Rozdział betowała Himitsu - z całego serca jej za to dziękuję.
Dzisiaj, wybaczcie, będę mówiła krótko, bo naprawdę mam tyle na głowie, że nie dam rady zbyt wiele się rozpisać, a chciałam wrzucić wam rozdział już dzisiaj... Ale wiedzcie, że przeczytałam wszystkie komentarze, że sprawiły mi one wielką radość i niesamowicie cieszę się z tego, że dzielicie się ze mną swoją opinią. Jesteście wspaniali.
Ariano, z całą pewnością chłopaki są idiotami pod względem emocjonalnym - żaden z nich nie ma w pełni poprawnie uformowanej emocjonalności, gdyż obaj dorastali w dość... nieprzyjemnych warunkach. I, cóż, plany, plany - mają swoje złe i dobre strony :). Nic nie jest idealne... Cieszę się, że udało mi się poprawić ci humor i życzę powodzenia w rozszyfrowywaniu tego, co może wydarzyć się w kolejnych rozdziałach ;). Jukira, nie ma sprawy, cieszę się, że teraz jesteś i że znów mogę cię "zobaczyć" :). Miło mi słyszeć, że poprzedni rozdział wzbudził w tobie aż tyle emocji, chociaż mam nadzieję, że z twoim sercem wszystko w porządku... I pytasz się, kiedy Harry zwróci Tomowi notatnik? Nie powiem :). Przyznam, że sama byłam całkowicie przerażona sprawą stworzenia Potterowi horkruksa - jak Tom może chcieć to zrobić?! - ale teraz, kiedy próbuję spojrzeć na to z twojego punktu widzenia, jak to opisałaś, to faktycznie można uznać to za bardzo... interesujące :). I zgadzam się z tobą co do tego, że Cygnusowi się należało. Dziękuję za wenę, z pewnością mi się przyda :). Evolution, od razu odpowiadam na pierwsze pytanie - gdyż jest to w pewnym sensie rozdział "pomiędzy" - jego zadaniem jest sklejenie wszystkiego w jedną całość. Chociaż rozumiem, dlaczego najlepiej byłoby, by rozdziały były jak najdłuższe :). I nie ma za co dziękować, wiem, że wszystkie szczegóły z czasem zanikają, a bez sensu byłyby czytanie tego wszystkiego jeszcze raz tylko po to, by znaleźć jakiś jeden, ukryty motyw... Co do twoich kolejnych pytań - nie wahaj się ich zadawać! Z chęcią odpowiem, skoro to już kogoś interesuje. "Ulubieńca" przed przetłumaczeniem w całości przeczytałam raz, kilkakrotnie wracałam jednak do niektórych rozdziałów. Biegłości w fabule nabyłam przy tłumaczeniu - naprawdę niezwykle wiele się w jego trakcie zapamiętuje. I dlaczego to opowiadanie? Bo uważam je za świetne. I nikt nie kwapił się do tego, by samemu je przełożyć. A do tego, w polskim fandomie naprawdę brakuje pary HP/TMR, nawet jeśli nie jest w relacjach romantycznych (chociaż, jak zauważyłam, całe szczęście!, pojawia się jej coraz więcej). Kilka pierwszych rozdziałów przetłumaczyłam nieco wcześniej, ale potem "porzuciłam" na dysku... splot różnych wydarzeń sprawił, że wzięłam się do roboty i stwierdziłam, że powinnam wziąć się akurat za to opowiadanie (do tej pory na moim dysku siedzi jedno przetłumaczone kilka lat temu opowiadanie, które teraz jednak uważam za zbyt słabe, by je gdziekolwiek opublikować), gdyż naprawdę warte jest tego, by poznało je więcej osób. Zgadzam się co do tego, że pomysł Toma był świetny - z całą pewnością efektywny. Wprawdzie Harry'emu udało się to obejść... ale Harry jest wyjątkiem ;). Co do poznania planów - przypominam, że sala była niemal całkowicie pusta z powodu wczesnej godziny. Nic więcej na ten temat nie powiem. I nie, nie mówiłaś jeszcze o słowikowych definicjach - ale cieszę się, że ci się podobają :). I tak, argumentacja Harry'ego jest powalająca. Akini28, na początku, to bardzo miło jest mi ciebie poznać :). Cieszę się słysząc, że podoba ci się "Ulubieniec" i postaci, jakie się w nim pojawiają. Dziękuję za oddanie głosu w ankiecie, oczywiście go zapisałam i wezmę pod uwagę :). Powodzenia na maturze! Veniti, całkowicie się z tobą zgadzam. I nie ma za co dziękować, to czysta przyjemność ;).
I oto przed nami pozostało jeszcze dziesięć rozdziałów. Nie wiem, czy jest to dobra, czy zła wiadomość… z pewnością, przynajmniej dla mnie, lekko szokująca :).
Poniższy rozdział, jak stwierdziła moja beta, jest chyba oficjalnie jej ulubionym, zatem z ciekawością czekam na wasze opinie na jego temat. Zgadzacie się? ;)
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto trzydziesty dziewiąty
Harry czuł się chory, drżał, miał mdłości.
Miniony dzień pamiętał jak przez mgłę, jak gdyby wszystko przyspieszyło tylko po to, by go torturować i sobie z niego szydzić. Jego dłonie drżały, żołądek był zaciśnięty. Salazarze…
Modlił się o to, by Tom nagle dał mu jakieś inne ultimatum, cokolwiek, byle nie pozwolił, by to się wydarzyło. Był przerażony.
Ostatni dzień spędził próbując o tym nie myśleć, zamiast tego poświęcając czas na ostrzeżenie Dumbledore'a o zbliżającej się wojnie, na szukaniu horkruksa i badaniu notatek Toma we względnie bezpiecznym Pokoju Życzeń.
Rozważał odrzucenie notatek na miejsce obok dziwacznego diademu w pokoju całkowicie wypchanym dziwacznymi, nagromadzonymi w nim przez lata rzeczami, które wydawały się zagubione, zapomniane lub porzucone. Harry był pewien, że mógłby odwiedzać ten pokój każdego dnia w ciągu roku, a i tak zawsze znalazłby w nim coś nowego i interesującego, co zwróciłoby jego uwagę. Widział nawet kawałek tych figur szachowych, z którymi mierzył się w czasie swojego pierwszego roku.
Nigdy nie miał jednak czasu na takie roztargnienie. A teraz wydawało mu się tylko, że ma go jeszcze mniej.
W końcu dał notatki Hermionie, aby przetrzymała je w bezpiecznym miejscu. Tom nie mógł jej skrzywdzić i ledwie poświęcał jego Gryfońskim przyjaciołom jakąkolwiek uwagę, tak więc ani trochę nie groziło im to, że nagle uświadomi on sobie, iż te notatki (obłożone zaklęciami, których ich nauczył) znajdowały się w kufrze jego przyjaciółki.
Hermiona i Ron z niepokojem wypytywali się o jego zamknięcie w sobie, niewyraźny stan, w jakim się znajdował, ale pomimo tego, że robili co w swojej mocy, by wyciągnąć z niego odpowiedź, milczał uparcie. Wymienił zaledwie jedno słowo z Tomem od czasu ich wczorajszej kłótni.
Dziedzic Slytherina wciąż był na niego wkurzony i nie sądził, by był teraz w stanie wytrzymać w towarzystwie kogoś tak przebiegłego i psychotycznego. Nie mógł uwierzyć, że Tom zmusza go do tego, by to zrobił, i to jeszcze tak szybko, ledwie mógł zabić szczura – skąd się, u licha, w Riddle'u wzięło przekonanie, że uda mu się zabić niewinnego człowieka z zimną krwią?! To niedorzeczne.
To była kara za ukradnięcie notatnika, po prostu to czuł. Kara i presja, jaką wywierał na nich mijający czas.
Miał ochotę zwinąć się w kłębek i płakać żałośnie, ale to by niczego nie rozwiązało… przynajmniej na wszelki wypadek miał tę swoją umowę z Voldemortem… Voldemort… może mógłby zaaranżować chwilowe porwanie go przez Voldemorta? Z całą pewnością nie mógłby wtedy zrobić sobie horkruksa! I Tom, jakkolwiek okrutne to było, może również odszedłby od tego śmiesznego pomysłu.
Oczywiście po jego powrocie dziedzic Slytherina byłby prawdopodobnie jeszcze bardziej zdeterminowany, by powstrzymać go od możliwości umierania… och, to było takie popieprzone.
Bolał go żołądek. Sądził, że mogło być to spowodowane zdenerwowaniem. Ha, zdenerwowaniem! Kogo chciał oszukać? Już dawno zastąpił zdenerwowanie absolutną paniką.
Merlinie, to był koszmar.
Poczuł, że ktoś do niego podchodzi, ale nie podniósł wzroku. Mała dłoń lekko dotknęła jego ramienia.
- Próbowałeś szczerze powiedzieć mu, co czujesz? – zapytała łagodnie Luna. Komentarz ten wywołał u niego irracjonalne rozdrażnienie, był na to zbyt zestresowany.
- Słuchaj, kapuję, myślisz, że ja i Tom się kochamy, ale w tej chwili naprawdę nie potrzebuję twoich…
- Nie o tym – powiedziała smutno i Harry nagle zamarł. Zwrócił na nią swoje spojrzenie. – Mam na myśli to, dlaczego nie chcesz zrealizować swojej części umowy.
Gapił się na nią, oniemiały.
- S-skąd o tym wiesz? – spytał z niedowierzaniem. Wzruszyła ramionami, w jej oczach była determinacja, ale nie tak gwałtownie okrutna w swojej intensywności jak Toma.
- Po prostu wiem czasami pewne rzeczy – odpowiedziała cicho. Harry westchnął, ale zaakceptował ją. W końcu, to była Luna. Kto wie, być może wiedziała pewne rzeczy w sposób, w jaki nie wiedzieli tego inni.
- On wie, co ja czuję – mruknął. Mówił Tomowi jak bardzo nienawidzi horkruksów, kiedy po raz pierwszy się o nie sprzeczali, chłopak go nie słuchał, a sam zawsze całkowicie jasno dawał do zrozumienia to, jak bardzo tego wszystkiego nienawidzi. – On tego nie łapie. Prawdopodobnie myśli, że zmienię się na lepsze i przestanę być mięczakiem, no wiesz… po tym.
Po tym. Wzdrygnął się.
- Nie sądzę, bym mógł go powstrzymać – wyznał ledwie szeptem.
W następnej sekundzie jej ramiona owinęły się wokół niego, nie w miażdżący, zaborczy sposób, jaki znał z rzadkich niemal-uścisków Toma (takich jak ten po panu Weasleyu), ale delikatny, kojący. Być może wzdrygnął się, ale tylko przez chwilę.
Nie zwykł za bardzo cieszyć się z powodu uścisków, ale ten był… dobry. Nawet, jeśli nieco dziewczęcy. Jej dłoń głaskała jego włosy tam, gdzie Tom chwyciłby je brutalnie, siłą tak silną, jak reszta jego uścisku.
Musiał przestać porównywać Lunę do Toma, naprawdę. Zamknął oczy, nagle świadomy dreszczy przebiegających przez jego ciało, cichych szlochów czystego strachu i lęku.
- Boję się, Luno.
- Wiem – wyszeptała. – W porządku, wszystko będzie dobrze, obiecuję… - Nie mogła tego obiecać. Był żałosny.
Tom bez wątpienia szydziłby sobie z niego, gdyby go teraz zobaczył.
Przełknął ostro ślinę, próbując uspokoić wściekłą burzę jego szalejących emocji. Nie odwzajemnił jej uścisku, nie śmiał tego zrobić, wiedząc, że sposób, w jaki prawdopodobnie by się jej uczepił, zniszczyłby coś tak pozornie delikatnego. To z pewnością by ją zraniło.
Pozostał bezwiednie w jej ramionach, ale to nie wydawało się jej zniechęcić tak, jak byłoby to z Hermioną, gdyby była na jej miejscu. Przytulał już wcześniej Hermionę, ale uściski te były zazwyczaj krótkie, na powitanie lub w czasach, kiedy jeszcze tak bardzo nie niszczył wszystkich, którzy znajdowali się wokół niego.
Kiedyś był tak niewinny. A teraz, spójrzcie na niego, miał zamiar zrobić najgorszą rzecz, jaką mógł sobie wyobrazić!
- Co ja mam robić? – pytał w kółko. – Co ja mam, do cholery, robić?
Spośród wszystkich ludzi, z którymi związał się Harry, za zdecydowanie najgorszą Tom uważał Lunę Lovegood.
Nie zniechęcała się tak, jak pozostali, i nie czuła do niego żadnego strachu, i po prostu chodziła za nim, rzucając mu irytujące komentarze i psychoanalizy, kiedy odmawiał rozmawiać z nią wtedy, gdy tego pragnęła.
A do tego pocałowała Harry'ego. I go uderzyła. Skrzywdziła go i pocałowała, i Harry zbyt ją lubił, i zbyt się nią fascynował.
Była najbardziej irytującą osobą, jaką miał nieszczęście spotkać – wliczając Lestrange'a!
Jej niebieskie oczy skupiły się na nim z rozpaczą i zastraszającą jasnością, kiedy się spotkali, i dziewczyna stanęła mu na drodze. Także się zatrzymał, niechętnie, mając nadzieję, że szybko wydusi z siebie to, co chce, ale ona rozkazała mu udać się za nią, być dyskretnym i po prostu obserwować.
Zastanawiał się, czy jej nie zignorować, ale kiedy rozejrzała się za jego ręką, by chwycić ją i go za sobą pociągnąć, ustąpił niechętnie. Naprawdę nie wiedział, co Harry w niej widział. Była szalona.
A jednak zatrzymał się, kiedy zbliżyła się do wspomnianego Złotego Chłopca, usuwając się w cień. Zacisnął szczękę. Do czego zmierzała?
Mocno rozważał odejście, ale możliwość analizowania go oczarowała.
Bardzo rzadko miał możliwość analizowania Harry'ego, kiedy ten nie był tego świadomy, jakkolwiek nonszalancko Harry był w stanie reagować na jego przyglądanie się.
Ramiona jego przyjaciela opadły i był on zaskakująco blady, jak duch. A także wydawał się niemal niezauważalnie drżeć. Przełknął ślinę. Harry wyglądał okropnie.
Co blondynka próbowała udowodnić?
Prawie wyszedł, ale ciekawość powstrzymała jego ruchy. Lovegood niepewnie położyła dłoń na ramieniu Harry'ego, na co ten ledwie zareagował.
- Próbowałeś szczerze powiedzieć mu, co czujesz? – spytała.
Zesztywniał. Mówiła o nim. Podstępna suka. Poczuł nutkę podziwu, ale odrzucił to uczucie. Mówiła o horkruksach, oczywiście, ale poczuł promieniującą od Harry'ego irytację. Uśmiechnął się pod nosem na odpowiedź jego przyjaciela, założenie, że Lovegood mówiła o ich „relacji".
Szczerze mówiąc, blondynka mówiła o niej dość wiele. Obserwował to, nieco rozbawiony, właściwie bardziej samą rozmową niż czymkolwiek innym, aż do czasu, kiedy Harry powiedział Lovegood, że nie sądzi, iż zdoła go powstrzymać.
Zwrócił uwagę na czyste przerażenie, którym zabarwiony był głos Harry'ego, rezygnację.
Zobaczył, że Luna obejmuje Pottera i zastanawiał się, czy dziewczyna celowo starała się wywołać reakcję. Niewiarygodnie nie podobałoby mu się to, gdyby tak było, nie tylko z powodu zuchwałości samej próby, ale dlatego, że wykorzystywała Harry'ego, kiedy był on tak rażąco na to podatny… jeśli grała na jego emocjach!
Salazarze, tylko mu wolno było grać na uczuciach i emocjach Harry'ego w taki sposób. Poza tym, chociaż mógł pogrywać sobie na emocjach Harry'ego w tak poważnej sprawie, to upewniłby się cholernie dobrze, że zrobi to w prywatności. Jego oczy zwęziły się do wielkości szparek.
A teraz go głaskała. Merlinie. Suka. Harry nie był psem, jakkolwiek zabawne byłoby ciągnięcie go za sobą w obroży dla samej jego bezcennej reakcji.
A jednak jasne było, że Harry szukał pocieszenia. I większość ludzi lubiła być w taki sposób pocieszana, prawda? Nawet Harry. W pewnym sensie przytulał go wcześniej, chociaż raczej nie mógł określić swojego zachowania jako ckliwe i wyłącznie pocieszające. Tyle tylko, że on tak naprawdę nie przytulał, a raczej… trzymał.
Tak, trzymanie bardzo dobrze to określało.
Trzymać: a) uchwycić coś w swoje ramiona, b) wspierać (co czasami robił, kiedy to oferował), c) ustawić coś w odpowiedniej pozycji/powstrzymać kogoś od odejścia/zatrzymać kogoś na siłę (zawsze prawdziwe) albo d) posiadać coś.
To była odpowiednia definicja i pasowała znacznie lepiej niż „uścisk", który był niczym czułe tulenie się.
- Boję się, Luno – usłyszał jak przyznaje Harry, bardzo cicho, tak, że prawie tego nie wyłapał. Tak cicho, szeptem, że był niemal przekonany, iż tego nie wyłapał i źle usłyszał jakieś inne wypowiedziane przez niego słowa.
Harry? Bał się? Jego Harry? Z powodu horkruksa? Czy to właśnie to było tym nieprzyjemnym uczuciem, które od wczoraj ściskało jego żołądek? Strach odczuwany poprzez połączenie? Zakładał, że to były wyrzuty sumienia Harry'ego, fizyczne objawy obu emocji często były podobne.
Zaschło mu w ustach.
Przypomniał sobie, że było to coś koniecznego i nawet, jeśli nie było to coś dobrego, to i tak nigdy nie dbał o to, co było „dobre". Lovegood ofiarowała jego przyjacielowi bezsensowne, marne pocieszenie.
- Co ja mam robić? – Harry spojrzał na nią ze zdesperowaniem w oczach, które tak często sprowadzało go do klęski, tak jak wtedy, kiedy negocjował pomoc dla swojego ojca chrzestnego. Zawsze uwielbiał tę desperację w oczach Harry'ego, kiedy na niego spoglądał; sprawiała ona, że chłopiec wydawał się tak żywy, a niesiona przez nią władza była odurzająca! - Co ja mam, do cholery, robić?
No właśnie, dobre pytanie. Czy Harry to udawał? Zmówił się z tą szaloną blondynką? Będzie musiał to sprawdzić.
Robił to, co konieczne. Miał w tym rację. Miał rację, rację, rację. Musiał.
Wspomniał już, że nienawidzi Lovegood?
Harry wszedł do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, wyraz jego twarzy chował się za starannie nałożoną maską. Skoro jego dusza miała zostać rozerwana, równie dobrze mógł zacząć ukrywać swoje emocje i panować nad swoim załamaniem nerwowym.
Nie miał pojęcia jak to zrobią, ale podejrzewał, że będą musieli opuścić mury Hogwartu. Tom praktycznie wpadł na niego w drzwiach i wkrótce znaleźli się na uliczkach Londynu.
Był wczesnowiosenny wieczór. Powietrze było rześkie, ale nie mroźne, a oni po raz kolejny mieli na sobie mugolskie ubrania.
Czuł lekkie ukłucie paniki, obserwując jak wzrok Toma przeczesywał tłum. Harry mógł tylko wyobrazić sobie drapieżnika polującego na swoją zdobycz, pieszczotliwie wybierającego swoją kolejną ofiarę.
Zadrżał, przyciągając na siebie jego spojrzenie.
- Więc, co ja właściwie muszę zrobić? – zapytał, uważając, by nie podnieść za bardzo swojego głosu.
- Jedyne, co musisz zrobić, to kogoś zabić… - zaczął Tom.
- Uważaj – syknął Harry, rozglądając się. Na twarzy Toma pojawił się uśmieszek.
- Zaczarowałem nas tak, by nikt nie zwracał na nas uwagi, skarbie, uspokój się.
- Jak, do cholery, mam się uspokoić wiedząc, co zamierzamy zrobić? – mruknął ponuro. – Jedyne, co muszę zrobić, ha!
Był w stanie wyczuć, że dziedzic Slytherina otwarcie mu się przygląda. Potrząsnął głową.
- Więc co, mam dokonać tego czynu i ty zajmiesz się całą resztą związaną z zaklęciem? – dopytywał się.
- Tak – powiedział Tom. – Proste.
Proste. Racja. Jego wnętrzności ponownie się skręciły.
- Chcesz wybrać czy ja mam to zrobić?
- W-wybrać?
- Wybrać swój cel – oznajmił spokojnie Tom, unosząc brwi. – Znając cię, sugerowałbym jakiegoś bezdomnego albo prostytutkę, kogoś, kogo zniknięcie trudniej będzie zauważyć. Osobiście wybrałbym kogoś bardziej wyniosłego, ale..
Harry poczuł jak jego ramiona napinają się.
- Zamierzasz być takim sukinsynem przez całą noc? – zapytał.
- Właściwie to moi rodzice byli małżeństwem, bez względu na to, jak bardzo był to wymuszony związek.
Harry niemal wzniósł swoje ręce we frustracji, pragnąc udusić młodego Czarnego Pana.
- Mógłbyś przynajmniej udawać, że morderstwo to dla ciebie coś wielkiego – warknął. Wyraz twarzy Toma stał się jeszcze bardziej nieczytelny.
- A ja myślałem, że jesteś orędownikiem szczerości i bycia wiernym sobie. – Riddle spojrzał na niego pochmurnie. – Morderstwo nie jest dla mnie niczym wielkim. To jedynie kolejny sposób na dostanie tego, czego chcę. Masz przy sobie jakieś pieniądze?
- Pieniądze? Dlaczego miałbym potrzebować pieniędzy?
- Chcesz zabić swoją dziwkę na ulicy?
Oczy Harry'ego błysnęły niebezpiecznie i on odwrócił się, niemal uderzając przy tym w Toma, niemal z żałośnie wywołanymi przez strach, lęk i wstręt do samego siebie, łzami w oczach.
- Przestań, dobra?! – warknął. – Wiem, że jesteś wkurzony za notatnik, ale możesz po prostu dać sobie spokój z tą pieprzoną postawą. Niektórzy mają sumienie, a ty nie pomagasz!
- W takim razie, ja zapłacę – oświadczył Tom, najwyraźniej go ignorując, wyciągając pieniądze z kieszeni i podchodząc bezdusznie do ładnej, zbyt wymalowanej młodej dziewczyny, mającej na sobie zbyt mało ubrań.
Harry natychmiast po prostu zapragnął dać jej swój płaszcz, by się trochę przykryła, w końcu była to dość zimna noc.
- Cześć, ile trzeba zapłacić?
- Zależy od tego, co chcesz – powiedziała dziewczyna, ostrożnie spoglądając na nich, sztuczny uśmiech pojawił się na jej twarzy. Chęć do zwymiotowania wzrosła.
- Godzinę, w pokoju hotelowym. – Tom zerknął z powrotem na niego, po czym obniżył głos. – Może trwać wiecznie, aż mój przyjaciel zacznie, ale jestem pewien, że w ostatecznym rozrachunku będzie to tego warte.
Harry zarumienił się pieczącą czerwienią, z upokorzenia i wściekłości. Trzeba przyznać, że dziewczyna zachowała kamienną twarz.
- Pięćdziesiąt funtów z góry i kolejne dziesięć za każde dodatkowe usługi – odparła.
Pięćdziesiąt? Nie miał pojęcia, jak to wszystko działało, ale czy ludzie naprawdę byli tak zdesperowani? Starał się nie okazać swojego wzdrygnięcia, aby nie zranić jej uczuć. To było obrzydliwe.
- Fantastycznie. – Tom uśmiechnął się czarująco.
Wkrótce weszli do jakiegoś – co prawda nie tak taniego, jak się spodziewał – pokoju hotelowego.
Podeszła do łóżka, zachowując się z jedynie nieznaczną niepewnością. Dziedzic Slytherina ustawił bariery i rzucił zaklęcia wyciszające subtelnymi ruchami swojej różdżki, całkowicie ignorując teraz dziewczynę. Wyglądała tak młodo!
- Tak więc, jak chcecie to zrobić? – zapytała.
Tom krzątał się po pokoju, zapalając świece potrzebne do rytuału i ogólnie wszystko ustawiając. Nie wkładał już teraz żadnego wysiłku w to, by ukryć, że wykonuje magię i oczy dziewczyny rozszerzyły się.
- Połóż się na samym środku, pomiędzy świecami – rozkazał Tom. Dziewczyna napięła się.
- Och, boże – jęknęła. – Wy dwaj, nie jesteście jakimiś dziwnymi satanistami, prawda? Słuchajcie, nie szukam kłopotów… - zaczęła.
- Połóż. Się. Przy. Świecach – powtórzył rozkaz Tom, bardzo wyraźne. – Albo cię do tego zmuszę.
- Tom, na litość boską… - warknął Harry.
Po prostu miał dość. Nie mógł tego zrobić. Salazarze, naprawdę nie mógł tego zrobić. Zaraz zemdleje, zwymiotuje lub… w ciągu sekundy Tom odwrócił się do niego, wkraczając w jego przestrzeń osobistą, powodując, że pospiesznie wycofał się o kilka kroków, tylko po to, by Tom dalej kierował się w jego stronę.
- Wycofujesz się z naszej umowy, bohaterze? – zapytał, zbyt cicho.
- Umowy? – zapiszczała dziewczyna. – Jakiej umowy? K-kim jesteście? Czego właściwie chcecie?
- To proste – odparł chłodno Tom, nie spoglądając na nią, jego wzrok utkwiony był w oczach Harry'ego. – Magia istnieje, a my musimy cię zabić, by odprawić mroczny rytuał, który zapewni nam nieśmiertelność. Nie, to prawdopodobnie nie będzie boleć, a teraz zamknij się i połóż. Czy to nie to, w czym jesteś dobra?
- Nie mogę zabić nawet szczura – spróbował rozpaczliwie Harry. – Nie wycofuję się, po prostu dosłownie nie mogę tego zrobić, Tom, proszę, nie zmuszaj mnie do tego. To jest tak złe…
- Jedyne, co musisz zrobić, to wskazać swoją różdżką i chcieć zabić – przerwał mu stanowczo Tom. – Zrobię resztę. To nie jest takie trudne.
- Nie mogę! – powiedział głośno Harry. – Wiesz, że nie mogę, po prostu, kurwa, karzesz mnie za to, że ukradłem twój zapomniany przez Boga notatnik, co, nawiasem mówiąc, jest popieprzone, jako że gdyby nasze role się odwróciły, zrobiłbyś dokładnie to samo. Cóż, przepraszam, dobra? Przepraszam, że nie chcę patrzeć na to, jak mój świat rozrywa się w zapomnienie…
- Harry…
- Chcesz, żebym padł na kolana i cię błagał? Dobrze! – Jego duma wiła się w bólu, ale szalejące w nim strach i nudności były jeszcze gorsze, bez pytania opadł do nóg Toma. – Nawet oddam ci notatnik – powiedział ciszej, ale nadal szybko i gorączkowo, wpatrując się w jego nieskazitelnie czyste buty, nie wiedząc, czy kiedykolwiek wcześniej czuł się tak upokorzony. – Po prostu nie zmuszaj mnie, bym to zrobił…
- Wstawaj.
- …proszę, przysięgam, że ci go oddam, ale…
- Wstawaj.
Przy przeniesieniu się na wężomowę jego wzrok mimowolnie przesunął się na twarz Riddle'a, był w stanie wyczuć emocje w syczącym tonie dziedzica Slytherina, ale nie je odczytać.
Przełknął ślinę, zostając tam, gdzie był.
Dziewczyna skuliła się za wezgłowiem łóżka, całkowicie przerażona, przyglądając się im, mamrocząc do siebie, jak gdyby w modlitwie. Harry nie winił jej za to.
Spojrzał z powrotem na podłogę, zbyt zawstydzony, by wytrzymać to nieustępliwe, intensywne spojrzenie.
Palce, tak inne od Luny, przeczesały jego włosy, niemal uspokajająco bawiąc się ich kosmykami, po czym zacisnęły się w nagły, bolesny uścisk, który pociągnął go do góry z podłogi, jednocześnie przechylając jego głowę tak, by wymusić kontakt wzrokowy. Głowa Toma była nieznacznie przechylona na bok.
- Masz rację – mruknął aksamitnie chłopiec. – Robię to, aby cię ukarać, ale to również i tak musi zostać zrobione. Nie pozwolę ci na mnie umrzeć.
- Tom, proszę…
Tom dwukrotnie postukał paznokciem dolną wargę Harry'ego, dość znacząco.
- Przestań błagać, kochanie, to naprawdę do ciebie nie pasuje.
- A zniszczenie duszy tak? – spytał cicho. Oczy Toma zmrużyły się, kiedy ten przyglądał się mu z niemożliwym do odczytania wyrazem twarzy, rozważając. – Musisz wiedzieć, że naprawdę nie będę taki sam – kontynuował Harry – chyba, że zmiana jest tym, czego chcesz. Ja… przez cały wieczór byłem na granicy…
- Gdybym ci powiedział, że chcę tego, przestałbyś jęczeć i zabił już tę sukę?
Harry zawahał się. Tom chciał, aby się zmienił? Oczywiście, że tak, nie wierzył w moralność. Zacisnął szczękę.
- Umowa to umowa – oświadczył głucho.
Nie mógł tak naprawdę tego nie zrobić, jeżeli Tom chciał, by to zrobił. Mieli umowę.
Przygotowując się, wbijając sobie paznokcie w dłoń, wyciągnął rękę, by znów machnąć różdżką, sztywny. Czuł mdłości. Mdłości, mdłości, mdłości. Z trudem przełknął ślinę.
Prawdopodobnie wyglądał na nieźle nierozgarniętego w oczach dziedzica Slytherina – Tom pewnie ubolewał i był zniesmaczony słabością, jaką okazał.
- Jak masz na imię? – zapytał uprzejmie dziewczynę, prawie wyrywając różdżkę z rąk Riddle'a, podchodząc do niej.
- T-Tracy – wyjąkała. – Proszę, Harry, prawda? Po prostu pozwól mi odejść, nie chcę umierać i wiem, że ty nie chcesz tego zrobić. Wyglądasz na dobrego człowieka, szlachetnego człowieka, nie pozwól, by to się stało…
- Do kręgu – przerwał jej obojętnie Tom.
Teraz to już Tracy szlochała nędznie, po czym wydała z siebie okrzyk zdziwienia, kiedy Tom machnął w jej stronę różdżką, zmuszając ją do poruszenia się. Harry spojrzał na niego gniewnie.
W końcu, wszystko było gotowe.
Harry próbował się opanować, ale nie mógł. Nie mógł tego zrobić.
Zerknął na Toma po raz ostatni, tylko na sekundę. A następnie zamknął oczy, wskazując różdżką, tak bardzo się nienawidząc.
- Tak mi przykro, Tracy. Avada Kedavra.
