Rozdział betowała Himitsu - dziękuję!

neko246, mnie również bardzo często denerwują urzędnicy, i to nie tylko ci literaccy... I tak, Harry próbuje wstrzymać działania Toma - kto inny miałby to zrobić? Nikt inny się na to nie odważy i chcąc nie chcąc, Harry jest do tego zmuszony - biorąc pod uwagę jego kompleks bohatera. Hermiona jeszcze będzie i może nie będzie bezpośredniego stwierdzenia tego, co myśli o tej całej sytuacji, ale z pewnością po opisaniu jej zachowania będzie można to wywnioskować. Wtedy też zostanie pokazane, co zrobi w związku z przyjaźnią z Harrym. Veniti, ja mimo wszystko obstawiam przy tym uroczym, ale zarazem zdecydowanym Harrym, chociaż rozumiem twój punkt widzenia :). Zgadzam się co do tego, że Harry nie jest już raczej osobą, która byłaby w stanie reaktywować GD - teraz zajmuje się od wszystkim bardziej od politycznej strony, co zresztą, jak myślę, widać po samej formie jego wypowiedzi... I tak, "Związek Slytherina" to jedna z części trylogii "Równowagi Sił" (którą, tak nawiasem mówiąc, bardzo wam polecam). Przyznam, że nigdy nie pomyślałam o tym, by porównać ze sobą dwa te ficki i, jako że trylogię czytałam dość dawno, nie chcę robić tego zbyt dokładnie teraz. Ale skoro mówisz, że istnieje podobieństwo, to wierzę na słowo :). Niczego w komentarzu nie pomieszałaś, nie martw się, chociaż idź i odpocznij :). Evolution, o, właśnie, "każdy z nich jest niby inny, ale jednak taki sam". Tak, to bardzo dobrze powiedziane i całkowicie się pod tym podpisuję. Czasami wydaje się, że są swoimi przeciwieństwami, innym, że odzwierciedleniami. Z całą pewnością, jak wspomniałaś, roztaczają po sali swoją specyficzną aurę, która zapiera dech w piersiach wszystkich Ślizgonów... i przypomina im, kim oni są, i kim mogą być. Cieszę się, że spodobał ci się sposób, w jaki skończył Lestrange - pomysł Harry'ego był świetny, zgadzam się, ale nie wiem, czy chciałabym odczuć na własnej skórze jego skuteczność... O Cygnusie już raczej zbyt dużo nie będzie, pojawi się jeszcze jako tło, kilka zdań, ale niestety to, co dokładnie się z nim stanie, pozostaje jedynie w sferze domysłów... Nie będę mówiła nic o tym, czy i jak Harry i Tom radziliby sobie z władzą, czy by się do niej nadawali - ani też o tym, czy ich konstytucja kiedykolwiek i jak wejdzie w życie. I nie, nie sądzę, byś była za mało krytyczna - a nawet, jeżeli jesteś, to ani trochę mi to nie przeszkadza ;). Harry i Tom, nauczający Obrony, rzeczywiście są ciekawym pomysłem i także sądzę, że byliby w tym bardzo dobrzy. A przynajmniej Tom, bo chociaż może jest trochę... nazwijmy to porywczością... to i tak jest świetnym nauczycielem, ma charyzmę, która mogłaby pociągnąć za nim uczniów... Cieszę się słysząc, że pokochałaś chłopaków i to, jak się względem siebie zachowują. Nic jednak na temat przyszłych rozdziałów nie powiem :). Cookies. Alice, historia Cygnusa musiała zostać dokończona, właściwie nie będziemy już mieli byt wielu informacji o tej postaci, będzie pojawiała się gdzieś w tle, będzie wspominana, ale nie będzie już raczej brała udziału w wydarzeniach. Mnie Roberta, przyznam, było trochę szkoda, chociaż z drugiej strony facet naprawdę nie nadawał się na stanowisko, na którym się znajdował... no i stał się w oczach chłopaków uosobieniem stanowiska Ministerstwa. I masz rację, takie chichoty raczej do nich nie pasują - a już szczególnie nie do Toma. I tak, Ślizgoni zazwyczaj porównywani byli jedynie do wężów - również dla mnie jest to pierwszy fick, w którym spotkałam się z przyrównaniem ich do sępów. Różnorodność charakteru Toma rzeczywiście jest niesamowita - mogłoby się zdawać, że to dwie różne osoby, tyle że te dwie różne osoby świetnie się ze sobą łączą... Jousette, mam nadzieję, że przeczytasz jego sequel i prequel ;). O Tomie i jego postępowaniu w kolejnych rozdziałach nie powiem ani jednego słowa... Miło mi słyszeć, że spodobała ci się scena z Cygnusem i to, jaką karę chłopak dostał od Toma i Harry'ego - oraz ich interakcja w tym momencie. Takie niedopowiedzenia w ich relacji są, myślę, najciekawsze, szczególnie w przypadku, kiedy mają wokół siebie tak wielu obserwatorów... elain679, masz racje, te słowa naprawdę bardzo dobrze tutaj pasują. I są prawdziwe. Cygnus jest bardzo różnorodną postacią, która po uszy wciągnięta została w manipulacje Toma. A te z kolei spowodowały, że narodziła się w nim bardzo niebezpieczna obsesja. Tom natomiast, jak to Tom, po złamaniu swojej zabawki, odrzucił ją i zajął się kolejną. Potrafią zrozumieć, dlaczego Cygnus jest taki a nie inny, ale nie mogę zmusić się, żeby go żałować... Cieszę się, że spodobał ci się punkt widzenia Blaise'a - ja przyznam, że sama z kanonu nie pamiętam go właściwie w ogóle... Aga1709, dziękuję, cieszę się, że tak uważasz :).

Z całego serca dziękuję wszystkim komentującym za takie wspaniałe i ciekawe wyrażenie własnej opinii na temat rozdziału. Nie macie pojęcia, jak bardzo zawsze ciesze się, kiedy zauważam, że pojawił się kolejny komentarz i uświadamiam sobie, że mgę przeczytać waszą opinię na temat tego, co działo się w ostatnim rozdziale...

Szybko przypominam o ankiecie na moim profilu – zarejestrowanych użytkowników zapraszam do zagłosowania, natomiast tych, którzy nie posiadają konta, do wyrażenia swojego głosu w komentarzu.

Miłego czytania!


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto trzydziesty siódmy

Harry westchnął, stojąc w korytarzu znajdującym się w niewielkiej odległości od wejścia do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Nie był w stanie już dłużej w nim wytrzymać, naprawdę próbował, po prostu… czuł, że Tom podchodzi do niego od tyłu.

- Lestrange nadal płacze? – zapytał cicho.

- Nie – odparł Tom i Harry nie musiał się nawet wysilać, by usłyszeć satysfakcję w jego głosie. – Ogłuszyłem go. Powodował u mnie ból głowy… i, jak rozumiem, również u ciebie?

Wyczuł subtelne pytanie o jego samopoczucie, ale zawahał się przed udzieleniem odpowiedzi. Jego wnętrzności skręcały się z poczucia winy i przerażenia, i wiedział, że Tom był w stanie to wyczuć.

- Nie martw się, nie załamię się psychicznie przed Malfoyami – zapewnił spokojnie zamiast tego.

Tom jedynie wpatrywał się w niego w ciszy i Harry nie był w stanie zdecydować się czy znajomy ciężar spojrzenia dziedzica Slytherina był uspokajający, czy duszący.

- Złamaliśmy go – oświadczył w końcu Harry, słowa wymknęły się z jego ust, zanim byłby w stanie je powstrzymać.

- Tak – zgodził się Tom. – I, muszę powiedzieć, było to olśniewające. Jestem pod wrażeniem, kochanie, ciesz się z tego. – Milczał, zatem chłopiec kontynuował po chwili. – Teraz, jak przypuszczam, powinieneś wydobyć z siebie jakąś odpowiedź, czy to dowcipne wzgardzenie, czy coś innego. Co jest?

- Nie zrozumiesz – stwierdził Harry, całkowicie przekonany do prawdziwości tych słów.

- Twojego poczucia winy? Raczej nie – odpowiedział natychmiast Tom. – Ale mogę słuchać, jeśli to pomoże. – Nastąpiła przerwa i był w stanie poczuć jak chłopiec wahał się na krawędzi powiedzenia czegoś. – Harry, musisz zrozumieć, że tu chodziło o przetrwanie, nie miałeś innego wyboru. Poza tym, zasłużył sobie na to.

- Nie można złem zła naprawić – mruknął Harry.

- Próbował cię zabić… dwukrotnie!

- I w odpowiedzi my go z niszczyliśmy – warknął Harry, po czym przymknął oczy, oddychając głęboko, przecierając twarz drżącą ręką. – Zniszczyliśmy go… Ja… Co teraz czyni mnie lepszym od Dudleya? Dursleyowie, oni…

W następnej sekundzie dłonie mocno zacisnęły się na jego ramionach, zwracając na siebie całą jego uwagę.

- Nie – syknął Tom. – Nie rób tego. To coś zupełnie innego…

- Dlaczego?

- Bo ty na to nie zasłużyłeś, byłeś dzieckiem, niewinny, nie zrobiłeś im nic złego, co mogłoby uzasadnić ich znęcanie się.

- Ale jednak wiem jak to jest być ofiarą, a i tak wywołuję to samo obrzydliwe uczucie u kogoś innego, u kolegi z klasy… jak może być to czymś dobrym?

- To zgodne z mechanizmem doboru naturalnego – odparł Tom bez chwili wahania. – Jesteśmy od nich lepsi.

- Być może bardziej potężni, ale nie lepsi… Nie jestem taki jak ty, Tom, ja…

- Jeśli zamierzasz powiedzieć, że jesteś na równi z ludźmi pokroju Lestrange'a… - zaczął ostro Tom i po raz pierwszy w czasie tej rozmowy w jego głosie słyszalna była nutka frustracji i ewidentnej furii.

- … ja wiem jak to jest…

- Do cholery, przestań! – rozkazał Tom, jego palce zacisnęły się jeszcze mocniej, zanim wydawał się odzyskać utracony spokój. – Posłuchaj mnie bardzo uważnie, Harry, nie będziesz podążać tą drogą. Twoje własne sumienie rozedrze cię na kawałki, a ja nie zamierzam bezczynnie patrzeć jak to się dzieje.

- Jeżeli moje sumienie rozedrze mnie na kawałki, to znaczy, że w ogóle nie powinienem wcześniej tego robić…

- Co byś w takim razie zamiast tego zrobił? Przewracał się z boku na bok i pozwolił mu próbować cię zabić, aż w końcu by mu się to udało? Usunął się w cień i, być może, pozwolił zamordować swoich przyjaciół?

- Ja… oczywiście, że nie, nie bądź śmieszny! – Przez te słowa w końcu uświadomił sobie, co Tom próbuje mu powiedzieć. Lestrange nie zatrzymałby się. Zło konieczne. Co nie zmieniało faktu, że wciąż czuł się z tym źle.

- Za bardzo wczuwasz się w innych ludzi – mruknął po chwili Tom.

- A ty za mało – zripostował. – Ani trochę tego nie żałujesz, prawda?

Tom nie wydawał się twierdzić, że warto na to odpowiedzieć i, szczerze mówiąc, było to głupie pytanie. Wiedział, że Tom tego nie żałował i nie czuł się winny. Spojrzał na Toma, podczas gdy ten uważnie mu się przyglądał.

Przełknął ślinę.

- Frustruje cię to, że tak często musisz radzić sobie z moimi kryzysami moralnymi i dylematami etycznymi? – zapytał lekko, starając się wprowadzić do tej całej sytuacji trochę normalności.

- Nie bardziej niż moja psychotyczna amoralność znieważa twoją wrażliwość – odparł z krzywym uśmieszkiem Tom. – Przyznaję, czasami czuję się, jakbym mówił do ściany, ale…

Harry mimowolnie złośliwie się uśmiechnął.

- Ale jednak zemsta smakuje teraz odrobinę słodziej, czyż nie? – upierał się Tom.

- Nie będę torturować, jeśli nie będzie to absolutnie konieczne, możesz dodać to do naszej listy zasad politycznych.

Tom uśmiechnął się do niego pod nosem, po czym skinął głową, wskazując, że powinni spotkać się teraz z Malfoyami, odchodząc.

- Szkoda – zawołał cicho przez ramię młody Czarny Pan. – A miałem nadzieję, bo, jak już mówiłem, było to dość oszałamiające do obserwowania.

Harry z czystym niedowierzaniem przewrócił oczami.


Narcyza patrzyła z uwagą, jak ta dwójka – Harry Potter/Evans i Tom Riddle – zatrzymuje się przed nimi. Jeśli wczoraj wydawali się zgodni, to dzisiaj zachowywali się tak, jakby pracowali ze sobą przez lata.

Przyglądała się im z ciekawością.

Będąc Blackiem i ona, tak jak jej mąż, słyszała historyjki o Ślizgońskim Duecie - owiane nutką tajemnicy, ukrywane przed uszami Czarnego Pana.

Rozumiała teraz, dlaczego ich Pan mógł być tak rozgniewany, kiedy słyszał tę nazwę, wspomnienia, które przywoływała.

- Wciąż szukacie politycznego azylu? – zapytał spokojnie Tom. – A może wciąż zamierzacie wynieść się z Wielkiej Brytanii?

- Uniemożliwicie nam wzięcie ze sobą naszego syna, gdyby tak było? – zapytała, bardziej z ciekawości niż z jakiegokolwiek innego powodu.

- Nie – odparł Harry. – Chyba, że sam Draco będzie miał jakieś poważne, przekonywujące obiekcje na temat odejścia.

Draco nieznacznie się na niego gapił. Wyraz twarzy Abraxasa był całkowicie nie do odczytania.

- A waszym obecnym celem jest pozbycie się Czarnego Pana?

- Naszym obecnym celem jest pozbycie się tej szczególnej odmiany Czarnego Pana – stwierdził Riddle.

Poczuła jak jej mąż napiął się obok niej. Coś dziwnego było w tym jak pewna siebie, jak opanowana i potężna była ta dwójka nastolatków.

Stali ramię w ramię, nie do końca się dotykając, ale nie będąc od siebie oddaleni tak, jak zazwyczaj byli dwaj mężczyźni, kiedy mieli możliwość fizycznie bardziej się od siebie oddalić.

- I proponujecie tymczasowy sojusz… jakie są wasze warunki?

Z łatwością zignorowała niewielką irytację, promieniującą od strony Lucjusza. On był tym, który wplątał ich w to wszystko, a ona będzie tą, która ich z tego wyplącze.

Wiele osób zakładało, że była jedynie gospodynią domową, panią domu i matką, z Lucjuszem będącym głową rodziny. Był nim. Był głową rodziny Malfoyów w sprawach służbowych.

Ona była głową ich rodziny, w domu, i nigdy nie pozwoliłaby, by było inaczej. Dowodziła ich domem, on dowodził ich życiem poza nim. I on doprowadził ich do katastrofy, i coraz bardziej szalonego Czarnego Pana.

Nigdy więcej.

- Przysięgniecie nam wierność i lojalność do czasu aż Voldemort… jego obecna wersja – dodał Potter, zerkając na Riddle'a - zostanie pokonana. Pomożecie nam osiągnąć ten cel, nie będziecie szkodzić lub sabotażować naszych sprzymierzeńców w tej sprawie albo samej sprawy. W zamian będziemy chronić was i waszą rodzinę przed Czarnym Panem i jego zwolennikami najlepiej, jak tylko potrafimy.

Zastanawiała się przez chwilę, jej wzrok stał się twardszy.

Szczerze mówiąc, wiedziała już jaką opcję wybierze, niech Lucjusza szlag trafi, i pomyślała, że oni również wiedzieli.

- To satysfakcjonujące – stwierdziła.

Jej mąż po chwili pochylił w potwierdzeniu głowę, również w jego oczach widoczne było zdecydowanie. Złożyli wszyscy swoje przysięgi. Jej brzuch ścisnął się nieznacznie.

Miała szczerą nadzieję, że tym razem będzie lepiej, że Chłopiec, Który Przeżył zrównoważy młodego Czarnego Pana. Przez chwilę stali w milczeniu, a następnie Lucjusz przemówił, w dobrotliwym geście.

W końcu to ta dwójka miała tutaj władzę i zyskanie u nich kilku dobrych punktów na wypadek tego, gdyby mieli zamiar rządzić razem światem, nikomu nie zaszkodzi.

- Czarny Pan przyspieszył realizację swoich planów – powiedział cicho jej mąż, umyślnie spotykając wzrok Pottera. – W ciągu miesiąca przybędzie tutaj, by wszystko zakończyć. Nawet teraz zbiera swoją armię.

Szczęka Harry'ego jedynie zacisnęła się odrobinę na to stwierdzenie, aluzję zbliżających się zamachów na jego życie, ostatecznej konfrontacji.

Riddle przyglądał się im zaciekle, jego spojrzenie było przenikliwe.

- W takim razie na to wygląda, że nie mamy czasu na bezowocne pogawędki. Wyślę Abraxasa, by przedstawił wam szczegóły waszego nowego stanowiska.


Kolejny dzień nadszedł szybko i, nawet jeszcze szybciej, nastał wieczór.

Tom pracował na przemian nad swoim zaklęciem czasu (które prawie udało mu się skończyć) w tylnych ławkach w czasie zajęć i nad manifestem, który tworzył wraz z Harrym w czasie ich wspólnych przerw.

Wiąż było między nimi wiele zatargów i był w stanie wyczuć ostrożność Harry'ego w sprawie tego, co robili, ale chłopiec wciąż w tym jednak uczestniczył, co było najważniejsze.

Nie mógł powiedzieć, że rozumie niepewność Harry'ego w sprawie rządzenia Wielką Brytania – wyraźnie widać było, że miał on pomysł na to, jak powinno to przebiegać – ale wiedział, że Harry czuł sentyment. Da sobie z tym radę. W końcu było to niełatwe zadanie, posiadanie pewnych skrupułów było dla Harry'ego naturalne.

Jakiś mniej więcej rok temu był on jedynie marionetką w cudzych planach i Tom wiedział, że sam nie zawsze zachęcał go do objęcia prowadzenia (dlaczego miałby? Już i tak wystarczająco trudne było zmuszenie Harry'ego do tego, by zrobił cokolwiek, co przypominało rozkaz!).

Ale wiedział, że Harry mógłby objąć prowadzenie, nie obchodziło go to, że chłopiec nie miał do tego naturalnego talentu, jedyne, co musiał zrobić, to wyciągnąć z niego te cechy tak samo, jak próbował to zrobić z wieloma innymi aspektami osobowości Harry'ego, które chłopiec starał się w sobie ukryć.

Takich, jak na przykład jego Ślizgońska strona, chłopak kiedyś ją ukrywał, a teraz uważany był za część „Ślizgońskiego Duetu". Progres. To nie tak, że nie akceptował obecnej osobowości Harry'ego, po prostu wygładzał jej ostre krawędzie, uwydatniał niektóre jej aspekty i nieznacznie zmieniał to, co już było jej częścią.

Poza tym, Harry próbował przecież zrobić dokładnie to samo z nim samym – czyż nie obaj zgadzali się na kompromisy i zmieniali się dla siebie nawzajem? Wywołał lekkie szarpnięcie w ramieniu chłopca, które oznaczało zmianę kierunku, w którym zmierzali.

Nadszedł czas na to, by nauczyć Harry'ego jak zabijać.

Nie mógł powiedzieć, że nie był podekscytowany.

W końcu była to jego branża, a Harry wydawał się czerpać radość (być może bezsensowną) z uczenia go o sprawach moralności i o mugolskim świecie, a także o wszystkich innych rzeczach, które lubił. Nie było żadnej różnicy.

Stwierdził jednak, że rozsądne będzie nie uprzedzać chłopca o ich planach na wieczór, Harry stałby się z tego powodu tylko niepotrzebnie poddenerwowany i trudny.

Łatwiejsze było pociągnięcie go za sobą, a następnie dopiero walczenie w związku z tą sprawą, i, czy ośmieli się to powiedzieć, ciekawsze?

- Gdzie idziemy? – zapytał ostrożnie Harry, maszcząc brwi. – Tom?

- Wszcząć przygotowania do stworzenia twojego horkruksa.

Potter niesamowicie zesztywniał i Riddle ukrył uśmieszek, chwytając ramię Harry'ego, kiedy ten wyglądał, jakby zaraz miał się zatrzymać i zawahać.

- Zrobimy go teraz? – Wyraźnie widać było, że Harry próbował brzmieć nonszalancko.

Nie udało mu się to, te koloru morderczego zaklęcia oczy wypełnione były obrzydzeniem i przerażeniem.

Jednak to go nie złamie, w przeciwieństwie do tego, co twierdziła Lovegood, nie było takiej opcji… dość źle zareagował on na torturowanie kogoś… cóż, następstwa torturowania kogoś… sam akt był genialnym posunięciem.

Przypuszczał, że Harry robił to pierwszy raz, mniej więcej, ale w jego oczach to tylko sprawiło, że wszystko było jeszcze bardziej imponujące i że stał się nawet jeszcze bardziej zdeterminowany do tego, by pielęgnować ten talent.

Rozwinąć go.

W końcu bardziej niż oczywiste było, że chłopiec posiadał w sobie nutkę okrucieństwa i że był do tego zdolny. Musiał on po prostu nauczyć się nieco przytępiać swoje sumienie.

To przecież nie tak, że jego ogólna osobowość się przez to zmieni… ponownie bezlitośnie pchnął słowa Lovegood do tylnej części swojego umysłu. Co ona mogła wiedzieć?

- Na Salazara, mogłeś mnie wcześniej jakoś przed tym ostrzec – syknął Harry.

- Nie, nie będziemy go teraz tworzyć – ustąpił z pewnym rozbawieniem. – Chciałem tylko sprawdzić, czy naprawdę byłbyś w stanie to zrobić. Uspokój się.

- To znaczy? – dopytywał się natarczywie Harry. Tom odchylił głowę, przyglądając się Potterowi, obserwując nagły błysk zrozumienia w jego oczach i sposób, w jaki zbladł.

Pozwijcie go, proszę bardzo, był sadystą, to nie tak, że zmuszał Harry'ego do zrobienia czegokolwiek, z czym ten nie mógłby sobie poradzić.

Zatrzymał się, kiedy dotarli do znajdującej się na drugim piętrze łazienki dla dziewczyn (zauważył, że Slytherin nałożył na swoją Komnatę inne zaklęcia ochronne i zwyczajne bariery nałożone na szkołę nie wykrywały rzucanej w niej magii, jakkolwiek czarna lub nielegalna ona była) i poczuł jak Harry napina się bok niego jeszcze bardziej.

- Otwórz się. Schody – rozkazał.

Automatycznie wzmocnił swój uścisk na Harrym, kiedy poczuł, jak ten nieznacznie cofa się, po czym zamiera, z determinacją odsuwając swoje ramiona.

Zeszli.


Żołądek Harry'ego znów się zacisnął.

To było tak popieprzone i, do tego wszystkiego, zgodził się to zrobić. Został mu tylko jeden horkruks do odnalezienia i miał zamiar jutro polować na niego w Hogwarcie.

Wcześniej sprawdził, pomiędzy innymi niezręcznymi rozmowami i tematami, jak Hermionie idzie wymyślanie zaklęcia czasowego. Była na końcowych etapach. Przypuszczał, że jej praca była nieznacznie łatwiejsza niż Toma, ponieważ nie starała się ona zrobić czegoś szczególnie nienaturalnego.

Wszystko zaczynało się dobrze układać.

Chociaż prawdopodobnie dobrym pomysłem było, bez względu na to jak wiele miałby z tego powodu problemów, spalenie/pozbycie się/ukrycie notatnika Toma, w którym chłopiec trzymał wszystkie swoje zaklęcia i inne rzeczy.

Miał zamiar zrobić to tego wieczoru, dość często widział Toma z tym notatnikiem i wiedział, gdzie chłopiec go zawsze przechowywał. W wewnętrznej kieszeni marynarki.

Po prostu musiał dostać się do niego wystarczająco blisko, kiedy Tom spuści go z oczu, aby mógł w tym czasie go pochwycić. Niestety, to wymagało tego, by Tom był w dobrym nastroju, a co za tym idzie, współpracy z tą całą sprawą związaną z horkruksem. Wzdrygnął się.

Nie mógł uwierzyć, że dostanie lekcję zabijania! Fuj. Gdyby już wcześniej nie był popieprzony, z całą pewnością byłby po tym.

Myszy. W klatce było jakieś dziesięć myszy.

- Nie mogę uwierzyć, że mnie do tego zmuszasz – mruknął. – A co z barierami…

- Są właśnie powodem, dla którego wybrałem Komnatę – powiedział cierpliwie Tom.

- Co zrobiłeś z bazyliszkiem?

- Jakby ci to powiedzieć, nie ufam ci w sprawie jego kłów.

Harry przełknął ślinę, nagle czując się dziwnie klaustrofobicznie.

- Nie mogę tego zrobić – oświadczył. – Nie zmuszaj mnie do tego.

- To myszy, twoja sowa zabija je bez przerwy – stwierdził stanowczo Tom.

- Nie mam siedemnastu lat, moja różdżka ma na sobie Namiar – spróbował.

- To dlatego użyjesz mojej różdżki… śmiem twierdzić, że będzie u ciebie działała wystarczająco dobrze.

Gapił się na niego.

Tom naprawdę oferował użycie swojej własnej różdżki komuś innemu? Jemu? Łał.

Nie musiał być w pełni świadomy wszystkich Ślizgońskich szczegółów, czy nawet wszystkiego, co wiązało się z Tomem, by zdawać sobie sprawę, jak znaczące to było. Różdżka była najcenniejszym przedmiotem czarodzieja.

Przyjął ją automatycznie, świadomy tego, jak łatwy do zranienia był przez to Tom. Chłopiec wyciągnął rękę i Harry zakładał, że czekał na jego własną różdżkę.

Oddał ją, chociaż wiedział, że gdyby sytuacja uległa odwróceniu, Tom mocno trzymałby je obie w swoim uścisku.

Różdżka Toma nie do końca mu pasowała, ale czuł, że miał z nią pewien rodzaj połączenia. Z roztargnieniem przesunął palcem po cisowym drewnie.

- To nie chodzi o myszy – powiedział cicho – tylko o krok, który nastąpi po nich – ludzi.

- Masz do wyboru cały świat – odparł Tom. – Jeśli o mnie chodzi, możesz wybrać kryminalistę lub jakiegoś bezdomnego, którym nikt się nie przejmuje.

- To nie sprawia, że zabijanie ich jest słuszne.

- To nie chodzi o to, co jest słuszne, a co nie, po prostu pomyślałem, że takie podejrzane typy mogą być dla ciebie łatwiejsze z pogodzeniem się z morderstwem. Tak czy inaczej, ktoś skończy martwy, taką mamy umowę. W każdym razie, wyprzedzasz fakty. Wciąż jesteśmy na etapie myszy.

- Sam go sobie jeszcze nie zrobiłeś, prawda? – zapytał.

- Nie – przyznał cicho Tom. – Jak dobrze wiesz, mój plan zakłada, że obaj wrócimy do przeszłości, stworzenie horkruksa przywiązującego mnie do tego świata byłoby zbędne, jako że jego działanie byłoby zniekształcone i zniszczone przez to, co będzie działo się z przyszłością.

- A mój nie będzie? – zapytał.

- Twój horkruks jest czymś, co pomoże ci utrzymać się w przeszłości zamiast gwałtownie zatrzeć się do zapomnienia – odparł Tom. – Inna koncepcja. Gdybym jedynie poszukiwał sposobu na zapewnienie ci nieśmiertelności, jestem pewien, że znalazłbym taki, na który byłbyś bardziej skłonny się zgodzić.

- Ale patrząc na to z perspektywy tego, że zamierzam wygrać, twoje zmuszanie mnie do stworzenia tego również jest zbędne… - zaczął desperacko Harry.

- A jednak – przerwał mu Tom – nie zrobienie go przez ciebie zapewnia twoje zwycięstwo, w przeciwnym razie mój plan w dalszym ciągu jest bardzo prawdopodobnym scenariuszem, w związku z czym zrobisz sobie go i nowa umowa nie podlega negocjacji.

Harry westchnął, tępo wpatrując się w biegającą po klatce mysz.

Zupełnie nagle wydały mu się one tak kruche, tak ulotne.

- Mam po prostu wskazać różdżką i wypowiedzieć słowa? – zapytał cicho. – Dobra. Avada Kedavra.

Pokój wypełnił ten obrzydliwy błysk zieleni i… nic się nie stało.

Tom spojrzał na niego z wyrzutem, po czym zbliżył się, kładąc rękę na ręce Harry'ego, korygując jego uchwyt na różdżce.

- Nie – poprawił go dziedzic Slythernia. – Nie bądź taki brutalny. Nie możesz po prostu „wskazać różdżką i wypowiedzieć słowa", musisz mieć je na myśli. Całym sobą musisz pragnąć, by twój cel był martwy, a to bardziej ostre szarpnięcie różdżki niż zwykłe wskazanie nią. Zobacz… Avada Kedavra.

Zielone światło błysnęło spod ich dłoni i jedna z myszy padła martwa. Harry przełknął ślinę, jego oczy były szeroko otwarte. Czy coś w rodzaju… gwałtownego ruchu nie przeszło przypadkiem przed chwilą pod jego palcami?

Harry odrzuciłby w szoku różdżkę, ale palce Toma zaciśnięte było mocno wokół niego.

- To byłeś ty… prawda? – dopytywał się. Tom przewrócił oczami.

- Mniej więcej.

- Mniej czy więcej?

- To twoje dłonie są tymi, które dotykały różdżki, Harry. Obaj rzuciliśmy zaklęcie, a ja po prostu miałem odpowiednią intencję.

- Wspaniale – mruknął Harry. – Zawsze jest miło wiedzieć, że stoi się tak blisko kogoś, kto w tym samym czasie posiada mordercze intencje.

Tom roześmiał się.

- Czuję się rozczarowany, jeśli kiedykolwiek myślałeś, że nie byłbym w stanie zabić cię w przeciągu sekundy, nawet jeśli nigdy tego nie udowodniłem.

- Jeszcze bardziej uspokajające – wycedził sarkastycznie, starając się nie myśleć o myszy, chociaż jego oczy zerkały na nią.

Ale był świadom ich bliskości; gdyby się odwrócił, tylko nieznacznie, byłby w stanie sięgnąć i chwycić notatnik. Nigdy nie myślał, że będzie to dla Toma dobry czas na to, by wkurzyć go przez to niby lecenie na niego, ale to z całą pewnością ułatwiłoby mu sięgnięcie do kieszeni jego marynarki… a następnie utrudniło ucieczkę.

Ale to przecież zawsze będzie problem.

- To nie miało być uspokajające. – Tom uśmiechnął się złośliwie. Zebrał się w sobie. Palce znów go puściły i chłopiec cofnął się, z niezwykłą łatwością przeskakując między relacjami biznesowymi a… czymkolwiek tam było to drugie. Ponieważ nie była to do końca przyjaźń, z całym tym zagrożeniem śmiercią.

Przyjacielo-wrogowie? Parsknął na tą myśl, powodując, że Riddle uniósł brew.

- Jeszcze raz – polecił po minucie Tom.

Harry poczuł nadchodzące mdłości. Ostre szarpnięcie. Mieć to na myśli.

- Avada Kedavra.

Tom westchnął.


Byli tu już godzinę, a Harry'emu wciąż nie udało się zabić żadnej z myszy.

Miał nadzieję, kiedy jedna z nich opadła, ale potem okazało się, że gryzoń był jedynie nieprzytomny.

W technice Harry'ego nie było niczego złego, ruchy jego różdżki i wypowiadanie przez niego słów były bez zarzutu.

To intencja była problemem.

Harry nie chciał zabić i prawdopodobnie nie miał żadnych podświadomych obiekcji co do przeciągania tego, tak więc zaklęcie nie działało. Musiał to zwalczyć.

Skierował różdżkę Harry'ego na jedną z myszy, dziwiąc się, jak dobrze współpracowało mu się z ostrokrzewem i piórem feniksa, nawet jeśli współpraca ta nie była idealna. Harry wysłał mu zaskoczone spojrzenie.

Przemienił mysz w szczura. A właściwie kopię Petera Pettigrew. Niewielką motywację.

- Spróbuj teraz – zasugerował. Harry spojrzał na niego nieufnie, ale machnął różdżką w stronę „szczura", a jego oczy natychmiast wyostrzyły się na tak dokładną replikę.

- Avada Kedavra.

Szczur przestał się poruszać.

Oczy Harry'ego rozszerzyły się i spojrzał on na różdżkę z wyrazem obrzydzenia. Nie upuścił jej jednak, za co Tom był mu wdzięczny.

Podszedł do niego. Martwy. Uśmiech zadrgał w kącikach jego ust.

- Okej. Zrobiłem to. Nigdy więcej – powiedział Harry, zbyt szybko, jego wzrok odwrócił się od klatki z myszami.

Chociaż Tomowi udało się rzucić tę klątwę przy pierwszej próbie, to był w pełni świadomy, że był to niezwykły wyczyn dla kogoś posiadającego sumienie.

Nikt inny, kogo znał, nie zrobił tego tak szybko, chociaż nie mógł też powiedzieć, że miał jakiegoś innego ucznia. Poczuł coś w rodzaju dumy, kiedy przyglądał się przemienionej myszy.

Harry oddał mu różdżkę, nie spoglądając na nią, nie spoglądając również i na niego. Wziął ją bez słowa, znów wymieniając się różdżkami.

Mdłości napierały na niego poprzez ich połączenie, a Harry zbladł jak ściana. Uważnie mu się przyglądał.

To naprawdę mu przeszkadzało.

Podejrzewał, że większość ludzi miało skrupuły przed tą klątwą. Harry będzie radził sobie coraz lepiej.

Te zielone oczy wciąż jednak były udręczone. Pięknie udręczone, niepokojąco udręczone.

A jednak, niewielka zmiana na przygnębiającej drodze, na której wcześniej stali. Kolejna skaza w czystości Harry'ego.

Przez jeden dziwaczny moment opłakiwał tę stratę.

Był to prawdopodobnie pierwszy raz, kiedy Harry umyślnie coś zabił, poza bitwą, nie w samoobronie, kogoś/coś, co nigdy go nie skrzywdziło.

- Nigdy więcej – powtórzył bardziej miękko Harry.

Przeklęte słowa Lovegood przemknęły przez jego głowę. Stłumił je.

Tak było najlepiej dla nich obu.

Prawda?


Harry otworzył w nocy oczy. Było około czwartej nad ranem i wszyscy spali, słyszał ich ciężkie oddechy. Usiadł powoli, każdy ruch wykonując bardzo ostrożnie.

Jego wzrok przesunął się na Toma, który zwinął się we śnie w kłębek. Ubrania starannie złożone były pod jego łóżkiem.

Lestrange skomlał przez sen. Skrzywił się.

Cicho wyślizgnął się z łóżka, doskonale przyzwyczajony do skradania się w środku nocy dzięki czasowi, jaki spędził u Dursleyów. Poczuł jak Nagini zerka na niego ze swojej klatki, znajdującej się w rogu pokoju, żółte szparki jej oczu błyszczały w ciemności.

- Co ty wyrabiasz? – syknęła.

- Siedź cicho albo przemienię cię w pas – rozkazał krótko. Podszedł do łóżka Toma, unikając barier. Polował. Na notatnik. Który był zabezpieczony.

Cholera. Przygryzł wargę, tak bardzo napięty, zerkając na śpiącego obok niego młodego Czarnego Pana. Jego żołądek zacisnął się ze zdenerwowania. Już wcześniej przyglądał się temu notatnikowi i to przez wiele czasu; myślał, że wie o nim wszystko.

Po jakiejś pół godzinie udało mu się w końcu wydobyć notatnik, wzdrygając się za każdym razem, kiedy ktoś się poruszył.

Dziesiątki stron zapisanych pismem Toma, obliczenia i wykresy, przemyślenia, notatki. To wszystko wyglądało niezwykle skomplikowanie.

To musiało zająć mu miesiące.

Och, Tom będzie za to tak bardzo wkurzony. Zerknął znów na chłopca, po czym z powrotem na swoją zdobycz.

Po czym zamarł, znów spoglądając w górę.

Fioletowe oczy były otwarte. Obserwowały go spokojnie.

Kurwa.