Betowała wspaniała Himitsu.

neko246, Tom w końcu jest Tomem, musiał nad sobą panować - chociaż i tak sądzę, że był nieźle rozchwiany emocjonalnie. Cieszę się, że podzielasz mój pogląd na postać Lucjusza :). U mnie też już powoli wszystko topnieje, ale niestety wciąż ten śnieg wszędzie się, w małych ilościach, w zasięgu wzroku znajduje... Veniti, och, dobrze, rozumiem - w żaden sposób mnie to nie przeszkadza, ważne, że wiem, iż to ty piszesz swoje komentarze :). Co do wspomnianego przez ciebie slashu między nimi - ja tam i tak uważam, że najlepiej jest tak, jak jest teraz, kiedy są "na granicy", nie będąc parą, a jedynie... bardzo bliskimi przyjaciółmi. Co nie zmienia faktu, że doskonale do siebie pasują ;). Co do spódniczek - próbowałam zrobić to samo przed świętami i efekt jest teraz widoczny za oknem :). W każdym razie mam nadzieję, że tobie uda się to lepiej niż mnie, gdyż naprawdę mam już dość śniegu (chociaż, kiedy rozmawiałam z dziećmi, to twierdziły one, że wciąż nie mają dość tego śniegu...). elain679, nie wiem, czy cieszyć się z twojej niechęci do Dumbledore'a... chociaż właściwie masz rację, również w książce był niezbyt zachęcającą i, jak okazuje się w ostatnim tomie, manipulującą posiacią. Mam nadzieję, że spodoba ci się kara, jaka dosięgnie Cygnusa - ale nie będę jeszcze na razie nic o niej mówił. Natomiast odniosę się do twojego pytania na temat związku Harry/Tom - "Ulubieniec" nie jest slashem, zatem oficjalnie chłopaki w żadnym związku nie będą. Chociaż, osobiście sadzę, że ich związek należy interpretować indywidualnie, gdyż nie jest taki prosty - osobiście skłaniam się ku myśleniu, iż chłopaki po prostu nie są świadomi swoich uczuć, nie są zdolni ich odczuwać (Tom jako psychopata, wychowywany w sierocińcu, Harry jako efekt tego, w jaki sposób wychowali do Dursleyowie, nie ucząc miłości, a zarazem sprawiając, że nie jest w stanie jej rozpoznawać. Harry, według mnie, po prostu wyuczył się psychiki ludzkiej i potrafi imitować emocje. Zauważać, co powinien czuć i odpowiednio się względem tego zachowywać - chociaż cała ta teoria to jedynie moja własna interpretacja i absolutnie nie jest powiedziane, że jest prawidłowa. "Ulubieńca" można również interpretować tak, jak miała na celu jego autorka, po prostu bezslashowo). CaffeLatte, cieszę się, że znów cię widzę! :) Nie mogę się nie spytać, czy nie natrafiłaś przypadkiem na jakieś ciekawe slashe - być może na coś, czego nie czytałam, a co mogłabyś mi polecić? ;) I z niecierpliwością i ciekawością wyczekuję twoich komentarzy :). Jousette, to bardzo dobrze :). "Uczucia bez okazywania uczuć" - myślę, że to trafne określenie Toma. I właściwie trudno teraz powiedzieć, czy Tom ma jakieś uczucia, czy nie. Jak myślisz? ;) Lucjusz będzie w dzisiejszym rozdziale, przynajmniej po części - mam nadzieję, że trochę rozjaśni się dzisiaj jego postać i powody jego takich a nie innych działań. Co do pytania, to pozwoliłam sobie odpowiedzieć na nie osobno, pod wszystkimi odpowiedziami na komentarze :). Cookies. Alice, nie mogę się nie zgodzić - zachowanie Toma ma w sobie coś, co powoduje, że staje się ono urocze i tak intensywne, gdyż wykonuje je właśnie jego postać. Kara, jaką Harry i Tom sprezentują Lestrange'owi, mam nadzieję, że przypadnie ci do gustu - chociaż może być trochę... niespodziewana. Ze szczegółami wszystkich zachowań wszystkich postaci ci niestety nie pomogę - Cygnus w różnych miejscach w rożny sposób oddziaływał na czytelnika, powoli odkrywał swoje prawdziwe ja i powody, które nim kierują. Dużo by tu opowiadać :). Ale to dobrze, że koncentrujesz się na relacji Harry'ego z Tomem - myślę, że już ona sama jest wystarczająco zajmująca. I mówisz, że Lucjusz ma twoje poparcie? :) Evolution, absolutnie podziwiam twój komentarz - mam nadzieję, że słyszysz te rozlegające się w powietrzu brawa. Ale cieszę się, że rozdział tak bardzo cię poruszył, że tak wiele chciałaś o nim powiedzieć - uważam to za sukces zarówno swój, jak i, oczywiście, autorki :). Cieszę się również, że rozdział ten uważasz za jeden z najlepszych - z całą pewnością jest tego wart :). Widzę, że bardzo poruszyły cię emocje Toma i jego zachowanie - podpisuję się wszystkimi kończynami pod tym, że było ono niesamowicie intensywne. No i oczywiście sam fakt, że pochodziły właśnie od Toma robił swoje :). Zgodzę się również z tym, że z pewnością było to nadzwyczaj intensywne, niespotykanie intensywne - Tom nigdy wcześniej nie zachowywał się w taki sposób, gdyż nigdy wcześniej tak naprawdę nie był tak bliski utraty Harry'ego. A przynajmniej my nie mieliśmy wglądu w jego zachowanie nigdy wcześniej, kiedy znajdował się w takich sytuacjach :). W ogóle mam ochotę postawić wielkie "tak" nad twoim komentarzem, gdyż zgadzam się z chyba każdą jego częścią. Zostały przedstawione zupełne przeciwieństwa zwykle okazywanego przez nich charakteru, znów musię się z tobą zgodzić :). I jest to coś, co przyznam, że również w nich uwielbiam. Co do analizy związku, to miałam głównie na myśli Hermionę, aczkolwiek Abraxas ani trochę nie był w ostatnim rozdziale gorszy od niej. I wiesz, Himitsu także zwróciła uwagę na tą "konieczność" - co tylko, dodając jeszcze do tego twoje słowa, tylko ukazuje, jak naprawdę to określenie jest trafne :). Harry-dziewczyny i Harry-Tom w miniaturkach, tam ten wątek myślę, że zostanie pokazany dość ciekawie... Tom bez Harry'ego to po prostu Voldemort - albo raczej Voldemort to wynik ich rozdzielenia. Bo Tom byłby z pewnością wściekły, morderczy, pusty, jak mówi Abraxas, ale w ostateczności - a przynajmniej tak do tej pory przedstawiany był nam wynik takiej sytuacji - doprowadziłoby go to do stania się Voldemortem. Co do opisania przed ciebie wyobrażenia przedstawionej sytuacji, to powiem tylko, że wyobrażam sobie ją dokładnie tak samo - chociaż może nieco trochę bliżej, osobiście, ustawiałam Dumbledore'a. Ale to już szczegóły :). Cygnusową karę zostawiam jeszcze bez komentarza, chociaż mam nadzieję, że będzie ona... interesująca :). Tak, myślę, że interesująca - nic więcej o niej nie powiem... Lucjusza zostawiam bez komentarza, gdyż wiele o nim dowiesz się dzisiaj. A resztę... resztę niedługo (zresztą wszystkiego dowiesz się niedługo, naprawdę zbliżamy się już do końca...).

Co do miniaturek, o które część z was się już mnie pytała - kolejna miniaturka jest gotowa, po prostu brakuje mi czasu na to, aby siąść i ją dopracować. W każdym razie na pewno pojawi się gdzieś w ciągu najbliższego tygodnia. Wybaczcie, że zajmuje to tak długo, ale... rozumiecie.

Dziękuję serdecznie za komentarze, jakże wspaniałe, pełne emocji, przemyśleń i opinii. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, jak wielką robicie mi nimi przyjemność, nie wiem, czy jestem w stanie jakoś ubrać ją w słowa. Dlatego po prostu bardzo wam za nie dziękuję.

Miłego czytania.


Ulubieniec Losu

Rozdział sto trzydziesty piąty

- Tak więc, który znalazłeś? – zapytał po chwili Tom.

Od czasu zawarcia jakieś pięć minut wcześniej umowy dotyczącej kary, jakiej udzielą Lestrange'owi, w ciszy siedzieli w Pokoju Życzeń.

Nie była to jednak, jako taka, cisza niezręczna, a raczej pełen oczekiwania odpoczynek.

Harry, w każdym razie, czuł jak powoli opada w sen, siedząc przed palącym się kominkiem. Tom przeciągnął swoją kanapę nawet jeszcze bliżej, jej poręcz znajdowała się w niedalekiej odległości od głowy Harry'ego, a oparte na niej ramię wisiało niedaleko niego.

Słysząc to pytanie, natychmiast skierował na niego swoją uwagę. Zerknął na Nagini.

- Co? – zapytał. Na twarzy Toma pojawił się lekki uśmieszek.

- Wyczuwam je na tobie, skarbie – odparł młody Czarny Pan. – W tym pokoju znajduje się pięć dodatkowych kawałków mojej duszy.

Harry zastanawiał się, czy chwilowe zawahanie się Toma, kiedy wypowiadał cyfrę „pięć" nie było jedynie wynikiem jego wyobraźni. Reszta słów wypowiedziana została z tak płynną śmiałością, że myślał, iż na pewno tak właśnie musiało być. Nie zlekceważył jednak tej myśli, ostrożnie zapamiętując to jako sprawę, którą ponownie rozpatrzeć powinien w innym czasie.

Rozważał to przez chwilę, po czym wyciągnął puchar. Przez cały czas będzie trzymał go na wyciągnięcie ręki i z całą pewnością nie ukryje go, nie ufając temu, że nikt go wtedy nie znajdzie. Z czujnością będzie wypatrywał wszelkich prawdopodobnych oznak tego, że Tom będzie próbował go ukraść. Oczy dziedzica Slytherina rozszerzyły się na chwilę, świecąc się z powodu artefaktu, smukłe palce wystrzeliły, jak gdyby chciały go dotknąć.

Harry z uśmiechem wsunął go z powrotem do wewnętrznej kieszeni swojej kurtki.

- Puchar Huffelpuff – mruknął Tom. – Jak… wspaniale.

- Hmm… - odparł Harry. – Twoje wybory pod tym względem nie są ani trochę ostentacyjne, co? Chociaż muszę przyznać, że powiązanie ich z Hogwartem sprawia, że łatwiej jest mi je znaleźć.

Wiedział już teraz o sześciu horkruksach: sobie samym, pucharze, medalionie, pierścieniu, Nagini i dzienniku – już zniszczonym. Musiał znaleźć jeszcze jeden i dość mocno podejrzewał, że znajduje się on w Hogwarcie.

Być może nawet w Pokoju Życzeń albo w każdym razie jednym z jego odmian.

Problem polegał na tym, że Tom również był w stanie wyczuć to cholerstwo i gdyby Tom jako pierwszy wszedł w posiadanie tego horkruksa i go ukrył, to wtedy cała sytuacja mogłaby stać się dla niego trochę bardziej skomplikowana.

- Nie są moje.

- Ale szukałbyś tych samych obiektów - zripostował Harry. – Miłość do wielkich trofeów i tak dalej. Nie mógłbyś umieścić swojej duszy w czymś nie mającym żadnego znaczenia.

Oczy Toma bardzo intensywnie wpatrywały się w niego.

- Jeszcze jeden, w takim razie – zauważył. Harry uśmiechnął się pod nosem.

- Założę się, że wkurza cię to, że wygrywam.

- Wygrywasz? To dość aroganckie założenie, kochanie, biorąc pod uwagę wszystko, co jeszcze musisz zrobić.

- A ty? Skończyłeś swoje zaklęcie? – odparł znacząco Harry.

- Jestem w stanie skończyć je, zanim znajdziesz wszystkie kawałki… i napiszesz własne zaklęcie… i zanim uda ci się sprawić, żeby Voldemort czuł na tyle wyrzutów sumienia, by znów zszył się w jedną całość.

- Właściwie, to śmiem twierdzić, że użyję zaklęcia empatii, tak jak to zrobiłem dzisiaj, by sprawić, że poczuje moje wyrzuty sumienia – oświadczył radośnie Harry. – Wydawało się to dość skuteczne.

Tom zamarł na sekundę, nie zawracając sobie już głowy utrzymaniem aury niedbałości.

- Powodzenia w utrzymaniu zaklęcia, podczas gdy twój umysł będzie rozrywany na strzępy – odparł chłodno Riddle. Harry poczuł ukłucie żalu, ale ukrył je za kolejnym uśmiechem.

- A więc wkurza cię, że wygrywam.

Tom roześmiał się ponuro.

- Wygrywasz, Harry? Nigdy nie myślałem, że sukcesem jest rozerwanie na kawałeczki swojego umysłu, ale myślę, że inaczej patrzy na to ktoś, kogo styl życia wyróżnia się dość sporą autodestrukcją.

- Autodestrukcją? I to mówi ktoś, kto planuje podzielić swoja duszę – odpowiedział chłodno Harry. Tom zmrużył oczy.

- To ulepszenie, nie destrukcja. Wszyscy najwięksi ludzie szukali nieśmiertelności.

- Najbardziej tchórzliwi ludzie – sprzeciwił się sfrustrowany Harry. – Najbardziej autodestrukcyjni. Ludzie nie powinni być nieśmiertelni.

- W takim razie bycie człowiekiem jest przereklamowane i nie chcę nim być – zripostował Tom.

Harry na moment przymknął oczy.

- W takim razie co tu robisz? – zapytał bardzo cicho. – Tom Riddle jest człowiekiem, Voldemort nie jest, a powiedziałeś mi kiedyś, że jestem jedyną rzeczą, dzięki której wciąż jesteś tym pierwszym. Nie sprawiam, że jesteś kaleką?

Dziedzic Slytherina zamilkł, wpatrując się w niego ciemnymi, nieprzeniknionymi oczami.

Cisza przeciągnęła się.


Lucjusz Malfoy chlubił się z tego, że zawsze stał po zwycięskiej stronie albo, przynajmniej, nie tej, która przegrywała. Był Malfoyem, a Malfoyowie nigdy nie przegrywali.

To dlatego zdecydował się teraz odejść, zanim będzie za późno.

Czarny Pan rósł w siłę i, po raz pierwszy, nie był w stanie zobaczyć korzyści wynikających z popierania tego potężnego mężczyzny.

Kiedyś, dawno temu, wszystko wydawało się tak szlachetne – ich chwalebne cele i rewolucja. Lord Voldemort był mrocznym, symbolicznym przywódcą, majestatycznym, genialnym człowiekiem-bogiem, kimś, kto miał powalić stary świat na kolana. Wierzył w to całym sercem.

Wahał się w trzynastoletnim czasie jego nieobecności, wstrząśnięty tym, że ktoś tak cenny mógł upaść tak nisko z powodu jednorocznego dzieciaka, był wtedy oburzony, rozczarowany… i od tego czasu idee Ciemnej Strony powoli się rozpadały.

A następnie natknął się na tę dwójkę.

Toma Riddle'a i Harrisona Evansa.

Kiedy po raz pierwszy spotkał Pottera, myślał, że jest on przeciętnym bachorem, dzieciakiem, nie mającym w sobie niczego wyjątkowego czy sympatycznego… ale teraz… ta dwójka.

Nie śmiał stanąć przeciw nim.

Słyszał opowieści od swojego ojca, zakazane szepty o złotym czasie, i pozwolił im odejść wraz ze swoim staruszkiem, ze względu na brak korzyści od strony wspomnianego Lorda. Nigdy również nie myślał, że cokolwiek może być lepsze od Czarnego Pana, któremu kiedyś przyrzekł swoją lojalność.

Teraz… teraz mógł zobaczyć jak okropny popełnił błąd.

Ślizgoński Duet miał ogromne osiągnięcia, tylko uwydatniane, kiedy rozwijali się i przetrwali, podczas gdy wysiłki jego Pana kończyły się niepowodzeniem. Nie mógł wspierać Lorda Voldemorta, mając do czynienia z takim przeciwnikiem, nie był ślepy ani głupi.

Nie chciał przegrać i zostać zniszczonym.

Poza tym, gdyby jego Pan dowiedział się, co zrobił… byłby zrujnowany. Mężczyzna nigdy nie wybaczyłby mu tego, że pomógł Potterowi w ucieczce, nawet jeśli było to spowodowane długiem i sprawami rodzinnymi. Jedyną lojalnością, jaką był zainteresowany Mroczny Lord, była lojalność względem niego samego.

Nie miał zamiaru czekać na to, aż podejrzenie spadnie na niego.

Mężczyzna był dzisiaj wściekły, nikomu nie oszczędzając swojego gniewu i przekleństw, był obłąkany, nieracjonalny. Maniakalny.

Lucjusz był Ślizgonem. Dostosowywał się, a kiedy nie mógł tego zrobić, zaczynał od nowa.

Chciał przetrwać.

Zapewni swój spokój, zabierze Draco i opuści kraj na czas trwania wojny, aby powrócić, żądając zajęcia należnego mu miejsca, przodując w nowopowstałym świecie, czymkolwiek będzie to, co z niego pozostanie…

Albo raczej mógłby, gdyby jego syn i – co dziwaczne – ojciec chcieli współpracować.

Draco odmówił odejścia i Lucjusz nie mógł w to uwierzyć. Co z SUMami? Mógł zapłacić, by powtórzył je w Durmstrangu!

- Zrobisz, jak ci mówię – syknął jadowicie. – Jestem twoim ojcem.

- Nie wyjadę – odparł Draco, patrząc na Abraxasa, szukając wsparcia. Jego syn był blady, ale mówił z całkowitą stanowczością. – Nie teraz.

- Ten kraj jest na krawędzi wojny.

- Ten kraj jest na krawędzi wszystkiego – krzyknął Draco. – Nie byłeś tutaj, nie widziałeś ich, oni naprawdę mogą wszystko zmienić i coś zrobić! Nie zamierzam uciec i stracić możliwości obserwowania być może największego od czasów założycieli wydarzenia w naszej historii!

- Czarny Pan nigdy nie będzie tolerował tego, że przeciw niemu stoisz, on cię zniszczy, Draco.

Bał się, kiedy usłyszał o długu życia, że jego podatny na wpływy syn wybierze Riddle'a i Pottera, i ich dziwny urok. To był kolejny powód do odejścia.

Lojalność Draco, albo raczej zdrada, zostałaby odkryta przez jego Pana i nikt z jego rodziny nie zostałby przez nią oszczędzony.

- Czarny Pan jest cieniem! Mówiłeś mi, że był genialny, niesamowity, że przywróci stare zwyczaje, ale tak nie jest! Lord V-Voldemort drży przed dwoma nastolatkami! Malfoyowie mają swoją dumę, zawsze mi to mówiłeś, gdzie jest ta duma, ten honor, w popieraniu takiego człowieka?

Otworzył usta, by mu odpowiedzieć, ostro, tylko po to, by gwałtownie się zatrzymać, kiedy dostrzegł dwie postaci.

Przybył Ślizgoński Duet.


Harry zamarł, wchodząc do Pokoju Wspólnego Ślizgonów.

Malfoyowie. Chmara Malfoyów.

Lucjusz, Narcyza, Draco i Abraxas.

Zamrugał. Co się działo? I dlaczego nie było tu dyrektora?

Lucjusz, jako Gubernator Szkoły (na którego stanowisko został przywrócony, ku niezaskoczonemu obrzydzeniu Harry'ego) był w stanie do niej wejść, ale Dumbledore z całą pewnością musiał o tym wiedzieć? Harry podejrzewał, że znów wyjechał do Ministerstwa.

Czasami, z poczuciem winy, zastanawiał się, czy dyrektorem nie powinien być ktoś inny, skoro starzec z powodu swoich licznych obowiązków był zbyt zajęty, by podejmować się tej pracy.

- Co się dzieje? – zażądał mocnym głosem Tom. Nie powiedział ani słowa od czasu tej rozmowy w pokoju „Przychodź-Wchodź".

- Próbuje zabrać Draco – odpowiedział natychmiast Abraxas.

Lucjusz zmrużył oczy. Harry uniósł brwi.

Czy to dlatego, że Voldemort wiedział? Uciekali… ale nie, gdyby Voldemort wiedział o pomocy Malfoya, blondyn byłby zbyt martwy, by przybyć do Hogwartu.

- W samym środku roku SUMów – dodał drwiąco Abraxas, wysyłając swojemu synowi groźne spojrzenie.

Wyraz twarzy Toma zamienił się na ten jeden, przedstawiający niejasny brak zainteresowania.

- Rozumiem.

- Odwracasz się od Voldemorta? – zapytał Harry Lucjusza, uważnie obserwując mężczyznę. – A ja myślałem, że, za wyjątkiem oczywistych długów, jesteś jego zagorzałym zwolennikiem.

- Podąża za ludźmi, którzy wygrywają – wyjaśnił niedbale Tom. – Voldemort nie wygrywa, a także nie jest w jakiejś szczególnie silnej pozycji… i nawet nie próbuj przekręcać to w wykład o tym, jak istotne jest dobre traktowanie ludzi, Złoty Chłopcze.

- No cóż, to prawda, jeśli traktujesz swoich zwolenników Crucio, nie zostaną oni przy tobie, kiedy będzie… - Dłoń Toma zacisnęła się na jego ustach.

Zamiast tego bezczelnie mrugnął do dziedzica Slytherina.

Jakkolwiek wiele kłócili się na osobności lub w jakiekolwiek sprawy byli zaangażowani, w sytuacjach takiej jak ta mieli tendencję do udawania, że nic złego się nie stało… czasami bardziej skutecznie, czasami mniej.

Rzecz w tym, że sam nie był do końca pewny czy coś między nimi było nie tak albo czy Tom po prostu dzielił się przemyśleniami, a był zbyt zmęczony, aby próbować zgadywać lub analizować jego wypowiedź.

W każdym razie, będzie w stanie stwierdzić to rano, co do tego nie miał wątpliwości.

Lucjusz wyglądał na zdezorientowanego. Wykręcił swoją głowę z uścisku Toma, uśmiechając się złośliwie. Szczerze mówiąc, chłopak praktycznie sam się o to prosił swoim komentarzem.

Abraxas patrzył na Toma z nieznacznie błagalnym wyrazem twarzy.

- Nie możesz pozwolić im go zabrać – mruknął, starając się brzmieć spokojnie i łagodnie.

- Nie mogę? – Tom uniósł brwi, nagle niebezpiecznie z powodu tego niemal-rozkazu. Abraxas ciężko przełknął ślinę.

- T-to znaczy, cóż…

- Draco, chcesz opuścić kraj? – zapytał nagle Harry.

Draco spojrzał na niego ostrożnie i kiedyś Harry wierzył, że wyplułby z siebie jakąś zjadliwą i szyderczą uwagę. Tym razem, i to pokazywało, jak bardzo wszystko się zmieniło, pokręcił jedynie głową.

- Nie – przyznał.

- Nie możemy tutaj zostać! – warknął Lucjusz. – Narcyzo… powiedz mu.

- Zatem odchodzisz, bo nie chcesz stać po stronie przegranych? – dopytywał się Harry. – I, jak sądzę, ze strachu przed tym, co zrobi ci Czarny Pan, kiedy podczas waszego kolejnego spotkania, dzięki swoim umiejętnością legilimencji, bez wątpienia dowie się, że go zdradziłeś.

Prawie niemożliwe byłoby przetrwanie w towarzystwie Toma lub Voldemorta po takiej zdradzie, Harry o tym wiedział. Mogli nie zawsze znać wszystkie szczegóły, ale zazwyczaj wiedzieli, że coś się stało.

- Do czego zmierzasz, Potter? – zakwestionował chłodno Malfoy.

- Brzmisz, jakbyś potrzebował politycznego azylu. – Harry wzruszył ramionami. Czuł jak wzrok Toma ostro przesuwa się na niego. Oczy Malfoya były nieczytelne.

- I ty możesz to załatwić? W zamian za co?

- Możesz się do nas przyłączyć.

- Nas?

Harry nagle stracił swoją pewność siebie.

- Cóż, mnie…

- Nas – powiedział Tom, przerywając mu. Harry spojrzał na niego, zaskoczony.

Tom spotkał na chwilę jego spojrzenie, po czym po raz kolejny spojrzał na Malfoyów.

- Jakie są wasze cele? Na czym się opieracie? – zapytał nieufnie Lucjusz. Pilny problem.

On i Tom chcieli różnych rzeczy. Och, dlaczego musiało mu się wymknąć to „my"? Jakkolwiek satysfakcjonujące było takie potwierdzenie od strony Toma, jakkolwiek dotkliwe, w pewnym stopniu było to również kłopotliwe, kiedy adresowane było do potencjalnego rekruta.

- W tej chwili naszym głównym celem jest pozbycie się Voldemorta – powiedział spokojnie Tom. – I zostanie tak co najmniej przez najbliższe cztery miesiące, po których możemy omówić z tobą kwestię tego, co dalej.

- Tymczasowy sojusz? – po raz pierwszy odezwała się Narcyza, jej głos był pewny i kulturalny.

- Zasadniczo.

- Nie jesteście zorganizowani jako frakcja – oświadczyła. – Nie masz pojęcia czy uda wam się w ogóle współpracować ze sobą w taki sposób.

Nagle Harry stał się bardzo świadomy zmiany w postawie Toma, aury czystej kontroli i władzy.

- A jednak – mruknął lekko dziedzic Slytherina – każdego dnia Czarny oraz Biały Pan spiskują przeciwko nam, zmagając się z tym, by dotrzymać nam kroku i zmuszeni są robić to tak defensywnie, że ledwie są w stanie wykrzesać z siebie jakąkolwiek prawdziwą ofensywę. – Tom umilkł i Harry poczuł, że jego magia napina się niezwykle subtelnie, jak gdyby wyrażał jedynie szczerość i entuzjazm. – Wyobraź sobie, co możemy zrobić.

Lucjusz wyglądał na nieco oczarowanego i, szczerze mówiąc, wszyscy właściwie wyglądali na nieznacznie oszołomionych. Harry mimowolnie znów był pod wrażeniem płynności, z jaką Tom potrafił działać, kiedy tego chciał. Był cholernie dobrym mówcą.

- Zastanówcie się nad tym – zaoferował Tom – i wróćcie do nas jutro, jeśli potrzebujecie chwili, by rozważyć swoje możliwości.

- Będziecie w stanie chronić moją rodzinę? – zakwestionowała Narcyza, kiedy wychodzili. Harry odwrócił się lekko, patrząc na tę czwórkę.

- Mogę obiecać, że dołożę wszelkich starań, by spróbować.


Tom mógł praktycznie wyczuć buzujące obok niego emocje oraz myśli Harry'ego, kiedy siedzieli w Pokoju Wspólnym – Abraxas i Draco wysłani zostali do łóżka, pan i pani Malfoy wrócili na noc do swojej posiadłości.

Naprawdę, cała ta gwałtowność działań Malfoyów była absurdalna. To przecież nie tak, że Voldemort zamierzał zamordować ich wszystkich jednej nocy.

Spanikowali.

Co za irracjonalność.

Był nieco rozbawiony faktem, że Harry nic nie powiedział, chociaż wiedział, że pomimo tego, iż dokonywał wszelkich starań, by skupić się na rozmowie, był on absolutnie wyczerpany. Czekał cierpliwie. Harry w końcu wyrazi swoje wątpliwości; zawsze to robił.

- Nas? – zapytał w końcu jego przyjaciel.

- Masz jakieś zastrzeżenia? – zakwestionował, nie pozwalając jakiemukolwiek zdenerwowaniu czy niepewności ukazać się na swojej twarzy. Wiedział, że Harry najprawdopodobniej nie miał. W końcu to on jako pierwszy powiedział „nas".

- Ja… nie… cóż…

- Jesteś taki wymowny, kiedy jesteś wyczerpany. – Uśmiechnął się złośliwie.

Brak snu i magiczne wyczerpanie nie były chyba najlepszym połączeniem, ale musiał przyznać, że były… zabawne do obserwowania. Harry skrzywił się.

- Nie jestem wyczerpany.

Jedynie podniósł z niedowierzaniem brwi na tą odpowiedź.

- Powinieneś pójść się przespać.

- Nasze cele nie są ze sobą zgodne. Nie twierdzę, że wszyscy mugole powinni umrzeć.

Ukrył uśmiech. Taki uparty. Zawsze tak cholernie uparty.

- Harry, idź się przespać – rozkazał. Potter otworzył usta i Tom szybko kontynuował, nie dając mu czasu na protest. Zresztą był pewien, że i tak był w stanie odgadnąć, co zamierzał powiedzieć. – Jeśli naprawdę tego chcesz, możemy stworzyć teraz konstytucję stanowiącą o przyszłości naszego świata, ale szczerze powiedziawszy wolałbym zrobić to, kiedy będziesz logicznie spójny i w stanie korzystać z całego swojego potencjału. Przemyśl to uważnie, kochanie, naprawdę chcesz robić teraz coś tak niezwykle ważnego?

- Naprawdę wysyłasz mnie do łóżka?

- Cóż, możesz spać na kanapie, jeśli to tak bardzo ci przeszkadza, chociaż śmiem twierdzić, że nie będzie to zbyt wygodne.

- Śmieszne – wycedził Harry.

Potrząsnął głową, spoglądając na chłopca, po czym przewrócił oczami i wstał, samemu kierując się do dormitorium.

Zaostrzając po drodze ograniczenia.


Harry w końcu zasnął, ulegając dość szybko, kiedy już się położył. Będąc absolutnie szczerym, Tom był zaskoczony, że chłopiec wytrzymał tak długo, nie zasypiając w pozycji stojącej.

Magiczne wyczerpanie nie było czymś, z czym chciało się zadzierać i ktoś, kto bardziej troszczył się o zasady, już dawno wysłałby go do Skrzydła Szpitalnego.

A jednak łatwiej było zrobić to w ten sposób, jako że Harry najprawdopodobniej uszkodziłby się w walce, która wynikłaby przy okazji zabrania go do „białego więzienia".

Jego myśli wirowały, szumiąc nieustannie. Nie mógł uwierzyć w to, jak potoczył się ten dzień. Samo wspomnienie o migoczącym hologramie… i tym Cruciatusie… jego pięści zacisnęły się.

Niedopuszczalne. Absolutnie niedopuszczalne.

Lestrange będzie cierpiał, nawet, jeśli będzie musiał zrobić to za plecami Harry'ego (chociaż, musiał przyznać, był zafascynowany tym, by zobaczyć, co Harry wymyśliłby jako karę).

Dzisiaj naprawdę był… przerażony. I co to znaczyło? Ugh.

Harry miał rację, ich przyjaźń była wyniszczająca.

Ale słabości takie jak ta miały jedną wspólną cechę… były jak narkotyki. Wiedział, że było to wadą, której sam się powinien pozbyć, ale nie chciał tego robić.

Przekleństwo troski.

Przeszedł przez ten proces myślowy już dziesiątki razy od czasu, kiedy ostatnim razem widział Harry'ego pod działaniem klątwy Cruciatus, kiedy on sam ją na niego rzucił…

Musiał jak najszybciej stworzyć mu horkruksa.

Harry był jego słabością, jego pobłażliwością.

Ohyda; nie zostałby na nie narażony w żadnym innym wypadku.