Za betę bardzo dziękuję Himitsu.
neko246, cieszę się niezmiernie, że podoba ci się moje tłumaczenie :). Co do pozostania tej rozmowy między Harrym a Lestrange'em - myślę, że tak, lepiej byłoby, gdyby Tom się o tym nie dowiedział, ale, jak przekonasz się w dzisiejszym rozdziale, może nie być to takie proste... Jousette, zawsze warto wierzyć, nawet jeżeli ta wiara nie zawsze jest zgodna z prawdą. Chociaż, oczywiście, Tom ma swoje momenty, nawet wiele swoich momentów, zatem wiara ta nie jest całkowicie nieuzasadniona ;). A myślę, że przyda się chłopakowi świadomość, że ktoś jednak w niego wierzy - nie licząc Harry'ego, ten ma tak wielkie serce, że podejrzewam, iż Riddle nie bierze zbytnio pod uwagę jego zdania ;). Miło słyszeć, że spodobał ci się ten fragment ;). Zgadzam się z tym, że Harry'emu i Tomowi należy się podziw za umiejętność kontrolowania swoich emocji... chociaż nie wiem, czy nie powinno czuć się również przerażenia z powodu sposobu, w jaki na ową głowę zareagował Tom... Ale co tam ;). Sytuacja z Lestrange'em wyjaśni się już dzisiaj, zatem nic nie będę o niej mówiła. elain679, tak, Luna może mieć trochę racji - nie będę oceniała na ile, ale z pewnością jest mądra i widzi rzeczy, których wiele osób widzieć nie chce. A troska może i jest słabością - ale jaką piękną! :) Mangho, nic nie szkodzi, każdemu zdarza się nacisnąć przez przypadek nie ten guzik co trzeba - ważne tylko, by nie był to guzik wysadzający cały świat. Tutaj nic takiego się nie stało, więc nie masz się czym martwić ;). I mimowolnie czuję radość słysząc, że rozdział tak dobrze na ciebie wpłynął - to sukces ;). I nie masz co się martwić, z chęcią odpowiadam na wszystkie pytania, również te, kiedy ktoś się chce czegoś upewnić - skoro mogę coś dojaśnić lub potwierdzić, to nie widzę powodu, dla którego miałabym tego nie zrobić :). Zgadzam się z tym, że pozbycie się Carrow w taki sposób było okropne... chociaż wciąż się mówi, że Tom jest bezwzględny. Teraz po prostu mieliśmy na to jakiś bardziej bezpośredni dowód... Veniti, akurat piłam sobie herbatę - przepyszną, nawiasem mówiąc - kiedy czytałam twój komentarz i przyznam, że pierwszy akapit twój wypowiedzi sprawił, że obiecałam sobie, że już nigdy nie będę miała nic w ustach, kiedy będę czytała komentarze... Taak... I masz rację, troska Toma jest przesłodka - szczególnie troska o Harry'ego. Postać Hermiony lubię i ja, jakoś podoba mi się jej kreacja, jest taka... ciepła, ale zdecydowana. Również życzę ci miłego dnia :). Evolution, no właśnie, ja także zupełnie nie rozumiem Harry'ego, jakiś jest on taki nadmiernie nerwowy i drażliwy ;). I cóż... nie wiem, czy sama nazwałabym ten pomysł genialnym, ale z pewnością był on kreatywny. A odwet Toma... nie wiem, co będziesz o nim myślała. Na pewno będzie... dziwny. Niespodziewany. I tak, złość Harry'ego była urocza i absolutnie nieuzasadniona. No bo, jak sama powiedziałaś, jakby to Tom był tym, którego trzeba ochraniać... :). Cieszę się, że zaczyna ci się podobać postać Luny, bo na pewno jest ona bardzo warta uwagi. W mojej osobistej liście może nie pobija Harry'ego i Toma, ale mieści się na tym samym poziomie co Zevi, przewyższając nawet postać Hermiony ;). Co do fragmentu, o który pytałaś się, czy jest zapowiedzią - nic na to nie odpowiem. Wszystkiego się przekonasz, a nie chcę, by moje słowa w jakiś sposób doporowadziły cię do jakiś przypuszczeń, zwłaszcza, że bardzo łatwo jest się w tym akurat przypadku w tych przypuszczeniach pomylić. Dlatego zostawię ten fragment tak jak jest, niezinterpretowany i pozwolę, byś sama się nad nim zastanowiła. W ogóle o granicy, którą - być może - przekroczy Tom nie będę na razie nic mówiła. Może kiedyś, pod koniec, na razie nie będę niczego zdradzała... Co do rozmowy między Harrym a Lestrange'em - dzisiaj! Zatem o niej też nic nie powiem, abyś sama mogła się przekonać... Cookies. Alice, przepraszam, następnym razem będę ostrzegała - jeżeli coś takiego, oczywiście, się wydarzy. Ale nic nie mówię, bo nie chcę zdradzać dalszej fabuły - zwłaszcza, kiedy już powoli zbliżamy się do końca! Co do samego wątku - często było wspominane, że Tom jest bezwzględny, niebezpieczny, po prostu teraz pokazał się na to prawdziwy (żeby nie powiedzieć żywy) dowód. Ale w takim razie podążę za tobą i też nie będę o tym więcej mówiła :). I tak, ja też się z tym zgadzam - Harry i Tom z pewnością się, w jakiś sposób, kochają. I tak, myślę, że wiem o co ci chodzi. Co do kłócenia się z samą sobą - tak, myślę że wielokrotnie mi się to zdarza. Ale jest to niezwykle... wyzwalające zajęcie. I prowadzi zazwyczaj do dość dobrych rezultatów :).
Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze – och, ile ich było! To niesamowite, że potraficie tak długo trzymać się przy zamiarze komentowania, naprawdę! Jestem pełna podziwu. No i oczywiście dziękuję również tym, którzy komentują raz na jakiś czas lub zaledwie jednokrotnie – bo przecież nikt nie powiedział, że wszyscy muszą zawsze komentować. W każdym razie dziękuję wszystkim komentującym. No i, oczywiście, również czytającym :).
Himitsu twierdzi, że „wybitnie nie lubi tego rozdziału", ja go właściwie wspominam bardzo dobrze – i ach! te emocje – zatem podejrzewam, że jego odbiór zależy całkowicie od indywidualnych preferencji osoby, która go czyta. W każdym razie jestem ciekawa, jak wy go odbierzecie :).
Miłego czytania!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto dwudziesty dziewiąty
Lestrange szybko i ze wściekłością oczyścił swoją twarz, ale nawet to nie mogło ukryć bezlitośnie rozlewających się łez i czerwonych, napuchniętych oczu. Harry czuł suchość w gardle.
- Potter – mruknął gniewnie Cygnus, zbierając się na nogi i sięgając po różdżkę.
Harry rozbroił go instynktownie, łapiąc jego broń, nie będąc w stanie przestać się gapić.
Lestrange płakał.
Jego ramiona skuliły się jeszcze bardziej, defensywnie, jak gdyby starał się zrobić z siebie mniejszy cel, ale pod tą postawą ukrywał się świadomy, pełen nienawiści wyraz twarzy.
- Wszystko w porządku? – zapytał, nie wiedząc, co mógłby jeszcze powiedzieć. Lestrange wydał z siebie przyduszony dźwięk.
- Pieprz się, Evans.
- Płaczesz…
- Nie płaczę – warknął chłopak, zaciskając pięści. – Powiedz komukolwiek, a cię zabiję.
- Szczęśliwy drugi raz? – zripostował, unosząc brwi, nie będąc w stanie powstrzymać cisnącej mu się na usta kpiny. Twarz Lestrange'a wykrzywiła się jeszcze mocniej, bardziej zwierzęco niż ludzko, jego oddech stał się ciężki.
Harry zrobił w jego kierunku bardzo ostrożny krok, zwracając uwagę na sposób, w jaki Lestrange przylgnął do ściany. Jego oczy przyglądały się znajdującej się przed nim postaci.
Napięte mięśnie, gotowe do walki lub ucieczki… ciemne obwódki wokół oczu, przypominające cienie, wskazujące na brak snu… dzikie, maniakalne spojrzenie… białe z furii usta, uniesione, jakby warczał z wyszczerzonymi zębami… siniaki… załamany.
Cień człowieka.
Zdesperowany człowiek.
Złamany człowiek.
Jego serce mimowolnie się ścisnęło.
- Co ci się, na Salazara, stało? – zażądał, ledwie szepcząc. – Wyglądasz okropnie… te… jesteś posiniaczony…
- Po prostu się odwal – splunął Lestrange. – To nie twoja sprawa.
Harry wyciągnął rękę, ignorując sposób, w jaki chłopiec wzdrygnął się, nie będąc pewnym czy był zadowolony, czy odrzucony z powodu przerażenia w postawie Cygnusa.
- Co ci się stało? – zapytał ponownie, tym razem bardziej pewnie. – Powiedz.
- Dlaczego miałbym?
- Ponieważ chcę ci pomóc.
- Nie chcę twojej pomocy – Lestrange odsunął się, praktycznie zrównując się ze ścianą. – Zawsze zgrywasz bohatera, co? Po prostu trzymaj się ode mnie z daleka, NIENAWIDZĘ cię! – Opuścił rękę.
- Dlaczego? – zapytał. Lestrange gapił się na niego, jak gdyby był dziwakiem.
- Dlaczego co?
- Dlaczego mnie nienawidzisz?
- Nie będę zgrywał terapeuty, byś mógł mnie bardziej upokorzyć!
- Cóż, nie odejdę, dopóki nie powiesz mi, co ci się, do cholery, stało – odparł spokojnie, chociaż nieco ostro. Nie powinien być… zaniepokojony, ale był.
Być może to przez „kompleks bohatera", ale czuł się w obowiązku, by mu pomóc. On… po prostu było mu żal znajdującego się przed nim chłopca, będącego cieniem samego siebie, bardziej niż czegokolwiek innego.
Oczywiście ledwie mógł zmusić się do tego, by obok niego stać, myślenie o nim go brzydziło, a także uważał, że był żałosny… ale nie mógł z czystym sumieniem zignorować go, skoro coś było nie tak.
Poza tym, potrzebował pomocy Lestrange'a… a także był ciekawy tego, czym tak bardzo uraził chłopca, co pchnęło go do decyzji o popełnieniu morderstwa. Nie mogło chodzić tylko o to, że chłopak był zakochany w Tomie, prawda? Być może mógłby pogodzić chęć pomocy mu z osiągnięciem przez to własnych korzyści?
- Ty mi się stałeś – syknął Lestrange. – A teraz wynoś się i idź gdzieś umrzeć.
- Nienawidzisz mnie od momentu, w którym się spotkaliśmy, nic ci nie zrobiłem – odparł z irytacją, ignorując tę ostatnią sugestię. Lestrange spojrzał na niego spode łba, milcząc buntowniczo, ślady łez wciąż znajdowały się na jego policzkach.
Skrzyżował ręce, pokazując, że będzie cierpliwie czekać, opierając się o ścianę obok chłopca, lekceważąc ostrzegającego go poprzez delikatne pieczenie Horkruksa, który owinięty był wokół jego szyi.
Każdego dnia rozmawiał z Marvolo, tak jak obiecał, ale uważał, by unikać dyskusji o czymkolwiek ważnym. Być może to się zmieni – był po prostu zbyt zdenerwowany, by w tym samym czasie próbować radzić sobie z manipulacjami Marvola i Toma.
- Na serio masz zamiar tak tam stać? Ponieważ długo sobie poczekasz, jeśli myślisz, że chcę mieć z tobą cokolwiek wspólnego – warknął Lestrange, w jego oczach wciąż było pełno gniewu, kiedy jeszcze raz zrobił gwałtowny krok w jego kierunku, ale pewność i duma w jego ruchach zniknęły, zastąpione przez bardziej ostrożne krążenie wokół wroga.
Harry przypomniał sobie, że chłopiec był bezbronny, a zresztą i tak nie byłby w stanie pokonać go w walce. Lestrange nie był nawet po części tak dobry jak Tom.
- Nie wyraziłem się jasno? – odparł, unosząc brwi. Lestrange wydawał się walczyć z tym, by zachować spokój.
Harry wiedział, w pewnym stopniu, że sposób jego postępowania był niejako okrutny – gdyby ich role były odwrócone, byłby zażenowany i chciałby zrobić wszystko, by zapobiec temu, aby jego przeciwnik był świadkiem jego walki i słabości.
Harry poczuł jak jego lewe ramię zaczyna lekko piec, podczas gdy medalion na jego szyi brzęczał. Zignorował oba ostrzeżenia, lekkomyślnie bardziej naciskając.
- Wiem, że jesteś zakochany w Tomie – stwierdził cicho, bardzo uważnie obserwując reakcje Lestrange'a. Chłopiec zbladł jak duch.
- J-ja nie wiem…
- Tom mi powiedział – uciął mu, mówiąc prosto z mostu. Lestrange podniósł na niego mroczne, udręczone oczy, ledwie mieszczące całą chęć zadania bólu.
- Nie wiem, do czego zmierzasz – odpowiedział mocno Cygnus – ale nie posiadasz niczego, czego pragnę, tak więc może sobie pójdziesz?
- A co, jeśli powiedziałbym, że mogę sprawić, iż Tom przestanie cię ignorować? – odparł, przyglądając się uważnie swoim paznokciom.
Poczuł jak Lestrange całkowicie zesztywniał, łzy wciąż napływały mu do oczu. Harry zmiażdżył odczuwane współczucie; nie mógł sobie teraz na nie pozwolić. A następnie, ku jego zaskoczeniu, szczęka Lestrange'a zacisnęła się.
- Abym miał spędzić resztę swojego życia jako drugi po tobie? – zadrwił. – Nie. Mam tego dość, dzięki.
Oddech niemal zamarł Harry'emu w gardle, ale uważnie zachował swój spokój, nie będąc do końca pewnym czy to dlatego, że w końcu rozwinął swoje umiejętności do nie ukazywania swoich emocji, czy dlatego, że jego twarz zamarła.
- Drugi po mnie? – zapytał delikatnie. Usta Lestrange'a wykrzywiły się i chłopiec roześmiał się, brzmiąc na trochę szalonego lub histeryzującego.
- Nie zauważyłeś? Wszyscy są zawsze drudzy po tobie, podejrzewam, że twój mający brudną, zdradziecką krew przyjaciel czuje ulgę z powodu tego, że się ciebie pozbył, bo teraz może w końcu wyjść z twojego przytłaczającego cienia.
Lestrange zrobił krok do przodu, jego oczy błyszczały, ręce wystrzeliły do przodu, chwytając jego twarz tak, jak to Tom robił wcześniej, jego paznokcie wbiły mu się do krwi. Harry zacisnął palce na swojej różdżce, z klątwą na języku.
- Dumbledore, Voldemort, Tom… wszystko kręci się wokół ciebie… co jest w tobie takiego specjalnego? – mruknął Cygnus, czuł jego gorący oddech na swojej twarzy.
- Puszczaj mnie, Lestrange – rozkazał bez zawahania czy strachu w głosie. – Jeśli mi pomożesz, to istnieje dość duża szansa, że i tak skończysz mając Toma całego dla siebie, a również Voldemorta. Czy to wystarczająca pokusa?
Poprzez wyraz twarzy Lestrange'a był w stanie powiedzieć, że była wystarczająca, ale te dłonie nie puściły go i to wywołało u niego niepokój.
- Lestrange.
Palce posłusznie opuściły jego twarz i oparł się silnej pokusie cofnięcia się, ani trochę nie będąc pewnym stabilności stojącej przed nim postaci. Jego skóra piekła.
- Czego potrzebujesz?
- Czegoś ze skrytki Lestrange'ów, nie twoja sprawa, co to dokładnie jest, ale mogę zapewnić, że to nie będzie pamiątka rodzinna lub coś w tym stylu – odparł, od razu przechodząc do rzeczy.
Cygnus przyglądał mu się ostro.
- Okej. Zgoda – zgodził się nagle. Oczy Harry'ego zwęziły się podejrzliwie.
- I nie będziesz próbował zabić mnie podczas tej wyprawy, wyrządzić jakiejkolwiek szkody, zamknąć w skarbcu lub oskarżyć o kradzież? – dodał, obserwując jak na twarzy chłopca na chwilę pojawia się błysk rozczarowania. Trochę niepokojące było to, jak bardzo Ślizgon pragnął jego śmierci.
- Tak, tak – warknął Lestrange. – A ty, następnym razem, kiedy zobaczysz się z Tomem, sprawisz, że przestanie mnie on ignorować… i że poświęci mi trochę pozytywnej uwagi, nie… - Palce Lestrange'a zaczęły zginać się szaleńczo i niepokojąco pocierać jego skórę. – Nie negatywnej.
- Umowa stoi – zgodził się ostrożnie Harry, poszukując mentalnie prawdopodobnych luk w umowie, które mogłyby dotyczyć ich obu.
- Umowa stoi. – Lestrange chwycił jego dłoń i magia łagodnie zapulsowała między nimi. Nie było to nic chociażby trochę podobnego do Przysięgi Wieczystej lub Czarodziejskiej, ale było to magiczne potwierdzenie ich negocjacji.
- A co mi dasz za milczenie? Przypuszczam, że nie chcesz, by Tom dowiedział się o twoim planie, gdyż w przeciwnym razie to on zamiast ciebie nawiązywałby ze mną współpracę? – zapytał chyrze Lestrange.
Harry ledwie powstrzymał się przed zaciśnięciem zębów. Znów zerknął na siniaki chłopca.
- Upewnię się, że Zevi, Abraxas, Alphard i Draco nie zaatakują cię ani nie wykastrują. Nie wydają się za bardzo cię lubić, a sama uwaga Toma nie ochroni cię przed ich nienawiścią.
Przerażenie przez zaledwie sekundę zabłysło w otchłaniach źrenic Cygnusa.
- Dobrze – rzucił ostro. Na twarzy Harry'ego niemal pojawił się uśmieszek, ale zamiast tego po prostu skinął głową.
Przez chwilę dłużej przyglądał się oceniająco Lestrange'owi, z lekkim niepokojem i wiedzą, że wciąż nie wiedział, dlaczego chłopiec w ogóle płakał.
Małe kroczki… odwrócił się, by kontynuować swoją wcześniejszą podróż, odrzucając z powrotem różdżkę, nie będąc pewnym, czy jego żołądek był w stanie dłużej znieść obecność tego Ślizgona.
Salazarze… będzie musiał znów tolerować Lestrange'a… cholera. I w jakiś sposób przekonać Toma, by przebaczył Lestrange'owi i go nie torturował… jupi.
To będzie zabawna rozmowa.
- Evans – zawołał za nim chłopiec i zatrzymał się, odwracając głowę. Oczy Lestrange'a były tak ciemne, że niemal stały się czarne. – Mam nadzieję, że on zniszczy cię tak, jak zniszczył mnie.
Harry mimowolnie zacisnął pięści.
- No cóż, jeśli tak będzie – odparł uprzejmie, z lodowatym uśmiechem – to wolę myśleć, że nie będę siedział na korytarzu i nad tym płakał.
Tym razem nie oglądał się za siebie.
John Dawlish biegł szybko przez korytarz Departamentu Aurorów, wpadając do gabinetu swojego szefa.
- Proszę pana… panie Scrimgeour… proszę pana… śmierciożercy… proszę pana… oni…
Silny, przypominający lwa mężczyzna odwrócił się, z gotową różdżką w ręku.
- Och, na boga, mów jasno i zwięźle, człowieku! Co jest?
Dawlish wziął głęboki oddech, nigdy wcześniej w swoim życiu nie czując się tak oszołomionym.
- Proszę pana, oni… cóż, wydaje się, że ich znaki odwróciły się przeciwko nim, oni ściągają się tutaj… wielka ich ilość.
- Co u diabła planuje Czarny Pan? – warknął mężczyzna, przechadzając się po swoim gabinecie. – Prowadź, Dawlish. Gdzie Shacklebolt i Tonks?
- Proszę pana, to nie wszystko – powiedział cicho. – Oni nie wydają się – Śmierciożercy, znaczy się – cóż, oni nie są w stanie tego zrozumieć.
- Przed chwilą powiedziałeś, że sami się nam oddali!
- Ich Mroczne Znaki – powiedział poważnie – ściągają ich tutaj, nie idą tutaj z własnej woli, właściwie to błagają Czarnego Pana o litość. To… są zamieszki w Atrium, proszę pana. Ludzie są przerażeni.
Scrimgeour zacisnął usta.
- Ostrzeżcie Ministra i niech ktoś ściągnie Dumbledore'a. Wszyscy, ruszać się… no już!
Czasami, pomyślał ponuro Dawlish, zastanawiał się, co go opętało, kiedy podejmował pracę w tym departamencie.
Harry poczuł jak przestaje oddychać, kiedy dwie ręce chwyciły go za kołnierz, jak gdyby pojawiając się znikąd, uderzając nim o znajdującą się za nim ścianę. Zesztywniał, po czym zamrugał.
Tom.
Z jakiegoś powodu wyglądał na nieźle wkurzonego.
- Wiesz – powiedział radośnie Harry – powinieneś przestać przyciskać mnie do różnych rzeczy. To nie robi dobrego wrażenia i śmiem twierdzić, że łatwiej byłoby po prostu powiedzieć mi, bym się zatrzymał, kiedy chcesz ze mną pogadać.
- Twoje emocje wariują, co, do cholery,wyprawiasz? – Tom spojrzał ostro na Horkruksa owiniętego wokół jego szyi, jeden z jego palców przebiegł po gorącym złocie. – I to coś napływało do mnie przez ostatnie dziesięć minut.
Napływało? Eksplozje ciepła? O kurwa, zapomniał, że Tom był w stanie wyczuć Medalion i to, co czuł Marvolo.
Pieprzony Marvolo.
- Nic nadzwyczajnego – odparł uspokajająco, zaczynając odrywać palce Toma od swojej koszuli. W odpowiedzi uścisk wzmocnił się, lekko szarpiąc go do góry, sprawiając, że musiał stanąć na palcach.
Już chyba po raz milionowy Harry przeklął fakt, że Tom był wyższy od niego. Chłopiec nie wznosił się nad nim lub coś takiego, ale był jakoś o dobrą głowę wyższy, co sprawiało, że sytuacje takie jak ta były bardzo niewygodne. Dlaczego żaden z jego przyjaciół nie był niższy? Dlaczego sam nie był wyższy? To było bardzo niesprawiedliwe.
- To mnie nie uspokaja – syknął Tom. – Zwyczajny dla ciebie jest sabotaż, kłopoty i masa morderców żądna twojej krwi.
- Dlaczego nagle jesteś tak tym przejęty? – zapytał, kontrolując wszelkie zmiany w swoim głosie. Z powodu swoich negocjacji w imieniu Lestrange'a potrzebował, by Tom był w stosunkowo dobrym nastroju.
- Zapomniałeś, że moje życie jest połączone z twoim, Złoty Chłopcze?
Och. Skrzywił się. Nie sądził, by Tom przyjął fakt, że właściwie… chwilowo… zapomniał o tym, jako dobrą odpowiedź.
Aby być uczciwym, to wszystko z czasem stało się mglistym wspomnieniem.
- Jestem w Hogwarcie, całkowicie bezpieczny – odparł zamiast tego, dzielnie nie myśląc o Kamieniu Filozoficznym, Komnacie, trollu, innych uczniach czy czymkolwiek w tym stylu. – I myślałem, że już to do tej pory zdjąłeś.
- Z Voldemortem zdecydowanym na skrócenie cię o głowę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, o czym świadczy przesłany mi tego ranka podarunek? – zripostował chłodno Tom. – Nie ma mowy. Nasz wspólny los jest prawdopodobnie jedynym powodem, dla którego nie wysłał ci na śniadanie czegoś wybuchowego. Nie chce cię zabić, dopóki to nie zostanie usunięte.
- Nie potrzebuję tego, by twoje życie było powiązane z moim! – zaprotestował Harry, panikując.
To był głupi pomysł, nie wiedział, dlaczego Tom to robił. Co dobrego przyniesie to im obu, jeśli z powodu jakiegoś wypadku obaj skończą martwi?
A co, jeśli przypadkowo potknie się na schodach czy coś takiego? Fuj. Jego życie było zbyt niebezpieczne, by być ściśle powiązane z pomyślnością kogoś innego.
Zwłaszcza pomyślnością kogoś, o kogo się troszczył.
- No nie wiem – odparł chłodno Tom – to może zmusić cię do pomyślenia choćby przez jedną chwilę o tym, jak głupia jest rzecz, w którą się pakujesz.
Harry skrzywił się, milcząc przez moment.
- A jaka część tej rozmowy wiąże się z koniecznością przyszpilania mnie do czegoś?
- Część, w której utrzymuję na sobie twoją uwagę.
- Ponieważ zazwyczaj rozpraszają mnie błyszczące przedmioty, masz na myśli? – odparł zjadliwie. – Puść mnie, to się robi niewygodne.
- Co jest tylko kolejnym powodem, dla którego powinno zostać tak jak jest – wycedził Tom.
Harry przewrócił oczami, po czym nagle nacisk palców Toma zniknął i został mocno popchnięty do tyłu. Otrzepał się, przeszywając Riddle'a spojrzeniem.
- Nagle wpadłeś w spektakularnie podły nastrój – zauważył. – Czyżby twoja zemsta nie szła zgodnie z planem?
- Poszło dobrze – warknął Tom.
Harry uniósł brew w niemym zapytaniu, przechylając głowę, zastanawiając się, czy powinien się martwić, czy może była to jedna z normalnych huśtawek nastroju Toma. Dziedzic Slytherina skrzyżował ramiona.
- Właśnie zostałem zmuszony do znoszenia szalonej blondynki, która przez ostatnie pół godziny dawała mi rady na temat związku.
Usta Harry'ego zadrżały, ale uprzejmie usiłował zdusić w sobie nagłą potrzebę uśmiechnięcia się złośliwie. Tom wysłał mu niezadowolone spojrzenie i nie wytrzymał; roześmiał się.
- Luna – upewnił się – próbowała udzielić ci rad na temat związku? Z kim? Co mówiła?
- Cieszę się, że moje cierpienie tak cię bawi – powiedział spokojnie młody Czarny Pan. Harry walczył z tym, by ponownie opanować swój śmiech, tylko po to, by sprawić, że stał się on jeszcze gorszy. Oczy Toma zaczęły niebezpiecznie błyszczeć. - I było to właściwie o tobie.
Śmiech zatrzymał się.
- Co o mnie? – domagał się, niepewny czy powinien się niepokoić, czy nie.
- Najwyraźniej powinniśmy się pocałować i pozbyć przytłaczającego napięcia seksualnego.
- Nie powiedziała tego! – zaprotestował Harry. – Tom!
- Nie zgadzasz się z jej hipotezą?
- Pieprz się.
- Tak, zalecała również to.
Harry zmrużył oczy, zauważając nagły uśmieszek Toma, drwinę.
- Unikasz tematu, co dokładnie powiedziała?
- A co ty właśnie robisz? – odparł Tom. – Nie myśl, że nie zauważyłem jak zmieniłeś temat tej rozmowy na mnie.
Harry skrzyżował ręce, naśladując zamkniętą postawę Toma. Przez kilka minut przyglądali się sobie.
- Wiesz, kochanie, masz zadrapania na twarzy – powiedział spokojnie Tom.
Dłoń Harry'ego wystrzeliła w górę, w stronę łagodnego pieczenia w miejscu, w którym chwycił go Lestrange. Merlinie. Drań naprawdę przeciął jego skórę! Nie mógł w to uwierzyć. Mógł się założyć, że dureń zrobił to specjalnie tak, aby wszystko mu utrudnić.
- Kot Hermiony mnie nie lubi – usprawiedliwił nonszalancko.
- Kot Hermiony ma paznokcie? – zapytał Tom. – Cóż to za fascynujący okaz kota. Lepiej, byś mi powiedział, jak „kotu Hermiony" udało się tak chwycić twoją twarz, by zostawić na niej zadrapania po paznokciach?
- Zadrapania od paznokci przypominają kocie zadrapania – upierał się Harry. – Wyciągasz pochopne wnioski. Śmiem twierdzić, że znów jesteś zazdrosny.
Tom wysłał w jego kierunku wyzywające, niejasno niedowierzające, spojrzenie.
- Zadrapania od paznokci wyglądają podobnie do kocich zadrapań – powtórzył. – O ile wspominany kot jest McGonagall lub ogólnie nieformalnym kolokwializmem kota, czyli ofensywnym terminem kobiety, która jest uważana za złośliwą lub podstępną.
- No naprawdę, Tom, Minne nie jest taka zła – odparł.
- Harry!
- No co? Nie jest – kontynuował niewinnie Potter. Zaczął spacerować, a depczący mu po piętach Tom jeszcze raz złapał go za ramię.
- Co. Się. Stało? – zażądał od niego Riddle bardzo niskim, groźnym tonem głosu, który sugerował, że skończył z przekomarzaniem się i pogrywaniem.
Smukłe palce błądziły po skórze Harry'ego, znajdując dotykiem blizny.
Nie ruszał się, mając świadomość, że gdyby się poruszył, Tom tylko dostosowałby swój uścisk. Riddle wyglądał na spiętego, poruszonego. To nie pomagało mu w tej całej sprawie z nastrojami, a do tego Lestrange sprecyzował „następnym razem, kiedy zobaczysz się z Tomem" w swojej części umowy.
Oczywiście mógł mruknąć to i spełnić obietnicę, jaką złożył, oszukując ją w ten sposób, ale prawdą było, że naprawdę potrzebował pomocy Lestrange'a raczej szybciej niż później.
- Chcę, abyś, miło, przyjął Lestrange'a z powrotem do swoich Śmierciożerców - stwierdził. – Nie ignorował go dłużej i poświęcił mu pozytywną uwagę.
Tom nie poruszył się, przyglądając się mu.
- To Lestrange ci to zrobił.
To nie było pytanie, to było stwierdzenie i to nie takie szczególnie zadowolone.
- Wiedziałem – niemal syknął Tom, palce ponownie zacisnęły się na jego ramieniu. – Co robiłeś tak blisko niego? Próbował cię zabić, nie wiem czy pamiętasz.
- To dość żywa pamięć – powiedział słodko Harry, nie zwracając uwagi na ostre spojrzenie wysyłane w jego stronę.
- W takim razie - nie licząc bycia tak głupim, jak wydajesz się być zdeterminowanym, by przekonać mnie, że jesteś – dlaczego prosisz mnie o przyjęcie go z powrotem i dlaczego kiedykolwiek miałbym się na to zgodzić?
- Bo cię o to proszę. – Mniej więcej; był otwarty na negocjacje. Tom zmrużył oczy.
- Jaki twój spisek wiąże się z Lestrange'em?
- Czy to koncesja, której się domagasz? – zapytał, nie chcąc grać czysto. – Moja odpowiedź?
- Jak gdybym mógł zapytać się o coś tak błahego, kiedy ta sprawa wydaje się być dla ciebie taka ważna.
- W takim razie co? – rzucił wyzywająco Harry. – Czego chcesz?
Tom przyglądał się mu krytycznie i Harry praktycznie był w stanie zobaczyć tańczące w jego oczach różne odpowiedzi.
- A co, jeśli odmówię rozpoczęcia prowadzenia z tobą negocjacji? – zapytał cicho dziedzic Slytherina, wyzywająco. – Jak wtedy powiedzie się to coś, co obejmuje twój spisek?
Źle. Bardzo źle. Wciąż jednak zachował pozory, wzruszając niedbale ramionami.
- No cóż, skoro nie żądasz żadnych ze swoich zwyczajowych, licznych koncesji… - urwał, wyplątując się z ogólnej Tomosfery, powoli odchodząc korytarzem. Wstrzymał oddech.
- Czekaj.
Zatrzymał się, stosunkowo triumfalnie, ale nie odwrócił. Poczuł, że Tom podszedł do niego od tyłu i okrążył go, stając przed nim, znowu z leniwie założonymi rękoma.
- Przyjmę z powrotem Lestrange'a i okażę mu pozytywną uwagę, na jaką nie zasługuje, pod dwoma warunkami… - zaproponował Riddle.
Nieufność ścisnęła jego brzuch, ale po prostu wskazał Tomowi, by kontynuował.
- Po pierwsze, nie będziesz sam w jego towarzystwie. Nigdy.
Nie było to dobre dla jego planów… ale, na ile sam był u Gringotta? To z całą pewnością sprawiało, że wszystko będzie trudniejsze, ale było możliwe do wykonania.
- A po drugie?
- Pozwolisz mi stworzyć ci horkruksa i będziesz ze mną w związku z nim współpracować.
Kurwa.
