Błędy w rozdziale poprawiała Himitsu.
Mam nadzieję, że Święta minęły wam w miłej i przyjaznej atmosferze, której nie zepsuł nawet znajdujący się za oknem śnieg. Dziękuję również wszystkim, którzy pomimo właśnie Świąt znaleźli chwilkę czasu na to, aby skomentować.
neko246, myślę, że Ron i Hermiona są teraz w bardzo trudnej sytuacji. Chcą całym sercem pomóc Harry'emu, ale zarazem widzą, że najlepszym, co może dla niego być, to pozostanie z Tomem, gdyż przy nim właśnie jest on najbardziej szczęśliwy. To powoduje, że nie chcą zbytnio wtrącać się w jego życie, ale zarazem... tęsknią za nim. A Luna - Luna jest wspaniała i, tak jak powiedziałaś, po prostu działa :). elain679, przepraszam i cicho napomnę, że pamiętam, jak sama czytałam poprzedni rozdział - wtedy jeszcze, tak jak wy, czekałam na kolejny, gdyż całe opowiadanie nie było jeszcze skończone. Och, co to były za emocje! :) Cieszę się, że polubiłaś postać Luny, bo z pewnością jest ona wspaniała - przynajmniej tutaj. Veniti, tak jak powiedziałam elain, pamiętam, kiedy jeszcze ten fick był dopiero publikowany w języku angielskim, z jaką niecierpliwością czekałam po właśnie poprzednim rozdziale na kolejny. I to powoduje, że czuję lekkie wyrzuty sumienia... Co do spojrzenia na Hermionę i Rona, to całkowicie je podzielam - szczególnie Ron był taki uroczo-głupi :). Dziękuję za piękne życzenia, mam nadzieję, że się spełnią :). Evolution, och, absolutnie podziwiam twój zapał w kuchni - ja niestety wykazuję w niej dość destrukcyjne właściwości, a przede mną jeszcze dzisiaj gotowanie... W każdym razie, cieszę się, że postanowiłaś napisać komentarz, bo bardzo, bardzo przyjemnie mnie się go czytało. Co do Hermiony, to tak, istnieje kilka opowiadań, które nie przedstawia jej zbyt pozytywnie, aczkolwiek tutaj jak najbardziej jest ona ciepłą postacią. I mówisz, że utożsamiasz się z Hermioną? Wiesz, to bardzo miłe :). Mi, przyznam szczerze, trudno wybrać postać, która pasowałaby do mojego usposobienia... A co do Rona, który wiedział wszystko przed wszystkimi, ten zabieg akurat bardzo mi się spodobał, bo zawsze wszyscy uważają go za bezmyślnego Gryfna - a on przecież wcale nie jest głupi! Trochę nieczuły, bezpośredni, zakompleksiony i przesądny, ale wcale nie taki głupi - pamiętajmy, że jest świetnym szachistą. Potrafi kombinować. Absolutnie nie jest tutaj pokazany na mądrzejszego od Toma, po prostu zwrócona została uwaga, że też ma swoje dobre cechy. A o tym, co się stanie - czy będą wyrzuty sumienia, zabijający Voldemorta Tom, odchodzący od horkruksów Tom - nic nie powiem, wszystkiego się niedługo sama przekonasz. Dziękuję za tak przepiękne życzenia. Himitsu, powiem ci, że już nie mogę się doczekać :). A o śniegu, proszę, nawet już mi nie mów, bo najchętniej zakopałabym się gdzieś pod ziemią i niby świstak zapadła w sen zimowy (wiosenny?)... Loonka, dziękuję za wypowiedzenie swojego zdania, głos został zapisany i z pewnością zostanie wzięty pod uwagę :).
Poniższy rozdział należy do moich ulubionych, ciekawa więc jestem, jak sami go odbierzecie.
Miłego czytania!
Ulubieniec Losu
Rozdział sto trzydziesty trzeci
Harry obudził się, natychmiast stając się całkowicie świadomym swojej sytuacji.
O cholera.
Ręce i nogi Harry'ego były jak z ołowiu i chłopak szarpnął eksperymentalnie swoimi ramionami. Związane. Za jego plecami. Lodowaty metal wbijał się w jego nadgarstki.
Fantastycznie.
Zamrugał, próbując usunąć czarne plamy sprzed swoich oczu, przekręcając głowę, trzaskając przy tym swoimi sztywnymi stawami. Medalion wciąż znajdował się na jego szyi. To była jedna dobra rzecz.
Puchar… wciąż w jego wewnętrznej kieszeni, czuł jak przyciska się do jego serca.
W ustach czuł smak krwi. Chłód pod sobą. Był już w wielu gównianych sytuacjach, gdyby tak nie było, był pewny, że panikowałby o wiele bardziej. Bał się – był przerażony – oczywiście, i chciał udusić Lestrange'a, sprawić, że sukinsyn udławiłby się własną krwią, ale poza tym… wziął głęboki, uspakajający oddech.
Nie był to idealny czas na to, aby stracić głowę… dosłownie lub w przenośni.
- Obudziłeś się, jak widzę – wycedził głos. Kobiecy. Innego Lestrange'a… przynajmniej ten był wcześniej Blackiem. Bellatrix. Jego niepokój zwiększył się.
- Świetne umiejętności dedukcyjne – zauważył po pierwszej nieudanej próbie odezwania się. Zaschło mu w gardle. Czuł się, jakby jego usta wypełnione były watą. Ugh. – Ja bym założył, że większość ludzi śpi z otwartymi oczami… Gdzie twój pan? Nie jest częścią komitetu powitalnego? Czuję się dotknięty.
Roześmiała się z zachwytem, szaleńczo.
- Jesteś dość wygadany, co nie, Harry?
- To jeden z moich wielu talentów – odparł powściągliwie. – Więc, co z tym występem? Voldemort przypisał cię jako mojego strażnika, bo miał dość patrzenia na twoją twarz?
Jej oczy zabłysły maniakalnie i wstała z krzesła, na którym siedziała, a które znajdowało się w rogu czegoś, co przypominało loch, krocząc dumnie w jego stronę, nadymając policzki.
- No wiesz, naprawdę, to nie jest sposób w jaki młody mężczyzna powinien traktować damę, twoi rodzice powinni lepiej cię tego nauczyć… Och, czekaj… Mniejsza z tym. Chyba zamiast tego sama będę musiała ci to pokazać, nie uważasz? Hmm? – Końcówka jej różdżki pogłaskała brzeg jego twarzy. Cofnąłby się, gdyby jego duma lub więzy mu na to pozwoliły. – Nie uważasz, że jestem piękna?
Przyjrzał się jej obojętnie, robiąc wszystko, by nie ukazać jak przerażony naprawę był. Mogła być kiedyś piękna, mrocznie oszałamiająca… ale teraz… Azkaban ją oszpecił.
- Nie sądzę, aby dementorzy prowadzili dobry salon kosmetyczny – odpowiedział nieco dyplomatycznie. To balansowało między straszliwą zniewagą jej zniszczonego wyglądu i zarazem sugerowało, że mogła być kiedyś piękna. Spojrzała na niego z zamyśleniem.
- Malutki z ciebie Ślizgonik, nieprawdaż, kochanie?
- Nie mów do mnie „kochanie" – słowa automatycznie wymknęły się z jego ust.
- Oj, jesteś po prostu czarujący – jazgotała. Zacisnął zęby, zmuszając się do zachowania spokoju. Teraz suka nazywała go czarującym, co było cholernie surrealistyczne! Zostając złapanym przez Voldemorta oczekiwał raczej na o wiele więcej tortur. – I także dość przystojny… Jestem pewna, że wiele młodych dziewczyn zazdrościłaby mi tego, że mam przed sobą wielkiego bohatera zakutego w kajdanki.
Pocałowała jego głowę z drwiącym „mwaa".
Wzdrygnął się mimowolnie, czerwieniejąc sugestywnie, zakłopotany. Tortury zaczynały być zaskakująco ciekawą alternatywą. Uśmiechnęła się złośliwie, widząc jego zdezorientowaną, speszoną reakcję.
- Nie masz przypadkiem męża? Gdzie on jest? – zapytał nagle Harry, starając się zarówno zmienić temat, jak i uzyskać więcej informacji.
Gdzie był Voldemort? Jakkolwiek dziwnie to brzmiało, oczekiwał, że drań już tu będzie. Ta cała sytuacja sprawiała, że robił się nerwowy. Bardziej nerwowy niż przez fakt, że został złapany przez swoich największych wrogów.
- Ach, no tak, twoje zainteresowanie skierowane jest na przeciwną stronę, zapomniałam… - oświadczyła, kręcąc głową z udawanym rozczarowaniem. – Byłeś w ministerstwie ze swoim przepysznie wyglądającym chłopakiem… Tomem, prawda?
- Biorąc pod uwagę, że mam szesnaście lat, a ty mogłabyś być moją matką – choć, na szczęście, nią nie jesteś – zainteresowanie, które mi ukazujesz jest wysoko niepokojące – odpowiedział stanowczo. Ponownie roześmiała się, szaleńczo.
- Nie chcesz rozmawiać ze mną o Tomie?
Nie, nieszczególnie chciał o nim rozmawiać, zwłaszcza z nią. Przyglądał jej się chłodno.
- Co zamierzasz ze mną zrobić? – dopytywał się, kiedy jej śmiech się zatrzymał. – Będę tu na zawsze trzymany jako więzień?
- Nie, niestety nie wolno mi cię przetrzymywać – gaworzyła z przesadnym zasmuceniem na twarzy. – Czekamy.
- Na co? – zapytał, jego niepokój wzrastał.
- Toma, oczywiście – zabrzmiał inny głos. Voldemorta.
Czarny Pan wszedł z dumą, szaty powiewały za nim, a duży wąż opleciony był wokół jego ramion. Ten wąż. Było coś w tym wężu. Mógł go wyczuć, a oczy tego stworzenia utkwione były w nim.
Bellatrix natychmiast cofnęła się od niego, zginając się do ukłonu. Było coś szokującego w obserwowaniu tej czarownicy usuwającej się z taką uległością, tak wyraźną jak to, że jej nie lubił.
Zwrócił swoją uwagę na Voldemorta, zauważając, że różdżka, którą bawił się mężczyzna, była jego własną. To było szyderstwo. Stwierdzenie, które miało mu przypomnieć, jak bardzo naprawdę był teraz bezbronny. Przełknął ślinę, bezgłośnie, nie mogąc powstrzymać napięcia swoich mięśni.
- Crucio.
Klątwa uderzyła w niego bez wyraźnego powodu (ale czy kiedykolwiek był jakiś logiczny powód?) i wykręcił się, pożerany przez nią. Nie wiedział, jak długo to trwało.
Mógł na zawsze zostać zamknięty w tak małym pomieszczeniu? To brzmiało jak wieczność. Tortury skończyły się w momencie, w którym myślał, że nie będzie już w stanie dłużej wytrzymać i opadł, drżąc i dysząc, nie bacząc na to, jak spokojnego chciał udawać.
Podniósł oczy, wyzywająco spoglądając w te szkarłatne. Sukinsyn. Voldemort torturował go jego ostrokrzewem i piórem feniksa… jakim cudem to było w ogóle możliwe? To było popieprzone.
Miał szczerą nadzieję, że różdżka nie zmieniła swojego pana. Wtedy zdał sobie sprawę, że nie mogło tak być, bo, o ile Voldemort nie był dla niego łagodniejszy, to tortury nie były tak bolesne jak pamiętał. A pamiętał bardzo dokładnie.
Wciąż były okropne, ale biorąc pod uwagę jak wiele bólu może wywołać Czarny Pan… Bellatrix obserwowała to gorliwie, bez współczucia czy miłosierdzia lub litości w swoich oczach, które wypełnione były jedynie podnieceniem i chorą przyjemnością. Psychopatka. Musiała nią być.
Zatem był związany w pokoju z nie jednym, a dwoma psychopatami… po prostu świetnie. Przypuszczał, że już wcześniej znajdował się w takiej sytuacji, z Marvolo i Tomem, ale to było nieporównywalnie gorsze, bo Tom nie chciał, pomimo tego, jak mogłoby się czasem wydawać, zabić go lub poważnie mu zaszkodzić.
Tego, przynajmniej, mógł być pewien.
- Witaj, Harry, jestem niezmiernie zadowolony, że mogłeś do nas dołączyć – powitał go cicho Voldemort.
- Tego domyśliłem się po samym powitaniu – odpowiedział nonszalancko Harry – więc zastanawiam się, dlaczego usługa nie jest bardziej gościnna.
Oczy Voldemorta błysnęły, ale Bellatrix nie zachowywała się tak, jak gdyby obawiała się swojego pana, po prostu ponownie się z niego zaśmiała. To on był tym, który powinien uważać, to było jasne.
Harry przypomniał sobie wcześniejsze słowa Czarnego Pana i krew zamarzła mu w żyłach.
- Co miałeś na myśli mówiąc, że czekamy na Toma? Twoja inteligencja naprawdę bardzo upadła, jeśli powiedziałeś mu, gdzie nas znaleźć.
- Nie – wymamrotał Voldemort, uśmiechając się wykrzywionym uśmiechem. – Nie powiedziałem mu i ty także nie powiesz mu tego przez wasze połączenie, jeśli, jak śmiem twierdzić, nie chcesz pozwolić, by stanął na mojej drodze.
To nie było pytanie, to nie była nawet drwina, po prostu czysty fakt. Nie, nie chciał, aby Tom znalazł się w pobliżu Voldemorta i, tym samym, nie powie Tomowi – a zatem i nikomu innemu, skoro Tom był jego jedynym połączeniem ze światem zewnętrznym – gdzie był. Zmrużył oczy, czekając na wyjaśnienia. Voldemort wyjaśni, zawsze to robił, tak przekonany o swojej wspaniałości. Ten mężczyzna kochał się rozkoszować, tak samo jak Tom, ale Tom był bardziej rozsądny ze swoim samozadowoleniem.
- Widzisz – kontynuował cicho Voldemort, przewidywalnie, bawiąc się jego różdżką. – Jakkolwiek szczerze rozkoszowałbym się zabiciem ciebie, wciąż masz w sobie tą piekielną więź życia.
No tak. Jego życie było związane z Toma, a tym samym, w pewnym sensie, z Voldemorta.
- Myślisz, że możesz go przekonać, aby ją zdjął? – zapytał stanowczo Harry, strach ścisnął jego żołądek. Voldemort uśmiechnął się.
- Nie, ale myślę, że ty możesz. Wyślemy mu wiadomość?
Tom czuł furię wrzącą w jego krwi, furię i tak wiele emocji, o których nie wiedział nawet, że jest zdolny tak mocno odczuwać.
- V-Voldemort go ma? – Granger zbladła, Weasley zrobił się zielony. Jego uwaga wydawała się ograniczyć do jednego, ciemnego punktu, jak w tunelu.
Voldemort miał Harry'ego.
Nie zwracając uwagi na wszelkie próby skontaktowania się z nim reszty znajdujących się w pomieszczeniu osób, poszukał w swoim umyśle połączenia z Harrym. Było tam, świadome, ale zablokowane. Harry używał oklumencji.
Niedogodne.
Spróbowałby przepchnąć się przez bariery, aby z nim porozmawiać, ale nie znał wystarczająco dobrze sytuacji. Mogło to zrobić więcej szkody niż pożytku.
W każdym razie, Harry nie zostanie zabity, wciąż byli połączeni więzią życia. Chodził w kółko, próbując wymyśleć jak wyjść z tej sytuacji, nienawidząc bezradności, która płonęła jak ogień w jego żyłach.
Okej.
Gdzie były twierdze Voldemorta? Malfoy Manor? Zbyt oczywiste. Mężczyzna musiał wiedzieć, że będzie to pierwsze miejsce, o którym pomyśli, skoro było to miejsce, w którym się spotkali, aby porozmawiać… miejsce, w którym dowiedział się o przepowiedni. Nie Malfoy Manor. Rezydencja Riddle'ów? Znów, oczywiste. Voldemort zbyt dobrze wiedział, w jaki sposób pracował jego umysł. Musiał pomyśleć.
- Wszyscy się zamknijcie – syknął wściekle na rozbrzmiewający wokół niego spanikowany trajkot. – Muszę pomyśleć, a wasza bezmyślna histeria obniża moje IQ.
Błoga cisza.
Zamknął oczy, siadając, myśląc.
Mieli więź życia. Harry nie zostanie zraniony. Ale Voldemort musiał wiedzieć, że gdyby był świadom, gdzie się znajduje, przyszedłby i go zabrał. W takim razie, przypadkowa lokalizacja. Nie miał żadnych wskazówek.
Ale Voldemort nie mógł zabić Harry'ego, czego tak bardzo pragnął, kiedy wciąż istniała więź życia, nawet jeśli wciąż była jedynie w etapie rozwoju.
W związku z tym, potrzebował Toma do ściągnięcia więzi. Voldemort skontaktuje się z nim. Jego oczy otworzyły się na tą myśl.
Czarny jastrząb wleciał przez okno.
Niektórzy w nadmiernie dramatyczny sposób wciągnęli powietrze, tłum stłoczył się wokół niego. Miał ochotę rzucić na wielu z nich klątwę. Ptak wylądował przed nim, upuszczając małą, wyglądającą jak kapsułka rzecz.
Dotknął jej ostrożnie, zastanawiając się czy może być to świstoklik, niemal mając nadzieję, że nim był.
Nie był. Zrobił krok do tyłu, kiedy coś w rodzaju hologramu wyszło z tej rzeczy, tworząc obraz… ruchomy obraz. Film. Zesztywniał.
Voldemort.
Harry.
- Co to jest? – szepnął Abraxas. Zignorował wyjaśnienia Granger. Czy było to nagrane wcześniej, czy właśnie się działo? Czas pokaże.
- Voldemort – przywitał spokojnie. – Harry. Okej?
- Witaj Tom – odpowiedział Voldemort, wyglądając na raczej zadowolonego z siebie. Przyglądał się Czarnemu Panu tylko przez kilka sekund, po czym przeniósł swoją uwagę na postać, którą Voldemort ponownie trzymał przed sobą za ramiona.
Harry wyglądał na znudzonego.
Nie dał się oszukać.
Uścisk wroga musiał go ranić, czy to nie normalne? Poza tym… jego żołądek ścisnął się.
- Widzę, że wcześniej zaczęliście od Crucio – stwierdził.
- Powinieneś lepiej nauczyć go trzymać język za zębami – odparł Voldemort. – A skoro już o tym mówimy, nie zamierzasz powiedzieć „cześć", Harry? To ostatni raz, kiedy widzisz jego i resztę swoich przyjaciół… widzisz szlamę na ekranie? Powiedz im, że będzie dobrze, no dalej.
- Harry! – wrzasnęła Granger ze łzami w oczach.
- Puść go, ty draniu! – warknął Weasley.
Palce Toma zadrżały z chęci do uduszenia ich obu, tak więc, zamiast tego, złożył je, zatrzymując wzrok na Harrym.
- Gdzie jesteś? – dopytywał się, z największą cierpliwością, na jaką było go stać, przynajmniej w tej chwili.
- Nie mam pojęcia – odparł szybko Harry, wysyłając mu uśmiech. Zacisnął zęby.
- Postaw hipotezę, skarbie, zazwyczaj jesteś w tym dobry.
Voldemort roześmiał się.
- On ci nie pomoże siebie odnaleźć, dzieciaku. Nie chce, byś znalazł się gdziekolwiek blisko mnie. Kompleks bohatera…
- Tak – warknął. – Ale miałem nadzieję, raczej głupią, jak widzę, że instynkt samozachowawczy choć raz wygra z jego jawnymi skłonnościami samobójczymi.
- Nie jestem samobójcą – oburzył się Harry.
Zaczynał teraz czuć emocje, napływające do jego głowy, bariery osłabły nieco przez ból, który czuł chłopiec. Złość. Zakłopotanie. Smutek. Nienawiść. Ulga. Desperacja. Triumf. Strach.
Harry zachowywał spokój ze względu na oglądających go przyjaciół, nie miał co do tego wątpliwości. Jak Lovegood mogła twierdzić, że nie był silny?
- Cóż, biorąc pod uwagę, że jedna z naszych kłótni dotyczyła tego, iż nie jesteś w stanie trzymać się z dala od kłopotów, kiedy wpadasz na swoje genialne pomysły, nie wierzę ci. To oczywiste, zanim zacząłem sugerować to ostatnie – odparł.
Cisza i Harry po prostu uśmiechnął się do niego, trochę smutniej tym razem.
Chciał czymś rzucić.
Udusić coś.
Zabić coś.
Jego magia zawrzała niebezpiecznie.
- Pozwól mu odejść – powiedział cicho do Voldemorta. – To mnie chcesz, prawda?
- Zabrzmiałeś śmiesznie szlachetnie i ofiarnie w tym stwierdzeniu – wycedził w odpowiedzi Czarny Pan.
- Czego w takim razie chcesz? – zapytał, ledwo panując nad sobą.
W tej sytuacji nie było niczego dobrego. Wystarczyło spojrzeć na Harry'ego – i chociaż nikt inny tego nie mógł, on był w stanie poczuć, jak bardzo cierpiał drugi chłopiec, nawet jeśli jego bariery wytępiały to uczucie… chroniąc go od niego – by jego krew zawrzała.
Zwłaszcza, że było to spowodowane przez Voldemorta, a wszystko, co mógł zrobić, to tylko stać tutaj i rozmawiać za pomocą kamery czy czegoś w tym stylu.
- Chcę, żeby umarł – oświadczyło jego starsze ja.
- To się nie stanie – odpowiedział natychmiast. – Więc daj sobie spokój i zwróć mi go.
- Zdejmij więź życia.
- Nie.
- Crucio.
Czuł coś w rodzaju grozy albo przynajmniej coś tak bliskie temu uczuciu, jak tylko był w stanie, nie wiedząc, to było nowe i mylące, oraz poczuł mdłości, a to nie były tym razem emocje pochodzące od Harry'ego.
Nie rozglądał się, aby zobaczyć reakcję innych osób, robiąc krok w kierunku hologramu, po czym przypomniał sobie, z goryczą w ustach, czym był.
Był obrazem. Zwykłą kpiną.
- Przestań – ostrzegł, nie mogąc odsunąć wzroku od krzyczącego w agonii Harry'ego.
- Albo co? – zripostował leniwie Voldemort. – Przestanę, kiedy będę mógł go zabić. Chcesz patrzeć jak traci zmysły?
Nie. Nie. Nie.
- Jak doprowadzenie go do szaleństwa ma ci pomóc? Wciąż nie będziesz mógł go zabić, a ja będę na ciebie polował i cię zniszczę.
To nie były przechwałki, nawet nie ostrzeżenie, to była zimna obietnica tego, co się stanie. Przekleństwo zakończyło się z tym samym lenistwem, ale nie sądził, że stało się tak całkowicie z powodu jego słów.
Harry wyglądał na nieco oszołomionego i przypuszczał, że klątwa została przerwana, by odebrać jego przyjacielowi szansę na to, by popadł w błogą nieświadomość i wytchnienie, które by za sobą niosło.
Obce uczucie upokorzenia błysnęło silnie w jego głowie.
- Tak nie będzie – powiedział Voldemort. – Ale gdyby było, to wolałbym, byśmy wszyscy zawiedli, niż któryś z was wygrał. Weź pod uwagę swój instynkt samozachowawczy, Tom. Mogę zabić nas wszystkich albo mogę zabić lub w inny sposób zniszczyć jego. Możesz nadal żyć. Wszystkim, co musisz zrobić, to usunąć więź i wrócić do domu, masz całe życie przed sobą. Mogę nawet usunąć twoje wspomnienia, jeśli chcesz. Tylko raz dostajesz taką ofertę, Tom, tylko raz takie miłosierdzie. Wszystko, co musisz zrobić, to go zostawić.
Milczał, zamyślony. To miało sens. I jeszcze…
- Zrób to w takim razie – sarknął. Oczy Voldemorta rozszerzyły się w szoku.
- Słucham?
- W takim razie zabij go, zabij nas wszystkich. – Niech oś czasu eksploduje. Nie zrobi tego. Voldemort tego nie zrobi… jego instynkt samozachowawczy był zbyt wielki. Dbał o przetrwanie ponad wszystko.
- Tom – przemówił znowu Harry, ze wściekłością, irytacją, jednak brzmiało, jakby kosztowało go to wiele wysiłku, mówił przez zaciśnięte zęby. – Po prostu przyjmij tę cholerną ofertę.
- Zignoruję ten komentarz, kochanie.
Harry przewrócił oczami.
- Mówiłem ci, że mnie nie posłucha.
Zevi obserwował tę rozmowę z przerażeniem, jego żołądek ściskał się, twarz była blada. Jego serce podskoczyło do gardła.
Czuł się, jak gdyby świat przewrócił się do góry nogami i to uczucie jeszcze bardziej się pogłębiało z powodu swobodnego sposobu, w jaki ta trójka rozmawiała, jak Harry i Tom wciąż przekomarzali się tak samo jak zawsze.
Tak, jakby nie chodziło o coś dla nich tak wielkiego lub ważnego.
Wielu, patrząc na Toma, mogłoby podejrzewać, że Harry nic dla niego nie znaczy z powodu spokoju na twarzy i w słowach, braku zmartwienia, strachu lub błagania.
Ale on znał Toma sześć lat i całe jego życie polegało na obserwowaniu dziedzica Slytherina, próbując rozszyfrować tego skomplikowanego, genialnego nastolatka.
Tom nie był spokojny.
Jego kostki były zbyt białe, a jego postawa zbyt sztywna i nieruchoma. Tom był w stanie wielkiego bezruchu, niemal przypominając kamień, a dla nikogo nie było dobre, kiedy tak robił.
Przejęcie, z którym jego uwaga skierowana została na hologram było kolejną wskazówką. Jego oczy ledwie odrywały się na kilka sekund od postaci Harry'ego.
A następnie fakt, że w ogóle prowadził tę rozmowę.
Jeśli nie dbałby o niego, po prostu by sobie poszedł albo pozwolił Harry'emu umrzeć. Nie mówiąc o stworzeniu tej… więzi życia. Zadrżał. Słyszał o tej magii, potężnej magii, niebezpiecznej magii. Ktoś, dla kogo nic by on nie znaczył, nie rzuciłby tego zaklęcia.
Na ekranie Harry przewrócił oczami, blady, ale poza tym wyglądający dobrze… i doszedł do wniosku, że poważnie nie doceniał umiejętności aktorskich Harry'ego i jego zdolności do wytrzymania cierpienia.
- Mówiłem ci, że mnie nie posłucha – powiedział Potter, znanym tonem „a nie mówiłem". Słowa skierowane były do Czarnego Pana.
Oczy Voldemorta jeszcze raz rozbłysły i wąż owinięty wokół jego ramienia syknął groźnie. Zauważył, że Harry patrzy na niego, ze wciąż obojętnym wyrazem twarzy, ale było w niej coś, co nauczyło go być ostrożnym.
Nie mógł jednak stwierdzić, co to dokładnie było.
- W takim razie po prostu go zatrzymam – Lord Voldemort powiedział do Toma, prawie warcząc. – Nigdy ponownie go nie zobaczysz, tylko każdego dnia będziesz czuł jego ból. Będzie nienawidził cię za to, że nie pozwoliłeś mu umrzeć.
- I tak go nienawidzę – parsknął Harry, wyzywająco. Byłby przerażony wcześniejszą deklaracją, jeśli byłaby o nim, nawiązywała do jego życia, które zostałoby pozbawione wolności i toczyło się w wiecznych torturach, i gdyby znajdował się w tak samo przerażająco upartych ramionach jak Toma, ale nie było śladu tych emocji w Harrym. – Każdego dnia i nigdy.
Tom syknął coś, z niespodziewaną wściekłą na twarzy, jego maska złamała się. Usta Voldemorta wykrzywiły się w drwiącą imitację uśmiechu, okrutnego. Nie było w nim nic ludzkiego.
- Słodkie – było wszystkim, co powiedział.
- Spędzisz całe swoje życie w biegu – obiecał Tom cicho, zabójczo. – Upoluję cię i zniszczę.
- To nie jest konieczne, wszystko, co będę musiał zrobić, to zniknąć na cztery miesiące.
Oczy Toma ponownie skierowały się na Harry'ego.
- Mówiłem, abyś ze mną nie pogrywał, Tom – kontynuował z wielką satysfakcją Voldemort. – Bo nigdy nie wygrasz. Twój sentyment cię niszczy. Odpuść.
Zevi nie mógł uwierzyć, że robią to wszystko tak publicznie, nawet nie w wężomowie, pozwalając im to zobaczyć.
Podejrzewał, że jeśli Harry i Tom mieliby w tej kwestii wybór, przeprowadziliby to wszystko prywatnie, ale Voldemort… Voldemort lubił prowadzić wszystko publicznie, robić z tego show.
Tom mógł wyrzucić ich z pokoju, ale nie zrobi tego, bo w tym momencie nie załapywali się nawet na jego skalę ważności.
Nawet Lestrange, znokautowany w rogu, zostawiony na później (to było bardziej niż oczywiste, że Tom ponownie przekładał bezpieczeństwo Harry'ego ponad karę Lestrange'a, tak jak to miało miejsce podczas incydentu z trucizną), nie miał teraz dla jego Pana żadnego znaczenia, teraz, kiedy najprawdopodobniej niesamowicie chciał on kogoś torturować.
- A jednak ty nigdy nie pozwoliłbyś mu żyć, nawet gdybym przyznał się do tego – odrzucił Tom, nie załamując swojego głosu. – Gdybym usunął więź życia i wrócił do przeszłości, wciąż byś go zabił.
- Nie pozwoliłbym, ale ty mógłbyś żyć. W przeciwny razie, umrzesz razem z nim. Czy naprawdę jest tego wart? Pa…
- Jeśli uważasz, że nie warto za niego umierać, wtedy zwróć mi go, bo, co jest jasne, umrzesz, jeśli on umrze.
Dwóch Czarnych Panów patrzyło na siebie oceniająco i Zevi zastanawiał się, dlaczego Harry był taki spokojny. To było… nie w jego stylu.
Nie mógł sobie wyobrazić, że były Gryfon tak po prostu pozwala tej dwójce rozmawiać nad swoją głową, jakby go tam nie było albo był przedmiotem oznaczającym tylko zwycięstwo i dominację. Jeśli byłby Czarnym Panem, on, tak samo jak Tom, byłby automatycznie przerażony, kiedy Harry stałby się tak cichy i pozornie uległy.
- Moje wojska przewyższają twoje i jeśli, jakimś cudem, udałoby ci się „upolować mnie", to ty będziesz tym, który straci swoje wspomnienia, a nie ja tym, który straci swoje życie.
Zevi natychmiast zdał sobie sprawę, że mężczyzna za bardzo przekroczył pewną granicę, ale nie dla Toma, a dla Harry'ego, którego głowa przechyliła się nieznacznie, aby spojrzeć na Voldemorta.
Nagle nie było absolutnie żadnego wyrazu na jego twarzy.
Następnie ekran zafalował na dźwięk krzyków, migocąc. Rozbił się.
To było dziwne.
Harry czuł się… odłączony.
Jego emocje były tam, mógł je wyczuć, ale nie przysłaniały jego myśli ani nie wpływały na niego, po prostu oddzielił je od siebie, kiedy w końcu udało mu się uwolnić swoje ręce (pracował nad tym za swoimi plecami przez cały ten czas, kiedy Tom i Voldemort rozmawiali) a następnie każdą pojedynczą emocję, którą zbudował – strach, złość, rozpacz, nienawiść, opiekuńczość – rzucił przez połączenie na Voldemorta.
Czarny Pan czuł teraz każdą tą emocję w swojej głowie i to bolało. Mężczyzna-o-wężowej-twarzy nie był człowiekiem, a przynajmniej nie był nim na tyle, by móc to wytrzymać, tak więc skulił się z ich powodu, a Harry przechwycił z powrotem swoją różdżkę, po czym zaczęli się pojedynkować.
Także Nagini próbowała go zaatakować, Bellatrix szybko wyeliminował gwałtownymi wybuchami mocy, to nie ona była teraz jego wrogiem.
- Nie wydostaniesz się stąd żywy – wysyczał Voldemort, rzucając w niego zaklęciem.
- Nigdy więcej nie będziesz groził ludziom, na których mi zależy.
Ponieważ to było sednem całej tej sytuacji, zawsze tak było. Mógł tolerować i wytrzymać, a nawet wybaczyć to, co jemu się zrobiło, ale jeśli ktokolwiek atakował jego przyjaciół…
Może i miał kompleks bohatera, ale nie był Jasny. Nie był już dłużej Jasny. Zabije, aby chronić swoich przyjaciół i rodzinę.
Sami, jeden na jednego, tańczyli wokół swoich zaklęć, klątw i nienawiści.
I Harry, Harry wygrał.
Emocje były paraliżujące.
Voldemort był tym, który czuł teraz te wszystkie emocje.
On sam był pusty.
Tak więc złapał węża – coś w nim było, a chciał wykorzystać nadarzającą się okazję, wsadzając do wyczarowanej klatki - i uciekł. Wyrwał drzwi lochów z zawiasów, biegnąc szybko wzdłuż korytarza, zwalając z nóg każdego, kto stanął na jego drodze.
Powietrze przeszył pewien rodzaj alarmu i ledwie świadomy był śmierciożerców, którzy starali się go zatrzymać, zamykając między sobą.
Dłoń zacisnęła się na jego ustach, ciągnąc go do bocznego pomieszczenia.
Odwrócił się na pięcie, z różdżką w ręku, kiedy druga różdżka nacisnęła na jego gardło.
Nie. Nie teraz. Był zbyt blisko.
Śmierciożerca… Lucjusz Malfoy.
Mężczyzna przyłożył palec do ust, nakazując mu ciszę. Śmierciożercy za drzwiami mówili doniosłymi głosami.
Malfoy wyciągnął przedmiot – kryształową gramaturę do papieru – podając mu go. Przyglądał się temu przez chwilę, nieufnie, i jeszcze…
- Uratowałeś życie mojego syna. – Było wszystkim, co powiedział Malfoy.
To mu wystarczyło.
Chwycił świstoklik i zniknął.
