Za betę dziękuję Himitsu.

AliceSz, taak, gniew Voldemorta z pewnością powinien być wielki, niestety nie będziemy mogli przyjrzeć mu się wyraźnie, a raczej jedynie pobieżnie o nim usłyszymy. Chociaż, chyba lepsze to niż nic, co ;)? Ale cieszę się, że rozdział ci się podobał, a także strona, od której ukazał nam się w nim Harry. Cookies. Alice, no właśnie, Luna - wcześniej mieliśmy dość prostą budowę jej postaci, teraz zaczyna ona pokazywać się z nieco innej strony, chociaż zarazem bardzo do niej pasującej. Bo, mimo wszystko, Luna wciąż jest delikatną, wydawałoby się łatwą do skrzywdzenia dziewczyną. Ale nie będę mówiła o niej na razie nic więcej. Bella... cóż, może masz trochę racji, była nieco zbyt spokojna - chociaż trzeba się zastanowić, czy nie miały na to wpływu wydane przez Voldemorta instrukcje, chociaż trudno jest to stwierdzić, bo tak naprawdę ich nie znamy... Myślę, że twoje teoria na temat IQ może mieć sporo racji - Tom potrzebował spokoju, ale nie spokoju dla uszu, a dla umysłu, musiał powstrzymać własną panikę, co było nieco utrudnione, skoro wszyscy wokół niego tego nie robili. Jak najbardziej się z tobą zgadzam. Przed nami kilka spokojniejszych rozdziałów, zatem na chwilę będzie można odetchnąć. Jousette, taak, nigdy nie należy tracić wiary w uczucia Toma :). A kto wie, być może autorka wzorowała się właśnie na Gwiezdnych Wojnach? Trudno powiedzieć :). W każdym razie ważne, że sobie potrafiłaś to wyobrazić. Oczywiście nie zdradzę, jak się to wszystko skończy, ani słowa na temat zakończenia nie powiem. Nie ma mowy! :) neko246, zgadzam się, Lucjusz w roli wybawcy jest niezwykle... niesłychany. Ale przyznam szczerze, że ja go w tej roli bardzo lubię - wydaje mi się taki bardziej ludzki. I masz całkowitą rację co do Toma - och, Harry będzie musiał teraz nieźle uważać! ;) Veniti, nie masz za co przepraszać, każdemu zdarzają się błędy - ważne, że w żaden sposób nie przeszkadzają mi one w odbiorze komentarza :). Ale cieszę się, że rozdział ci się podobał - a reakcji, przyznam, jestem ciekawa :). Ja także mam często problem z zapamiętaniem o czym są dokładnie ficki, które czytam, dlatego sama staram się często aktualizować "Ulubieńca" - zresztą, jeżeli przerwy są zbyt długie, to czytelnik traci cały nastój ficka, nie jest w niego tak wdrożony jak wtedy, kiedy czyta go w bardzo małych odstępach czasowych :). Również jestem z Harry'ego bardzo dumna - a Tom w niego nie wierzył! :) A słońca naprawdę pragnę całym swoim sercem... Evolution, masz do tego całkowite prawo i cieszę się, że występuje właśnie taka różnorodność w odbiorze różnych rozdziałów, gdyż dzięki temu każdy rozdział ma szansę być dla kogoś wyjątkowym :). I tak, podobnie jak ty cieszę się, że Harry sam dał sobie radę z ucieczką - a to jedynie ukazuje, jak bardzo niedoceniamy tej postaci. W końcu Harry niemal cały czas spędza z Tomem. To już samo o sobie wiele świadczy, Tom nie wybrałby sobie za przyjaciela kogoś nieutalentowanego, kogoś, kto nie byłby w stanie przeżyć jego niebezpiecznego charakteru. Ślizgoni, tak, ale jak pięknie ukazani! Cała ich kwintesencja! :) W ogóle Tom okazujący jakiekolwiek uczucia względem Harry'ego jest uroczy - i myślę, że jest to spowodowane tym, że nie okazuje ich nikomu innemu. Tylko Harry w jakiś sposób na niego wpływa, i to jeszcze w tak niezwykle intensywny sposób, niemal dosłownie łamie całe jego usposobienie, chociaż Tom dalej pozostaje Tomem. Nie powiem, czy "Każdego dnia i nigdy" pojawi się jeszcze w jakimś miejscu i w jakich okolicznościach, ale powiem tylko, że również bardzo te słowa lubię :). Co do medalionu - Harry znalazł go na Grimmauld, potem przez jakiś czas miał go Tom, ale Harry mu go wykradł, w wyniku czego Tom zgodził się na to, by to on go przechowywał (przy okazji Harry nawiązał również umowę z Marvolo) - to tak najbardziej ogólnie o tym, jak Harry wszedł w jego posiadanie :). Co do Voldemorta, to zgodzę się, nie wykazał się on tutaj zbyt wielką inteligencją - chociaż dodam tylko, że Lestrange nie mógł mu powiedzieć, co dokładnie zostało zabrane ze skarbca, gdyż od razu po wyjściu z banku zostali zaatakowani, a Lestrange wrócił do Hogwartu, w którym natknął się na Toma. Zatem Voldemort został pozostawiony wyłącznie swojemu własnemu intelektowi - który, jak widać, zawiódł :). Co do Lucjusza, to nie będę się jeszcze na jego temat wypowiadała - nie, dopóki sprawa jego postaci całkowicie się nie rozwiąże. Nie chcę po prostu czegokolwiek zdradzić :). Chociaż przyznam, że to, w jaki sposób został ukazany w ostatnim rozdziale, spodobało się również i mnie. elain679, och, miło słyszeć, że lubisz postać Zeviego - również mnie ona przypadła do gustu i jest jedną z tych, które lubię najbardziej (przynajmniej z tych drugoplanowych). Chłopak z całą pewnością jest inteligentny i zauważa naprawdę wiele - wiele ponad to, co zauważają chociażby Ron czy Hermiona. Cieszę się również, że przemówiły do ciebie uczucia Toma :). Kato86, mam nadzieję, że czekanie nie było zbyt uciążliwe - chociaż doskonale rozumiem zniecierpliwienie, bo mgliście sama pamiętam emocje, które towarzyszyły mi przy czytaniu tego ficka :). Dziękuję za miłe słowa :).

Wszystkim komentatorom kłaniam się do nóg i dziękuję za tak wspaniałe opinie na temat poprzedniego rozdziału. Czytało mi się je przyjemnie i z wielką radością, która była tak intensywna, że aż dziwię się, iż nie stopiła znajdującego się za oknem śniegu :).

Mam nadzieję, że rozdział przypadnie wam do gustu.


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto trzydziesty czwarty

Zataczając się lekko, Harry zebrał się z brukowanych uliczek Hogsmeade, ignorując zmieszane spojrzenia mieszkańców i ruszył z powrotem do Hogwartu… szybko.

Nie chciał pozwolić na to, by Voldemort „upolował go" w ten sam sposób, w który Tom groził, że wytropi Mrocznego Lorda. Nie była to najprzyjemniejsza myśl, więc wolałby raczej dostać się między względnie bezpieczne bariery Hogwartu.

Nagini syczała na niego siarczyście ze swojej klatki.

- Puść mnie, ty głupi chłopcze, nie możesz traktować mnie w ten sposób! Gdzie jest mój mistrz? Co robisz?

Ignorował ją.Nie był całkowicie pewien, dlaczego wziął węża, to było po prostu przeczucie, ale… Voldemort był bardzo wężowaty, prawda? I we wszystkich wspomnieniach, które widział Harry, nie ukazywał śladu podobieństwa do węża, tylko rozmazanie… więc Nagini w jakiś sposób to powodowała.

Była częścią rytuału? Tyle, że samo to nie było zbyt wystarczające, by zrobić Voldemorta tak wężowatym. Horkruks? Czuł mdłości myśląc o tym, ale także i triumf tego, że jeśli Nagini była horkruksem, miał cztery horkruksy w swoim posiadaniu, pierścień u Toma i jeden pozostały do znalezienia. Dziennik został zniszczony, a siódmym kawałkiem był sam Voldemort.

Dlatego też, jeśli Nagini była, jakimś cudem, niemożliwie, szczęśliwie horkurksem… miał jeszcze tylko jeden do znalezienia.

Napotkał ziemię Hogwartu i wszedł na nią. Zrobił na niej zaledwie kilka kroków, po czym został zmiażdżony przez jakąś siłę. Brązowe włosy.

Hermiona.

- Harry, dzięki bogu, że nic ci nie jest, myśleliśmy, że nie żyjesz! Jak udało ci się uciec? Jesteś ranny? Powinieneś udać się do Skrzydła Szpitalnego, och, mogłeś zostać zabity…

- …Nic mi nie jest – przerwał jej delikatnie. – Oddechu. Wszystko w porządku, naprawdę.

- Uwierzę, kiedy zobaczę.

Głowa Harry'ego wystrzeliła w górę i ramiona Hermiony uwolniły go z niedźwiedziego uścisku, ukazując Toma, stojącego kilka metrów dalej, jakby nieco zamrożonego. Zakładał, że Hermiona wyprzedziła wszystkich, aby go uściskać.

Ten wyraz twarzy był zbyt spokojny. Śmiertelny.

O kurwa.

Postawił klatkę Nagini na ziemi, wciąż ignorując wściekłe stworzenie – chociaż wszyscy inni (za wyjątkiem Toma, który do tej pory nawet na nią nie zerknął) przyglądali się jej, osłupiali – ale nie usunął z siebie ani pucharu, ani medalionu.

Tom zrobił w jego kierunku kilka kroków, natomiast Hermina cofnęła się, robiąc im przestrzeń, nagle wyglądając na zdenerwowaną.

Jego spojrzenie przeniosło się po wszystkich przyjaciołach, wszyscy wykazywali oznaki zdenerwowania, a następnie na nieprzytomną postać Lestrange'a. Furia zapłonęła na chwilę w jego żyłach na widok tego chłopca, po czym ponownie przeniósł swoje spojrzenie na Toma.

Tom.

- Tobie też cześć – przywitał się kulawo. Riddle nie wyglądał na rozbawionego. W najmniejszym stopniu. Próbował się uśmiechnąć.

Fioletowe oczy wydawały się prześwietlić każdy cal jego duszy, zauważając opowieści i wyjaśnienia zapisane w każdej linijce jego postawy.

- Obraz zniknął.

Harry przełknął ślinę, jego klatka piersiowa nagle mocno się zacisnęła.

- T…

- Całą rozmowę spędziłeś żegnając się ze mną, a następnie urwałeś obraz – stwierdził Tom, bardzo cicho. – Każdego dnia i nigdy, naprawdę. Harry? Naprawdę?

- Jesteś zły – stwierdził oczywiste. Nie był w tym szczególnie uzdolniony… po prostu… jego słowa, rozmowa z Voldemortem, namieszała mu w głowie.

Pożegnał się. Nie wiedział, co się stanie i wiedział, że szczęście nie było wieczne. Po prostu… jak miałby czegoś nie powiedzieć? Zachowywać się, jakby nie istniało spore prawdopodobieństwo, że nigdy nie zobaczą się ponownie, jeśli Voldemort by wygrał? Nie mógł tak zrobić.

- Och, zostawiłem złość w cholernym baseniku dla dzieci, kochanie.

Harry skrzywił się wewnętrznie.

- Er… nie ma krzywdy, nie ma problemu? – spróbował.

Tom uśmiechnął się rozbrajająco.

- Zawsze.

W następnej sekundzie dłonie bezlitośnie naciskały na jego ramiona. Harry po raz pierwszy spojrzał w dół, na miejsce, gdzie opuszek kciuka Toma przesuwał się teraz po dość paskudnie wyglądającej czerwonej prędze na jego nadgarstku. Och. Łańcuchy.

- Spójrz na to, krzywda

- T…

Został bezwzględnie obracany, a Tom systematycznie zwracał mu uwagę na każdy uraz, na jaki się natknął, nawet nie włączając do tego Cruciatusa.

Nie było tak źle, bywało gorzej… ale pojedynkowanie się z Voldemortem i wieloma śmierciożercami nie skończyło się, oczywiście, bez szwanku. Przygryzł wargę.

- … ach – Tom podciągnął jego koszulkę. – Posiniaczone żebra, krzywda

- Dobra! – syknął, starając się wyszarpać ponownie na dół materiał. – Zrozumiałem, okej?

- Zrozumiałeś? – zakwestionował lodowato Tom. – Co?

- To, że zamierzasz wyrzucać mi coś, co nie jest moją winą! Salazarze, spróbuj pojedynkować się z Voldemortem i całym jego wewnętrznym kręgiem na raz i zobaczysz, czy wyjdziesz z tego lepiej niż ja, jeśli rzeczywiście mogliby powodować u ciebie uszkodzenia.

Patrzyli na siebie nawzajem, wściekle, przez chwilę, ale żaden z nich się nie ruszył i Harry nie wyszarpnął także swojego pulsu z dala od badających palców Toma.

- Przepraszam – powiedział po minucie, lewie szeptem, ale wiedział, że Tom doskonale to usłyszał, nawet jeśli nikt inny tego nie zrobił.

- Mój Panie…

Lestrange obudził się. Nawet o tym nie myśląc, Harry błyskawicznie wyciągnął różdżkę i wystrzelił bolesną klątwę. Rzut oka na Toma pokazał mu, że zrobił on dokładnie to samo.

Lestrange upadł na ziemię, próbując, ale nie będąc w stanie powstrzymać krzyku.

- Choć raz w swoim nędznym, perfidnym życiu, Lestrange – oznajmił chłodno Harry – trzymaj język za zębami, bo pierwszy raz w swoim życiu nie jestem pewien, czy mogę oprzeć się pokusie usunięcia go.

- Nie będziesz torturował mnie…

- Miałem dość gównianych kilka godzin – roześmiał się, niemal histerycznie. – Wypróbuj mnie.

Lestrange zamilkł, skomląc w bólu, i nie spojrzał na resztę swoich przyjaciół, by zobaczyć ich reakcje. Tom uniósł na niego brwi.

- Jestem pewien, że wszystko z tobą w porządku – stwierdził cicho, sarkastycznie.

Usta Harry'ego drgnęły, początkując coś, co mogło być uśmiechem albo grymasem, nie był do końca pewny. Wiedział, że nie wyszedł ze strefy zagrożenia, ale…

- Będzie w porządku – poprawił, z brutalną szczerością. W odpowiedzi ręka Toma zacisnęła się na jego nadgarstku, lewie zauważalnie.

- Lestrange powiedział, że udaliście się do Gringotta.

- Chęć usunięcia jego języka rośnie – odarł spokojnie Harry, nieszczególnie dbając o to, aby zadać sobie pytanie, jak wiele z tego było żartem, a jak wiele brutalną prawdą.

- Sprawdzę czy historia twierdzi, iż ma język, jeśli nie, nie krępuj się.

Nie musiał pytać, by wiedzieć, że Tom nie żartuje. Odpowiednią reakcją nie było jednak uczucie pokrzywdzenia. Tak czy owak, nie mógł zmusić się, aby się tym przejmować.

- Znalazłeś to, czego szukałeś?

- Tak. – Harry uśmiechnął się, tym razem szczerze. Spojrzał na Nagini. – A może nawet i więcej.

- Przypuszczam, że spiskowałeś swoją ucieczkę podczas naszej rozmowy – stwierdził Tom. Skinął głową.

- Między innymi pracowałem nad uwolnieniem rąk, tak – zgodził się Potter. Palce Riddle'a zacisnęły się nieznacznie.

- Nie wiedziałeś jednak czy twój plan będzie działał.

Harry poczuł okropne uczucie ponurości.

- Miałem całkiem dobry pomysł – odrzucił.

- W takim razie dlaczego się żegnałeś? – syknął Tom. Harry przełknął ponownie ślinę, ale spotkanie znanego, nieugiętego wzroku wystarczyło.

- Musiałem się upewnić, że Voldemort zrezygnuje z odwetu na mnie…

- Nie. – Uchwyt stał się bolesny, przesuwając się ku przodowi jego koszulki, jedna z kostek naciskała na skórę przy jego sercu. Te oczy stały się jeszcze bardziej przeszywające, zdeterminowane, zdecydowane, pamiętające o jego oszustwie.

- Tom…

- Nie waż się mnie okłamać, nie teraz i nigdy ponownie.

Ponownie. Racja. Włamanie do Gringotta.

- Książę kłamców nadział się na własne rzemiosło? – odparował Harry.

W odpowiedzi Tom po prostu spojrzał na niego. Westchnął, bezgłośnie.

- Nie, nie wiedziałem, czy mój plan będzie działać – przyznał, kontynuując, zanim Ślizgon mógłby coś powiedzieć: – Ale nie miałem też zamiaru patrzeć jak ustępujesz mu w moim imieniu, więc taki był mój plan. Poza tym – mruknął, odwracając wzrok, czując się nieco niekomfortowo – żadne plany nie są niezawodne. Ten się udał.

- Nigdy nie ustąpiłbym nikomu przy czymkolwiek, czego bym nie chciał, nie jestem tobą, nie zgrywam bohatera.

- Mógłbyś mnie wcześniej oszukać – odpowiedział Harry, nagle nabierając śmiałości. – Nie wiem jak wiele razy stanąłeś dzisiaj w moim imieniu.

Tom wzruszył ramionami, lekko, ale jego oczy nieznacznie migotały.

- Koszmarem byłoby próbowanie cię zastąpić, zdecydowanie zbyt wiele kosztowałoby to wysiłku.

- Jasne – na twarzy Harry'ego pojawił się uśmieszek. W odpowiedzi Tom także się uśmiechnął, najmniejszym i najbardziej ukrytym z uśmieszków, ale mimo wszystko uśmiechnął. Nastąpił moment ciszy. – Dziękuję. – Te słowa wypowiedziane zostały tak samo cicho jak przeprosiny, niezręczne w swojej szczerości.

- Myślałem, że… - Tom nigdy nie dokończył zdania, potrząsając lekceważąco głową. Głos zabarwiony paradoksalną kombinacją jasności i ciemności zabrzmiał groźnie blisko jego ucha. – Jeżeli kiedykolwiek jeszcze raz wywiniesz taki numer, dla twojego własnego bezpieczeństwa zamknę cię w jakimś ustronnym miejscu.

Oczy Harry'ego rozszerzyły się.


Abraxas studiował uważnie dwójkę chłopców, szukając wskazówek na to, jak powinien się zachować.

Między Tomem a Harrym była złość, to było bardziej niż oczywiste, ale były to tylko najbardziej widoczne uczucia. Nie miał wątpliwości, że jego Pan był wściekły, jego słowa jedynie skonsolidowały tę emocję i wysłały dreszcz strachu po jego kręgosłupie.

Rozgniewany Tom nigdy nie był dobrym Tomem do przebywania wokół siebie.

Było więcej… najbardziej silne emocje były tymi ukrywanymi pod warstwami bezdusznej furii i kłótni. W czasie między zniknięciem obrazu a przybyciem Harry'ego, dziedzic Slytherina zbladł, jego magia buzowała jak białe, gorące płomienie, a cała postawa ciała była zbyt cicha i spokojna.

Gdyby Tom był chociaż zesztywniały, byłoby to lepsze niż obojętność, która go ogarnęła, maska nonszalancji.

Tylko raz wcześniej widział takiego Toma, w nocy, podczas której rościł sobie prawa do pozycji w ich domu i zmiażdżył tych wszystkich, którzy dręczyli go z powodu wątpliwej linii jego rodu.

Abraxas wciąż miał koszmary o tej nocy.

Tom torturujący kogoś przez emocje był przerażający, jego emocje przesycone były magią i podsycały mroczną aurę aż do czasu kiedy wszystkie światła w jego otoczeniu wydawały się zgaszone.

Tom, jawnie pozbawiony jakichkolwiek emocji, całkowicie tracił jakiekolwiek oznaki ludzkości (emocje były zbyt ludzkie, prawda?), jakie posiadał.

Wszyscy wiedzieli, że te emocje tam były, ale młody Czarny Pan nie był od nich uzależniony. Emocje nie napędzały bólu, który zadawał; robił to ich brak.

To nie o torturowanie chodziło w sadystycznej miłości Toma do tortur, tortury nie miały na celu uspokojenia nadszarpniętego temperamentu, były środkiem do osiągnięcia celu. Bezwzględna determinacja. To było wszystkim, co było widoczne na twarzy Toma.

Bezwzględna determinacja.

Harry radził sobie z tym, przy czym wszyscy inni zawodzili, dotarł do serca ich Pana i zmusił je do czucia.

A następnie Harry'ego tam nie było i nikt z nich nie znał jego losu. Tom natychmiast zamknął wszystkie uczucia w obojętność. Może za bardzo go raniły.

Przypuszczał, że gdyby Harry… umarł albo nie wrócił, kiedy to zrobił, to jego Pan po prostu uległby samozniszczeniu, metaforycznie wyrwał sobie serce i przetrwał tylko po to, by zrealizować swój kolejny cel.

Udając.

Martwy w środku.

To był… przerażający obraz.

Był niesamowicie rozradowany, że Harry wrócił.

Konsekwencje, gdyby tego nie zrobił, byłyby katastrofalne dla nich wszystkich.

Teraz te emocje wracały.

Uświadomił sobie, z przerażającą jasnością, że Harry stworzony został, by być człowieczeństwem Toma.

Troska; w sposobie, w jaki palce Toma ściskały go i nie puszczały była troska, a także i ulga. Harry nie był tak zdeterminowany do walczenia z uściskiem drugiego chłopca, nie cofnął się.

Normalnie, zauważył, Harry wycofałby się i wynikłaby z tego walka, teraz stał tak samo blisko Toma jak Riddle posuwał się do niego, sącząc obecność drugiego chłopca jak roślina słońca.

Abraxas czuł… niezręczność obserwując ich, nawet jeśli nie mógł usłyszeć wszystkiego, co mówili, wyłącznie z powodu mocnej intymności, którą mógł wyczuć między nimi dwoma.

W Pokoju Wspólnym, w ich obecności, Harry i Tom mieli tendencję do odgrywania roli i przygniatania ich – oczywiście przytłaczająco, pasjonująco – intensywnością swoich przekomarzań. Gry były słowne i mentalne, podkreślane przez wymienianie kontaktu fizycznego.

W ich zachowaniu wciąż były elementy tego, ale przekomarzanie stało się słabsze, wszystko połączyło się w coś dzikiego. To nie była gra. Usta Abraxasa stały się suche.

Wiedział, że wiele osób przypuszczało, że Harry i Tom… chcieli się wzajemnie, ale mógł teraz zobaczyć jak głupie to było. To nie była chęć lub pragnienie.

To była konieczność.

Wszystko inne było po prostu drugorzędnymi skutkami ubocznymi. Ktoś o bardziej romantycznej naturze nazwałby ich bratnimi duszami.

Ich głosy ściszyły się jeszcze na chwilę, po czym w końcu obrócili się i stawili czoła reszcie, wciąż stojąc tuż obok siebie.

Harry wyjaśnił, jak udało mu się uciec (chociaż, podejrzewał, że niezbyt szczegółowo), rzucając mu kryształową wagę i prosząc, by z subtelnymi podziękowaniami zwrócił ją swojemu synowi.

Sam nie był pewny konsekwencji działań Lucjusza.

Nie chciał zobaczyć zranionego Harry'ego, zarówno z powodu tego, co jego utrata zrobiłaby z Tomem, jak i po prostu dla dobra Harry'ego (naprawdę lubił tego chłopaka). Jednakże wiedział, że będą przykre następstwa. Myślał, że wszystko mogłoby zacząć się uspokajać.

Wtedy Dumbledore wkroczył do holu wejściowego i wiedział, dzięki przyśpieszonemu sercu i dreszczykowi oczekiwania, że tak nie będzie.


Kiedy starzec wszedł, Tom poczuł dziki przypływ nienawiści i wzmocnił uścisk na Harrym, aż chłopiec był praktycznie dociskany do niego, ciągnięty mocno w oczekiwaniu, że Potter będzie opierał się zwiększeniu ich – i tak już całkiem bliskiej – fizycznej bliskości.

Harry nie zrobił tego, a zamiast tego uderzył w jego pierś z trochę zaskoczonym dźwiękiem, wyraźnie nie spodziewając się tego tak, jak Riddle myślał, że będzie.

Jego przyjaciel odwrócił głowę, podnosząc na niego nieznacznie brwi w czymś w stylu napomnienia, po czym ponownie skierował swoją uwagę na dyrektora, który zamarł przed nimi.

- Harry – tchnął Dumbledore. – Słyszałem… mój chłopcze, przybyłem jak tylko się dowiedziałem… byłem w Ministerstwie na konferencji w sprawie wojny… pojawiły się doniesienia mówiące, że zostałeś porwany przez Voldemorta?

Czerpał mściwą przyjemność ze zmieszania mężczyzny.

- Tak – stwierdził Harry, nie mówiąc nic więcej. Wzrok Dumbledore'a wędrował między nimi, zatrzymując się ze zmarszczeniem brwi na Nagini.

- Przypuszczam, że miałeś powód do przebywania poza murami zamku?

- Tak – ponownie potwierdził Potter. – I przedyskutuję go z panem w odpowiednim czasie.

Prywatnie, miał na myśli. Oczy Toma rozbłysły… czy Harry naprawdę myślał, że pozwoli mu pójść gdziekolwiek samemu? Po dzisiejszym dniu?

- Drzwi mojego biura zawsze są dla ciebie otwarte – odpowiedział dyrektor.

Palce Toma ponownie się zacisnęły i poczuł, jak Harry przesunął się w uścisku, stukając palcem w uścisk na znak, że powinien go poluźnić, sygnał, aby się rozluźnił.

Nie wiedział, skąd wie, co Harry miał na myśli i nie zawracał sobie też głowy przeanalizowaniem tego, skąd dokładnie wie, jak zinterpretować ten gest.

- Wiesz – zaczął, zamiast tego, zwracając się do Dumbledore'a. – Mógłby w ogóle nie być za murami zamku, gdybyś praktycznie nie popierał jego chęci rzucania się w niebezpieczeństwo oraz widocznie także i pragnienia zabicia samego siebie.

- A jednak – odrzucił Dumbledore, chłodno – gdyby nie to uzależnienie od niebezpieczeństwa, szczerze wątpię, by tolerował twoją obecność. Masz, oczywiście, rację, powinienem wszczepić w niego silniejsze pragnienie własnego bezpieczeństwa.

- No już, już, chłopcy – wtrącił się oschle Harry. – Bądźcie mili. Dyrektorze, nie ośmielaj się twierdzić, że twoje manipulacje miały jakikolwiek wpływ na kształtowanie się mojej osobowości… Tom… nie obwiniaj go i nie bądź hipokrytą. Jak wierzę, jesteś tym, który nienawidzi ograniczeń, a tym samym zachęca mnie do nie przestrzegania ich.

Słowa były łagodne, nie miały na celu skrzywdzenia, tylko, jak przypuszczał, pomagały w dyskretnym drażnieniu.

- Zachęcam cię do zastanowienia się nad zbytecznymi ograniczeniami społecznymi i moralnymi, które na siebie nakładasz – odrzucił. – Nie wierzę, bym kiedykolwiek zachęcał twój okropny kompleks bohatera i pasywne skłonności samobójcze, właściwie mógłbym dowieść, że walczyłem – jak się wydaje, bezowocnie – aby cię z nich wyleczyć.

Był w pełni świadomy, że Harry wychwycił niebezpieczna nutę w jego głosie, gdyż chłopiec spiął się nieznacznie.

- Jego moralność jest tym, co czyni go człowiekiem – stwierdził Dumbledore, wyraźnie urażony tępą deklaracją, powietrze wokół nich oziębło. Tom pozostał niewzruszony.

- A jednak, moralność jest subiektywną rzeczą, która zmienia się w zależności od kultury i jednostki. Można by pomyśleć, że coś tak istotnego powinno być bardziej obiektywne. Nie, to co czyni go człowiekiem jest jego zdolnością do odczuwania emocji, pamięcią, rozumem i intelektem przewyższającym zwierzęta. Albo, jeśli chcesz ująć to biblijnie, jego duszą.

- Zwierzęta nie mają sumienia moralnego – zaczął Dumbledore.

- Strach jest matką wszelkiej moralności. Ludzie stworzyli swoją moralność, ponieważ bali się chaosu i braku zasad, który przyniósłby jej brak. Mógłbym wejść o to z tobą w kłótnię, starcze, ale byłaby to potworna strata mojego czasu, a ja mam lepsze rzeczy do roboty. Harry – ze mną.

Wysłał krótki sygnał do swoich Ślizgonów, aby upewnić się, że bezpiecznie przechowają Lestrange'a i wezmą go do Pokoju Wspólnego.

Zajmie się zdrajcą po tym, jak zajmie się Harrym.

Odwrócił się, popychając przed sobą chłopca w kierunku, w którym chciał iść, wysyłając ostrzegawcze sygnały przez znak.

Jeśli Harry naprawdę rozpaczliwie chciał porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi, powinien zrobić to podczas swojego „dnia Gryfonów" zamiast niemal dać się zabić. Jego gardło zacisnęło się na tą myśl, niespokojnie.

To się nigdy nie wydarzy.


Harry odwrócił się w stronę Toma, kiedy dotarli do Pokoju Życzeń, z nadszarpanymi nerwami, stawiając klatkę z Nagini na ziemi. Będzie musiał uważać na używanie w jej obecności wężomowy.

- Wszystko w porządku? – zapytał cicho. Zadałby to pytanie wcześniej, natychmiast, ale wiedział, że nie było szans na szczerą odpowiedź w otoczeniu publiczności. Tom spojrzał na niego ostro.

- Nie.

Harry ledwie powstrzymał szok.

Mimo, że uciekli od opinii publicznej, nie spodziewał się, że chłopiec przyzna się do tego tak otwarcie, i w pewnym sensie widział już objawy braku bycia „w porządku". Tom patrzył na niego, ledwie ukazując jakikolwiek wyraz na swojej twarzy.

- W porządku okazuje przyjemność i ogólne uczucie zadowolenia lub rzeczy będące dobre. Która część z tego jest w porządku?

- Część, w której nie jestem martwy, prawdopodobnie – odpowiedział Harry.

- Nie jesteś martwy teraz, co następnym razem, kiedy zawiedzie jeden z twoich lekkomyślnych planów… Lestrange, no serio? Próbował cię zabić, Złoty Chłopcze! - Będziesz w takim razie martwy, kiedyś w przyszłości, będziesz w takim razie martwy?

- Nie zaufałem tak po prostu Lestrange'owi, nie jestem głupi – warknął. – Zmusiłem go najpierw do złożenia przysięgi.

- Niewystarczająco dobrze, najwyraźniej…

- Wszyscy kiedyś umrą, Tom…

- Nie. Ty – syknął Tom. – Nie pozwolę na to.

Harry przełknął ślinę.

- Nie chcę żyć wiecznie – oświadczył cicho.

- Więc przypuszczam, że będziesz musiał mnie zabić, chłopcze z przepowiedni, ponieważ nie zamierzam pozwolić ci w najbliższym czasie umrzeć.

- Nie chcę cię zabić!

- Nie chcę twojej śmierci.

Harry westchnął, boleśnie przeczesując dłonią włosy.

Cała ta sprawa z Voldemortem zaczynała dawać się we znaki, był taki zmęczony. Magiczne wyczerpany, fizyczne wyczerpany, psychicznie wyczerpany. Głowa Toma przechyliła się.

- W szafce za tobą znajdują się lecznicze eliksiry – stwierdził.

Harry po raz pierwszy rozejrzał się po sali, którą wyczarował Tom.

Okazało się, że tym razem jego priorytetem był trzeszczący kominek i otwarty na niebo sufit – ze słonecznym dniem, mimo tego, że tak naprawdę na dworze było zimno i ciemno. W pomieszczeniu znajdował się asortyment krzeseł, kanap i całych rzędów leczniczego sprzętu na półkach.

To był także duży pokój, mimo tego, że tylko niewielka część tej przestrzeni była im potrzebna. Widząc to, nagle uświadomił sobie, jak bardzo nie chciał być teraz, po tym lochu, w zamkniętym pomieszczeniu.

Podszedł tam, wybierając eliksir na ból, balsam na obicia i ogólny leczniczy eliksir na drobne rany i siniaki.

- Snape będzie wkurzony, jeśli pochodzi to z jego osobistych zapasów – zauważył. – A ośmielę się stwierdzić, że Pomfrey także będzie swoich brakować.

- Pij.

Harry odkręcił korek, przełykając eliksir na ból i ogólny leczniczy. Schował balsam na siniaki na później, chociaż był w pełni świadomy, że Tom doskonale zauważył, które leki z tych, które wziął, zaaplikował sobie. Spojrzał w górę.

- Jakie są twoje plany względem Lestrange'a?

- Jeśli ośmielisz się powiedzieć mi, abym go nie karał…

- Nie zabij go.

- To się nie stanie, niestety, musi poczekać do czasu, kiedy linia czasu się ustabilizuje i uporządkuje. Chcesz pomóc?

- Pomóc ci go torturować? – upewnił się Harry, opuszczając spojrzenie na puste butelki w dłoniach.

- Tak.

- Zajmę się nim – oświadczył.

Nie zgadzał się z metodami torturowania Toma, ale nie mógł zaprzeczyć, że coś z tym chłopcem trzeba będzie zrobić. Tyle, że on miał swoje własne metody zemsty.

Tom wydał z siebie niezadowolony dźwięk.

- Nie możesz oczekiwać, że ci go zostawię. Nie zrobię tego.

- Nie ufasz mi, że zajmę się nim satysfakcjonująco?

- Muszę przyznać, że jak na mój gust jesteś zbyt miłosierny i miły dla swoich wrogów – powiedział przyszły Czarny Pan. Harry roześmiał się lekko.

- Nie myl przebaczenia za działania, jakie ludzie podejmują przeciwko mnie z czymś, co rozprzestrzenia się do czegokolwiek przypominającego miłosierdzie lub dobroć, kiedy te działania zaczynają wkopywać w to ludzi, na których mi zależy – odpowiedział stanowczo. – Świat mógł pójść dzisiaj z dymem. To nie tylko mnie by skrzywdził, ale mnie głównie, czy więc to nie do mnie powinno należeć prawo decydowania o jego losie?

- On jest moim śmierciożercą, a tym samym, podlega mojej władzy. Razem.

- Razem, jeśli będę tym kierować. Pójdziesz w moje ślady – zaproponował Harry.

Tom oceniał go przez chwilę, błyszczącymi oczami.

- W takim razie niech lepiej będzie to imponujące. – Było wszystkim, co powiedział. Wyzwaniem.

Harry spotkał zaintrygowane spojrzenie i skinął głową.

Nie było między nimi w porządku… ale pewnie będzie.

Z czasem.

Z dużą ilością czasu, sądząc po niebezpiecznym błysku w oczach Toma.

Świetnie.


Lucjusz Malfoy biegał po swoich kwaterach, pakując się na ślepo, jego piękna Narcyza patrzyła na niego, zaniepokojona, ale ostatecznie opanowana.

- Co to ma znaczyć, że musimy odejść? Lucjuszu… mów do mnie? – zażądała, chwytając mocno jego ramiona.

Jego spojrzenie było szalone, rozgorączkowane, a jednocześnie spokojne z powodu jego planu.

- Spakuj swoje rzeczy – rozkazał. – Natychmiast. Później ci wszystko wyjaśnię. Po prostu… zaufaj mi. Dobrze?

- Kochanie…

- Proszę.

Dziesięć minut później aportowali się tuż przed bramami Hogwartu.