Rozdział zbetowany został przez wspaniałą Himitsu.

Mangho, nie powiem, że cieszę się, iż przemowa Harry'ego niemal wywołała u ciebie łzy, ale z pewnością uznam to za komplement - naprawdę miło jest mi słyszeć, że udało mi się przetłumaczyć coś tak, by wywołało to u kogoś emocje. Zgadzam się z tym, że Harry czuje teraz wiele sprzecznych emocji. Cieszę się również z tego, iż podobały ci się przemyślenia Minervy - mnie zawsze wydawały się one interesujące. Wytłumaczę natomiast sprawę z tułaniem się jako duch - Harry po prostu... nie pomyślał o tym. Wydaje mi się, że sądził, iż "zabicie go" obejmuje zniszczenie jego duszy, co wymagałoby wcześniejszego jej poskładania. Nie sądził, że za terminem "zabicie" może kryć się zwykłe zniszczenie ciała. Zresztą, co tu dużo mówić, wszystko zostanie o wiele ładniej przedstawione w poniższym rozdziale :). elain679, nie ma za co dziękować ;).I całkowicie podzielam twoje zdanie na temat obecnych nastrojów Harry'ego. Zevi rzeczywiście jest niesamowicie charyzmatyczną i dającą się lubić postacią. I mówisz, że Tom dopnie swego ;)? Punkt widzenia Minervy był już wcześniej, ale niestety nie jestem w stanie powiedzieć teraz dokładnie gdzie. Chociaż z pewnością ten jest bardzo interesujący ;). Masz resztą rację - McGonagall jest bardzo obiektywna, a co za tym idzie, ciekawa. I cicho przyznam się, że również o wiele bardziej lubię starego Harry'ego ;). Ariano, zatem zwracam honor, twoje porównanie było w takim razie jak najbardziej trafne. Harry i Tom z pewnością są od siebie bardzo różni. W sprawie kościoła, to tylko powiem, że osobiście jestem akurat osobą wierzącą, zatem potrafię zrozumieć, co ksiądz próbował wam przekazać, chociaż nie mówię, że zrobił to w sposób odpowiedni - niestety nie istnieje zbyt wiele księży, którzy potrafiliby mówić naprawdę dobre kazania... ach, zresztą, nieważne ;). To nie miejsce i czas na rozmowy religijne, już nie mówiąc o tym, że szczerze nienawidzę prowadzić ich pisemnie, gdyż uważam, że niemożliwe jest prawidłowe rozmawianie na ten temat bez osobistego kontaktu z rozmówcą. Co, jednak, do imienia na bierzmowanie - osobiście wzięłam sobie Monikę, która jest patronką, najprościej mówiąc, kobiet, chociaż zastanawiałam się również nad Cecylią, która odpadła u mnie z powodu swojego zupełnie niepasującego do mnie patronactwa - jest patronką muzyków. Nie masz za co przepraszać, cieszę się, że w ogóle napisałaś :). Veniti, nie przejmuj się, cieszę się, że w ogóle napisałaś ;). Chociaż doskonale rozumiem twoje zdenerwowanie - również zawsze ogarnia mnie szał, kiedy widzę takie zakończenia...

Dziękuję z całego serca za komentarze – wiem, że się powtarzam, wiem, ale naprawdę trudne do ukazania jest dla mnie to, jak bardzo mnie one motywują i jak wielką sprawiają mi radość. Zawsze wydaje mi się, że napisane przeze mnie słowa w zbyt małym stopniu ukazują moje uczucia, ale nigdy nie wiem jak mogłabym je w jakiś sposób zmienić, aby robiły to lepiej. Po prostu… dziękuję.


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto czterdziesty trzeci

Harry zamarł, słysząc wiadomość, która pojawiła się w jego głowie.

Jego umowa domagała się spłacenia? Ale przecież się nie załamał! Prawda? On… stabilizował się, szukał równowagi. Tom go o tym zapewniał.

Ale jego umowa… jeśli nastąpi w nim ogromna zmiana osobowości, zwróci się przeciwko swoim przyjaciołom i/lub straci swoją moralność. Nigdy nie sprecyzował tego, jak wiele owej moralności musi stracić, ponieważ w tamtym momencie trudno było mu dostrzec różne odcienie szarości i pewna część niego wciąż miała nadzieję, że Tom w ostatniej chwili się wycofa.

Prychnął gorzko.

Oczywiście tego nie zrobił. Tom uważał, że zawsze ma rację, co oznaczało, że nie mógł przyjąć do wiadomości, iż Harry może znać swoje granice lepiej niż sam dziedzic Slytherina. Przypuszczał, że był to wynik narcyzmu… chociaż Tom był bardzo dziwnym psychopatą.

Był socjopatą, który potrafił tworzyć związki z innymi ludźmi, ale, z drugiej strony, socjopata nie byłby w stanie planować w taki sposób, jak robił to Tom i, och, to wszystko było tak zagmatwane. Potarł swoją głowę.

Panika ścisnęła jego żołądek wraz ze wściekłością, frustracją, strachem i smutkiem.

Chociaż, prawdę mówiąc, jego załamanie było tylko nieznaczne, to i tak był na jego skraju i to było wszystko, co interesowało przysięgę.

W odpowiednim czasie nie wykazał dostatecznie mocno szczegółów umowy. Cholera.

Umieranie w tej chwili było tak niedogodne…

Niemniej jednak, nie mógł temu odmówić, bo wtedy przysięga sama by go zabiła. Wyszedł na skraj błoni, ciesząc się, że zranił Toma na tyle mocno, by ten nie zaczął go w najbliższym czasie szukać.

Och.

Jak dokładnie Voldemort może zabić go z tą całą więzią życia i horkruksem?

Czarny Pan wpatrywał się w niego, kiedy do niego podchodził, na jego twarzy nie widać było żadnych emocji, a Harry nie czuł się ich na tyle świadomy, by móc spróbować je odczytać.

- Jak tam? – zapytał leniwie, przeciągając ostatnią literę, kiedy mężczyzna się nie odezwał.

- Coś ty zrobił? – zażądał Voldemort, spoglądając na niego swoimi lodowato-szarłatnymi oczami.

- Horkruksa. – Wykręcanie się przed odpowiedzią naprawdę było bezsensowne, z takiego oszukiwania nic by mu nie przyszło. – I nie, nie wiem w czym go Tom umieścił, zapytaj go, może tobie powie.

Wzrok Voldemorta pociemniał, ale na jego twarzy nie było zdziwienia.

- I nie pomyślałeś, by o tym wspomnieć zanim nawiążemy umowę? – zapytał Mroczny Lord. – Nie, nie sądzę, byś w tamtym czasie myślał dość jasno.

Harry poczuł ogarniający go nagle gniew.

- A tak w ogóle, to skąd wziął ci się pomysł mówienia o niej Tomowi? – zapytał zirytowany.

- Nie podobała ci się ta uwaga? – Na twarzy Voldemorta pojawił się uśmieszek. Harry spojrzał na niego gniewnie.

- Nie jestem Lestrange'em, bez względu na to, co możesz sobie myśleć, żaden z was nie jest centrum mojego świata.

Mężczyzna wybuchnął śmiechem, złośliwym, niepokojącym śmiechem. To dziwne, ale Harry poczuł się trochę lepiej, w porównaniu do człowieka o wężowej twarzy jego dusza wciąż była stosunkowo normalna. To uczucie zniknęło na wypowiedziane później słowa:

- Och, ależ jesteśmy.

Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie.

- Słucham?

- On jest centrum twojego świata. Całe twoje życie kręci się wokół niego… a może tego nie zauważyłeś?

- Naprawdę zamierzasz rzucić jakiś komentarz na temat relacji między mną a Tomem? – spytał z niedowierzaniem. – Ty?

- Zapomniałeś, że całkiem sporo o niej wiem.

Harry zatrzymał się na to, zamrożony, po czym potrząsnął głową.

- Wymyśliłeś już jakiś sposób na zabicie mnie mimo tego i więzi żyć?

Głowa Voldemorta przechyliła się.

W odpowiedzi sam pochylił swoją głowę, szyderczo naśladując ten gest.

- Nie muszę pozbyć się twojego horkruksa, znając cię, Tom wziął jedynie najmniejszy, jak najmniej szkodliwy fragment, taki, który ledwie zapewni ci przetrwanie, ale wystarczający do tego, by spełnił swój cel. Nie muszę nawet pozbywać się więzi życia, skoro nie umrzesz.

Żołądek Harry'ego ścisnął się z nagłego przerażenia, wstrętu, zgrozy.

Byłby… zasadniczo jak Marvolo. Rozdartą na wieki, wieczność, rzeczą, ale nie żywy, byłby cieniem samego siebie, niezdolny do tego, by cokolwiek zrobić. Przełknął ślinę. Nie mógł temu zapobiec.

O cholera, Voldemort był dobry, czyżby odgadł wcześniej, co planował zrobić Tom i pozwolił mu wpaść w tę pułapkę? Na zawsze zszedłby mu z drogi, a do tego będzie to dla niego wieczna męka. Wszelkie poczucie otuchy, jakie wcześniej czuł, nagle z niego odpłynęło.

- Wezmę cię ze sobą, przysięgam, zebrałem i przygotowałem już wszystkie twoje horkruksy – syknął.

Było to kłamstwo, ale Voldemort o tym nie wiedział, a sam potrafił teraz kłamać z niezwykłą łatwością. Po raz pierwszy w czasie tej rozmowy coś jeszcze pojawiło się na chwilę na twarzy mężczyzny.

- Blefujesz.

- Założyłbyś się o to?

- Nie mógłbyś dźgnąć ich wszystkich naraz, gdybym cię teraz zabił – warknął Voldemort.

- Myślisz, że nie powiedziałem Dumbledore'owi? – zripostował, uśmiechając się, jego oczy błyszczały jak lód. – I myślisz, że Tom, skoro, jak twierdzisz, ja i on krążymy wokół siebie, nie upolowałby cię i nie zniszczył?

Tym razem to on był tym, który roześmiał się maniakalnie.

Kiedyś byłby może zażenowany wciąganiem w to wszystko Toma, ale teraz… po prostu go to nie obchodziło. Zrobiłby wszystko, co pozwoliłoby mu skończyć to, co zaczął i przeżyć. Nie miało znaczenia to, czy Tom naprawdę by tak zrobił, czy nie, ważne było, że Voldemort wierzył, że to zrobi.

- Tom nie byłby w na tyle dobrym stanie, by mi zagrozić. – Voldemort uśmiechnął się złośliwie, z błyskiem w oczach, który sugerował, że wiedział coś, o czym nie wiedział Harry. Pragnął udusić kogoś z powodu tego uczucia.

- Tak czy inaczej skończysz martwy, a on będzie wolny i będzie miał możliwość żyć swoim życiem.

- Bez ciebie – głos Mrocznego Lorda nagle stał się cichy. Harry wzruszył ramionami. Tak czy inaczej, taki właśnie zawsze był wynik jego planu.

- Nie powinieneś się bardziej z tego cieszyć? Zawsze bardzo widocznie okazywałeś swoją niechęć do nas.

- Rzeczywiście – mruknął Voldemort, wciąż się w niego wpatrując. – Okaleczasz go i najlepiej dla wszystkich będzie, jeśli umrzesz.

- W takim razie pozwól mi umrzeć, a nie będę przeciwko tobie walczył. Nie pozwolę ci jednak przetrzymywać mnie w taki sposób.

- Ale jednak, jest on z tobą szczęśliwy.

Harry zamarł na sekundę, całkowicie na to nieprzygotowany. Zaschło mu w ustach.

- O czym ty gadasz? Wielki Czarny Pan stał się nagle sentymentalny? Będzie za mną tęsknił, kiedy będę martwy lub odejdę? – zadrwił, czując jak uderza w niego podobieństwo do jego rozmowy z Tomem.

Voldemort jedynie przyglądał mu się, niemal dokładnie tak, jak robił to czasami jego młodszy odpowiednik, nie ukazując na swojej twarzy żadnych emocji, jedynie chłód.

- W taki czy inny sposób byłeś moją obsesją, kiedy mieliśmy po szesnaście lat. – Było wszystkim, co powiedział mężczyzna, kierując się w stronę zamku. – Zobaczymy się na mecie.


Głowa Toma podniosła się szybko znad jego notatnika, natychmiast wyczuwając tą obecność. Pokój Wspólny ucichł natychmiast, podczas gdy, w tym samym czasie, w jego ręce pojawiła się różdżka.

- Co ty tutaj robisz? – syknął. Jak udało mu się wejść?

- Obecne bariery nie powstrzymają dziedzica Slytherina.

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – odparł.

- Harry.

- Oczywiście.

Przez moment nieufnie przyglądali się sobie nawzajem.

- Jego umowa nie jest możliwa do spełnienia – kontynuował chłodno. – Nie możesz go zabić.

Na twarzy Voldemorta pojawił się uśmieszek.

- W takim razie najwyraźniej nie znasz wszystkich jej warunków… co, nie powiedział ci ich? A ja myślałem, że jesteście ze sobą blisko.

Nie zawracał sobie głowy tym, by na to odpowiedzieć, mogłoby to jedynie potwierdzić wypowiedziane stwierdzenie, a do tego i tak był to głupi komentarz. Jego starszy odpowiednik nie mógł zabić Harry'ego… inaczej już by to zrobił. Wewnętrznie wzdrygnął się na samą myśl.

Voldemort przesunął wzrok po drżących Ślizgonach, zatrzymując go uważnie na Abraxasie, Zevim, Alphardzie i… Lestrange'u, po czym, ponownie, skierował go na niego. Uważnie przyglądał się Mrocznemu Lordowi.

Voldemort miał powód, by tu być, rozmawiać z nim, wiedział o tym. Musiał tylko czekać na to, aż ten go ujawni.

- Możesz wyobrazić sobie spędzenie trzynastu lat jako cień, gorszy od najpodlejszego ducha, ledwie żywy, dzieciaku? To los, jaki czeka naszego wspaniałego chłopca, ale trzynaście lat zamieni się na wieczność. To będzie dla niego męka… tak jak dla ciebie. Ryzykowna taktyka, robienie z siebie samego jego horkruksa.

Pozostał opanowany, przeklinając swój brak kontroli nad tą rozmową. Nie wiedział, jak wiele wie mężczyzna ani czy ten sam to rozpracował, czy może to Harry mu powiedział.

Nie mógł pozwolić na to, by tak się stało, ale powiedzenie tego byłoby dziecinne, zresztą mężczyzna bez wątpienia był w pełni świadom jego opinii. Nie, chodziło o coś innego.

- Dlaczego mi to mówisz? – zapytał zamiast tego. Voldemort uśmiechnął się, okropnym uśmiechem.

- Chciałem ci pogratulować.

Zamrugał, ale nie pozwolił sobie na żadną inną reakcję, zawzięcie chowając swoje emocje i wyraz twarzy pod maską opanowania.

- Pogratulować mi? – wycedził, patrząc jak ten jeży się na niemal niezauważalny, arogancki ton jego głosu, chociaż jego uśmiech przekształcił się w uśmieszek.

- Zniszczyłeś go lepiej niż sam bym kiedykolwiek mógł.

Wszelka rozrywka, jaką mógł wyciągać z tej rozmowy, zniknęła nagle i wskazał swoją różdżką na mężczyznę, tylko po to, by w odpowiedzi ta sama cisowa różdżka wskazała jego gardło. Sytuacja patowa.

Zaczęli krążyć wokół siebie, szukając wszelkich wad, wiedząc, że gdyby ukazała się choćby jedna, słabość rozdrobniłaby ją na cholerne kawałeczki.

- Och? – zakwestionował chłodno. Czarny Pan nagle wydawał się zmienić temat.

- Wydajesz się również, o zgrozo, robić wszystko, by go uratować. A co, gdybym powiedział ci, że możesz?

Jego głowa odchyliła się.

- Wtedy zapytałbym cię jaki jest haczyk i dlaczego, do diabła, powinienem wierzyć lub zgodzić się na jakiekolwiek słowa, które wyjdą z twoich… cóż, powiedziałbym ust, ale pod tym względem masz raczej braki.

Oblizał swoje własne, wykręcając wargi w zarozumiałym uśmieszku, szyderczo, doskonale wiedząc, że mężczyzna zazdrościł mu jego wyglądu, jego młodości. Wściekłość.

- Odejdź, stań się mną i pozwól linii czasu biec jej rytmem albo patrz na to, jak on rozpada się na kawałki… nie możesz tego znieść, czyż nie, Tom? Wciąż jesteś zbyt ludzki, by pogrywać sobie z nim tak, jak ja.

- Nie pozwolę ci go skrzywdzić. – Do diabła z dziecinadą, musiał to wyraźnie zaznaczyć.

- Nie muszę go krzywdzić – zripostował natychmiast jego starszy odpowiednik. – Sam wspaniale dałeś sobie z tym radę. Możesz w ogóle pojąć, co mu zrobiłeś? Oceniasz jego zdolność do zniesienia nieprzyjemnych rzeczy przez to, jak wiele może znieść z tego, co mu robiłem, ale nie rozumiesz… niszczy go to, że to ty mu to zrobiłeś. Jest w tobie zakochany, wiesz.

- Nie daj się zwieść… - zaczął kąśliwie.

- Ostatecznie nie ma to jednak znaczenia – uspokoił go Voldemort, ale w jego oczach błyszczała okrutna iskierka. – Ale… jeśli teraz zrobisz jak ci mówię, oszczędzę go.

- Nigdy wcześniej tego nie robiłeś.

Voldemort czuł presję, oczywiście, nie był pewien czy wygra, to dlatego zniżył się do takich negocjacji.

- Zatrzymałbyś go dla siebie, na całą wieczność.

Byliby, poniekąd, jednym i tym samym, gdyby stał się Voldemortem. Kuszące, ale osiągnie ten sam wynik bez niczyjej pomocy. Nigdy się nie dzielił i z całą pewnością nie będzie dzielił się również z tym żałosnym cieniem kogoś, kim mógł być.

- A jeśli odmówię?

- Wtedy go zniszczę.

- Zabiję cię.

- To jednak nie sprowadzi go z powrotem do ciebie – zauważył chytrze mężczyzna.

Tom poczuł pojawiającą się w nim zażartą, gwałtowną wściekłość, jego krew wrzała.

- On nigdy z tobą nie będzie, nienawidzi cię, czy to cię nie rani? Czy to dlatego tak obsesyjnie próbujesz nas zniszczyć? Zabić go? Nie możesz znieść patrzenia na coś, czego pragniesz, wiedząc, że nigdy znów tego nie dostaniesz!

Aura Voldemorta zaatakowała go, nie zaklęciami, jedynie rzuciła bolesną magią, która spotkała się z jego własną.

- Zatem nie – tchnął po chwili Voldemort.

Harry był jego. Zawsze jego. Nikogo innego. Nigdy chętnie nie podzieli się choćby skrawkiem swojego przyjaciela z kimkolwiek innym.

- W ciągu dwóch dni dam ci swoją odpowiedź – oświadczył. Potrzebował czasu na dokończenie swojego planu, swojego zaklęcia. Nie mógł pozwolić, by Czarny Pan to teraz zrujnował.

Voldemort skinął po chwili głową, mrużąc oczy. Mężczyzna potrzebował tego, nie mógł stawić oporu, Tom był jego stwórcą.

Całkowicie połknął haczyk.

Mroczny Lord wrócił drogą, którą przyszedł.