Betowała Himitsu - dziękuję!

Cookies. Alice, myślę, że Harry'emu przydałoby się takie niezłe walnięcie w głowę - może coś by mu się tam z powrotem poprzestawiało tak, jak powinno ;). A tego niewinnego Harry'ego, jak sądzę, pożarł sam Tom - obaj oddziałują na siebie zdecydowanie bardziej, niż są tego świadomi. Rozumiem twój punkt spojrzenia na Rona, gdyż sama mam do niego dużą awersję z powodu przeczytania zbyt wielu opowiadań... ale, mimo wszystko, myślę, że tutaj należy dać mu szanse. Chłopak stara się jak może. I oczywiście, że wybaczam brak komentarza - cieszę się, że w ogóle się on co jakiś czas pojawia :). I, cóż, Hermiona z pewnością pokazała nam ciekawy punkt widzenia na ich relację... Och, no tak, Artur... Artur umarł. Errr... Nie martw się, z pewnością ciekawość nie będzie taka zła, zobaczysz, jak to szybko minie (nie jestem do końca pewna, czy jest to na tyle pocieszające, na ile miałam w zamiarze...). Chociaż muszę przyznać, że również nie potrafię uwierzyć, że to już 131 rozdział... elain679, absolutnie się z tobą zgadzam - teraz tylko pytanie na ile prawdziwy? Myślę, że masz rację, tak, Tom ma z tego powodu przewagę nad Harrym, ale zarazem musi bardzo uważać, gdyż jako psychopata nie do końca może wyczuć... granice, które może przekroczyć. Harry potrafi to zrobić, więc może do mniejszych rzeczy potrafi się posunąć, ale trudno powiedzieć, czy jest to wada, czy zaleta... Veniti, cóż, w takim razie bardzo się cieszę, chociaż mam nadzieję - chociaż bardzo cieszę się, że masz dobry humor - że mimo wszystko sam rozdział również był genialny :). Dokładnie, Voldemort jest Voldemortem - chociaż nie można powiedzieć, że się dobrze nie ustawił ;). Niezły z niego kombinator... neko246, również życzę jak najmilej spędzonych Świąt. I masz rację, Harry tego nie przemyślał - chociaż, z drugiej strony, co Tm może zrobić? Wszystko już ustalone, umowa zawarta... czy Tom może temu jakoś zapobiec? Och, i rozumiem, tak... też podobały mi się te porównania - sama darzę dość dużą sympatią Merlina, a Sherlockiem, chociaż nieco mniej, również się zachwycam :). Himitsu, ja zawszę daję bardzo praktyczne i potrzebne prezenty ;). Chociaż już dzisiaj, przynajmniej u mnie, przyznam, że śnieg stopniał... I tak, wspomniałaś, wspomniałaś, zresztą wcale ci się nie dziwię! A twoje komentarze zawsze są bardzo ciekawe - szczególnie, kiedy dotyczą Toma i Harry'ego. Razem :). To pierwsza rzecz, na którą zwracam uwagę, kiedy dostaję zbetowany rozdział... I wybacz za Merlina. I Artura... Evolution, jejku, aż nie wiem co powiedzieć - cieszę się, że rozdział ci się tak bardzo, tak niesamowicie podobał. I nie przejmuj się tym, że się powtarzasz, mnie to nie przeszkadza, a jedynie utwierdza w tym, że naprawdę tak myślisz :). Ale masz rację, ta rozmowa między nimi była niezwykle intensywna, do tego jeszcze przedstawiona oczami Hermiony, która wszystko jeszcze bardziej ubarwiła. Po prostu, kiedy patrzymy na wszystko oczami Harry'ego lub Toma, to nie zauważamy tego punktu widzenia, gdyż oni tego nie zauważają... Nie przejmuj się też długimi zdaniami - sama mam z nimi wielki, wielki problem... O umowie i jej ewentualnych nieścisłościach nic nie mówię, ba! nie powiem nawet, czy w ogóle będzie ona potrzebna. Wszystkiego się przekonasz... Cieszę się, że podoba ci się odwet, chociaż, jak sama powiedziałaś, Voldemort ma w rękawie jeszcze Gringotta... I tak, widzę, że bardzo podobała ci się rozmowa między chłopakami, cóż, nie potrafię się z tobą nie zgodzić - była świetna. No właśnie, to napięcie między nimi - ta rozmowa była jego kwintesencją i nie wiem, co mogę jeszcze więcej o tym powiedzieć, bo sama powiedziałaś o tym tak wiele i w tak dobrych słowach, że... rozumiesz :). Twoja teoria jest bardzo ciekawa, nie będę zatem nawet próbowała jakoś się jej przeciwstawić - szczególnie, że również mnie się bardzo podoba ;). Na temat ich związku nie będę nic mówiła - powiedzmy, że należy to do interpretacji własnej... Doskonale rozumiem porządki, zakupy, sama przez to wszystko zostałam wciągnięta, zatem nie mam ani trochę za złe twojego powrócenia do nich. Ważne, że rozmowa ci się podobała :). Cieszę się, że opowiadanie jeszcze ci się nie znudziło, że wciąż jesteś jego czytelniczką i, przynajmniej na razie, nie masz zamiaru go opuścić - to wiele, naprawdę wiele dla mnie znaczy. Malwina, nie mam pojęcia, jak Harry to robi i, szczerze powiedziawszy, myślę, że nie do końca o nich pamięta - czasami mu sie tylko jakaś przez umysł przewinie i przywróci rozsądek :). Albo, jak byliśmy świadkiem w poprzednim rozdziale, popchnie do zawarcia kolejnej, jeszcze głupszej umowy... Cieszę się, że pojawił się ktoś, kto rozumie Harry'ego, chociaż sama jestem jedną z tych, którzy by go najchętniej udusili. Ale z pewnością można zrozumieć jego punkt widzenia... Myślę, że tak jak powiedziałaś, obaj byli po prostu za bardzo zafascynowani sobą nawzajem, by zwracać uwagę na cokolwiek innego. I jesteś chyba pierwszą osobą, która nazywa Harry'ego psychopatą - chociaż nie powiem, że to nie jest do końca prawda... Zdanie o Lestrange'u podzielam z tobą całkowicie - jest to chyba jedyna postać, która denerwuje mnie sama w sobie. W całości. Dumbledore się jeszcze pojawi, to mogę obiecać. Również życzę ci miło spędzonych Świąt. virusci, taak, napięcie między Tomem a Harrym jest namacalne nawet poprzez ekran komputera... Co do umowy Harry'ego i reakcji Toma na to, że w ogóle się ona pojawiła - trzeba się zastanowić, czy jest coś, co w ogóle Tom może zrobić? Bo oczywiście, może się niezwykle wściec, tylko... czy cokolwiek tym zyska? Nie mogłabym się nie zgodzić co do tego, że skoro Hermiona mówi, że coś między nimi jest, to jest - w końcu, jak sama powiedziałaś, jest jedną z najbardziej inteligentnych postaci. W każdym razie uważam, że sposób spoglądania na związek Harry'ego i Toma zależy od interpretacji własnej :). A Gringott... mam nadzieję, że ci się spodoba :).

Dziękuję z całego serca na wszystkie komentarze, które pojawiły się nawet mimo tego, że wszyscy zajęci są po uszy przygotowaniami do Świąt. Bardzo przyjemnie mi się je czytało i myślę, że są one jednymi z najlepszych prezentów, jakie mogłabym dostać :).

Chciałabym życzyć wszystkim jak najmilej spędzonych Świąt, odpoczynku i wiecznego uśmiechu na twarzy.


Ulubieniec Losu

Rozdział sto trzydziesty drugi

- Tom… Tomie Riddle! – Zatrzymał się, słysząc ten niemile słyszany krzyk, wypowiadany z nietypową ostrością.

- Panno Lovegood – powitał chłodno, odwracając się. Dziewczyna zatrzymała się naprzeciw niego, jej oczy były szeroko rozszerzone, a twarz miała błagalny wyraz.

- Nie możesz tego zrobić! Nie możesz! – zaprotestowała. Wpatrywał się w nią, nieznacznie zniesmaczony.

- Nie mogę zrobić czego? – dopytywał się. – Co z tobą nie tak? – Lekceważąco potrząsnął głową, odwracając się od niej. Abraxas wysłał dziewczynie oszołomione, nieco pogardliwe spojrzenie, podążając za nim.

- Harry'emu – szepnęła. – Nie możesz zrobić tego Harry'emu. Zabijesz go.

Zatrzymał się, zamierając na kilka sekund, po czym powoli ponownie się odwrócił.

- Idź – poinstruował Malfoya. – Zaraz tam przyjdę.

Abraxas, tak jak powinien, bez słowa skinął głową. Harry skomentowałby to w jakiś sposób, ale chłopiec, niestety, nalegał na to, by spędzić dzień ze swoimi Gryfońskimi przyjaciółmi.

Ugh, nienawidził ich.

Granger przynamniej była chociaż trochę inteligentna, ale rudzielec nie miał w sobie ani krzty błyskotliwości.

- Co wiesz o Harrym? – zażądał niebezpiecznie. Jej niebieskie oczy lśniły, całkowicie ogarnięte łzami.

- Wiem, co planujesz mu zrobić – szepnęła. – I nie możesz tego dokonać, po prostu nie możesz!

I znów ta niesamowita wiedza na temat rzeczy, o których nie powinna i nie mogła wiedzieć.

- Harry ci powiedział? – zapytał, nie będąc w stanie wyobrazić sobie, by były Gryfon mógł to zrobić. A do tego obaj lubili swoją prywatność i…

- Nie. – Uśmiechnęła się do niego krótko, zbyt poważnie. – Oczywiście, że nie. Ja po prostu… wiem.

- Skąd?

- Ja mam swoje sposoby, ty masz swoje. – Machnęła ręką, jak gdyby odrzucała na bok tę całą sprawę jako nieistotną. – Musisz obiecać mi, że nie zmusisz go do stworzenia jednego.

Zesztywniał. Czym innym było czynienie aluzji co do jego osobistych planów, a czym innym usłyszenie bardziej bezpośredniego nawiązania do horkruksów z ust dziwacznej, młodej Krukonki.

- Niczego takiego nie będę obiecywał, poza tym to nie twoja sprawa. Życzę miłego dnia, panno Lovegood.

Jej ręka wystrzeliła, kiedy jeszcze raz się odwrócił, chwytając go za ramię z zaskakującą, jak na kogoś pozornie tak delikatnego i filigranowego, siłą.

- Proszę – błagała go. – Nie będzie taki sam… to go zniszczy, musisz to wiedzieć…

- Masz jakąś obsesję na punkcie ingerowania w moją relację z Harrym? – syknął. Zamrugała zdziwiona, poważna i tak bardzo denerwująca.

- Harry jest moim przyjacielem, nie chcę, by stała mu się krzywda – odparła z upartą nutką w głosie, jej broda buntowniczo wysunęła się do przodu, po czym złagodniała. – Troszczysz się o niego, wiem o tym, powiedziałam ci, byś go nie złamał i wtedy ty…

- On jest silny, nie stawiam go przed niczym, z czym nie mógłby sobie poradzić. Do cholery, dziewczyno, nie jestem głupi!

- W takim razie przestań zachowywać się jak głupiec – warknęła, jej frustracja dziwnie kontrastowała z lekkością jej głosu. – Przestań przeczyć temu, jak bardzo go to rani, to jasne jak słońce – przecież musisz widzieć to w jego oczach? Nienawidzi tego, a kiedy to się stanie, wyrzuty sumienia pożrą go od środka i nie będziesz w stanie zrobić niczego, by go naprawić!

- Skoro tak dobrze znasz moje plany, to musisz wiedzieć, że to nie podlega dyskusji, tak więc przestań marnować mój czas – warknął. – Puść mnie albo osobiście pozbawię cię rąk.

Jej ręce opadły i, spoglądając na nią ostro i bez wyrazu, odwrócił się gwałtownie, ruszając w głąb korytarza, tylko po to, by zatrzymać się na sekundę, kiedy za nim zawołała:

- Boisz się, że umrze, że cię zostawi… ale zmuszenie go do zrobienia tego odsunie go od ciebie…

- Nie zmuszam go do zrobienia niczego, na co by się nie zgodził…

- A ja jestem pewna, że miał niesamowicie duży wybór w tej sprawie – powiedziała matowym głosem. – Naciskanie na kogoś tak, by na coś przystał to nie jest to samo, co własnowolne zgodzenie się na coś i ty dobrze o tym wiesz!

- Och, tak, wiem – wycedził. – Po prostu mnie to nie obchodzi. To dla jego własnego dobra.

Wpatrywała się w niego, po czym podbiegła do niego, wciąż robiąc to w rytmicznych podskokach.

- Musi być inne wyjście – szepnęła, zdesperowana.

- Nie ma innego wyjścia, zostaw mnie. Mam lepsze rzeczy do roboty niż spełniać nagłą zachciankę małej dziewczynki, która zapragnęła stać się bohaterką.

- Pan Śmierci może zapobiec jego śmierci – powiedziała cicho. Przyglądał jej się zimno, uważnie panując nad swoim wyrazem twarzy.

- Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?

- Bo Harry jest kochany, miły i szlachetny, i zasługuje na coś lepszego niż zbezczeszczenie jego tak pięknej i czystej duszy, zwłaszcza przez kogoś, kto powinien być jego przyjacielem. Ja… on nie będzie taki sam i w pewnym stopniu jesteś tego świadom. Będziesz żałował tej decyzji przez resztę swojego życia.

- Mam za mało czasu, by wytropić Insygnia – oparł, nieco mniej kąśliwie niż wcześniej. – Może później.

Po tym, jak zrobi Harry'emu horkruksa.

- Jeśli pozbawisz go jej na zbyt długo, nie pozostanie w nim na tyle z niego, by mógł ją odzyskać, a również ty nie będziesz w stanie cofnąć tej tragedii.

Zmrużył oczy, próbując zgnieść wątpliwości, które bezlitośnie nie chciały go opuścić. Nie miałby tych wątpliwości, gdyby chodziło o kogokolwiek innego niż Harry'ego, ale z drugiej strony, gdyby był to ktokolwiek inny, nigdy nie zaproponowałby mu nieśmiertelności.

- Po prostu o tym pomyśl – szepnęła. – Przez wzgląd na niego.

A następnie odeszła.


Harry spojrzał lodowato na Lestrange'a, nie zawracając sobie głowy tym, by odezwać się choćby słowem. To był biznes.

- Wiesz – powiedział irytujący mężczyzna, nie do końca napotykając jego spojrzenie – nie ustąpiłeś w niczym, by powstrzymać mnie od powiedzenia o wszystkim Tomowi. Zatrzymałby cię, prawda? To by właściwie nie była moja wina…

- Znasz naszą umowę? – Harry uśmiechnął się lodowato. – Nie ma daty ważności, prawda? Mógłbym sprawić, że w ciągu tygodnia znów zostałbyś porzucony, skoro już doświadczyłeś tak częstej, pozytywnej uwagi.

Lestrange spojrzał na niego ze strachem.

- Dobra, chodźmy w takim razie. A czego tak w ogóle szukasz?

- Niczego, co byłoby twoją sprawą – odpowiedział natychmiast. Ostrożnie rozglądał się, upewniając się, że wokół nich znajdowali się ludzie… zresztą i tak przebywanie z kimś sam na sam było kwestią perspektywy… prawda? Był psychicznie połączony z Tomem i Voldemortem, zatem, technicznie, nigdy nie był sam.

- Tak więc, w takim razie, będziemy po prostu szli w milczeniu?

Harry nie zawracał sobie głowy tym, by mu odpowiedzieć. Nie chciał rozmawiać z Lestrange'em.

Wkrótce przybyli na Ulicę Pokątną, wcześniej wzywając Błędnego Rycerza na peryferiach szkoły. Znajome uliczki sprawiły, że się nieco rozluźnił, chociaż nie jakoś bardzo.

Zamierzał, w pewnym sensie, włamać się do Gringotta. To było onieśmielające.

Ani odrobinę nie ufał też drugiemu chłopcu.

- Wiesz… - zaczął znowu dwulicowiec, jak gdyby nie był w stanie milczeć.

- Pewnie tak – przerwał mu. Lestrange zacisnął szczękę.

- Znudzi się tobą, w końcu nudzi się wszystkimi. Wysysa z ciebie wszystko i atakuje, dopóki znajdzie wszystkie najciemniejsze twoje zakamarki, a następnie cię wyrzuca, bo nie jesteś już taki nowy i błyszczący. Tak właśnie robi. Jest dobry jedynie tak długo, jak jesteś dla niego użyteczny bądź interesujący.

- Naprawdę jesteś wart uwagi, Cygnusie – westchnął Harry. – Ale tą wartą uwagi rzeczą w tobie jest to, jak potrafisz w jakiś sposób zaprezentować wszystkim swoją własną sytuację w taki sposób, jakby ich życia były tak samo żałosne i nędzne co twoje. Lepiej powiedz mi, gdzie nauczyłeś się jak być tak niewiarygodnie odrażającym?

- Pewnego dnia sprawię, że pożałujesz obelg, jakimi we mnie rzucasz – warknął Lestrange, wykręcając twarz ze swojego zaledwie sekundowego zmieszania. – Jesteś niezmiernym szczęściarzem, że Tom cię teraz pilnuje, nie żebyś na to zasługiwał, ale wspomnisz moje słowa, kiedy się z tobą upora, będę na to czekać.

- W takim razie długo sobie poczekasz. – Dosłownie. Wiecznie. Horkruksy. Stłumił dreszcz i wzdrygnięcie, jego żołądek ścisnęły nudności.

- Brzydzę się tobą.

- To uczucie jest całkowicie odwzajemnione, tak więc przestań torturować mnie swoim głosem, wcześniejsza cisza była o wiele lepsza – odpowiedział chłodno. Lestrange wrzał ze wściekłości.

- Nie rozumiem co on w tobie widzi.

Harry poczuł, że jego temperament szybko wzrasta niebezpiecznie blisko do miejsca, w którym wybuchnie.

- Nie wiem – odparł niedbale. – Może dowcipne rozmowy, mój urokliwy wygląd, fakt, że – w przeciwieństwie do ciebie – nie jestem lizusowatym, potrzebującym małym dupkiem.

- Nie jesteś lizusowaty? No proszę, kleisz się do niego jak jakaś tania dziwka! Jesteś arogancki, bezczelny…

- W przeciwieństwie do odrzuconego popychadła?

Oczy Lestrange'a zamknęły się na chwilę. Harry poczuł ogarniającą go mściwą skłonność do okrucieństwa, podsycaną przez wściekłość i ból.

- Och, no nie, chyba nie będziesz znowu płakać, co?

- Zamknij się, Evans. – Głos Lestrange'a był pełen wściekłości, ale ograniczony, mniejszy. – Miejmy to już za sobą.

W końcu opcja, na którą mogli się zgodzić.


Hermiona zatrzymała się na widok Toma Riddle'a.

Niechciany rumieniec pojawił się na jej skórze z powodu czystej intymności, jaką zaledwie dwa dni wcześniej widziała u teraz tak bardzo spokojnej postaci. Dziwnie było stanąć z nim po tym twarzą w twarz, czuła się, jakby wtargnęła w coś tak prywatnego i osobistego, że czuła się nieswojo z powodu tego, iż to widziała.

Doszła do wniosku, że obserwowanie Harry'ego i Toma na tak intensywnym, kolidującym poziomie było jak przyglądanie się supernowej – zbyt jasne, by być tego świadkiem przez długi czas, niezwykle niebezpieczne w swoim tworzącym pęcherze cieple i silne, piękne oraz fascynujące, było czymś, co jeśli napotkasz na swojej drodze, spali cię i zniszczy bez żadnych wyrzutów sumienia.

Widziała się z Harrym tego ranka i chociaż żaden z nich nie zdobył się na odwagę, by przyznać się do swojego podsłuchiwania, to było to trochę niezręczne.

Chodziło o to, że prosił ich, by go kryli – najwyraźniej miał coś, co musiał zrobić, najlepiej bez wiedzy Toma.

Jako, że oboje wciąż byli podenerwowani, zgodzili się, kiedy obiecał, że po powrocie zda im relację i że nie było to strasznie niebezpieczne.

Cały problem był w tym, że wzrok Riddle'a kierował się w ich kierunku, najprawdopodobniej szukając Harry'ego, nawet jeśli podobno był to jego „Gryfoński dzień".

Harry'ego, oczywiście, z nimi nie było.

Dziedzic Slytherina podszedł do nich, jego twarz nie miała wyrazu, ale przypatrywał się im oceniająco z mrocznym błyskiem w oczach.

- Gdzie Harry? – zapytał, nawet nie zadając sobie trudu, by się przywitać.

Podejrzewała, że jedynym powodem, dla którego w ogóle umieszczeni byli na jego skali świadomości w jakikolwiek znaczący sposób był fakt, że byli najlepszymi przyjaciółmi Harry'ego.

Wymieniła z Ronem spojrzenia, starając się nie okazać swojej paniki.

- Jedynie poszedł po coś do Wieży Gryffindoru – powiedział Ron, uśmiechając się.

- Jego rzeczy są w Slytherinie – oparł Riddle, mroczny błysk stawał się coraz bardziej widoczny.

- Nie, większość z nich tam jest – nie zgodził się Ron. – Zostawił u nas kilka rzeczy.

Była mile zaskoczona, jakkolwiek okropnie to brzmiało, że tak dobrze udało mu się kłamać w twarz bardzo krytycznie przyglądającemu się im Riddle'owi i dawać mu wiarygodne odpowiedzi.

Bardzo łatwo było zamrozić się pod wpływem badawczego spojrzenia młodego Czarnego Pana, tak jak mysz złapana przez kota.

- I on tak rozpaczliwie potrzebował tej „rzeczy"? – zapytał Tom.

- Tak przypuszczam, chociaż może po prostu chciał skorzystać z możliwości odwiedzenia Wieży, spędził w niej cztery lata. Nie pytałam, bo, w przeciwieństwie do jego zazdrosnego chłopaka, nie śledzę obsesyjnie każdego jego działania – odpowiedziała cierpko Hermiona.

Jego uwaga zwróciła się na nią, jego brwi podniosły się lekko. Niemal zbladła, kiedy zdała sobie sprawę z tego, co przed chwilą insynuowała na temat jego zachowania, ale zebrała swoją odwagę i nie pozwoliła sobie na cofnięcie się.

To była prawda. Brzmiał na zazdrosnego i mającego obsesję.

- To brzmi rozsądnie – oświadczył spokojnie. Niemal odetchnęła z ulgą. – A teraz, jaka jest prawda?

Cholera. Skrzyżował ramiona, jego magia trzaskała.

- Jestem w stanie stwierdzić, kiedy ludzie mnie okłamują, tak więc radzę nie próbować ponownie. Gdzie. Jest. Harry?

- Nie mam pojęcia – odpowiedziała szczerze. Zmrużył oczy i przyglądał się im krytycznie.

- Poprosił, byście go kryli, prawdopodobnie zapewniając, że nie zamierza zrobić niczego głupiego. Informacja dla jego rzekomych najlepszych przyjaciół, Harry kłamie, zwłaszcza, kiedy zamierza zrobić coś głupiego. Czy powiedział wam może, gdzie się wybiera?

Hermiona z zaniepokojeniem zauważyła zestresowaną nutkę, która pojawiła się w jego zazwyczaj neutralnym tonie.

Zastanawiała się, czy nie skłamać ponownie, boleśnie świadoma śmiertelnego blasku ukrytego za jego maskami.

Chłopiec stojący przed nią mógł wyglądać na przystojnego, wzorowego ucznia… ale był zabójczy. Był nastoletnim Czarnym Panem.

- Nie powiedział – powiedziała cicho, ignorując oburzone spojrzenie Rona. – Nie jest naprawdę w tarapatach, prawda? Nie mógł…

- To Harry – odparł Tom. – Mógł. Salazarze, kiedy go ostatnio widzieliście? – zażądał groźnie.

- Tego ranka.

- Hermiono! – warknął Ron. Tom odwrócił się do jej chłopaka.

- Twój najlepszy przyjaciel ma zwyczaj pakowania się w kłopoty, gdy jest sam przez pięć minut, co ty… Lestrange. – Riddle przerwał gwałtownie, z zamyśleniem przechylając głowę, jego twarz zamarzła, całkowicie lekceważąc Rona.

Syknął coś i jakimś cudem była przekonana, że przeklina pod nosem.

Odwrócił się, zwracając do swojego Ślizgońskiego gangu, który podążał za swoim Lordem, z szacunku pozostając cicho.

- Czy ktokolwiek widział Lestrange'a?

Ślizgoni milczeli.

- Widziałem go tego popołudnia – zaproponował po chwili Prince. – Na lunchu.

Riddle znów ostro na nich spojrzał.

- Ostatnio widzieliśmy Harry'ego na lunchu – odparła, odpowiadając na niewypowiedziane pytanie. Ron wyglądał, jakby chciał wyrwać sobie włosy.

- Harry zaufał nam, Hermiono! Dlaczego z nim rozmawiasz? – wyszeptał ostro. Szczęka Riddle'a zacisnęła się.

- Harry zaufał wam w czym? – Nie patrzył na Rona, jego uwaga skupiła się wyłącznie na niej i, Merlinie, to było tak przytłaczające i nigdy nie myślała, że tak łatwo można ją zastraszyć.

- Poprosił nas, byśmy go kryli – stwierdziła, ignorując gniewny pomruk Rona.

- Przypuszczam, że przede mną, biorąc pod uwagę wasz raczej spanikowany wyraz twarzy, kiedy do was podszedłem – powiedział Tom, wydając się mówić bardziej do samego siebie niż do nich.

Naprawdę, on tylko rzucał im pomysły, by spojrzeć na wszystko z innej perspektywy i zbierał dowody. Powinna być prawdopodobnie bardziej ofensywna, ale obserwowanie tego jak pracował jego umysł było dość fascynujące.

- Co oznacza, że robi coś, o czym albo nie chce, abym się dowiedział, ponieważ bym się na to nie zgodził, albo o czym nie mogę się dowiedzieć. W takim razie prawdopodobnie jego plan… czuje presję z powodu naszego bliskiego końca czasu.

Hermiona prawie zapytała, czym dokładnie był ten plan i koniec czasu, chociaż czuła, że naprawdę nie chce wiedzieć. Harry im powie.

- Lestrange jest z tym powiązany… potrzebował do czegoś Lestrange'a, zawiązał jakąś umowę… co takiego ma Lestrange, czego potrzebuje Harry?

- Nic – mruknął Alphard, ale było to bardzo ciche, nieśmiałe, pomimo szorstkości jego tonu. Riddle zignorował ten komentarz, ale Black skulił się z powodu jego przygaszonego wyrazu twarzy.

Hermiona myślała.

Nie moc. Harry, pod każdym względem, miał większe wpływy niż Lestrange, a również większy talent magiczny. To musiało być coś, co Harry dostać mógł jedynie od Lestrange'a, ponieważ w przeciwnym razie Harry nie pracowałby z nim, bardziej niż oczywiste było to, że ta dwójka nie pałała do siebie miłością.

Co Harry mógł dostać jedynie od Lestrange'a?

Mówił o szukaniu magicznych przedmiotów… bezpiecznym miejscu na przetrzymywanie magicznych przedmiotów.

Spojrzała na Rona i coś w jego wyrazie twarzy mówiło jej, że już to rozpracował, ale milczał uparcie. Prawdopodobnie nie powinna czuć się tak poruszona z powodu tego, że rozpracował to przed nią… jedyne rzeczy, w których przewyższał ją wiedzą, zazwyczaj były rzeczami związanymi z samym Czarodziejskim Światem… och.

- Gringott. – Słowa wypowiedziane zostały, zanim zostały jeszcze w pełni ukształtowane, a Tom jednocześnie wypowiedział to samo spostrzeżenie. W pewnym stopniu poczuła w głębi siebie zadowolenie, pomimo swojego zmartwienia. Usta Rona wykrzywiły się. Tom zignorował ich bez żadnego komentarza, kierując się w stronę holu wejściowego, a jej chłopak pospieszył za nim.

- Czy kiedykolwiek rozważałeś to, że być może on nie chce, byś tam był? – zażądał gniewnie Ron, zaczerwieniony, wchodząc Riddle'owi w drogę. – Nigdy nie dajesz mu ani trochę miejsca.

Podejrzewała, że on nagle przypomniał sobie, jak mało miejsca mogło między nimi być i naprawdę musiała przestać nad tym rozmyślać. Riddle uniósł brwi.

- Rozważałem – powiedział spokojnie. – A następnie natychmiast to odrzuciłem, bo nie toleruję ograniczeń. Przesuń się.

- Bo co? – rzucił wyzywająco Ron.

- Bo urwę ci jaja – warknął Malfoy, wraz z resztą Ślizgonów wyciągając różdżkę. – Na Salazara, Weasley, twój najlepszy przyjaciel jest podatny na wpadanie w kłopoty, a ty myślisz, że teraz jest dobry czas na to, by zachowywać się jak uparty idiota? Cóż, przypuszczam, że tym ostatnim zawsze jesteś, ale pierwsza część nie jest pochlebczym, gratisowym dodatkiem.

- To się nazywa lojalność…

- To się nazywa inteligencja – przerwał mu Zevi, mrużąc oczy.

Przez chwilę Hermiona bała się, że to przerodzi się w bijatykę, ale wtedy nadbiegł Lestrange, biały na twarzy.

Riddle nie myśląc ani sekundy odepchnął Rona na bok, podchodząc do drugiego chłopca, z różdżką niemal natychmiast przesuwającą się pod jego brodę, z ręką na kołnierzu, przyduszając go.

- Gdzie Harry? Co się stało?


Harry zamyślił się, z powrotem znajdując się w wózku, z ulgą stwierdzając, że Lestrange nie próbował zamknąć go w skrytce lub sprawić, że zostanie złapany jako złodziej czy coś w tym stylu.

Wszystko poszło gładko. Wsunął horkruksa – puchar Huffelpuff i nie mógł się zdecydować czy to dobrze, czy źle, że zdobył właśnie ten, bo teraz pozostały mu do znalezienia dwa nieznane – do mocno obłożonej zaklęciami torby.

Tak na wszelki wypadek sprawił, że tylko on był tym, który mógł ją otworzyć. Lestrange zerkał na niego podejrzliwie, wyglądając, jakby bardzo miał ochotę to skomentować.

Na szczęście dotrzymanie przez chłopca złożonej obietnicy odwiodło go od spełnieniem tego pragnienia.

Był wdzięczny, że poszło dobrze, że to było tylko przeczucie… uśmiech wykrzywił ponuro jego usta.

Powinien wiedzieć, że to było zbyt piękne, by było prawdziwe.

Kiedy tylko znowu wyszedł na Pokątną, wokół niego rozległo się kilka trzasków. Śmierciożercy.

Jedynie instynktownie uniknął zaklęcia ogłuszającego, które Lestrange rzucił na niego z niewielkiej odległości, tym samym ruchem eliminując kilku swoich przeciwników, ostro szarpiąc swoją różdżką.

Pieprzony Lestrange!

Niewiarygodny ból przeszył jego bliznę i rozległo się kilka kolejnych trzasków aportacyjnych.

A następnie pojedynkował się zaciekle z Voldemortem.

Byłoby dobrze, gdyby pojedynkował się tylko z Voldemortem, ale również wszystkie inne zamaskowane postaci rzucały w niego zaklęciami.

Pojedynkował się z Voldemortem i jednocześnie jego Wewnętrznym Kręgiem.

Oczywiście, że przegrał, nie był supermanem!

Nie powstrzymało to rozgoryczenia i wstydu, które wkradły się do jego umysłu, kiedy świat wokół niego stał się czarny, łagodzonych tylko przez satysfakcję z powodu tego, że wraz z nim klęskę poniosła połowa jego wrogów.

Nic więcej nie wiedział.