Dziękuję Himitsu za zbetowanie rozdziału.
Ariano, ależ nie masz za co przepraszać! :) Wybacz, jeżeli którykolwiek element moich słów brzmiał jak jakikolwiek zarzut. Nie miałam takiego zamiaru. Absolutnie akceptuję przekonania religijne innych ludzi, w nie oceniam ich przez nie w żaden sposób, a również nie próbuję ich zmienić. Jedna z moich przyjaciółek jest ateistką, a mimo naszych nawet dość częstych jak na obecne czasy rozmów o wierze, jeszcze nigdy się nie doszło między nami o to do żadnej kłótni czy choćby słownej potyczki. I mówisz, że wybrałaś sobie Kirę? Imię bardzo ciekawa i ładne :)... Wracając jednak do opowiadania - tak, Voldemort jest zazdrosny. Jak najbardziej :). neko246, nie ma sprawy, każdemu zdarza się nacisnąć czasem nie ten przycisk co trzeba ;). Cieszę się, że spodobała ci się potyczka Tom-Voldemort. Pomysł Voldemorta chodzącego sobie po Hogwarcie rzeczywiście jest komiczny. Co natomiast tyczy się dyrektora - dzisiaj się wszystkiego przekonasz :). Evolution, ach, ależ nic się nie stało, zresztą jest to całkowicie zrozumiałe :). Chociaż bardzo cieszę się z tego, że tym razem skomentowałaś :). I chyba wiem co to za uczucie z tym "podwajanym" się tekstem - czasami również niespodziewanie zdaję sobie sprawę, że przegapiłam publikację rozdziału czegoś, co czytam, i tak, to uczucie jest bardzo miłe :). Nie powiem oczywiście, czy dojdzie do konfrontacji Tom-Harry-Voldemort, chociaż sądzę, że, gdyby tak się stało, Voldemort traktowałby Marvola mniej więcej tak samo jak Toma :). Zwrotu "dzieciaku" jakoś nie połączyłam wcześniej ze Snape'em, a teraz, kiedy o nim napisałaś, to chyba rzeczywiście jest on nawet dość często przez niego używany... Bardzo dobre ujęłaś w kilku słowach rozmowę między Tomem a Harrym. Chyba z czystym sumieniem muszę powiedzieć, że Tom naprawdę żałuje tej decyzji o zrobieniu Harry'emu horkruksa - oczywiście nie tak bardzo jak Harry żałuje zrobienia go, ale mimo wszystko Tom z pewnością odczuwa największe poczucie winy, jakiego byliśmy u niego świadkiem. Nie możemy zapominać, że jest psychopatą, a zatem odczuwanie przez niego emocji jest znacznie ograniczone, niemniej jednak gdyby spojrzeć na nie teraz, to można by powiedzieć, że są naprawdę, naprawdę bardzo duże. Chociaż, jak mi się zdaje, nie chce przyznać się do nich nawet przed samym sobą. I mówisz, że jest ci szkoda Toma? Nigdy tak na niego w czasie tej sytuacji nie spoglądałam, ale... myślę, że może tak być. Że powinno nam być go szkoda równie mocno co Harry'ego. Miło mi słyszeć, że spodobał ci się punkt widzenia Minervy. To jedyna osoba, która naprawdę próbuje zrozumieć ich relację bez uprzedzeń. Która nie jest przychylna bardziej Tomowi lub Harry'emu, a jest neutralna i tą neutralność wykorzystuje do suchego rozpoznania sytuacji. I tak, zgadzam się z tym, że trzeba usprawiedliwiać niedokładność umowy Harry'ego... Stwierdzenie, które przytoczyłaś, ma pokazać jak bardzo Harry się zmienił, jak bardzo wyprany z emocji się stał... Voldemort będący kiedyś Tomem z całą pewnością jest trudny do ogarnięcia - Voldemort będący kiedyś na miejscu Toma, zachowujący i robiący to, co on... Zgadzam się z tym, że Tom nieźle poradził sobie z atakiem Voldemorta, chociaż nie powiedziałabym, że z tego powodu ten w żaden sposób na niego nie wpłynął. Natomiast co do zazdrości Voldemorta - ja, osobiście, uważam, że Tom jak najbardziej ma rację. Że Voldemort naprawdę jest niesamowicie zazdrosny o wszystko, co robią Harry i Tom. O Harry'ego. Mówisz, że wszystko nabiera tempa? :) I nie ma co dziękować za tłumaczenie ;) Veniti, mam nadzieję, że mimo wszystko to coś dobrego, a nie złego :). Ach, Voldemort i Harry razem to bardzo ciekawe zjawisko, przynajmniej ja tak sądzę, i... ach! nie wiem w jaki sposób skroić moje słowa tak, by niczego nie zdradzały... Wybacz mi za to :). Edge, to może na początek powiem, że bardzo miło mi cię poznać :). Nie masz za co przepraszać, w końcu nikt nie powiedział, że wszyscy muszą zawsze i od samego początku komentować ;). Cieszę się, że robisz to teraz i to jak najbardziej mi wystarczy :). Masz rację co do tego, że zachowanie Voldemorta może wydawać się dziwne, z drugiej jednak strony... to tak, jakby Voldemort miał nadzieję, że zabijając Harry'ego uwolni się od swojej obsesji na jego punkcie. Ach, wybacz, naprawdę chciałabym powiedzieć coś więcej, ale musiałabym przy tym zdradzić przyszłe wydarzenia, a tego bardzo nie chcę robić... Ja również mam nadzieję, że kolejne rozdziały będą ci się podobały :). elain679, cieszę się zatem, że tak sądzisz, tak właśnie zastanawiałam się jak przyjmiecie długość poprzedniego rozdziału. Nieco mnie uspokoiłaś, kiedy napisałaś, że ilość zawartych w niech emocji wszystko wynagrodziła :). Co do chęci Harry'ego do śmierci - to skomplikowane. Harry, sam w sobie, oczywiście nie chce tego, chociaż stara się patrzeć na sytuację jasno i przyszłość nie klaruje mu się pod tym względem w zbyt jasnych barwach. Z drugiej strony jakaś jego część tego chce, bo wtedy nie zagrażałby swoim przyjaciołom, nie musiałby się martwić tym, że ich skrzywdzi. To naprawdę skomplikowane i myślę, że niedługo wszystko powinno się trochę bardziej rozjaśnić :). Także sądzę, że Tom nie przyjmował do swoich myśli tego, iż zniszczył Pottera. Nie było w końcu nikogo, kto by miał na tyle odwagi, aby mu o tym powiedzieć, Voldemort natomiast... jasne, chciał go zranić jak najmocniej i udało mu się, chociaż sądzę, że to właśnie przez fakt, że jego słowa miały w sobie bardzo dużo prawdy. Zatem tak, to go z pewnością rani - w końcu nie możemy zapominać, że mimo wszystko Tom niesamowicie troszczy się o Harry'ego. Że mu na nim zależy. Dziękuję za wenę, przyda się ;).
Niesamowicie wielką przyjemność sprawiają mi wasze komentarze, dziękuję zatem wszystkim, którzy znaleźli choćby małą chwilkę czasu na to, aby napisać chociaż parę zdań. Jesteście wspaniali.
Życzę wszystkim miłego czytania.
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto czterdziesty czwarty
Lord Voldemort ruszył w głąb korytarza, jego myśli wirowały.
Był na krawędzi, niepewny swojej przyszłości, a nawet własnego istnienia. Nienawidził tego. Nie wątpił jednak w swoje czyny. Jeśli zostanie pokonany, Harry Potter zostanie zniszczony… a jeśli wygra, jeśli Tom ustąpi i stanie się nim (ostatecznie to on miał kontrolę, czyż nie?), będzie mógł zrobić cokolwiek tylko będzie chciał.
Co obejmowało zatrzymanie swojej obsesji.
Oczywiście to nie będzie to samo, ale on też nie był taki sam, zresztą nie chciał już, aby tak było. Tom pragnął chronić chłopca przed zranieniem bardziej niż chciał go skrzywdzić (chociaż wiedział, że to ostatnie pragnienie również w nim było). On nie był tak niedojrzały, tak ludzki, by samemu czuć to samo.
Tak długo, jak Harry będzie żył, będzie cierpiał, przez wieczność zawieszony na granicy całkowitego złamania.
To będzie najdłuższa gra, w jaką kiedykolwiek grali.
Po prostu musiał wygrać jako pierwszy.
Dumbledore i jego mały personel nauczycielski zablokowali mu drogę i niemal się uśmiechnął. Starzec mógł być dyrektorem, ale on wiedział zdecydowanie więcej o tym, jak działał Hogwart.
Bariery nie mogły obronić wszystkich uczniów od poważnej szkody, dzieci były drobne i nie mogły kontrolować swoich własnych, podstępnych zamiarów. Jednak rozpoznały one, że nie był już uczniem i był w stanie poczuć jak naciskają i wirują wokół nich.
Gdyby ciężko zagroził komukolwiek w obrębie tych murów, zamek wyrzuciłby go, a on straciłby pobłażliwość, jaką zyskiwał dzięki statusowi dziedzica. Do tego czasu… zachwycał się faktem, że nie było nic, co Dumbledore mógłby zrobić, chyba że sam stworzyłby swoje własne bariery.
- Albusie – przywitał się z uśmieszkiem. – Jak tam sprawy w Ministerstwie?
- Tom.
Z trudem powstrzymał swój wzrok od zwężenia się na tę nazwę.
- Co tutaj robisz? – zażądał mężczyzna, zimnym jak lód głosem.
- Studiuję, uczę się… - odparł, szyderczo przechylając głowę. – Czy to nie to robi się w szkole?
W następnej sekundzie Czarna Różdżka skierowana została w jego twarz, klątwa kłębiła się na jej końcu, i chwilę później coś bardzo szybko pojawiło się obok niego, odpychając go na bok, zanim mógłby zamrugać. Fragment znajdującego się za nim korytarza pękł.
Różdżka Dumbledore'a wbiła się w gardło Pottera, a różdżka Pottera skierowana została na dyrektora.
Przez chwilę czuł absolutny szok i zobaczył odzwierciedlenie tej emocji w oczach każdego otaczającego ich nauczyciela. Młodszy chłopak pojawił się znikąd.
- Harry… - zaczął Dumbledore.
- Właśnie wychodził – powiedział chłodno Potter, po czym spojrzał na niego ostro. – Prawda?
- W rzeczy samej – odparł spokojnie.
- Co ty wyrabiasz? – zapytał wściekle Dumbledore.
Harry jedynie uniósł brew, jego twarz nie miała żadnego wyrazu.
- Dlaczego go bronisz? – niemal wrzasnęła Minerva, wyglądając na przerażoną. – On nie jest…
Oczy Harry'ego bardzo gwałtownie pociemniały i instynktownie zrobił gwałtowny ruch do przodu, chwytając rękę, w której chłopiec trzymał różdżkę, zanim mógłby zaatakować. Chciała powiedzieć „on nie jest Tomem".
Niebezpieczne było rozmawianie z Harrym podczas tej samej konwersacji o nich obu, jak już wcześniej zauważył – co było prawdopodobnie pozostałością po jego własnych torturach, jakie w nocy zapewniał chłopcu – i to, zwłaszcza teraz, nie było dobrym pomysłem drażnienie dzieciaka.
On mógł to robić, Harry tego od niego oczekiwał, prawdopodobnie nawet, być może, było to dla niego nieco pocieszające, ale nikt inny nie mógł. Harry syknął z bólu wywołanego przez jego uścisk, ale on tylko go wzmocnił. Ból sprowadzał go na ziemię, masochistyczny czy też nie.
Po chwili oczy Pottera znów się rozjaśniły, migocząc z powodu zbyt wielu emocji. Trzymał chłopca przed sobą, bardziej stanowczo owijając rękę wokół jego tułowia.
Harry nie walczył, bez wątpienia bez problemu zgadując, co robił. Brał zakładnika, dopóki nie wydostanie się na zewnątrz. Rzeczywiście, chłopiec rzucił mu nieznacznie rozbawione spojrzenie, chociaż wciąż było ono pełne nienawiści.
- Tchórz.
- Wiecie o horkruksie waszego Złotego Chłopca? – zripostował słodko, czując nagle płonącą w nim wściekłość.
Zarówno Dumbledore, jak i Snape zamarli.
- C-co? – dyrektor wyglądał na naprawdę wstrząśniętego, zbladł.
W następnej sekundzie łokieć wbił się brutalnie w jego żebra, na tyle mocno, by pozostawić po sobie siniaki, stopa uderzyła o jego własną i mniejsza postać wykręciła się z jego uścisku.
Wyraz twarzy Harry'ego był morderczy, czysto morderczy. Uczniowie zebrali się wokół nich, na ich twarzach widoczne było przerażenie. Zauważył, że Potter zerknął na nich, a następnie w jego oczach pojawił się błysk. Chłopiec zsunął Medalion ze swojej szyi.
Jego horkruks.
A następnie irytujący bachor podniósł swój głos.
- Hej, hej, słuchajcie, ludzie… tak, ty też, Boot.
- Co... – zaczął.
- Voldemort ma siedem horkruksów, które czynią go nieśmiertelnym. To jeden z nich – ogłosił głośno Harry, zapewniając sobie, że już nigdy nie będzie bezpieczny. Rzucił się na chłopca, ale Harry tylko zszedł mu z drogi, kontynuując, ani na chwilę nie odwracając od niego wzroku, ze wściekłością. – Reszta to Dziennik, który został już zniszczony, jego wąż, puchar Huffelpuff, pierścień należący do rodziny Slytherina i diadem Ravenclaw. Jeśli będziecie chcieli go zabić, gdyby wygrał wojnę, znajdźcie je i zniszczcie… okej?
Chłopak uśmiechnął się, zdecydowanie zbyt wesoło. Spojrzeli na siebie zaciekle.
- Wierzę, że wychodziłeś – przypomniał mu cicho Harry. Zmrużył oczy.
- Wiesz, co mnie interesuje… - zaczął.
- Ja.
Zadrwił w odpowiedzi na tak zuchwałe oświadczenie, ten uśmieszek stał się nawet jeszcze bardziej arogancki. A następnie odwzajemnił go, pochylając się, głaszcząc głowę chłopca.
- Oczywiście, kochanie, też jesteś moim horkruksem. Nie zapomnij zabić również i jego, starcze.
Potter warknął, a on roześmiał się, oddalając.
- Dwa dni – rzucił przez ramię.
- Będę tam.
Serce Harry'ego waliło szaleńczo z absolutną furią i obrzydzeniem. Dumbledore patrzył na niego z całkowitym przerażeniem i rozczarowaniem. Beznamiętnie odwzajemnił to spojrzenie.
- Cóż, jakkolwiek było mi miło…
- Mój gabinet. W tej chwili.
- … to mam sprawy, które muszę załatwić.
- TO NIE ŻART! – ryknął dyrektor, wskazując na niego swoją różdżką. Głowa Harry'ego przechyliła się. Jak… nietypowo.
- Domyśliłem się – splunął, pusząc się. – Myślisz, że tego chciałem? Myślisz, że cokolwiek z tego chciałem? Ale, na litość boską, rozejrzyjcie się – świat być może niedługo zostanie wysadzony, a wy chcecie urządzić sobie jakąś pogawędkę w pana gabinecie? – Wybuchł śmiechem.
- Chciałbym się dowiedzieć… - zaczął jadowicie Snape.
- … gdzie szedł Sasza suchą szosą i suszył sobie spodnie? - Wysłał kolejny, rozbrajający uśmiech, po czym kontynuował: - Jeżeli macie do powiedzenia cokolwiek pożytecznego, czego nie mogłem do tej pory wymyśleć sam, powiedzcie to teraz, a jeśli nie, to adiós. Mam sprawy, które muszę załatwić.
Odwrócił się gwałtownie, odchodząc.
Musiał znaleźć jakiś sposób na poradzenie sobie z Dumbledore'em. Zauważył również jego różdżkę, Czarną Różdżkę. Mógł to wykorzystać. Wtedy miałby Różdżkę, Pelerynę i wkrótce zdobyłby też Pierścień, a co za tym idzie, stałby się Panem Śmierci i mógłby przekonać Toma do usunięcia jego horkruksa.
Ale, jak na razie, potrzebował tego diademu. Rozpaczliwie. A to był na pewno diadem, w innym wypadku Voldemort złapałby go za słówka lub po prostu zabił na miejscu.
Myśl. Myśl.
Gdzie był diadem? No gdzie? W Hogwarcie, był tego pewien. Po prostu nie wiedział gdzie. Ale go już widział. Tego też był pewien. W jakim miejscu był, w którym mógł zobaczyć również… och.
Chodziło o Pokój Życzeń, oczywiście… pamiętał zawahanie Toma, kiedy ten mówił o tym, jak wiele było w nim horkruksów. Zawahał się, kiedy mówił, że pięć. W Pokoju Życzeń był jeszcze inny horkruks.
Ale nie mógł być on w jednym z ich zwykle często odwiedzanych miejsc. Więc… och… głupi! Kiedy rozważał porzucenie notatek Toma.
Obok starej tiary! To był diadem!
Przyspieszył kroku, nie mając czasu do stracenia. Musiał znaleźć diadem i przygotować wszystko na ostateczną rozgrywkę. Na metę.
Musiał usunąć Dumbledore'a z drogi tak, aby mieć większe pole manewru, i musiał przygotować rzeczy na… później. Po raz pierwszy zadrżał, ukłucie przerażenia ścisnęło jego serce.
Kiedy skończy, niczego nie będzie czuł, ale robienie tego będzie męczarnią. Chociaż nie było to teraz ważne. Musiał rozwiązać parę spraw i stawić czoła Tomowi.
Tom będzie próbował go powstrzymać i, gdyby sytuacja była normalna, rozkoszowałby się takim wyzwaniem, walką i potyczką mocy. Ale tym razem nie mógł pozwolić sobie na granie.
Zaangażuje Hermionę i Rona, namówi ich do ogłuszenia dziedzica Slytherina, kiedy uwaga tego będzie skupiona na nim, a także Zeviego i Abraxasa, na wypadek, gdyby Tom coś podejrzewał.
Rzuci na nich Imperio, jeśli będzie musiał.
Koniecznie musiał również sprawdzić, czy Hermiona zapięła już na ostatni guzik pracę nad zaklęciem czasu.
Wszystko układało się w logiczną całość. Był w stanie poczuć jak koniec czasu zaciska się wokół niego, dając o sobie znać.
Pomyślał, że został mu zaledwie dzień lub dwa, zanim to wszystko się skończy, dla Voldemorta rozpocznie się bardzo spontaniczna wycieczka… po prostu czuł to w głębi siebie, wszystko się skończy. Jego rozdział zostanie zamknięty.
- Harry.
Zatrzymał się na to zawołanie, głos Toma.
Nie mógł już pozwolić sobie na granie, miał zbyt mało czasu, ale… to był Tom. Po raz ostatni mógł znaleźć na to kilka minut, po prostu czerpać przyjemność z ich gierki, zanim wszystko zmieni się na zdecydowanie zbyt poważne.
Dziedzic Slytherina dogonił go, jego oczy były jak stal i lód, nie domyślając się jego pożegnania.
Chłopiec wciąż był na niego zły… i patrzał na niego dziwnie.
- Co? – spytał.
- Zatrzymałeś się. Nigdy się nie zatrzymywałeś – stwierdził stanowczo Tom.
- Pomyślałem, że wypróbuję nową taktykę, nieco wszystko zreorganizuję – odparł beznamiętnie.
- Cóż, to rzeczywiście była zmiana. Przez jakiś ostatni tydzień lgnąłeś do mnie i zachowywałeś się jak zagubiony szczeniaczek, czyżbyśmy odzyskiwali swoją niezależność?
Jego oczy zwęziły się w szparki na to szyderstwo. Jak on śmiał?
- Nie podobało ci się uczucie bycia potrzebnym? – zripostował złośliwie. Tom zbliżył się do niego i Harry cofnął się, zanim mógłby się powstrzymać, jakaś część niego nie ufała własnym reakcją, po czym zatrzymał się.
Co znaczyła moralność, jeśli i tak w ciągu tygodnia nie będzie już mógł w żaden sposób bardziej się rozpaść?
- Wciąż mnie potrzebujesz – odparł Tom, mając na twarzy ten uśmieszek. – Po prostu wolę, gdy tak jest wtedy, kiedy wciąż posiadasz kręgosłup. To wtedy mniej żałosne. Mniej… Lestrangeowate?
Niemal syknął w odpowiedzi, bez słów, dziko.
Oczy Toma błyszczały.
- Naprawdę w ogóle nie możesz kontrolować swoich emocji, co? – wymamrotał Riddle. – Już nie. Wcześniej… zaczynałeś to chwytać, ale teraz…
- A kogo to jest wina? – warknął.
Ta rozmowa nie mogła pójść dobrze. Uderzenia Toma były zbyt… trafne. Strasznie dużo grywali ze słowami, ale przez większość czasu również powstrzymywali się przed ocieraniem o niektóre punkty, a raczej… drążyli. Urabiali się, przyczepiali flagi i zwyciężali. Nie robili… tego.
Tom nigdy nie kierował ich interakcją w taki sposób. Jego osobowością i planami cały czas, ale nimi?
Poczuł się nieswojo. Prawdopodobnie to zbyt wyraźnie wszystko okazywało.
- To ty jesteś tym, który nie potrafi sobie z tym poradzić – odpowiedział lekceważąco Tom, z pogardą w głosie.
Harry odwrócił się, tylko po to, by dłoń wystrzeliła w powietrze jak kobra, chwytając jego ramię, znów go obracając, palce zacisnęły się na jego skórze, jego pulsie.
- Dlaczego się zatrzymałeś? – zażądał cicho Tom. – I jakim cudem wciąż żyjesz po swoim rendez-vous z Voldemortem?
- To o to ci chodzi? Jesteś zazdrosny, Tom?
- Nie – odparł dziedzic Slytherina, zdecydowanie zbyt radosnym tonem. – Śmiem twierdzić, że on jest.
- Słucham?
- Wierzy, że jesteś we mnie zakochany, nawiasem mówiąc.
- I ty mu wierzysz? – zripostował, upewniając się, że w jego głosie pobrzmiewa ostra nutka pożałowania.
Palce Toma zacisnęły się.
- Jesteś teraz okrutniejszy – zauważył młody Czarny Pan.
- To nierozłączna wada tej sytuacji. Udoskonalenie?
- Nie za bardzo.
Harry poczuł ukłucie szoku, irracjonalnej paniki i jeszcze gwałtowniej pchnął od siebie chłopca. Ta rozmowa była popieprzona.
Tom rzucił się na niego, zaplątując palce o jego włosy, odsłaniając jego gardło w parodii rozmowy, jaką przeprowadzili w pokoju hotelowym.
- W ogóle nie podoba mi się ten nowy Harry – powiedział mu powoli Tom. – Jesteś bardziej brutalny, być może, ale teraz… teraz jesteś po prostu taki sam jak inni. Nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, co to było, to wyzwanie, nie zanim to nie odeszło… i teraz myślę, że już wiem…
- Puszczaj mnie…
- Byłeś całkowitym przeciwieństwem mnie, ale zarazem byłeś tak podobny. – Ręka Toma zsunęła się, bawiąc się Medalionem, nie pozwalając mu odejść, usta przeniosły się tuż koło jego ucha. – Gdybym chciał zobaczyć własne odbicie, spojrzałbym w lustro. Weź się w garść, bohaterze.
W następnej sekundzie Tom odszedł, a on stał tam, całkowicie wstrząśnięty i nie do końca pewny, co wywołało to uczucie. Jego ręce drżały. Czy Tom właśnie…?
Czuł się sparaliżowany.
Tom był nim znudzony? Typowe. Na to wygląda, że w momencie, w którym stał się tym, czym Tom chciał by był, chłopiec odpieprzył się od niego. Przypuszczał, że powinien to przewidzieć.
Tom grał do czasu, dopóki nie myślał, że wygrał i dostał wszystko, czego chciał. Dopóki nie znalazł „najczarniejszej części" kogoś i nie wymienił go na coś bardziej błyszczącego, mniej zbrukanego i uszkodzonego. On po prostu… kurwa.
Zamknął oczy, chowając medalion z powrotem za koszulę.
Racja. Cóż.
Diadem.
Pokój Życzeń.
Albus Dumbledore był głęboko zaniepokojony, jego głowa schowana była w dłoniach, tykanie jego zegarka rozbrzmiewało zdecydowanie zbyt głośno w gabinecie.
Jak wszystko mogło tak bardzo eskalować*? Czuł się całkowicie zagubiony i nie było to uczucie, do którego przywykł.
Harry związał jego ręce w umowie, którą on, głupiec, myślał, że może kontrolować. Myślał, że może kontrolować Harry'ego.
Powinien wiedzieć lepiej.
Och, Harry… wciąż pamiętał te błyszczące oczy, stosunkowo niewinnego chłopca, który po raz pierwszy wszedł do Hogwartu, tak chętnego do pomocy i zdecydowanie zbyt ujmującego. Miał być ich wybawcą. Miał umrzeć, a następnie wrócić do życia i żyć, i wszystko byłoby dobrze.
Voldemort odszedłby na zawsze. Władza Jasnej Strony stałaby się bardziej pewna, a on miałby potężnego czarodzieja, który przejąłby jego obowiązki, kiedy już odejdzie.
Polubił tego chłopca, bez względu na to, co mógłby pomyśleć ktoś bardziej cyniczny. A teraz… horkruks? Żółć napłynęła mu do ust. Mógł jedynie patrzeć na to, jak wszystko wokół niego wymyka się i rozpada w pył.
I to wszystko z powodu Toma Riddle'a.
Nienawidził tego chłopca bardziej niż czegokolwiek innego. Był przeszywającym przypomnieniem jego własnej przeszłości, jego ojca-mugolskiego mordercy, jego własnych planów, jakie miał z Gellertem.
Obserwowanie Toma i Harry'ego było jak obserwowanie siebie samego, wciągniętego pod niewolę Gellerta Grindelwalda, z nadzieją, że ktoś całkowicie go zrozumiał, ktoś zobaczył w nim to, czym naprawdę był. Był naiwny.
Gellert porzucił go dla władzy i Riddle zrobi to samo.
Och, byli w pobliżu, kiedy im to pasowało, ale w ostateczności opuszczali cię i oczekiwali, że będziesz na nich czekał i im pomagał. Jego pięści zacisnęły się. Nie mógł patrzeć na to, jak ta historia w taki sposób się powtarza, nie mógł. Po prostu nie wiedział, co teraz zrobić.
Nie mógł zrobić niczego przeciwko Harry'emu… ale mógł zabić Toma. Już wielokrotnie rozważał to od momentu, kiedy dziedzic Slytherina ponownie nawiedzał jego sale, ale zawsze się przed tym powstrzymywał.
W końcu niebezpiecznym było wtrącać się w sprawy czasu.
A do tego… jakie były inne możliwości? Że pozwoli chłopcu albo jego odpowiednikowi zniszczyć wszystko, o czym marzył i nad czym pracował? Nie.
Z pewnością nie byłby w stanie zauważyć różnicy i po prostu dostałby drugą szansę w roku 1942. W roku, w którym wszystko poszło źle, od którego wszystko się zaczęło. Był pewien, że to wtedy to wszystko się zaczęło.
A teraz musiał tylko znaleźć na to najlepszy sposób.
Harry chwycił ostrożnie Diadem, ledwie ośmielając się w to wierzyć.
Schował go w swoim moleskinie wraz z całą resztą, po czym ruszył w kierunku Wieży Gryffindoru.
Wkrótce…
Jak na razie jednak, miał kilka listów do napisania i kilka planów do dokończenia.
List do Hermiony. List do Rona.
List do Zeviego, Abraxasa i Alpharda.
List do Syriusza i Remusa.
I list do Toma.
* eskalować - zwiększać, wzmagać coś (również w kontekście rosnących żądań społecznych, napięcia politycznego czy konfliktu zbrojnego)
