oczekiwał – po czym wyrzucił to teoretyzowanie ze swojej głowy, klasyfikując je jako herezję.
- Panie Riddle!
Tom nie spojrzał na nią, przez moment ponownie zatrzymując wzrok na Harrym.
- Jeśli nie odpowiesz, zmuszona będę postawić ci szlaban… Masz jakiekolwiek pojęcie jak poważne to jest? Z powodu tej śmierci wszczęte zostanie pełne śledztwo…
Tom roześmiał się, absolutnie lodowato i on, wraz z każdym Ślizgonem, zerknął mimowolnie na „Chłopca, Który Przeżył", aby zobaczyć, jak ten to przyjmie, modląc się, by zrobił to dobrze.
Zaczął zastanawiać się, kiedy przydzielili robotę radzenia sobie z Tomem Harry'emu i kiedy stał się on jedyną osobą, której ufali pod względem swojego Pana, stosunkowo bez zazdrości. Harry i Tom… w dzisiejszych czasach po prostu byli, i widział Toma, kiedy Harry zniknął lub został zraniony, i to było ZŁE. Dlatego też nie mógł mieć pretensji do tego, że został odsunięty na bok.
- Nie ma konieczności wszczynania śledztwa – powiedział ich Pan. – Profesor Carrow zmarła, gdyż zdradziła swoich przełożonych i bez względu na wszelkie tajemnicze aspekty jej morderstwa, była śmierciożercą, który złożył swój los w ręce Mrocznego Lorda, nie twoje.
- W takim razie dlaczego zostało to wysłane tobie? – dopytywała się zastępczyni dyrektora, mrużąc podejrzliwie oczy. – Przemienione w taki sposób, by wyglądało jak głowa pana Pottera?
Tom ukazał swoje znudzenie poprzez przyglądanie się swoim paznokciom.
- Ponieważ Voldemort próbował – co mu się nie udało, nawiasem mówiąc – dać mi coś do zrozumienia. Coś jeszcze? Nie? Fantastycznie.
A następnie syknął coś, zanim ktokolwiek mógłby wyrazić jakiś sprzeciw, swoje ostatnie słowa kierując najprawdopodobniej do Harry'ego, skoro był on jedynym, który mógł zrozumieć wężomowę.
Tom chwycił ramię chłopca i wyciągnął Harry'ego z Sali.
Ślizgoni uwiędli bez nich do czegoś w kolorze szarości.
Harry wątpił, by ktokolwiek inny mógł to dostrzec, ale on był w stanie wyczuć buzujące pod swoim lodowatym więzieniem emocje Toma, wyciekające do niego w postaci brutalnej zapalczywości uścisku na jego ramieniu.
Szedł wraz z nim do jakiegokolwiek tam miejsca się kierowali nie z powodu jakiegokolwiek zaufania czy uległości, a ze ścisłej świadomości tego, gdzie zaciskały się bezlitosne i uporczywe palce Toma – wokół jego nadgarstka i jego pulsu. Normalnie Tom chwyciłby jego przedramię lub nadramię, a wiedział doskonale, że działanie to było zamierzone.
Młody Czarny Pan był prawdopodobnie w stanie wyczuć kołatanie jego serca poprzez uderzenia w jego nadgarstku, nieregularnie trzepoczące z powodu widoku swojej własnej głowy na stole podczas śniadania. Nikt nie mógłby patrzeć na to całkowicie bez wzdrygnięcia lub wykazania jakiejkolwiek innej reakcji, nawet Tom, gdyby ich role zostały odwrócone.
Tak więc pozwolił na ten uścisk, dotrzymując kroku szaleńczemu tempu Toma.
Zatrzymali się w jakiejś pustej klasie i dopiero wtedy Tom uwolnił go.
- Masz pytania.
- Co to, do cholery, było? – zapytał cicho. – O ile mi wiadomo, to czy Voldemort nie powinien myśleć, że masz teraz wymazaną pamięć i zostałeś mu porwany?
- To zbyt ograniczające. Nie zamierzam dłużej niż to konieczne zgrywać ofiary, skoro utrzymywanie takiej fasady nie przynosi mi żadnych korzyści. Mam plany, mam termin ostateczny, o czym dobrze wiesz, nie mam czasu na to, by zajmować się jego opinią na mój temat… poza tym, Carrow mówiła mu o moich działaniach.
Umysł Harry'ego zatrzymał się na sekundę.
Zmarła, gdyż zdradziła swoich przełożonych…
- Zabiłeś Carrow? – zapytał, ostrożnie panując nad swoim głosem.
- Oczywiście – powiedział Tom bez wyrzutów sumienia. – Nie miałem zamiaru powstrzymywać się przed odpłaceniem mu się.
- Tak więc zabiłeś Carrow w odpowiedzi na to, że Voldemort próbował usunąć ci pamięć – oświadczył Harry, nieznacznie rozdrażniony i ogarnęło go dokuczliwe uczucie, że powinien być bardziej przerażony. – A on odpłacił ci się w taki sposób i… to wojna czy co?
- W gruncie rzeczy, tak – odparł spokojnie Riddle.
- Tom! – warknął. – Niech cię szlag, powinieneś popracować nad swoim temperamentem, nie możesz po prostu… ona jest martwa!
- Tak, zdałem sobie z tego sprawę mniej więcej wtedy, gdy otworzył się jej rozcięty brzuch – wycedził Tom.
- Nie możesz tak po prostu zabijać ludzi!
Tom obszedł go, a w następnej sekundzie ręce zacisnęły się po obu stronach jego głowy i chłopiec pochylił się, by ich twarze znalazły się na równym poziomie.
- Zdecydowanie wystarczająco wiele razy ostrzegałem go, by trzymał się z dala ode mnie i tego, co do mnie należy.
- Tak więc zamieniłem cię w mordercę; czuję się o wiele lepiej – zripostował kwaśno Harry.
- Zasługiwała na śmierć – szepnął ostro Tom, przesuwając ręce na jego ramiona.
- Straciłeś nad sobą kontrolę – sprzeczał się. – To nie był logiczny plan. To nie jesteś ty.
- Nie – zaprzeczył Tom, bardzo cicho, prawie delikatnie. – To jestem w znacznym stopniu ja. I ty o tym wiesz, po prostu zamykasz się na prawdę, jak to ty.
Harry wyszarpnął swoje ramię, osłaniając przed chłopcem swoją Obręcz Monachijską, tak na wszelki wypadek.
- W takim razie dlaczego dopiero teraz ujawniasz ten aspekt swojej osobowości?
Jego żołądek ściskał się.
- No właśnie, dlaczego – mruknął Tom. – Jesteś przerażony?
- Nie.
- Wstrząśnięty? Zaniepokojony? Wypierasz się tego?
- Nieznacznie dwa pierwsze – odpowiedział ostrożnie Harry. Tom milczał przez chwilę, przyglądając się mu.
- Mogę bez chwili namysłu zaatakować armię Voldemorta i on o tym wie, chociaż niezbyt dba o pojedyncze jednostki – zaczął chłopiec. – On, z drugiej strony, nie może zrobić praktycznie nic moim siłom, jeśli nie chce się spierać z paradoksem czasowym… Natomiast ty…
Palce Toma zacisnęły się mocniej wokół jego ramion.
- Szczerze mówiąc, to on i tak już próbuje mnie zabić – mruknął nonszalancko Harry.
- Co sprawia, iż żadnej różnicy nie robi to, czy zniszczę go z powodu jego śmiałości – zripostował chłodno Tom, dotrzymując mu kroku.
- Nie chcę, byś zabijał w moim imieniu! Nienawidzę tego!
- No cóż, ja nie chcę, byś lgnął do takich lekkomyślnych, samobójczych sytuacji, które kończą się twoim bliskim spotkaniem ze śmiercią w Skrzydle Szpitalnym, ponieważ masz przytłaczający kompleks bohatera, ale i tak to robisz. – Tom wzruszył ramionami. – Planujesz przestać robić to w najbliższym czasie?
- Ty draniu! To zupełnie inne…
- Och tak? – zakwestionował delikatnie Tom. – Jedyne co widzę, to że obaj mamy cechy, które wzbudzają u drugiego wstręt, z którymi będziemy musieli w pewnym momencie dojść do kompromisu, skoro już o tym mówimy. Zmienię swoje metody, kiedy ty zmienisz swoje, Złoty Chłopcze. A do tego czasu nie waż się mnie pouczać.
Harry zmrużył oczy.
- Co do innych powodów, dlaczego ci o tym mówię… kiedy zobaczy, że nie może się do mnie dostać, będzie miał zamiar użyć ciebie przeciwko mnie, ponieważ jesteś jedyną osobą, którą może wykorzystać przeciwko mnie, i twoich przyjaciół przeciwko tobie, by być w stanie w ogóle tobą manipulować.
Tom ostrzegał go, jeszcze raz przytłaczając go całą sytuacją.
Nie był pewien co z tym zrobić.
- Czy jego zagrażanie mi może sprawić, że zrobisz to, czego pragnie? – zapytał Harry, badając grunt, oceniając. Tom przyglądał mu się oceniająco przez kilka sekund, po czym ponownie odwrócił się do drzwi.
- Wolałbym się tego nie dowiedzieć. Troska o ciebie jest już wystarczającym przekleństwem, nie trzeba do niej dodawać jeszcze odpowiedzialności. Uważaj na siebie.
- Zamierzasz znowu mu się odpłacić, prawda? – zapytał Harry, dotrzymując mu kroku, prosto, przygryzając wargę.
- Tak. I, tak przy okazji, nic co powiesz tego nie zmieni, kochanie.
Harry chwycił go za rękę, silnym uściskiem pociągając nieznacznie zaskoczonego Toma, by zatrzymał się.
- W takim razie ty też uważaj na siebie. Ta cała pieprzona troska jest obustronna.
Minął go, nie dając mu szansy na odpowiedź.
Ona i Ron złapali Harry'ego w sowiarni, w której wysyłał list do Syriusza. Kiedy ich zauważył, wyraz jego twarzy zaczął przypominać osaczonego węża, który kulił się przed nimi defensywnie. To złamało jej serce.
- Unikasz nas – powiedział bez ogródek Ron. Harry westchnął, przeczesując palcami swoje poczochrane włosy.
- Możemy nie przeprowadzać tej rozmowy teraz? Miałem dość okropny dzień.
- Nie. – Ron skrzyżował ramiona. – Przeprowadzimy ją teraz. Bez wymówek. Co to za przepowiednia i dlaczego nam o niej nie powiedziałeś? Jesteśmy twoimi najlepszymi przyjaciółmi!
Harry przymknął na chwilę oczy i wydawało się, jakby próbował poradzić sobie z bólem głowy.
- Jasne, krzycz o tym tak, by cały świat to usłyszał, dlaczego by nie? – mruknął Potter, po czym ponownie westchnął.
- I co to było za zamieszanie tego ranka przy stole Slytherinu?
- Głowa Carrow.
Cisza. Wnętrzności Hermiony wykręciły się z szoku, obrzydzenia, przerażenia. Nie. Nie ma mowy. Nie wierzyła w to. Ona…
- M-mówisz poważnie? – wyszeptała. – To okropne.
- Dlaczego? – Ron zmarszczył brwi. – Była żałosną, śmierciożercowatą szumowiną. – Rzuciła mu ostre spojrzenie, który spowodowało, że chłopak skulił się, chociaż jego szczęka i tak zacisnęła się uparcie.
- Dlaczego?
- Ponieważ Tom i Voldemort wypowiedzieli sobie wojnę, a zatem, oczywiście, wszyscy inni zostaną w nią wciągnięci – odparł Harry bezbarwnym tonem, jego oczy pociemniały. – Głupi dupek zamierza wpakować się w kłopoty.
- Merlinie – wymamrotał Ron z szeroko otwartymi oczami. – Dlaczego się kłócą?
Ale Hermiona myślała zaciekle, jej wzrok wwiercał się w jej najlepszego przyjaciela.
- O ciebie – stwierdziła, ale nie oskarżycielsko.
To był po prostu fakt.
Gdzieś w tym wszystkim, za wymówkami i usprawiedliwieniami, jakie przedstawiali reszcie świata, Tom i Voldemort w pewnym stopniu walczyli o Harry'ego. Nie znała szczegółów, ale była pewna, że Harry był w to w jakiś sposób wmieszany.
Ron spoglądał raz na nią, raz na Harry'ego. Potter zacisnął pięści.
- Chodzi o to – kontynuował – że Voldemort nie może zaatakować Toma albo żadnego ze śmierciożerców Toma…
- Ale może zaatakować ciebie. Jesteś słabym punktem Toma – skończyła za niego. Harry skrzywił się na to słowo i, lekko podirytowana, ale niemniej jednak poważna, przewróciła oczami. – To nie sprawia, że jesteś słaby, no naprawdę, Harry, jesteś najsilniejszą osobą jaką znam.
W odpowiedzi uśmiechnął się słabo i przez chwilę czuła się, jakby ostatnich kilka miesięcy w ogóle się nie wydarzyło. Ale wtedy uśmiech znowu zniknął, zamieniając się na tą obojętność, której nie potrafiła znieść.
- Skąd wiesz, że Harry jest słabym punktem Toma? – zapytał Ron rozsądnym tonem. – Ten drań o nikogo się nie troszczy.
Wysłała mu niedowierzające spojrzenie.
- Widziałeś ich w swoim towarzystwie? – zażądała.
- Nie za bardzo, zazwyczaj nawzajem się przygaszają – oparł Ron, wysyłając Harry'emu przepraszające spojrzenie.
- A wtedy na przykład, kiedy Harry był w Skrzydle Szpitalnym, kiedy jego serce się zatrzymało? – nie dawała za wygraną.
Jak mógł tego nie widzieć? To było oczywiste. A może to tylko kobiety były w stanie odczytać podtekst, który był tak jasny, że mogłaby być na jego podstawie dosłownie pisana cała fabuła?
- Niczego wtedy nie zrobił, nie powiedział ani słowa i oddalił się od Harry'ego w momencie, w którym udało się go ustabilizować…
- Och, na miłość boską, Ronaldzie! – Wzniosła ręce ku niebu. – Nie pamiętasz, jaki wtedy byłeś? Byłeś zrozpaczony... – Jego twarz poczerwieniała do koloru jego włosów. - …i zadawałeś mnóstwo pytań, które pewnie uznawał za głupie i Tom Riddle nie powiedział ani słowa… nie obrażał cię, nie odwdzięczył ci się, kiedy próbowałeś go uderzyć, ani razu nie usiadł i był blady jak ściana. Czy widziałeś, by był taki kiedykolwiek wcześniej?
Ron milczał. To mówiło samo za siebie.
Odwróciła się do Harry'ego, zauważając, że wpatrywał się w nią.
- Ron próbował uderzyć Toma? – W jego głosie było coś dość dzikiego i niebezpiecznego, co sprawiło, że chciała odsunąć od niego swojego chłopaka, chociaż przecież jej umysł wiedział, że Harry nigdy nie skrzywdziłby świadomie któregoś z nich.
Natychmiast obiecała sobie nigdy nie wspominać o momencie, w którym sama go uderzyła – Riddle był taki irytujący! Seksistowska świnia.
- Byłeś ranny! – zaprotestował rudzielec. – Co miałem myśleć?
- Ojej, no nie wiem – wycedził ostro Harry. – „Och jej, nastąpił atak śmierciożerców, który z nich zrobił dziurę w klatce piersiowej mojego najlepszego przyjaciela?"
- Nie ufam Riddle'owi.
- To nie daje ci prawa do uderzenia go!
- Tak naprawdę go nie uderzyłem! – zawył Ron. – Poza tym to było wieki temu.
Wzrok Harry'ego mógł sprawić, że duch sam by się egzorcyzmował. Powietrze stało się nagle bardzo napięte i z niepokojem przekręcała w palcach kosmyk swoich włosów.
- A co z przepowiednią? – zapytała cicho. Wciąż posiadające ostrą, laserową przenikliwość oczy zwróciły się na nią, kiedy Harry skupił na niej swoją uwagę. Jego ramiona opadły.
- Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana…
Tom nie zwlekał za bardzo ze swoim odwetem, użył po prostu tego, co miał pod ręką – różdżki i znajomości tajników Mrocznego Znaku.
Był całkiem zadowolony z wyniku i zastanawiał się z roztargnieniem, co by Harry pomyślał, gdyby się o tym dowiedział. A następnie skarcił samego siebie. Nie potrzebował ani nie chciał aprobaty Harry'ego.
Z całą pewnością jej nie potrzebował, w każdym razie. Wprawdzie aprobata Harry'ego zwykła być miłą niespodzianką, zwłaszcza jeśli wiązało się to z wywoływaniem lęku, ale nie poszukiwał jej namiętnie.
Poza tym, tracenie czasu na pokonywanie swojego starszego odpowiednika lub dokonywanie dramatycznych prób usunięcia go tym samym ze sceny nie miało sensu; miał inne, bardziej ważne priorytety.
Jak zaklęcie czasu, którego stworzenie okazało się być jeszcze trudniejsze niż się tego spodziewał. Było niesamowicie wiele elementów, które musiał zmanipulować i ze sobą na stałe połączyć. To wszystko musiało być również w stanie wyjątkowo wiązać się z Harrym, a Harry musiał zrobić jeszcze coś, co mógłby zamienić w horkruksa.
Jego dusza była idealna.
No cóż. To było tego warte, jeśli końcową nagrodą był Harry.
- Witaj, Tom – przywitał go radosny głos. Zamarł, spoglądając na siadającą koło niego dziewczynę, która dziergała.
To była ona.
Powstrzymał swoją twarz od wykręcenia się z irytacji. Och, jak denerwująca była ta dziewczyna. Była jak chwast – pojawiała się wszędzie tam, gdzie nie powinna być, dzika i nieposłuszna… trochę jak Harry, właściwie, ale Harry nie był tak nieznośnie milutki.
- Lovegood – odpowiedział neutralnie. – Chciałaś czegoś?
- Harry jest uroczą osobą – powiedziała mu cicho, od niechcenia. – Ale jest bardzo uszkodzony. Dokładnie jak ty.
- A ty powinnaś trzymać język za zębami w sprawach, które cię nie dotyczą.
Podniosła na niego wzrok, jej lazurowe oczy przeszywały go.
- Obaj jesteście tacy zamknięci, nie ufacie sobie i boicie się być w swoim towarzystwie wrażliwi… ale jesteście wrażliwi, obaj, ponieważ się kochacie, bez względu na to czy się do tego przyznajecie, czy nie.
Och, na LITOŚĆ BOSKĄ. Nie znowu.
- Jestem psychopatą. Ja. Nie. Kocham.
- Kochasz go – upierała się, nie przejmując się nim. – Na tyle, na ile ty, psychopata, potrafisz kochać… albo mieć obsesję… względem kogoś. A on kocha ciebie. – Jej zazwyczaj rozmarzone oczy były smutne. – To cię przeraża.
- Przestań czytać tanie romansidła i pozwalać, by sprawiały, że masz wypaczony obraz znajdującego się wokół ciebie świata – odciął się jej lodowato. – Brzmisz śmiesznie.
- Nie wiesz co z nim robić, tak więc na niego naciskasz. Naciskasz, szukając jego granicy wytrzymałości, ponieważ jedynie ten nacisk może, jak wierzysz, sprawić, że znowu poczujesz się wolny od tej wrażliwości, którą tak gardzisz. Ale zrani bardziej ciebie niż jego, jeśli znajdziesz tę granicę, jeśli naciśniesz zbyt mocno. Złamane serca nie mogą boleć i zniszczy cię widok tego, jak uchodzą z niego życie i emocje, zwłaszcza wtedy, jeśli to ty to spowodujesz, jakkolwiek bardzo możesz teraz gardzić jego sentymentalizmem.
- To chyba dobrze w takim razie, że nie zamierzam go złamać – oświadczył, odwracając się od niej, mając całkowicie dość tego tematu. Podskoczyła, podążając za nim.
- Cóż, nigdy nie zamierzałeś stać się także swoim starszy odpowiednikiem – zauważyła cicho. Jego plecy napięły się, ale nie okazał żadnej innej reakcji z powodu jej osobliwej wiedzy. – Harry nigdy nie otworzyłby się na nikogo tak, jak na ciebie, wiesz? On jest… inny w twoim towarzystwie.
Odwrócił się jeszcze raz, podejrzewając, że podążyłaby za nim nawet do miejsce, które jeszcze mniej nadawałoby się na taką okropną rozmowę.
- Myślisz, że nie jestem tego świadom? – zapytał lodowato, ledwie panując nad sobą. – Nie jestem głupi. Czy to ma jakiś cel?
- Nie. – Wzruszyła ramionami. Przymknął oczy, modląc się o cierpliwość, wyczuwając, że jego przysięga nie pozwala mu skrzywdzić jej tak, jak pragnąłby to zrobić.
- Dlaczego w takim razie za mną chodzisz?
- Ponieważ wyglądasz bez niego pusto i ta niewypełniona przestrzeń sprawia, że jestem smutna.
Zacisnął szczękę.
Właściwie była ona jeszcze gorsza niż Granger.
Harry w końcu skończył rozmawiać z Ronem i Hermioną.
Czuł się, jak gdyby wielki ciężar, którego nawet nie był świadom, został zdjęty z jego ramion. Przyjęli to… dobrze, biorąc to wszystko pod uwagę, lepiej, gdy wyjaśniał już im teorię, do jakiej doszedł wraz z Tomem.
Hermiona wpatrywała się w niego z czymś, co podejrzanie przypominało zdumienie.
Jej zaklęcie także szło dość dobrze, zaklęcie czasu. Zdał sobie sprawę, że jego wersja była mniej skomplikowana niż ta Toma, ponieważ podczas jego rzucania nie będzie próbował przeciwstawić się paradoksowi.
Wszystko powoli szło do przodu.
Poprzedniej nocy Tom stwierdził, że nie wie nic na temat sprawy Dumbledore/Grindewald, za wyjątkiem tego, że podobno w pewnym stopniu znali się przed wojną – i to wcale nie powodowało, że jego brzuch zaciskał się z niepokoju.
Poprzednia noc… skulił się na tą myśl.
Dlaczego w ogóle wciąż przegrywał z Tomem?! To było irytujące. Nie miał ku temu żadnego powodu – Tom nie mógł w żaden sposób używać przeciw niemu jego przyjaciół… Nie mógł już używać przeciw niemu jego przyjaciół? W takim razie dlaczego wciąż zachowywał się tak, jak gdyby miał się o co obawiać?
Ponieważ Tom miał inną broń.
Widział, jak Harry zareagował na Wieży Astronomicznej, co czuł tak niesamowicie dawno temu, a to pogorszyło się od plotek do tego stopnia, że kiedy Tom zaczął robić coś choćby trochę przypominającego to, on po prostu… kulił się ze strachu. To było żałosne.
To nie tak, że Tom mógłby kiedykolwiek posunąć się tak daleko… prawda? Chciał myśleć, że to była jedynie sztuczka, że Tom nie narzucałby się mu tylko po to, by coś udowodnić.
Problem polegał na tym, że nie był tego pewien. Okropne byłoby, gdyby to była prawda.
Harry wiedział instynktownie, że wszelkie zaufanie, jakie pokładał w chłopcu zniknęłoby, gdyby Tom zrobił coś takiego, nawet jeśli i kiedy powiedziałby mu, aby przestał.
Samo myślenie o tym powodowało, że pragnął się skulić.
To był jeden jedyny… obszar… do którego nie chciał się zbliżać, nie za bardzo. Ten cały obszar „wszyscy zakładają, że się w sobie durzymy". Nie chciał do niego wchodzić. Toma to nie obchodziło.
Tom miał tę przewagę, jak gdyby kiedykolwiek jej potrzebował, i nie wykazywał żadnej skłonności do szczególnie rozważnego korzystania z tego zagrożenia.
Musiał pozbyć się tego zagrożenia… tylko jak?
Musiał także znaleźć więcej horkruksów, skoro już o tym mowa… i, Merlinie, nie zamierzał teraz wgłębiać się w listę wszystkiego, co musiał zrobić.
Płacz.
Ktoś płakał.
Zamarł w pół kroku, zastanawiając się czy nie powinien po prostu spokojnie wycofać się i pójść w przeciwną stronę… przesunął się do przodu.
Czy ktoś potrzebował pomocy?
Nie mógł po prostu… Lestrange.
Lestrange płakał.
Nigdy nie czuł się tak niezręcznie. Wycofał się chwiejnie, żałując, że w ogóle się w to mieszał.
Deski zaskrzypiały.
Ich spojrzenia spotkały się.
O nie.
