Za zbetowanie rozdziału wielkie podziękowania należą się Himitsu.

Wybaczcie, że rozdział dodaję dopiero dzisiaj, ale właśnie co wróciłam z weekendowego wyjazdu. Mam nadzieję, że ostatnie dni minęły wam bardzo miło i spokojnie, a również, że spodoba się wam poniższy rozdział :).

neko246, te dziewczyny naprawdę mają złote serce - jeżeli nie one, to kto inny miałby bronić Harry'ego przed Tomem? ;) Co do twoich obaw o Lunę - chciałam tylko przypomnieć o jednej z umów, jaką zawarli chłopaki, a której jednym z punktów było to, że Tom nie może w jakikolwiek sposób zranić nikomu, na kim Harry'emu zależy - Luna wlicza się do tej grupy. Silna wola Harry'ego zniknęła pod natłokiem wydarzeń, które obecnie na niego spływają - trzeba zrozumieć, że stworzenie horkruksa to dla Harry'ego sprzeciwienie się najbardziej elementarnym zasadom i częściom charakteru, jakie posiada. Każdy zdrowy psychicznie człowiek by się pod tym załamał. AliceSz, no widzisz, czasami potrafię dodać coś na czas ;). Mnie również bardzo szkoda jest Harry'ego oraz tego, przed czym stawia go Tom - przyjaciel! O Harrym i morderstwie nic nie powiem, sama dzisiaj dowiesz się, jak się to wszystko potoczyło. Zastanawiam się też, czy Tom staje się lepszym człowiekiem... Trudno powiedzieć. Myślę, że w pewnym sensie tak. Bo naprawdę zależy mu na Harrym. On się szczerze o niego troszczy... Ja, przyznam, nie potrafię sobie wyobrazić Toma z kimkolwiek, nawet Luną... Jukira, bo Tomowi wydaje się, że sam najlepiej wie co jest dla innych najlepsze. Że, w pewnym sensie jako neutralny obserwator, potrafi lepiej zanalizować pewne fakty, wybrać właściwsze opcje. I myślę, że w tym właśnie największy problem, gdyż jeżeli przychodzi o Harry'ego, to tym neutralnym obserwatorem nie jest... Ale to już takie moje prywatne przemyślenia, nie przejmuj się nimi ;). Luna rzeczywiście jest zaskakująca, chociaż zdanie Toma na jej temat potrafię zrozumieć :). To naprawdę mądra dziewczyna - cóż, w końcu jest Krukonką ;). Tak się zastanawiam, czy ktoś posiadający sumienie może oswoić się z myślą o popełnieniu morderstwa... O tym na ile i czy Harry'emu uda się rzucić zaklęcie, przekonasz się dzisiaj. I mówisz, że lubisz wredotę Toma? ;) Tiuff, cieszę się zatem z tego, że ci się podoba :). Komentarz wcale nie musi być logiczny - sama zresztą takich pisać nie potrafię - cieszę się, że w ogóle mogłam go przeczytać. Miło mi, że jednak postanowiłaś nie porzucać czytania "Ulubieńca", chociaż muszę przyznać, że rozumiem, dlaczego mogłabyś to chcieć - muszę zgodzić się z tym, że fabuła z pewnością jest strasznie pokręcona i obszerna. I mówisz, że irytuje cię Harry? Taak, chłopak potrafi to robić - po przeczytaniu twojej argumentacji muszę przyznać, że jego zachowanie może irytować, chociaż sama nigdy na to z takiego punktu widzenia nie spoglądałam ;). Cieszę się, że usłyszałam od ciebie tak wiele miłych słów (tak, z pewnością zbyt miłych) i bardzo ci za nie dziękuję. Co do limitu znaków - jakiś jest, chociaż nie wiem dokładnie jaki... Evolution, pytania wcale nie były durnowate, poza tym byłaś ciekawa, a przecież pytać to nie grzech. Zawsze mogłam na nie po prostu nie odpowiedzieć :). Nie ma też za co dziękować :). Także czuję się niesamowicie dziwnie z powodu tych zaledwie dziesięciu rozdziałów - bardzo dobre porównanie z tą premierą... Nie zdradzę jeszcze, co dokładnie będę tłumaczyła, gdyż nie chcę, gdy ktokolwiek sugerował się ilością głosów już oddanych na poszczególne możliwości w ankiecie - zresztą zostanie ona otwarta jeszcze nawet kilka dni po wstawieniu ostatniego rozdziału, by wszyscy, którzy wstrzymują się, by zagłosować po poznaniu ostatniego rozdziału, mogli to zrobić. Zatem, tak naprawdę, na razie sama jeszcze nie wiem :). Pomysł Luny był pomysłowy, ale w jaki inny sposób można by chociaż mieć nadzieję na to, że Tom cokolwiek zrozumie? O Tomie i jego stosunku do zamordowania kogoś przez Harry'ego i stworzeniu horkruska nic więcej dzisiaj nie powiem, gdyż to wszystko będzie w rozdziale, zatem byłoby to bezsensowne. Harry'ego na kolanach nie spodziewał się chyba nikt - co tylko ukazuje, jak bardzo był zrozpaczony. Co do interpretacji przedstawionego prze ciebie fragmentu, to właściwie się zgadzam - tak, słowa Toma były z pewnością okrutne. Pracowanie razem nad planem byłoby idealne, jednak żaden z chłopaków nie jest w stanie tego zrobić - są zbyt uparci, by znaleźć złoty środek w miejscu, w którym znalezienie go jest praktycznie niemożliwe. Zbyt odmiennie spoglądają na różne sprawy, by móc wymyśleć jeden plan. Są zbyt uparci :). Chociaż, oczywiście, są to luźne przemyślenia i wcale nie muszą mieć związku z przyszłą fabułą :). Ariano, tego dowiesz się dzisiaj, nic nie będę ci teraz zdradzała ;). I nie masz za co przepraszać, cieszę się, że napisałaś chociaż kilka słów :). Veniti, nie martw się długością, cieszę się, że w ogóle znalazłaś chwilę na to, aby coś napisać. Co do tego, czy zaklęcie zadziała - dzisiaj się przekonasz :). Tina, cieszę się, że ci się podoba :). Mam nadzieję, że jednak ciekawość cię nie męczyła i że, w przeciwieństwie do mnie, spałaś chociaż trochę w ten weekend :). W każdym razie i tak wszystkiego dowiesz się dzisiaj i przyznam, że mam nadzieję, że rozdział przypadnie ci do gustu... Mangha, z całego serca witam! Całkowicie rozumiem twój brak czasu, zatem ani trochę cię nie winię - cieszę się, że mimo tego znalazłaś chwilkę na to, aby coś napisać, a także z tego, że podoba ci się to, co dzieje się obecnie w rozdziałach. Luna rzeczywiście jest kochana i niezwykła, tutaj zgadzam się w stu procentach. elain679, tak jak wcześniej mówiłam, będą pewne działania Toma, które trudno będzie ocenić. Wszystko, jak sądzę, zależy od osoby, która je ocenia. I od tego, co bierze pod uwagę. Sytuacja z Harrym i morderstwem jeszcze dzisiaj się wyjaśni, tak samo jak to, co zadecyduje zrobić Tom. Cieszę się, że podobała ci się z akcja z Luną i że uważasz ją za pomysłową. A Tom nie byłby Tomem, gdyby nie doszukiwał się we wszystkim wszystkiego. Ciąg dalszy, jak widzisz, pojawił się bardzo szybko :).

Całą sobą pragnę podziękować za wasze wspaniałe komentarze, które tak umilają mi życie. Nie wiem, czy już zauważyliście, ale właśnie udało się wam przekroczyć nimi ósmą setkę, co jest po prostu niesamowite i za co bardzo, ale to bardzo wam dziękuję. Jesteście niesamowici!

Miłego czytania.


Ulubieniec Losu

Rozdział sto czterdziesty

Nic.

Tracy spojrzała na niego, zdezorientowana, ale nie ośmieliła się wyjść z okręgu.

- Jeszcze raz – rozkazał Tom. Teraz, kiedy już wszystko szło po jego myśli, w jego głosie pojawiło się więcej cierpliwości.

- Czy to musi być Mordercze Zaklęcie? – zapytał Harry, jego głos był całkowicie pusty, nie było w nim słychać żadnych emocji. Nie chciał być teraz w swoim ciele. Nie chciał być samym sobą, jeśli to właśnie miał zrobić.

- Nie – oświadczył Tom, krążąc wokół nich, krytycznie wszystko obserwując, różdżką Harry'ego klepiąc figlarnie o meble. – Po prostu pomyślałem, że tak będzie dla ciebie łatwiej, kiedy już przymkniesz oko na przypisaną mu tabliczkę „niewybaczalne", biorąc pod uwagę, że jest to bezbolesny sposób wywołania czyjejś śmierci. Ale proszę bardzo, jeżeli chcesz, zamień to na jakieś inne czarnomagiczne zaklęcie – ale musi być czarnomagiczne.

Harry znów przełknął ślinę. Nie myślał o tym w ten sposób.

Avada była, właściwie rzecz biorąc, jedynym bezbolesnym sposobem na dokonanie morderstwa. Morderstwo. Wzdrygnął się. Nigdy nie zabił drugiego człowieka nie robiąc tego w samoobronie.

Tracy nadal łkała.

Zerknął szybko na Toma, w milczeniu zauważając, że ze strony dziedzica Slytherina, pomimo straszliwej postawy, jaką okazywał dzisiejszej nocy, wybranie Morderczego Zaklęcia było właściwie pokręconą oznaką miłosierdzia. Ponieważ było ono bezbolesne.

Tom wiedział, że nie chce wywołać bólu. Ale Tom wiedział również, że nie chce nikogo zabić i z całą pewnością nie chce też horkruksa. Próby całkowitego zrozumienia jego przyjaciela przyprawiały go o ból głowy.

Te mroczne oczy ani na chwilę nie przeniosły się na postać biednej mugolki, skierowane wyłącznie na niego. Odwrócił wzrok, wciąż czując absurdalnie piekące uczucie zranienia, ściskające jego i tak już poplątaną mieszaninę emocji. Czuł mdłości.

Przełknął ślinę, po raz kolejny się przygotowując, tym razem jego ręka nie trzęsła się, kiedy wskazywał różdżką. Wyrzuty sumienia. Musiał pamiętać, by czuć wyrzuty sumienia! To właśnie w taki sposób mógł rozwiązać całą tę sytuację, prawda?

Znów spojrzał na Toma, który po raz kolejny zbliżył się do niego, zatrzymując się obok, tak jak wcześniej.

- Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolony – powiedział cicho.

Nie. Nie. Nie.

Pchnął całe swoje poczucie winy, zniesmaczenie i strach do dziedzica Slytherina, oczyszczając się ze wszelkich emocji tak, jak Tom zrobił to w czasie ich rozmowy o przepowiedni, mając nadzieję, że to wystarczy, czując napływające do niego uczucie spokoju.

Tom wydał z siebie zduszony dźwięk.

- Avada Kedavra.

Nastąpił błysk zielonego światła.

Tracy padła martwa.

Tom wyrwał różdżkę z jego rąk.

Zaczął się rytuał.


Przez sekundę Tom czuł zaskoczenie wywołane tym, że ciało dziewczyny wygięło się w łuk i opadło, martwe. Przez sekundę, wahał się.

Czy to było coś dobrego? Była to nierozłączna część jego planów, nie powinien nawet mieć tych wątpliwości.

Emocje Harry'ego ważyły mu tak bardzo na sercu i umyśle, przyćmiewając i miażdżąc je, wypełnione tak intensywnymi barwami poczucia winy, przerażenia i smutku, że było to jednocześnie fascynujące, jak i przerażające.

Harry.

Gdyby tego nie zrobił, gdyby nie wygrał, Harry skończyłby jako warzywo. Mała zmiana była lepsza niż kolosalna zmiana, wynikająca z praktycznie rzecz biorąc śmierci mózgu.

Weźmie mu najmniejszy skrawek duszy, będzie go to kosztowało wiele wysiłku, ale wierzył, że będzie w stanie kontrolować to, jak wiele utnie i podzieli. Wyrzuty sumienia Harry'ego będą w tym pomocne.

Podjął decyzję, wyrywając Potterowi swoją różdżkę, pchając emocje Harry'ego z powrotem do chłopca teraz, kiedy czyn został już dokonany, zauważając niechętnie pojawiający się na bladej skórze jego przyjaciela zielony odcień. Zanurkował w ich połączeniu, tak głęboko jak tylko był w stanie, ignorując okrzyk bólu Harry'ego, wywołanego takim wtargnięciem i sposób, w jaki osunął się on na podłogę, tłumiąc szlochy.

Własny ból brzęczał mu w uszach jak okropna migrena.

Zignorował to.

Skoncentrował się.

Zaczął intonować płynnie po łacinie, krwią dziewczyny rysując po pokoju hotelowym symbole, a następnie mieszając z nią krew Harry'ego. Chłopiec pozwolił mu rozciąć nieco swoją skórę bez chwili zastanowienia, niemal katatonicznie. Nie miał jednak teraz czasu na to, by się o to martwić.

Jego praca nad zaklęciem trwała dobre pół godziny, tkana zawile między czarami, urokami, runami i tradycyjnymi elementami rytuałów.

Trochę czasu zajęło mu zdecydowanie, co użyje jako pojemnika na duszę Harry'ego (wydawało się, że chłopiec z przyjemnością zignorował ten szczegół i, szczerze mówiąc, to nawet lepiej, że Harry nie wiedział).

To musiało być coś, przed czego zniszczeniem Harry się zawaha, nawet jeśli zaledwie na kilka cennych minut, w czasie których mógł ujarzmić chłopca, z powodu czego rozważał rodzinną pamiątkę Potterów. Harry nie zniszczyłby chętnie czegokolwiek, co wiązało go z jego rodzicami.

Problemem tego pomysłu było to, że to prawdopodobnie jedynie by wszystko opóźniło.

To by go zraniło, ale Harry w końcu ze względu na swoje męczeństwo zniszczyłby jakikolwiek przedmiot.

Zostawali mu ludzie.

Wpadł na ten pomysł poprzez fakt, że Harry był horkruksem Voldemorta.

Harry nie zabiłby żadnego ze swoich przyjaciół, kompleks bohatera w połączeniu z wyjątkowo mocnym problemem, jaki były Gryfon miał z zabiciem choćby i myszy. Ale jednak nie ufał któremukolwiek z przyjaciół Harry'ego i, szczerze mówiąc, nie ufał w tym zakresie również żadnemu ze swoich zwolenników.

Tak więc, został on sam. Sam miał się stać horkruksem Harry'ego.

Był prawie pewien, że Harry zawaha się przed zabiciem go, a tym samym, zawaha się zniszczyć horkruksa, a nawet jeśli by tak nie było, był całkowicie zdolny i wystarczająco potężny do tego, by samemu się bronić.

Jego instynkt samozachowawczy był silniejszą obroną niż jakiekolwiek bariery, jakie był w stanie wyczarować. Horkruks w nim zawsze będzie bezpieczny i on zawsze będzie tego świadomy.

Była to bolesna procedura.

Gdy nastąpił podział, obaj krzyczeli.


Harry był przekonany, że była to najbardziej bolesna, rozdzierająca rzecz, jaką kiedykolwiek czuł. Osunął się na podłogę, zwijając się do pozycji embrionalnej, przeklinając to, że ktokolwiek mógł sobie coś takiego zrobić, klnąc na Toma za to, że robił to jemu.

Z roztargnieniem zdał sobie sprawę, że aby wykonać ten rytuał trzeba mieć ekstremalną ilość samokontroli i woli. Większość ludzi zemdlałaby w jego trakcie z bólu albo zaprzestała, co przyniosłoby druzgocące szkody.

Tom zataczał się wokół niego, ale był na to obojętny, zatracony, ostre krzyki rozdzierały jego klatkę piersiową, kiedy poczuł jak istota jego samego jest rozrywana i mu zabierana.

Błagał, by to się skończyło. By umarł. By żył. By ból zniknął. Nie mógł skupić się na niczym innym, nawet na Tomie.

Kiedy to się wreszcie skończyło, czuł się skołowany, zniesmaczony i niepowiązany z otaczającym go światem.

Oczy mu się kleiły, nie mógł się ruszyć.

Jak przez mgłę słyszał Toma, czołgającego się w jego stronę, palce zatrzymujące się na jego pulsie i włosach. Mgliście przypomniał sobie coś o wyrzutach sumienia, ale nie mógł zmusić się do tego, aby je czuć.

Jak mógł żałować zakończenia tego bólu? W ogóle nie czuł zbyt wiele, na wpół zanurzony w czarnym zapomnieniu nieświadomości.

- Harry? – usłyszał pytanie Toma w jego miękkim szepcie.

Palce, cudownie chłodne w porównaniu do jego skóry, przeszły po jego włosach, chociaż nie otworzył oczu. Spróbował w odpowiedzi powiedzieć imię chłopca, ale nic prócz słabego skowytu i jęku nie przeszło przez jego ciężki język.

Był wyczerpany. Zastanawiał się, jak czuł się Tom.

W następnej sekundzie poczuł, jak ramiona owijają się wokół niego i miał niejasne wrażenie ruchu, a następnie poczuł pod sobą coś miękkiego. Prześcieradło. Łóżko? Czy udało się?

Pomyślał, że powinien zdjąć buty, skoro był na łóżku. Tylko Luna spała z założonymi na siebie butami.

Chociaż, co to za różnica? Czy rytuał się udał? Był zbyt skołowany, by zdecydować się, czy czuł jakąkolwiek różnicę, chociaż czuł się dziwnie podekscytowany z powodu swojego wyczerpania, jak gdyby stał na skraju urwiska.

Usłyszał szelest, materac obok niego przechylił się nieco, jedwabista pościel opadła na jego w pełni ubraną postać, a koło niego pojawiło się źródło ciepła.

Myśl ta wydała mu się nagle okropnie ważna do skomentowania.

Zebrał na to resztki swojej energii, nie otwierając oczu, głosem bełkotliwym i mrukliwym:

- T'm, będziemy dzielić łóżko z martwą prostytutką w pokoju.

Ludzie będą mówić. Miał szaloną ochotę na zachichotanie i może nawet to zrobił.

- Zdrzemnij się, kochanie – nadeszła miękka odpowiedź.

Zanurzył się w ciemności.


Kiedy Harry się obudził, sennie zamrugał oczami na światło, wpadające przez szparę między zasłonami.

Lochy wydawały się jakieś dziwne… och, nie był w lochach. Otworzył gwałtownie oczy, wpatrując się w biały sufit pokoju hotelowego, po czym zerknął w bok. Tom spał głęboko, wokół niego nie było żadnego glamour czy zaklęcia obronnego, wyraźnie był wyczerpany i całkowicie bezbronny.

Gdyby chciał, śmiesznie łatwo mógłby zabić chłopca. Patrzył na niego przez chwilę, jego wzrok przebiegał po postaci dziedzica Slytherina.

Kremowa, koloru kości słoniowej skóra kontrastowała ostro z czarnymi włosami, mugolska koszula pogniotła się na nim w czasie snu, był lekko zwinięty na jednym boku, a jego ramię schowane było pod poduszką.

Haha.

Kto by pomyślał, że Czarny Pan był taki słodki?

Powoli uniósł się do pozycji siedzącej tak, aby nie zbudzić swojego towarzysza, przyglądając się pokoju pogrążonemu w ostrym świetle poranka.

Leżące na podłodze świece migotały pomiędzy pentagramami, okręgami i wzorami, krew barwiła znajdujące się w niej szpary. W centrum tej masakry leżała dziewczyna. Prychnął.

Prawdopodobnie powinien mieć z tego powodu większe poczucie winy, ale to przecież nie tak, że komukolwiek będzie jej brakować? A w ogóle, to co za śmieci kończyły w jej wieku pracując na ulicy? Prawdopodobnie zrobił jej przysługę, kończąc jej nędzną egzystencję. A jednak wciąż czuł małe ukłucie winy i smutku.

Pozbawianie kogoś życia nigdy nie było dobre, jeżeli można było tego uniknąć. Ale tym razem było to nieuniknione, zatem prawdopodobnie nie powinien czuć się z tego powodu zbyt winny.

Ale tak przynajmniej sobie mówił.

Lepiej o tym nie myśleć.

Och, zmycie tej krwi będzie koszmarem! Zmarszczył nos. Miał nadzieję, że opłata nie była zbyt duża. Chociaż pewnie zajmą się tym, zanim wrócą do Hogwartu.

Jak na razie jednak, potrzebował jakiegoś śniadania.

Wysunął się spod kołdry, zamiast tego owijając ją mocniej wokół dziedzica Slytherina, zauważając, że musiał być on naprawdę zmęczony, skoro się przy tym nie obudził.

Uśmiechnął się nieznacznie.

A następnie wygładził swoje ubrania i ruszył na polowanie na coś do jedzenia i kawę.

Zadzwonienie po obsługę pokoju prawdopodobnie nie byłoby najlepszym pomysłem.


Tom czuł chwilową panikę z powodu pustego miejsca na łóżku obok niego, po czym usłyszał odgłos stóp przechodzących przez pokój. Harry siedział na krześle po drugiej stronie pokoju, balansując na swoich kolanach talerzem tostów, jakimś sokiem pomarańczowym i filiżanką kawy.

Zamrugał na ten widok, patrząc ostrożnie na chłopca, szukając różnic.

Różnica pierwsza: Harry jadł, ani trochę nie przejmując się zwłokami leżącymi kilka metrów od niego.

- Przyniosłem śniadanie. – Harry skinął głową na stolik nocny. – Wciąż powinno być ciepłe. Nie wiedziałem, co będziesz chciał, więc wziąłem płatki, tosty i naleśniki. Jest również kawa, jeśli jakąś chcesz.

Zsunął się z łóżka, ze szczyptą pogardy zauważając swój w pewnym stopniu poczochrany stan. Machnął różdżką, aby go naprawić, po czym sięgnął po filiżankę z kawą. Wolał herbatę, ale kawa też nie była zła.

Nie oderwał wzroku od Harry'ego.

- Jak się czujesz? – zapytał.

- Dobrze, obolały. – Harry wzruszył ramionami. – Nieznacznie obrzydzony martwą prostytutką na podłodze. – To było już przynajmniej coś. – Nie była nawet ładna.

Zamarł na to, nawet jeszcze mocniej wpatrując się w swojego przyjaciela. Harry uśmiechnął się do niego.

- Drażnię się z tobą, Tom, to był żart. To mnie obrzydza, bez względu na to jak wyglądała.

Okej.

Był zdziwiony tym, jak zaniepokojony się czuł.

Skoncentrował się na połączeniu, próbując bardziej dokładnie sprecyzować emocje Harry'ego.

Wina. Wciąż było w nim poczucie winy, wyciszone, ale z całą pewnością istniejące. To był raczej właściwie żal niż poczucie winy. Żal z powodu życia, które tak wcześnie zakończył, smutek tym spowodowany, złość na to, że został zmuszony, by to zrobić, ale również swego rodzaju niechętna akceptacja i ponad wszystko obojętność.

Zmieszanie.

Emocje Harry'ego były nieobliczalne, zmieniały się z każdą minutą. Wcześniej myślał, że był to raczej żal niż wyrzuty sumienia, ale teraz było w nim więcej poczucia winy niż czegokolwiek innego. Niż strachu. Przytłaczającego strachu. Paniki. A następnie znów obojętność.

Będzie musiał bacznie obserwować rozwój sytuacji. Harry odepchnął od siebie swój na wpół zjedzony tost.

- Jak rozumiem, udało się – powiedział cicho Potter. – W czym go umieściłeś?

- Nie powiem ci – odparł równie cicho. Błysk gniewu i w ciągu sekundy Harry stanął przed nim na nogach.

- Mam prawo wiedzieć! – syknął chłopiec, ze wściekłością chwytając kołnierz jego koszuli. Przeczekał to, napotykając spokojnie spojrzenie Harry'ego i w następnej sekundzie uchwyt niemal całkowicie się rozluźnił, a jedyne, co z niego pozostało, to pozycja palców i dotyk.

Głowa jego przyjaciela pochyliła się, oczy zamknęły i mruczał on pod nosem przekleństwa.

- Co ja zrobiłem, Tom? Co ty zrobiłeś? J-ja nie mogę… dlaczego w ogóle ci to mówię?

- Ponieważ twoje emocje są całkowicie niespokojne, jakby ktoś cię odepchnął, i teraz próbujesz znów znaleźć swoją równowagę – odparł cicho.

Harry znów podniósł na niego wzrok, w jego spojrzeniu widoczna była desperacja.

- Ale to się skończy, prawda? Znów będę się czuł jak ja? – Ręce Harry'ego opadły nagle. – Dlaczego w ogóle chcę się znów czuć jak ja, stary Harry zwijałby się teraz na podłodze! Wiesz, obiecywałeś, że nie będę czuł się inaczej… chyba zawsze mnie okłamujesz…

Twarz Harry'ego stała się zaskakująco blada, biała jak prześcieradło, a jego oddech zaczynał brzmieć raczej jak hiperwentylacja.

Chwycił jego szczękę, przechylając do tyłu głowę Harry'ego, znów zmuszając go do nawiązania kontaktu wzrokowego, aby podkreślił on jego powagę.

- Tak, to w końcu się uspokoi, kiedy już znajdziesz swoją równowagę i się do tego przyzwyczaisz. Reszta twojej duszy czuje po prostu nadmierną potrzebę zrekompensowania brakującej części, ponieważ jesteś sobą i wyczuwasz ten brak. Wciąż jesteś Harrym, wciąż jesteś tą samą osobą. Co do kłamania, to nie tak często jak może ci się zdawać, skarbie, i właściwie obiecałem ci, że podstawy twojej osobowości nie ulegną zmianie.

- A jednak mogę niezachwianie stać w pokoju, w którym zamordowałem dziewczynę – warknął Harry, znów przechodząc na wściekłość. Przewidująco wzmocnił swój uścisk.

- Jak na mój gust, to wyglądasz raczej, jakbyś był na krawędzi – stwierdził. – Nie nazwałbym tego niezachwianiem. Zapomniałeś, że mogę czytać twoje emocje.

- Zachowujesz się podejrzanie miło – zauważył Harry, z kolei samemu się mu przyglądając. – Oczekujesz, że się załamię?

Nie, wiem tylko, że jest taka możliwość.

- Mówisz, że nie zawsze jestem dla ciebie miły? – zripostował z olśniewającym uśmiechem.

- Możliwe jest, że się załamię? – zażądał Harry, jego oczy rozszerzyły się.

Gniew został zastąpiony przez strach.

Tom westchnął, kiedy Harry osunął się w jego uścisku, wyglądając tak, jak gdyby pragnął zwinąć się w kłębek i schować przed całym światem.

- Wiesz, że ci nie pozwolę – powiedział poważnie. Strach zastąpiony został przez… coś innego. Ciepło przeciwstawne do chłodu przerażenia.

- Nienawidzę cię – oświadczył stanowczo chłopiec, bez intonacji lub oskarżenia, po prostu jako czystą prawdę.

Pochylił głowę.

- Wiem – stwierdził cicho. Nastąpiło milczenie.

Coś podobnego do szlochu uciekło z gardła Harry'ego, tak cicho, i jego przyjaciel natychmiast odwrócił się, ukrywając swoją twarz. Jego ramiona zadrżały.

- Dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego? – wykrzyknął nagle Harry.

Ponieważ nie mogę cię stracić, moja najsłodsza obsesjo, mój przyjacielu, mój wrogu, moja duszo.

- Nie sądzę, byś znał jakieś dobre zaklęcia czyszczące? – zapytał zamiast tego. – Pokojówka raczej tego nie pokryje.

Harry odwrócił się, rzucając lampą w jego głowę, patrząc na niego ostro.

W odpowiedzi uśmiechnął się trochę smutno i oczy Harry'ego zacisnęły się boleśnie. Podniósł lampę, podchodząc do niego i jego prawie materialnie tańczących w głowie emocji.

Harry otworzył oczy, aby na niego spojrzeć, nie cofając się, kiedy zbliżył się bardzo blisko niego, odkładając lampę na stolik. Dzieliła ich zaledwie stopa.

Z wahaniem przypomniał sobie zachowanie Lovegood w bibliotece.

- Czy uścisk ci pomoże?

- Pieprz się, Tom.

Ale w następnej sekundzie chłopiec przylgnął do niego gwałtownie, miażdżąco, boleśnie, bez żadnej powściągliwości, którą wcześniej okazywał.

Tom przesunął swoją pozycję tak, by się do tego dostosować, nie do końca wiedząc, co zrobić ze swoimi rękami.

W końcu, naśladował Harry'ego.

- Nie pozwól mi się zagubić – wymamrotał Harry na wpół błagalnie, na wpół rozkazująco.

- Nigdy.