Za zbetowanie rozdziału dziękuję Himitsu.
Evolution, nie masz za co przepraszać, schematy wcale mnie nie przeszkadzają - przynajmniej, jak sama powiedziałaś, wszystko przedstawione jest czytelnie :). Cieszę się, że z takim entuzjazmem odebrałaś poprzedni rozdział, z taką ilością emocji... Co do tego, dlaczego Harry'emu udało się zabić mugolkę - wyjaśnienie jest bardzo proste. Jak sam Tom powiedział, Harry bardzo poprawnie wymawia zaklęcie, wykonuje odpowiedni ruch różdżką, jedyne, co ogranicza go przed rzuceniem tego zaklęcia, to odczuwane przez niego wyrzuty sumienia i po prostu brak chęci zrobienia tego. Tym razem Harry przekazał całą swoją emocjonalność chwilowo do Toma, wszystkie te wyrzuty sumienia ukrywając właśnie w nim. Nie znaczy to, że nie miał tych wyrzutów sumienia, po prostu ich nie odczuwał, a zatem nie wpływały one na poprawność rzucenia przez niego zaklęcia. Nie czuł niczego, zatem nic nie przeszkadzało mu w poprawnym rzuceniu zaklęcia. I, oczywiście, masz rację - sposób, w jaki chłopaki są ze sobą powiązani, jest niezwykły. Niepowtarzalny. Nic nie powiem na razie na temat zachowania Harry'ego, chociaż zgadzam się, było ono dość dziwne. I tak, to Tom powinien pierwszy stworzyć sobie horkruksa, byłoby to o wiele bardziej naturalne, z drugiej strony jednak... to Harry jest tym, któremu przy realizacji planu Toma grozi zniknięcie. Tom, jeżeli jego plan wypadli, i tak i tak przeżyje, chłopak woli więc najpierw pomyśleć o istnieniu swojego przyjaciela, dopiero później o swojej nieśmiertelności. Jestem więc ciekawa, jak po dzisiejszym rozdziale ocenisz "szkody" - na ile Harry pozostał Harrym. Żadnego slashu nie będzie, tutaj muszę cię niestety zmartwić, ale od czego jest wyobraźnia? W końcu jest wiele momentów, których w życiu chłopaków nie zostało nam opisanych :). Veniti, cieszę się zatem, że ci się podobało. Tak się tylko zastanawiam, czy Harry również chciałby jeszcze raz przez coś takiego przechodzić... I spowodowałaś, że sama zaczęłam zastanawiać się, co zrobiłabym na miejscu Tracy. I wiesz, też trudno jest mi to stwierdzić. To chyba zależy od tego, na ile udałoby mi się zachować jasność umysłu... I nie martw się egzaminami, już dwa dni za tobą, jeszcze jeden i już, koniec, kolejne dopiero za trzy lata! Bez wątpienia doskonale dałaś sobie radę ze wszystkimi zadaniami - chociaż nie mogę nie zapytać jak poszło wypracowanie? :) Ariano, bardzo miło mi słyszeć, że rozdział ci się podobał :). Przyznam, że mnie również trudno uwierzyć, że to prawie koniec... Jestem niezwykle ciekawa jakie są twoje przypuszczenia na temat zakończenia - skoro już o nich wspomniałaś :). Jak sądzisz, który plan dojedzie do skutku? I mówisz, że Tom pożałuje tego stworzenia horkruksa...? Mangho, zacznę od "Bloody Lines" - niestety nie jestem w stanie niczego ci doradzić, gdyż sama nie mam wystarczająco czasu na to aby w koncu zabrać się za przeczytanie tej ksiązki. Jedyne, co mogę powiedzieć, to że autorka twierdziła, iż osoby, którym spodobała się postać Toma, powinny polubić również jedną z postaci w tej książce. Jeżeli chcesz się przekonać, czy cię ona w ogóle zainteresuje, to pod tym linkiem - ?m=1&do=work&who=13338&id=4685 - znajdują się pierwsze jej rozdziały. A o możliwej przemianie Harry'ego jeszcze nic, jak na razie, nie powiem... Czy Ron i Hermiona się dowiedzą, czy ktokolwiek się dowie, tego ci również nie zdradzę - chociaż, czy aby na pewno wyparliby się Harry'ego? Myślę, że to może nie być takie oczywiste... I tak, morderstwo było głupie, ale czyż nie każde takie jest? A co do nazwania zachowania Harry'ego - postaci będą jeszcze próbowały, w pewien sposób, to zrobić. I nie martw się chaotycznością komentarza, gdyż wcale taki nie był :). Ze specjalistą ci, niestety, nie pomogę, ale jeżeli to coś pomoże, to mogę wysłuchać :). elain679, taak, uroczy tragizm. Cieszę się, że podoba ci się pomysł miejsca, w którym został umieszony horkruks - fakt faktem, jest przemyślany, jak sama powiedziałaś. Zacytowane przez ciebie słowa z całą pewnością nie nadawałyby się do głośnego wypowiedzenia, ale też zrobienie tego nie byłoby w stylu Toma. I mówisz, że myślisz o "Ulubieńcu" na lekcjach? Skończy się na tym, że będę miała wyrzutu sumienia, zobaczysz ;). Ale tak serio mówiąc, to czuje się niezwykle tym faktem zaszczycona... Słowa Toma, które przytoczyłaś - po prostu brak mi słów :). Cieszę się, że spodobały ci się tak bardzo, iż je zapamiętałaś. Z pewnością są bardzo ciekawe i... prawdziwe. I nie masz co przepraszać za rozpisywanie się, mnie ani trochę to nie przeszkadza ;). Jukira, wybacz, ale na początku po prostu muszę powiedzieć, że masz wspaniały avatar. :) Zgadzam się, że Tom miał niezły pomysł z tym umiejscowieniem horkruksa - no bo naprawdę, kto by się tego spodziewał? Ale Tom zawsze musi mieć bardzo dopracowane plany, zresztą nie może pozwolić sobie teraz na pomyłkę... Tak, Tom jest genialny :). Cieszę się, że spodobał ci się ten ostatni fragment, chociaż sama na razie nic o nim nie powiem (mam niemiłe wrażenie, że bardzo często piszę ostatnio te słowa...). Wena z pewnością się przyda - zawsze i wszędzie.
Cieszę się niezwykle, że rozdział się wam podobał i że z takim entuzjazmem podzieliliście się ze mną swoimi przemyśleniami na jego temat. Dziękuję za wszystkie wasze komentarze.
Wprawdzie z lekkim opóźnieniem (chociaż lepiej późno niż wcale, czyż nie?) ale wszystkim gimnazjalistą pragnę życzyć powodzenia na egzaminach :).
Pozostaje mi tylko życzyć wam jeszcze miłego czytania!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto czterdziesty pierwszy
Wczesnym wieczorem ruszyli z powrotem do bram Hogwartu, ledwie dochodząc do holu wejściowego, kiedy Luna zaczęła pędzić w ich kierunku.
W następnej chwili zatrzymała się między nimi, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami. Jej niebieskie kule zaczęły wypełniać się łzami. Nauczyciele szybko ją dogonili, w całkowitym oszołomieniu przenosząc między nimi swój wzrok.
- Luna… - zaczął bezradnie Harry. – Jest dobrze.
Nie było. Było. Naprawdę nie było. Salazarze.
Jego emocje huśtały się dziko, wszystkie wzmocnione, począwszy od najstraszliwszej apatii, która następnie zostawała boleśnie jak tynk rozrywana, odsłaniając przerażenie, poczucie winy i obrzydzenie do samego siebie.
Nienawidził siebie. Nienawidził Toma za to, że ten mu to zrobił.
To było złe, tak bardzo, bardzo złe. Ale nie mógł na tyle długo zatrzymać emocji, by znów je ze sobą zszyć.
To przestraszyło go jeszcze bardziej.
To nie działało! Wyrzuty sumienia nie działały! Czy aż tak bardzo się zmienił? Stał się takim potworem, że nie był zdolny do odczuwania ludzkiego żalu? Czy to w ogóle miało znaczenie? Żadne uczucie nie przynosiło mu ulgi, ale to przecież nie tak, że zmienił się bezpowrotnie.
Wciąż wiedział i czuł, że nigdy nie skrzywdziłby swoich przyjaciół. Że będzie ich chronić. Przełknął ślinę. Ale to się zmieniło, prawda? Ta opiekuńczość zwiększyła się, wyostrzyła i wykręciła w coś bardziej mrocznego.
Gdyby Lestrange zaatakował teraz go lub kogoś należącego do niego, żadna ilość moralności nie odwiodłaby go od całkowitego zniszczenia chłopca, zabicia go za taką zuchwałość.
Żółć napłynęła mu do ust, po czym również zniknęła, zastąpiona przez wściekłość. Gdyby ktoś zaatakował go lub jego przyjaciół, z całą pewnością zasłużyłby sobie na najgorsze tortury, jakie był w stanie mu zapewnić, prawda?
Tyle tylko, że kiedyś gardził torturami. Kiedyś. Poczuł, jak miękną pod nim kolana.
- Nie jest dobrze – szepnęła. – Już nigdy nie będzie dobrze i ty o tym wiesz.
Wiedział. Nie wiedział. Był tak zdezorientowany, rozdarty na dwie części. Przełknął ślinę.
- Co się stało? – Dumbledore podszedł do nich.
Odczuwana przez niego złość powiększyła się, tak jak wąż szykujący się do ataku. Odwrócił się, oddychając głęboko, ignorując ostrożne spojrzenie Toma i niezrozumienie, które pojawiło się na wszystkich twarzach.
- Będę w Pokoju Wspólnym – mruknął do Toma.
- Panie Potter, dyrektor zadał ci pytanie, nie opuścisz nas, zanim nam tego nie wyjaśnisz – warknął Snape, chwytając go za ramię.
W niezauważalnym dla nikogo ruchu Harry wyciągnął różdżkę i przystawił ją do gardła Snape'a, jego oczy błyszczały niebezpiecznie, dziko.
- Zabieraj ze mnie swoje brudne łapska – rozkazał, niemal sycząc. – Albo cię ich pozbawię.
McGonagall wydała z siebie zduszony dźwięk.
Wściekłość pulsowała w jego krwi. Och, jak nienawidził tego człowieka. Zawsze wszystko tak utrudniał, zawsze bluźnił o jego ojcu, oczerniał jego pamięć. Był również śmierciożercą. Ku jego ogromnej satysfakcji, oczy Snape'a rozszerzyły się.
W następnej sekundzie ręka opadła na jego własną dłoń, mocno obniżając jego różdżkę, powstrzymując go.
- Harry.
To wszystko, co Tom musiał powiedzieć, i jego oczy rozszerzyły się, jego palce rozluźniły, z przerażeniem i szokiem upuszczając różdżkę, obserwując, jak z łoskotem bez szkody upadła na podłogę. O boże…
On nie tylko to powiedział. Próbował się wycofać, jak osaczone zwierzę, lecz dziedzic Slytherina nie uwolnił go, przyciągając bliżej siebie. Po raz kolejny przywarł do chłopca, w jakiś niewytłumaczalny sposób czując ponownie opanowujący go spokój.
Spokój… Tom był uspokajający. Tom mógł też rozwścieczyć go teraz bardziej niż ktokolwiek inny. Był zdezorientowany, tak bardzo zdezorientowany.
Czarne oczy Snape'a zatrzymały się na nim, tak samo jak każdego innego.
- Panie Potter – powiedział Dumbledore – myślę, że najlepiej będzie przejść do mojego gabinetu.
Potrząsnął gwałtownie głową. Nie. Nie. Jego samokontrola była zbyt słaba, zbyt niestabilna. Jeszcze się nie ustabilizował. Będzie mu lepiej, kiedy się ustabilizuje.
Kiedy będzie mógł na tyle długo zatrzymać w sobie wyrzuty sumienia, by się naprawić.
Czy mógłby być nawet w stanie zabić dyrektora? Och, złe myśli. Nie chciał zabić Dumbledore'a! W tych czasach czuł do niego mniejszy sentyment, ale nigdy nie chciał, by on umarł!
Starzec chciał jednak śmierci Toma. Zaprzestanie, kiedy odejdzie Voldemort? A może zniszczy wszystko, nad czym pracował Harry, bo jest ślepy? Dumbledore może być dla niego ciężarem, dla nich. Nie.
Wciąż nie mógł go zamordować. I to bynajmniej nie dlatego, że nie byłby w stanie sprostać jego mocy.
Cholera.
To nie był dobry, moralny powód do tego, by uniknąć morderstwa.
- To nie była prośba – warknął Snape. Harry postawił się mu.
- Mogę… - wraz z twoimi rękami usunąć ci też język, wiesz.
Dłoń Toma zacisnęła się na jego ustach, uniemożliwiając mu dokończenie tej groźby.
Luna z niepokojem obserwowała to wszystko, jej niebieskie oczy lśniły perlistymi łzami, które spłynęły po jej policzku. W końcu udało im się wydostać, nie musząc kierować się do gabinetu Dumbledore'a… naciskał na to, by odmówić.
Luna podążyła za nimi i dotarli do wejścia do Pokoju Wspólnego, Tom w końcu wydawał się przed czymś ustąpić.
- Harry, wejdź, muszę przez chwilę porozmawiać z Lovegood. Będę tam za chwilę.
Harry oparł się pokusie spięcia się.
Szybko zdał sobie sprawę, że nie mógł już dłużej sobie ufać. Nie śmiał opuścić bliskości Toma, wiedząc, że młody Czarny Pan był prawdopodobnie jednym z niewielu ludzi, którzy mogliby go powstrzymać, gdyby się „załamał". Czuł się chory ze strachu.
Ale jednak chciał, by wróciło jego stare ja. Jego stare ja było niezależne i nie przywierało do dziedzica Slytherina, jakby ten był siatką asekuracyjną. Nie powinien być tak zależny.
Bez słowa, prostując się, wszedł.
Tom patrzył jak Harry znika w Pokoju Wspólnym z tym samym zdenerwowaniem, które miał przez cały dzień.
Harry właśnie wykonał jego rozkaz, kolejny z licznych rozkazów, które mu dzisiaj wydał.
Kolejna zmiana.
Było tak tylko dlatego, że Harry się jeszcze do tego nie przystosował, że wciąż był w fazie stabilizacji. Później będzie lepiej. Odwrócił się do Lovegood, unosząc brwi.
- Nie złamał się. Chyba się myliłaś.
Jej dłonie zacisnęły się w pięści i wydawała się chcieć go uderzyć, ale jej wzrok był smutny, złamany i zmęczony.
- To śmieszne – powiedziała cicho. – Ciągle nawijałeś o tym, jak to jest on najsilniejszą osobą, jaką znasz, a teraz to zlekceważyłeś. Harry ma żelazną wolę, rozpaczliwie trzyma się, czepiając człowieczeństwa, które w nim pozostało, dopóki nie wykona swojego zadania… nie rozpadnie się na kawałki tak, jak twój Lestrange w jednym, dramatycznym momencie. To będzie powolne, zawiłe. Spirala okrucieństwa. Całkowicie się rozpadnie. Ale nie pozwoli sobie na całkowite złamanie, dopóki Voldemort nie zniknie. Nie – jej głos stał się szorstki, nieustępliwy, nie pozostało w nim ani trochę rozmarzenia. – Widzisz jak zaczyna pękać, Tomie Riddle? Och, jak mogłeś mu to zrobić?
- Jak na mój gust, wydaje się w porządku – oparł, zirytowany. – Musi się do tego po prostu przyzwyczaić. Nic więcej. Żadnego pękania czy rozpadania…
- Każdy, kto sobie nie ufa, w końcu się złamie – syknęła. – A ty mu to zabrałeś. Nie ufa sobie, nie widzisz strachu w jego oczach? Wstrętu do samego siebie? To go zabije. Ten wstręt do samego siebie. Dlatego się rozpadnie, ponieważ nikt nie może żyć z taką ilością nienawiści do samego siebie i znaleźć wolę do tego, by iść naprzód, kiedy załatwi swoje sprawy. Wykonywał twoje rozkazy, nie zauważyłeś różnicy? Nie kłócił się z tobą od czasu, kiedy tu przybyliście! Nie zauważyłeś tego jego nagłego uzależnienia od ciebie? – Zmrużyła oczy. – A może wolisz go takiego? Jego uległość? Jego całkowity brak zaufania do samego siebie?
- Nie pozwolę mu się złamać – odparł, jego głos był teraz cichszy. – Musisz to wiedzieć.
- Wiem, że będziesz robił co w twojej mocy – szepnęła, wściekłość znów z niej zniknęła. – Ale to nie wystarczy. Jesteś tym, co teraz nie pozwala mu się rozpaść, ale czy naprawdę sądzisz, że to, iż ty mu to w ogóle zrobiłeś, nie będzie dla was jak trucizna? – Spojrzała na niego. – A wtedy… - szepnęła. – Wtedy nic mu już nie pozostanie.
Potrząsnęła głową, odwracając się na pięcie, zostawiając go stojącego w tym samym miejscu.
- Mówiłam, abyś tego nie robił. Powinieneś mnie posłuchać.
Na szczęście było na tyle późno, że większość osób udała się już do swoich dormitoriów, a Harry zajął puste krzesło w rogu pomieszczenia, w cieniu, w samotności.
Zamknął oczy, z desperacją zaciskając dłonie w swoich włosach.
Mógł zabić Snape'a, zabić w momencie, w którym normalnie lepiej panowałby nad sobą. Jego opanowanie zniknęło. Jak długo minie, nim skrzywdzi któregoś ze swoich przyjaciół?
Jego moralność, wszystko za czym stał, leżało na podłodze w kawałkach, jak roztrzaskane szczątki szkła, z każdym działaniem coraz mocniej się w niego wbijając.
Był obrzydliwy. Nie powinno się ingerować w duszę.
Chociaż, technicznie rzecz biorąc, tylko ją przeniósł, to nie tak, że w ogóle jej już nie miał. Wciąż była z nim jakoś powiązana. Nie. Nie.
Takie myślenie było błędne.
Musiał czuć wyrzuty sumienia, a nie automatycznie racjonalizować to, co nie mogło zostać zracjonalizowane. Wyobraził sobie wykrzywione w obrzydzeniu twarze swoich przyjaciół i rodziny, gdyby dowiedzieli się o tym, co zrobił.
Czy w ogóle wciąż był człowiekiem? Horkruksem z horkruksem. Przynajmniej miał tę umowę z Voldemortem, śmiertelną obietnicę. Jeśli cokolwiek jeszcze bardziej wymknie się spod kontroli, zawsze mógł znaleźć Czarnego Pana, by ten to dla niego zakończył, zanim stanie się psychotyczny lub spróbuje tego uniknąć i umrze z powodu złamania przysięgi.
Chociaż bał się wszystkich opuścić, zanim Voldemort zostanie pokonany.
Jeszcze więcej powodów, by zrealizować swój plan. Dwie pieczenie na jednym ogniu.
Nie mógł skrzywdzić kogoś, nie mając umysłu, który mógłby na to wpaść, a linia czasu byłaby uratowana. Tom mógłby działać dalej i zmienić świat.
To byłoby… idealne. Dla wszystkich prócz niego. No nie, teraz był po prostu melodramatyczny. Dlaczego musiał umrzeć lub zostać zniszczonym? To nie było fair.
A jednak ochroni wszystkich innych, nawet przed samym sobą. Został pozbawiony swoich podstawowych cech charakteru i kompleksu bohatera, nie mając moralności, która mogłaby je połączyć. Wzdrygnął się.
Już nie znał samego siebie. Twarz, na którą patrzył w lustrze, była obca.
Obrócił różdżkę w palcach, po czym przyłożył ją do skóry.
Wyrzuty sumienia. Zapomniał o wyrzutach sumienia, rozproszony przez to wszystko. Czy będzie w ogóle przejmował się wyrzutami sumienia, kiedy się ustabilizuje? Czy był to jakiś etap, decydujący o tym, jaki będzie? Musiał pamiętać o wyrzutach sumienia. Czerwień zaczęła pojawiać się na jego ramieniu, kiedy zaczął wycinać litery.
W-Y-R-Z-U
Jego działanie zostało gwałtownie przerwane przez otaczającą go, migoczącą ze wściekłości magię, ręka wyrwała mu różdżkę. Tym razem opanowanie nie było mile widziane. Spojrzał w górę, obojętnie, napotykając płonący wzrok Toma.
- Co ty wyrabiasz? – syknął wymagająco Riddle, spoglądając na jego ramię. – Na litość boską… - Cis dotknął jego skóry.
Kiedy rozcięcia zaczęły się goić, wyrwał swoje ramię, zatrzymując ten proces, obronnie tuląc do siebie kończynę.
- Nie, muszę pamiętać – wyjaśnił.
- Powiedziałem, że nie pozwolę ci się rozpaść.
- Jak mogę ufać, że to prawda? – mruknął. Poczuł, jak Tom zastyga w miejscu i spojrzał w jego udręczone oczy. – Już nawet nie wiem, kim teraz jestem.
- Jesteś Harrym Potterem Evansem – odparł Tom.
- Harry Potter Evans nigdy nie zrobiłby tego, co przyszło mi dzisiaj do głowy.
Riddle chwycił go za ramiona, potrząsając nim lekko.
- Przyszło ci do głowy, nie możemy kontrolować naszych myśli. Liczy się tylko kontrolowanie działań.
- Cóż, to punkt sporny – warknął Harry, nagle wściekły. – Ponieważ nie mogę kontrolować swoich działań. Gdybyś mnie nie zatrzymał, mógłbym poważnie skrzywdzić Snape'a.
- Często powstrzymywałeś mnie od popełnienia morderstwa lub czegoś podobnego – odparł zaciekle Tom, zaciskając palce.
- Nie miałem być tobą!
Nastała gęsta cisza i Harry opuścił wzrok, wzdychając. Wyraz twarzy Riddle'a stał się nieco bardziej zamknięty, nieczytelny.
- Nie – powiedział w końcu Tom. – Nie, nie miałeś.
Tej nocy Tom wpatrywał się w sufit Pokoju Wspólnego Ślizgonów, w pełni świadomy tego, że Harry leżał, nie śpiąc, po drugiej stronie pokoju.
Słowa Lovegood i zachowanie Harry'ego nieustannie przechodziły mu przez głowę.
Harry dużo do niego dzisiejszego dnia przywierał, z irytującą i niepokojącą ilością zależności. Nie rozumiał tego. W zamian za jego wieczne życie, horkruks powinien jedynie nieco zredukować moralność Harry'ego.
Przecież moralność nie była taka istotna.
Uwolnił Harry'ego od jego ograniczeń, być może bez tych swoich wytycznych Harry był teraz nieco zdezorientowany, ale w końcu się ustabilizuje, kiedy już się do tego przyzwyczai… kiedy jego dusza przyzwyczai się do tego nowego stanu.
Nawet teraz mógł wyczuć, jak odłamek duszy wewnątrz niego usilnie stara się wrócić do swojego pierwotnego właściciela, chociaż nie był pewny jak opisać to uczucie. Trzymał go mocno na miejscu.
Ponowne wchłonięcie horkruksa mogłoby kogoś zabić.
Poza tym, naprawi to, kiedy już jego plan będzie gotowy. Musiał jeszcze zrobić swojego własnego horkruksa i, kiedy będzie to robił, po prostu umieści go w tym pustym miejscu po duszy Harry'ego.
A wtedy chłopiec będzie miał, technicznie rzecz biorąc, z powrotem całą duszę. Swoją własną i cząstkę Toma.
Po prostu musi do tego czasu nie pozwolić rozpaść się Harry'emu.
I odzyskać swój notatnik. Ogarnęła go wściekłość na myśl o tej kradzieży, wraz z niewielką nutką podziwu. Dobrze nauczył chłopca…
Harry wkrótce wróci do normalności, do bycia znów jego Harrym, po prostu z mniejszym poczuciem moralności i nieśmiertelny. Będzie idealnie.
W czasie ich wieczności będzie miał mnóstwo czasu na rozpracowanie wszystkich nieścisłości i wad swojej metody. Ale, jak na razie, horkruks musiał zostać.
Nie zrobiłby tego Harry'emu, gdyby istniało inne wyjście, na pewno chłopak to rozumiał, był okrutny, ale nie bez serca. Przynajmniej nie, jeśli chodzi o Harry'ego.
Przesunął głowę, przez ciemność zerkając na łóżko swojego przyjaciela. Reszta ich współlokatorów spała. Zielone oczy były otwarte.
Jak gdyby czując jego spojrzenie, Harry zwrócił się do niego.
Ich wzrok spotkał się na chwilę.
On się nie złamie.
Lovegood była szalona.
On się nie złamie.
Tom mu nie pozwoli.
Rozpoczął się ostatni odcinek ich wyścigu.
