Wielkie podziękowania za zbetowanie rozdziału należą się Himitsu.

Veniti, a może jednak uda się zrealizować któryś z twoich pomysłów? Kto wie... I wcale nie dziwię się temu braku skupienia, zresztą niedługo myślę, że dość wyraźna presja czasu będzie wyczuwalna w ficku, a to jeszcze tylko bardziej to spotęguje... Co do Lucjusza - owszem, może nieco się boi, ale pomyślmy o tym, że bardzo możliwe jest, iż spadnie na niego kara Voldemorta. Nie licząc Toma i Harry'ego, pomyślmy, kto by się tego nie bał? Twoje wyliczenia dni do wakacji z jednej strony miło mnie zaskoczyły, a z jednej przeraziły - chociaż chyba jednak przewyższają te dobre uczucia :). Cookies. Alice, Harry zawsze był autodestrukcyjny, teraz po prostu mamy bardziej bezpośredni sposób ukazania tego. Tym razem nie ukrywa swojego prawdziwego celu. Ale za jak najbardziej prawidłowe uznaję stwierdzenie, iż obaj dążą do destrukcji - i, zarazem, obaj nie potrafią dostrzec, że to, co robią, jest destrukcyjne, obaj tłumaczą to jakimś dobrem: Harry uratowaniem świata, Tom nieśmiertelnością. I tak, jak najbardziej zrozumiałam to, co chciałaś przekazać :). Co do Lucjusza - bał się o swoją rodzinę i o to, co może zrobić z nią oszalały Czarny Pan. W takim razie czekam z niecierpliwością na moment, kiedy uda ci się uchwycić tą myśl na temat horkruksa i w jakiś sposób ubrać ją w słowa. Myślę, że przeczytanie takich przemyśleń mogłoby być dla mnie ciekawe :). Jousette, myślę, że masz rację, Tom z pewnością boi się uczuć :). Uważa je za coś, co może przeszkodzić w jego drodze do wielkości, do tego jeszcze zupełnie nie potrafi ich pojąć, co może był całkiem niebezpieczne, gdyż może zinterpretować je w sposób zupełnie odwrotny do tego, czym one naprawdę są. Cieszę się, że rozdział przynajmniej jedną sprawę rozjaśnił - i może masz rację, Lucjusz jest tchórzem, tylko czy obawa o życie rodziny jest tchórzostwem? Z jego punktu widzenia, nie miał innego wyjścia - pamiętajmy, że od zawsze wierzył, iż Voldemort jest najpotężniejszym czarodziejem na tej ziemi. Z pewnością szanował potęgę Dumbledore'a, ale z pewnością nie sądził, by starzec chciał lub mógł mu pomóc. Pottera i Riddle'a znał z opowieści i tego, co sam widział, kiedy Potter był jeszcze bardzo młody. Jego sytuacja naprawdę mogła wydawać się rozpaczliwa. Ale co do Draco, to całkowicie się zgadzam :). Co do twojego pytania - rozdziałów pozostało nam, razem z dzisiejszym, jeszcze 14 - stwierdzenie, czy to dużo, czy nie, pozostawiam ci :). Evolution, niestety miniaturka będzie jedną z tych kilku gorszych, zatem... cóż, może lepiej się nie nastawiać ;). I spokojnie skomentuj, kiedy będziesz miała na to czas, sama ledwo się z czymkolwiek wyrabiam, zatem absolutnie rozumiem jakiekolwiek braki komentarzy - i tak jestem pełna podziwu tego, że tyle osób komentuje już przez tak długi czas, tak regularnie! :) O horkruksie w Pokoju Życzeń nic nie będę mówiła - chociaż przyznam, że Tom jego umiejscowienia tam nie zdradził raczej celowo. Harry po prostu jest zbyt dobry w zauważaniu drobiazgów jego zachowań... I mówisz, że Harry wygra? Oczywiście tego w żaden sposób nie skomentuję. Ale z pewnością Harry jest teraz blisko zrealizowania swojego planu - tak, zwłaszcza, że znalazł sposób na wywołanie wyrzutów sumienia :). Nie zapominajmy jednak, że Tom również bardzo skutecznie pracuje nad własnym planem. Cieszę się słysząc, że opowiadanie wzbudza w tobie tak wiele emocji, że tak bardzo na ciebie wpływa. To takie... motywujące :). I dokładnie, mimo wszystko zachowanie Lucjusza było dość przemyślane. Jest więcej niż jeden powód tego, że zachował się w taki a nie inny sposób. Tego, jak Lucjusz wykorzysta nadarzającą się okazję i w jaki sposób potoczą się jego dalsze losy, dowiesz się już niedługo. Zgodzę się również z tym, że "nas" było urocze i takie... prawdziwe. I tak, Tom z pewnością potrafi pociągać za sobą ludzi, zresztą wystarczy spojrzeć na to, co udało się osiągnąć jego szalonemu przyszłemu ja... Ariano, och, absolutnie ci nie zazdroszczę - aby tak wiele sprzętów w tak krótkim czasie się zepsuło! Ale w pewnym sensie znam to z autopsji, długo wszystko działa dobrze, ale jeżeli już się coś psuje, to wiele rzeczy na raz... Cieszę się, że pomimo trudności wciąż śledzisz tego ficka i gratuluję myślenia w sposób podobny do autorki! To duże osiągnięcie! Może nawet uda ci się wymyśleć zakończenie, co? ;) neko246, Toma i jego plany zrobienia horkruksa Harry'emu jeszcze przez jakiś czas będę przemilczała. Tortury Harry'ego będą w dzisiejszym rozdziale i jestem ciekawa, jak je ocenisz - zarówno pod względem samej pomysłowości, jak i psychologii postaci :). Muszę się, niestety, zgodzić co do tego, że Tom wydaje się zachowywać tak, jakby chciał stworzyć z Harry'ego kogoś innego, kogoś, kogo podstawowe wartości będą zupełnie inne. Ja także przekładam Abraxasa ponad Lucjusza, chociaż nie powiem, bym Lucjusza nie lubiła - jakoś udało mu się zdobyć moje serce :).

Dziękuję z całego serca za komentarze, które zmusiły mnie do tego, by znaleźć trochę czasu na zajęcie się rozdziałem i wrzucenie go przed weekendem. Mam nadzieję, że chociaż wam tydzień mija w sposób bardziej spokojny. :)


Ulubieniec Losu

Rozdział sto trzydziesty szósty

Cygnus Lestrange leżał z otwartymi oczami, gorycz ściskała mocno jego żołądek. Wiedział, że zostanie ukarany za swoje czyny, ale nie mógł zmusić się do tego, by się tym przejmować.

Nie mogli mu już niczego zrobić, a on nie przestanie, dopóki Harry nie będzie martwy.

Wiedział, że przewidzieli dla niego tortury, straszliwe tortury, o których, prawdę mówiąc, bał się myśleć, ale nic z tego, co mu zrobią, nie będzie mogło odwieść go od tego, co postanowił. Co mogli mu wziąć, skoro i tak wszystko zostało mu już zabrane?

Został pozbawiony wszystkiego, co się dla niego liczyło, ani jego Pan, ani Evans nic więcej nie mogli już mu zrobić.

Kiedy to zaczynał, doskonale wiedział, że w zamian dostanie mu się negatywna uwaga Toma, ale to było właśnie tym, prawda? Uwagą. Negatywna uwaga wciąż była uwagą, a jakakolwiek uwaga była lepsza niż odrzucenie, którego doświadczył, alienacja, wstyd.

Jeśli torturowanie i atakowanie Pottera było czymś, co niszczyło taki stan, to mógł uzyskać taką uwagę.

Tom nie ośmieli się ponownie odrzucić go czy choćby na chwilę pozostawić bez nadzoru, znów będzie ważny, znaczący. Uśmiechnął się lekko. O tak, to będzie dobre.

Poderżnąłby chłopcu gardło teraz, kiedy ten spał, gdyby nie posiadł on tak dobrych umiejętności do rzucania na swoje łóżko zaklęć zabezpieczających. Nikt z nich nie mógł się do niego zbliżyć, cóż, prawdopodobnie z wyjątkiem Toma, ale Tom mógł wszystko.

Westchnął, tylko po to, by po chwili udawać, że jego oddech jest bardziej głęboki, kiedy otworzyły się drzwi do dormitorium.

Spokojny, pewny, ale cichy sposób chodzenia jego Pana był bez zarzutu, tak różny od Pottera, który był zbyt lekki i szybki.

Po zaledwie trzech minutach nadeszła ta obrzydliwa lekkość, chociaż poruszała się wolniej niż zazwyczaj. Niestety Cygnus nie mógł usłyszeć poważnego utykania, jedynie, być może, ciężar wyczerpania.

Usłyszał melodyjny śmiech, wymykający się z ust Toma i nie mógł się zdecydować czy go nienawidzi, czy nie. Nienawidził faktu, iż to Harry był tym, który go wywołał.

- Nie poddajesz się, co? – mruknął Harry. – Salazarze, jesteś tak zły jak Pomfrey.

- Och, nie obrażaj mnie, kochanie – nadeszła miękka odpowiedź. Tom znów wyszedł w jego pole widzenia, z łazienki. – Jestem o wiele gorszy niż pielęgniarka.

- Hmm… no nie wiem – mruknął Potter. – Nastoletni Czarny Pan i psychopata a biała pogromczyni niesfornych uczniów*. Trudny wybór.

- Bachor.

Śmiechy spowodowały, że jego żołądek zacisnął się.

Nie, nie było nic, co mogliby mu zrobić.

Mógł się jedynie wznieść.


Harry'ego i Toma następnego dnia znaleźć można było siedzących w wolnym czasie w pustej klasie.

Popołudniowe lekcje zostały odwołane, jako że do Hogwartu przybyć miał urzędnik Ministerstwa i wygłosić w Wielkiej Sali jakąś gadaninę. Obecność była, najwyraźniej, obowiązkowa, chociaż Harry nie sądził, by jakakolwiek przemowa ze strony Ministerstwa o wojnie mogła być dla niego jakoś szczególnie przydatna. Jak na razie, pracowali oni nad swoją… konstytucją albo manifestem, jakkolwiek tam ktoś by to nazwał.

Harry czuł się niesamowicie niezręcznie, a przecież dopiero co rozpoczęli. W świetle poranka tak niezwykle aroganckie wydało mu się podjęcie próby rządzenia światem.

Nawet nie chciał być odpowiedzialny za ten świat! Skąd miał, poza tym, wiedzieć, co było dla świata najlepsze? Pusty arkusz pergaminu leżał pomiędzy nimi.

Harry nieporadnie się w niego wpatrywał. Tom obserwował go z rozbawieniem, co spowodowało u niego grymas.

- Tak więc, jak my… to zrobimy? – zapytał. Nagle wydało mu się to ogromnym zadaniem, którego nie mógł uwierzyć, że zgodził się podjąć.

- Najpierw zadecydujemy o naszej polityce – stwierdził Tom. – Po prostu… przedstaw mi swoje poglądy. Tak naprawdę nie różni się to zbyt wiele od tego, co normalnie robimy.

Harry przełknął ślinę.

- Naprawdę planujesz zdobyć panowanie nad światem, czy może jest to sprawa tylko i wyłącznie tego co tu i teraz zrobimy z Voldemortem?

- Zaczniemy od Anglii – powiedział Tom, bardzo prosto.

Harry'emu zaschło w ustach. W jakiś sposób nigdy wcześniej to do niego nie trafiło, prawdziwa rzeczywistość w sprawie tego, co Tom pragnie zrobić, kiedy opuści szkołę. Chciał rządzić krajem, zrewolucjonizować go, prawdopodobnie jako dyktator.

Uświadomienie sobie tego było przytłaczające.

- Dlaczego? – zapytał Harry, tym razem nawet jeszcze ciszej.

- Dlaczego co? – odpowiedział cierpliwie Tom. – Dlaczego zacznę od Anglii? To powinno być oczywiste, nawet dla kogoś tak politycznie niedoświadczonego jak ty.

- Dokładnie! – wykrzyknął Harry. – Jestem politycznie niedoświadczony, nasza polityka prawdopodobnie do siebie nie pasuje, ja… ty nigdy nie okazałeś jakiejkolwiek skłonności do chęci podzielenia się z kimkolwiek władzą lub kontrolą…

- Gdybyś się uciszył i wziął oddech między pytaniami, to mógłbym być w stanie na nie odpowiedzieć – zauważył sucho Tom. Harry spojrzał na niego ostro.

- Mówię poważnie.

- Tak jak ja – odparł Tom, unosząc brwi. – Dlaczego ty? Ponieważ równoważysz moją osobowość, a ja twoją, nie zauważyłeś tego? Odkładając wszystkie krążące o nas plotki i podteksty, chyba zdajesz sobie sprawę, że dobrze z tobą współpracuję… lepiej niż z kimkolwiek innym. Nasze mocne strony uzupełniają się, podobnie jak nasze… wady. Jesteś teraz politycznie niedoświadczony, ja jestem w pełni świadomy tego jak grać w tę grę. Nie mam żadnego zainteresowania ogólnym życiem i dobrobytem, a do tego uważam za nadmiernie uciążliwe zawracanie sobie głowy tym, czego chcą ludzie. – Tom przyglądał mu się intensywnie. – Dlaczego ty? Bo to ty i nie mam nikogo innego.

Harry opuścił wzrok, przygryzając wargi, niepewny, w jaki sposób odpowiedzieć na tak szczere, otwarte wyznanie.

- A teraz – kontynuował Tom – doskonale wiem, że masz własne poglądy, no dalej, przedstaw je mnie. Masz głos, użyj go. Potraktuj to jako kolejne negocjacje, kolejny kompromis.

- Tyle, że ten może, jeśli zrobisz po swojemu, kształtować przyszłość świata.

- Jeśli zrobimy po swojemu – poprawił go spokojnie Tom. – I czy wiele z naszych negocjacji i tak nie odnosiło się do przyszłości świata? Na Salazara, Harry, większość godzin spędziliśmy walcząc z samym czasem. W porównaniu z tym plany i polityka nie są niczym wielkim.

Harry miał szaloną ochotę na to, aby się roześmiać. Tom miał rację, w pewnym sensie.

- Żadnego mugolskiego ludobójstwa – stwierdził.

I tak zaczęli.


Tom myślał, że pierwsza godzina posiedzenia poszła dość dobrze, kiedy już naprawdę ją zaczęli.

Znów mieli pod wieczór spotkać się z Malfoyami; zrobiliby to po południu, gdyby nie głupia sprawa z Ministerstwem.

Chciał tego ranka załatwić nieco więcej spraw, ale napotkali niedogodność w postaci lekcji. Jak na razie udało im się głównie omówić problem mugoli i magii, i był w pełni świadom czystego ogromu tego, co robili.

Był jednak pewny, że mogliby to zrealizować, nawet jeśli nikomu innemu nie mogło się to udać.

Ludobójstwo zostało wykluczone, tak jak pełna jedność pomiędzy światem mugoli a czarodziejów.

Uzgodnili, po wielu kłótniach i dyskusjach na ten temat, że wciąż pozwalać będą wchodzić mugolakom do ich świata, chociaż to nigdy tak naprawdę nie było między nimi punktem spornym. Wtedy zasugerował, by od najmłodszych lat zapoznać wszystkie magiczne dzieci urodzone w mugolskich rodzinach ze światem czarodziejów i przypisać im magicznych rodziców, odseparowując od tych mugolskich, co spowodowało, że rozpoczęła się prawdziwa debata.

Harry zażarcie się z tym nie zgadzał, chociaż Tom nie był w stanie dostrzec, co złego było w tym rozwiązaniu.

Potter chciał, by mugolakom pozwolono zostać z ich rodzinami (z zastrzeżeniem, że każda rodzina, czystokrwista czy mugolska, często sprawdzana będzie pod kątem maltretowania – nie, żeby kiedykolwiek nie zgadzał się z tą częścią). W końcu udało im się wywalczyć coś w rodzaju kompromisu.

Mugolaki zostaną ze swoimi prawdziwymi rodzicami pod warunkiem, że ci przysięgną zachować tajemnicę w sprawie istnienia magicznego świata. Same dzieci będą mogły, w wieku trzynastu lat, zadecydować czy chcą wrócić na wakacje do mugolskiego świata, czy też nie.

Zostaną stworzone również letnie szkoły i magiczne sierocińce. Harry, chwała mu za to, był zaskoczony tym, jak nietrudno było im ze sobą współpracować, przynajmniej na hipotetycznym poziomie, kiedy już tylko zaczęli to robić.

Nigdy w to nie wątpił, w końcu od tak dawna już zmagali się z tym, by ukształtować i zmienić nawzajem swoje przekonania. Było to coś, co w pewnym sensie już omówili. Harry odwiódł go od wywyższania czystokrwistych – w końcu sam był półkrwi i był teraz w stanie dostrzec, że czystokrwistość przynosiła więcej szkody niż pożytku.

To czystość magii była drogą, którą obrali. Wszystko sprowadzało się do magii.

Nie była to, oczywiście, spokojna praca, ich różnica poglądów w sprawie samych mugoli była frustrująca. Harry, co było irytujące, wciąż nie mógł dostrzec jak bardzo podli i o ile gorsi oni wszyscy od nich byli.

Poza tym jednym ceglanym murem, poszło stosunkowo dobrze jak na pierwszą próbę.

Oczywiście nie wyłożył na stół wszystkich swoich kart… pewnego dnia upewni się, że czarodzieje będą mogli żyć dumnie, nie musząc zachowywać tajemnicy i nie czując strachu, nawet jeśli to oznaczałoby „przeprowadzenie" z Anglii każdego mugola.

Wciąż jednak mógłby, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, mieć całe życie – wieczność – na spełnienie wszystkich swoich programów i stworzenie własnej utopii, nie musiał od razu wyciągać na wierzch tego problemu. To i tak wymagać będzie czasu.

Weszli do Wielkiej Sali, zauważając, że wszystkie krzesła zostały rozstawione w stylu, jaki zawsze pojawiał się w czasie wykładów, tyle że nie było przy nich stolików. Uczniowie wiercili się w mieszance podekscytowania, zmartwienia i czystej, niekłamanej nudy.

Stanowczo zaliczał się do tej trzeciej kategorii.

Była to absurdalna strata czasu, ale musiał przez to przejść. Zamiast tego psychicznie zaplanuje sobie, co dalej zrobić z tą całą sprawą z horkruksem i być może nastawi uszy na dobre sposoby zdyskredytowania obecnego Ministerstwa.

Jeśli skończą zostając w tym okresie czasu (nie, żeby nie mógł temu zaradzić), to wtedy nic nie zaszkodzi zwrócenie wszystkim uwagi na niekompetencję tych, którzy obecnie są u władzy. To ułatwi zamach stanu.

Liczył na to, że jutrzejszej nocy rozpocznie przygotowywania do horkruksa… na przykład ucząc Harry'ego jak rzucić Avadę Kedavrę. Zaczną powolutku. Od myszy.

Nie mógł powiedzieć, że na to nie czeka.

Spojrzał z ukosa na Harry'ego, który zajął miejsc obok niego. W ciągu tego dnia było już kilka sesji, ta była dla piątoroczniaków. Nawet będąc w ostatnim rzędzie nie znajdowali się zbyt daleko od przodu.

Pulchny urzędnik Ministerstwa z jasnymi włosami spiętymi w łysiejący kucyk podszedł do centrum sali, prosząc chrząknięciem o uwagę.

Duży… nie przywykły do walki, a kiedy już rzeczywiście w niej uczestniczył, oczywiste było, że preferował raczej osłanianie się tarczą niż uskakiwanie w uniku. Jego budowa ciała nie była zbyt dobra do uników, był naturalnie dość szeroki.

Biurokrata, miał na koniuszkach palców plamy od atramentu. Obrączka - żonaty… od niedawna. Przekręcał złoto na swoim palcu, jak gdyby nie był przyzwyczajony do tego, że się ono tam znajduje. Nie był jednak młody, raczej w średnim wieku. Drugie małżeństwo? Tak, drugie.

Nie był na tyle przystojny, bogaty albo potężny, by mieć szereg kochanek i rozwodów.

- To będzie zabawne – mruknął sarkastycznie Harry. – Wygląda jakby nie mógł zwyciężyć w pojedynku z mokrą, papierową torbą.

Uśmiechnął się pod nosem na takie echo swoich własnych myśli.

- Przepraszam – zagrzmiał mężczyzna. – Proszę się uspokoić.

W końcu zapadła cisza.

- Dobra – stwierdził mężczyzna. – Nazywam się Robert Williamson. Pracuję w Departamencie Przestrzegania Prawa, tuż obok Wydziału Aurorów i wydziału do spraw Magicznych Katastrof. – Nie był Aurorem.

- Jesteś Aurorem? – zawołał ktoś… Gryfon.

- Pracuję obok Wydziału Aurorów – powtórzył Williamson. – Na wszystkie pytania będę odpowiadał pod koniec.

Wymienił spojrzenie z Harrym, który przewrócił oczami.

- Powodem, dla którego się z wami dzisiaj spotykam, jest rozproszenie waszych obaw na temat waszego bezpieczeństwa – Ministerstwo robi wszystko co może, by zwalczyć Mroczne zagrożenie. Poinformuję was również o nowych zasadach i przepisach, które zostały wprowadzone w celu zapewnienia tego bezpieczeństwa.

Znów zerknął na bok, zaczynając czuć niebezpiecznie wrzącą magię. Na twarzy Harry'ego zaczynał pojawiać się grymas.

Nagle zaczął odnosić wrażenie, że ta rozmowa może być bardziej interesująca niż początkowo sądził.

Williamson kontynuował; z wyszczególnieniem tego, jak wszystkie wiadomości przychodzące i wychodzące z Hogwatu będą sprawdzane, i jak to wycieczki do Hogsmeade oraz rozgrywki quidditcha zostaną zaniechane (Hogsmeade z powodu rajdów, pozostania w bezpiecznych granicach barier zamku; quidditch ze względu na rodziców, którzy nalegali na przybycie z wizytą).

Wiedział dokładnie, co drażniło Harry'ego – brak rozmowy o prawdziwym trenowaniu uczniów tak, by byli w stanie sami się bronić. Nie mieli nawet jeszcze nowego nauczyciela Obrony.

Najwyraźniej, ze względu na klątwę nałożoną na to stanowisko, mieli problemy ze znalezieniem chętnych nauczycieli, zwłaszcza w tak niebezpiecznych czasach. Nowa osoba miała rozpocząć pracę od poniedziałku.

Ręka Harry'ego w końcu uniosła się do góry i stłumił kolejny uśmieszek, wiedząc, że chłopak zrobił to tylko dla formalności i nie miał zamiaru czekać na zgodę, zanim zacznie mówić. Był to szyderczy gest.

- A co z prawdziwym nauczaniem uczniów tego, jak powinni się bronić, zamiast otaczania ich folią bąbelkową, skoro to drugie nie przynosi zbyt wiele dobrego? – zapytał głośno Harry. Urzędnik Ministerstwa wyglądał na zaskoczonego.

- Pytania na koniec… - Williamson urwał, wpatrując się w niego. Tom wiedział, że właśnie zdał sobie sprawę z tego, do kogo mówi, jako że zaczął się rumienić. Fan Harry'ego Pottera. To było oczywiste. Mężczyzna odchrząknął. – Pytania na koniec – powtórzył, mniej stanowczo.

- Czy to właśnie to zrobicie, kiedy więcej osób skończy w grobie? Będziecie zadawać pytania o to jak to się stało? Bo mogę wam już teraz podsunąć odpowiedź i oszczędzić Ministerstwu kilku tygodni bezmyślnej debaty na ten temat.

- Panie Potter…

- Jest tak, jak śmiem twierdzić, dlatego, że większość ludzi w tym pokoju zostanie ubita w czasie rajdu z powodu tego, iż nasi nauczyciele Obrony mają tendencję do bycia gównianymi, a Ministerstwo nie robi nic w tej sprawie, tak samo jak dyrektor.

- Istnieją ograniczone środki… - zaczął Williamson, najwyraźniej pobudzony do prawdziwego odpowiedzenia na to (co, bez wątpienia, było celem Harry'ego) z powodu obrazy kompetencji Ministerstwa.

- W takim razie wasze środki zanikają – przerwał chłodno Harry. – Tak samo jak nadużywacie tych, które macie. Rozmawialiście już z siódmym rocznikiem? Nauczyliście ich jak walczyć? Bo pod koniec tego roku zostaną oni wrzuceni w sam środek tego wszystkiego. To są wasze środki. Uczniowie. Będą waszym pokoleniem i absolwentami, kiedy zabijecie już wszystkich innych.

- Ministerstwo robi…

- …wszystko, co może? – Harry roześmiał się. – W takim razie robi za mało. No naprawdę, mówicie mi o jakichś ograniczonych środkach, a następnie tracicie te środki na głupich, bezsensownych rozmowach, mających na celu nadmuchanie ministerialnego ego.

Oczy mężczyzny zamknęły się na moment. Tom odchylił głowę do tyłu, całkowicie rozradowany, świadomy zirytowanych szeptów, które rozległy się na sali.

Harry mógł być politycznie niedoświadczony, ale z cała pewnością był dobry w ukrywaniu tego, a jego głos, jako Chłopca, Który Przeżył, miał dość spore znaczenie. Mogliby to wykorzystać… chociaż Harry'ego najprawdopodobniej będzie trzeba do tego namówić, biorąc pod uwagę jego nienawiść do znajdowania się w centrum uwagi i rozgłosu.

- A ty myślisz, że podważanie rządu będzie bardziej skutecznym sposobem na walczenie w tej wojnie – odparł Williamsom, oczywiście walcząc o opanowanie. W porównaniu z nim, Harry wydawał się robić coraz bardziej spokojny, chociaż jego oczy błyszczały niebezpiecznie.

- Myślę, że uczenie ludzi tego, jak walczyć w tej wojnie i bronić się, jest bardziej skutecznym sposobem do walki w tej wojnie, tak – powiedział chłodno Harry.

Mężczyzna wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć. Zdecydował dodać swoje trzy grosze:

- Nie możecie mieć nadziei na wygranie tej wojny, skoro przywódcy, za którymi podążacie, są nieskuteczni.

Harry rzucił w jego stronę spojrzenie i odwzajemnił je z niewinnym wyrazem twarzy, który spowodował, że chłopak ukrył uśmiech.

Szmery wokół nich stały się teraz głośniejsze, zdenerwowane. W ich imieniu. Ludzie zgadzali się z nimi. Sam niemal się uśmiechnął.

Harry naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, jak doskonały był czasami.

- Sugerujecie, że Ministerstwo Magii jest nieskuteczne? – tchnął gniewnie Williamson, wyglądając na całkowicie zagubionego w sprawie tego, jak radzić sobie z takim „buntem".

Och, Ministerstwo będzie w szoku…

Tym razem on i Harry wymienili spojrzenia, by osiągnąć lepszy efekt.

- Tak – obaj odpowiedzieli natychmiast.

Mężczyzna pobladł.


Jakikolwiek dobry nastrój, w jaki Harry mógł ewentualnie popaść wraz z każdym nowym sukcesem, który udało mu się tego dnia odnieść, zniknął, kiedy wszedł do Pokoju Wspólnego. Lestrange. Musiał znaleźć sposób na poradzenie sobie z Lestrange'em, teraz, najwyraźniej, no chyba, że chciał wyglądać, jakby stracił twarz.

I ten sukinsyn siedział na miejscu Toma. Niemal gapił się na niego.

Tom powoli zatrzymał się koło niego, podobnie jak reszta Ślizgonów, którzy zamarli.

- Masz tupet, Lestrange – powiedział cicho Tom. Lestrange roześmiał się histerycznie.

- Co zamierzasz z tym zrobić, mój Panie? – rzucił wyzywająco Cygnus. – Torturować mnie? Nic nie możesz zrobić, by ukarać mnie bardziej niż już to zrobiłeś.

Harry poczuł się nieswojo. Wcześniej Lestrange zawsze przynajmniej baczył na Toma… czy to nie o to wciąż chodziło? Teraz poradzenie sobie z tym nie było już kwestią Harry'ego, obaj musieli wkroczyć albo rozpaść się w hierarchii Slytherinu. Salazarze.

- Och, uwierz mi. – Tom uśmiechnął się, promieniując zagrożeniem, temperatura w pokoju wydawała się opaść. – Nawet nie rozpocząłem robić ci wszystkiego, co mogę zrobić.

Harry zauważył, że palce Lestrange'a znów zaczęły wbijać się w jego skórę na te słowa. Wzrok Toma skierował się na to i jego uśmiech poszerzył się bezdusznie.

- Ta sztuczka? Zapewniam cię, oddzielanie i obdzieranie cię ze skóry jest dziecinnie proste.

W jego ręku pojawiła się cisowa różdżka, stukając o dłoń dziedzica Slytherina, kiedy ten zataczał drapieżnie kręgi. Lestrange przełknął ślinę, obserwując ten ruch, jego źrenice rozszerzyły się. Harry poczuł obrzydzenie… czy było to spowodowane strachem, czy pożądaniem?

I właśnie wpadł na okropny pomysł…

- Rób co chcesz, Tom – oparł Lestrange, znów się śmiejąc. – Nic nie możesz…

- Torqueo.

W następnej sekundzie Lestrange leżał na podłodze, krzycząc.

Harry zrozumiał natychmiast i psychicznie się na to przygotował. Tom nie mógł, i nie zamierzał, zawracać sobie głowy jego wrażliwością i niechęcią do tortur, kiedy jego imperium było zagrożone. To była sprawa przetrwania.

Nie był to Cruciatus, bariery Hogwartu raczej na niego nie pozwalały, ale wiedział, że klątwa ta była bolesna.

Łzy spływały po twarzy Lestrange'a i chłopiec już miał zemdleć, kiedy młody Czarny Pan cofnął przekleństwo, dając mu krótki odpoczynek. Harry myślał szybko.

Harry nie tolerował tortur, ale tutaj pewien ich rodzaj był… niezbędny. Nie miał zamiaru oszukiwać się w sprawie tego z czym lub z kim miał do czynienia.

Zauważył również zwyczaj Toma do posługiwania się bólem fizycznym, pomimo jego głębokiego przekonania o skuteczności emocjonalnych klątw. Oczywiście, jak pokazał wcześniej, Tom wiedział również jak z brutalną skutecznością zadawać ból emocjonalny i psychiczny, ale… oczywiste było, że przekładał nad nie tortury fizyczne, jakikolwiek był tam tego powód.

Być może dlatego, iż sądził, że będzie on lepiej działać albo, że jest bardziej efektowny w sytuacjach takich jak ta i wyglądał bardziej imponująco dla jego publiczności, a zatem był przez to bardziej skuteczny, ukazując to, do czego dążył, ostrzegając.

Było to, oczywiście, okropne do obserwowania.

Jego wnętrzności skręcały się. Będzie tylko jeszcze gorzej.

Krzyki wydawały się przeszywać jego duszę, ale, w pewnym sensie, uspokajało go to. Jak długo jeszcze będzie posiadał w pełni swoje sumienie? Zanim Tom mógłby kontynuować, zaczynając drugą rundę, podczas gdy Lestrange zwinął się już na podłodze, szlochając żałośnie, Harry zrobił krok do przodu, opierając rękę na ramieniu dziedzica Slytherina.

Oczy Toma wysłały mu śmiertelnie ostrzegawcze spojrzenie.

- Naprawdę, Tom, nie sądzisz, że to już wystarczy? – powiedział w odpowiedzi. Wzrok Lestrange'a skierował się na niego podejrzliwie, może nawet ze strachem. – To znaczy… - Wzruszył ramionami, nie wierząc, że naprawdę to robi, jego żołądek zaciskał się mocno. - …to nie jego wina, że jest w tobie zakochany.


Blaise Zabini poczuł przebiegający mu po kręgosłupie dreszcz, wywołany okrucieństwem w tonie Pottera.

- On po prostu pragnie twojej uwagi – kontynuował Harry. – Biedactwo, tak bardzo go zaniedbałeś.

Skrzywił się wewnętrznie.

Ktokolwiek powiedział, że Harry Potter nie wie jak kogoś torturować, był w ogromnym błędzie; to było ostrzejsze niż to, co zrobił Riddle, a kary Riddle'a sprawiały, że kulił się ze strachu przed spowodowaniem ich.

Celem Riddle'a były ciało i umysł. Potter mierzył prosto w serce w publicznym, emocjonalnym upokorzeniu.

Blizny znikały, a w magicznym świecie większość urazów i fizycznych tortur mogło zostać wyleczone bez trwałego uszkodzenia (jeśli nie wiązały się z umysłem), ale taki rodzaj zażenowania i zawstydzenia pozostawał na wieki.

Bardzo dokładnie starał się zapanować nad wyrazem swojej twarzy.

Nie było tajemnicą, że Potter i Lestrange się nienawidzili, a również i to, że ten drugi robił to od długiego czasu i sobie na to zasłużył.

Niemiej jednak, było to dziwne i przerażające do obserwowania, zwłaszcza, że w towarzystwie Riddle'a bardzo łatwo było zlekceważyć Pottera jako względnie nieszkodliwego, a już z całą pewnością bardziej miłosiernego i miłego.

W pewnym sensie było to miłosierne, oszczędzało tortur fizycznych i bólu. W pewnym sensie było to gorsze.

Przypuszczał, że właśnie taki był tego cel.

Czy Lestrange naprawdę był zakochany w Riddle'u? Zakładał, że jest on tylko zwykłym lizusem, żądnym władzy, a nie żądnym samego młodego Czarnego Pana. Jak poniżająco…

Riddle wzruszył ramionami, przyjmując niewinną pozycję, i to, być może, jeszcze bardziej go przeraziło.

Byli oni w pełni zdolni do tego, by pracować razem jako zespół i sam fakt, że Potter miał możliwość dawania Riddle'owi jakichkolwiek wskazówek mówił trochę o charakterze ich relacji w momentach, kiedy byli ze sobą sam na sam.

Nikomu z nich nie uszłoby na sucho wchodzenie w taki sposób w drogę Riddle'owi.

- Ja tylko właściwie próbowałem nie zbałamucić tego żałosnego stworzenia – odparł Tom, z kolei owijając rękę wokół ramion Harry'ego, przyciągając go do siebie bliżej, spoglądając w dół na Lestrange'a, który wciąż leżał na podłodze w pozycji embrionalnej. – To żałosne, po prostu nie łapać aluzji, co, Lestrange? Och, jak bardzo zdesperowany może być człowiek, jak nisko może upaść, błagać o tortury tylko po to, by zyskać uwagę, jak jakaś zwykła dziwka.

Nie wiedział, co Potter myślał o tym oświadczeniu; gdyby Riddle powiedział to komukolwiek innemu lub w jakimkolwiek innym czasie czy miejscu, był pewien, że Złoty Chłopiec stanąłby w obronie ofiary, ale teraz na jego twarzy widniała tylko pusta neutralność, która nie mówiła nic o jego myślach, prócz kpiącego sposobu, w jaki dalej spoglądał na Lestrange'a.

Ich ofiarę.

Ponieważ z obrzydliwą jasnością był teraz w stanie dość wyraźnie zauważyć, że to tak właśnie było… byli dwoma drapieżnikami, krążącymi wokół upadłej ofiary, bawiącej się nią, zanim zadadzą śmiertelny cios… a reszta z nich… byli sępami.

Slytherin był domem sępów.

Nic dziwnego, że to w nim skończył.

Jego matka zrobiła z tego sztukę, zrobiła z sępa drapieżnika, który wybierał swoją ofiarę za życia, tylko po to, by zabrać swoją nagrodę, kiedy chociaż trochę oziębi ona swój zapał w łóżku.

Być może to właśnie z tego powodu, z tej świadomości, mimowolnie poczuł podziw do nieskazitelności ich ataku, chociaż równie mocno kulił się z jego powodu.

- No, no, no, bądź miły – skarcił Harry. – Zranisz jego uczucia. Przecież tego nie chcemy. Oczywiście, uzna on twoje okrucieństwo za… stymulujące, a wtedy nigdy się go nie pozbędziesz.

Lestrange mruknął coś, brzmiąc na złamanego. Brzmiało to jak prośba.

- Hmm… - mruknął z zamyśleniem Riddle. – Dziwi mnie to, dlaczego on myśli, że kiedykolwiek miałby jakieś szanse… - Następnie dziedzic Slytherina przykucnął, stukając Lestrange'a, by nakłonić go do ujawnienia twarzy, którą próbował ukryć. – Lestrange, dlaczego myślałeś, że będziesz miał u mnie szanse?

- Przestań, Tom – mruknął Lestrange. – Proszę. Ja… - Rozejrzał się po pokoju, spoglądając na ich zamrożone w miejscu postaci, na wpół zafascynowany i na wpół przerażony tym, czego byli świadkami, ale tym niemniej sparaliżowany.

Nie. Nigdy nie chciał zdenerwować któregokolwiek z nich. Riddle rozejrzał się z wyrazem zaskoczenia.

- Co się stało? Myślałem, że lubisz moją uwagę… wcześniej wydawałeś się tak spragniony widowni. Publiczność nie jest w twoim guście? Przypuszczam, że wolałbyś znaleźć się ze mną w prywatnym pokoju, prawda? No dalej, pięknisiu, odpowiedz na moje pytania, nie lubię czekać. – Nie nadeszła żadna odpowiedź i Tom zacmokał. – Chcesz, bym znów cię zranił, Lestrange?

Co za protekcjonalny ton, tak słodki, tak bardzo, bardzo przerażający.

Blaise szybko zdecydował się, że wolałby już, aby Tom Riddle okazał mu swoją czystą złość i wściekłość. Riddle spojrzał ponownie na Harry'ego, który, co zauważył z pewną ulgą, był nieco blady, nawet jeśli wyraz jego twarzy wciąż był nieczytelny.

Osobiście, chociaż nie był pewien czy ktokolwiek inny to zauważył, jako że postawa Harry'ego wydawała się być tak doskonale swobodna, miał podejrzenia, iż Harry nie chciał tego robić.

Ale udowodnił, że mógł.

Wiele osób zakładało, że Potter nie mógł grać w tę grę, że był zbyt wielkim Złotym Chłopcem, że był zbyt miły.

Blaise zdał sobie teraz sprawę, że mógł i zawsze był w stanie to zrobić – po prostu zazwyczaj odmawiał sobie tego, powstrzymywał się. Mógł z niezwykłą łatwością zniszczyć ich wszystkich. Nie wiedział dlaczego go to tak bardzo zaskoczyło, chłopak był przyjacielem, kochankiem czy czymkolwiek tam innym Riddle'a, nie było możliwości, by był w pełni miły lub niewinny.

Riddle rozdarłby go na strzępy.

Przypuszczał również, że przeszli Ślizgoni (wykluczając Lestrange'a, z tym jego idiotyzmem) zawsze to wiedzieli, ponieważ nigdy, o ile wiedział, nie zakwestionowali prawa Harry'ego do bycia u boku Riddle'a.

Mogli zebrać się i spróbować obalić go spod łaski Riddle'a, ale nie zrobili tego. Harry nie musiał brać udziału w słownym uderzaniu Cygnusa, on to wszystko zaczął i to wystarczyło, by oni wszyscy zdali sobie sprawę z tego, do czego dokładnie był zdolny, gdyby go do tego pchnęli.

To zrealizowało swój cel, ale również pokazało im jakim typem człowieka był Harry. Nie krzywdził ludzi bez potrzeby, kiedy mógł tego uniknąć.

Może to właśnie sprawiło, że wszystko było jeszcze bardziej przerażające, kiedy w końcu rzucał się na kogoś.

- Harry – powiedział lekko Tom. – Nie odpowie mi. Myślę, że go złamaliśmy.

- Jestem lojalny – zaproponował rozpaczliwie Lestrange, dławiąc się łzami.

- Czy to właśnie dlatego nie byłeś ostatnio w stanie wykonać żadnego z moich rozkazów? – zripostował natychmiast Riddle.

- Byłem lojalny do czasu, kiedy odrzuciłeś mnie, jakbym był niczym!

Nastąpiła cisza, w czasie której Riddle przyglądał się Lestrange'owi. A następnie jego głowa pochyliła się, jego głos stał się nawet jeszcze bardziej miękki, niemal zaskoczony.

- Ale ty jesteś niczym. Zawsze byłeś i zawsze będziesz. Kochać cię? – Riddle roześmiał się lodowato. – Dlaczego ktokolwiek miałby kiedykolwiek chcieć cię pokochać, a już zwłaszcza ja!?

I to właśnie wtedy Cygnus Lestrange naprawdę się złamał.


* w oryginale „Dragon Lady" – niegdyś przydomek Pierwszej Damy Wietnamu, Madame Nhu, która znana była z kontroli nad swoim mężem i, co za tym idzie, całego Wietnamu. Nazwa zwykle stosowana do Azjatyckich kobiet, mających silną władzę, agresywnych, wyrachowanych, podstępnych, używających swojej seksualności do zdobycia władzy. W tłumaczeniu zastąpiłam tą nazwę inną, gdyż podejrzewam, że mało kto jest zaznajomiony u nas z tym terminem, a do tego zupełnie, w żaden sposób, nie pasuje mi on do naszej kochanej pani Pomfrey.