Z całego serca dziękuję Himitsu za zbetowanie rozdziału.

Dziękuję również wam za wasze cudne komentarze. Aż serce mi ściska, kiedy pomyślę, jak wiele się ich pojawiło - szczególnie teraz, kiedy naprawdę jesteśmy tuż przy końcu. I, ach!, zanim zapomnę - jestem ciekawa waszej opinii na temat tego, kogo plan wygra. Teraz, kiedy jesteśmy już tak blisko końca, z wielką ciekawością chciałabym poznać wasze opinie na ten temat :).

Edge, mam szczerą nadzieję, że uda ci się w tym postanowieniu wytrwać i będę trzymała za to kciuki :) Zachowanie dyrektora jest, jak sądzę, wyrazem rozpaczy - rozpaczy, która spowodowana jest tym, iż został przytłoczony przez trzy wielkie osobowości. On po prostu... nie przywykł do tego. Jak wyglądać będzie zakończenie tego opowiadania, to dowiesz się już całkiem niedługo - gdzieś w następnym tygodniu :). Mam tylko nadzieję, że uznasz zakończenie za odpowiednie - bez względu na to, jakie będą dominowały w nim uczucia... Evolution, cieszę się zatem, że tak bardzo podobał ci się ten rozdział, że mimo zbliżającego się końca jesteś w stanie maksymalnie się nim cieszyć, ba! uważasz, iż jest niesamowicie dobry! Chyba nie potrafię wyrazić jak wielkie ma to dla mnie znaczenie. Mam naprawdę wielką nadzieję, że za taki odbiór rozdziałów wpływają teraz oba opisane przez ciebie czynniki - to, że faktycznie są dobre, a także to, iż na ich odbiór ma wpływ zbliżający się koniec, w czasie którego wszystko się wyjaśni. Również ja lubię ten moment, w którym Harry - w taki czy inny sposób - broni Voldemorta (i tutaj chciałam jedynie zwrócić uwagę, że nie tylko Voldemort wykazuje małe podobieństwo do Toma, Harry również zachowuje się względem niego w sposób nieco przypominający jego zachowanie względem Toma), dlatego cieszę się, że spodobał się on również tobie. I, masz rację, teraz częściej niż kiedykolwiek wcześniej mamy ukazane podobieństwa między Voldemortem i Tomem (różnice oczywiście też, ale one były zawsze)... A o zdradzeniu informacji o horkruksach już po prostu nie mogę nic powiedzieć, bo sama to wspaniale zebrałaś w kilka słów. Ja się pod nimi po prostu podpiszę :). Och, i chciałam jeszcze powiedzieć, że niezwykle cieszę się z wyróżnienia przez ciebie fragmentu o "szedł Sasza suchą...", gdyż nieźle głowiłam się nad tym, jakim polskim łamańcem językowym zastąpić ten, który pojawia się w oryginale. Najwyraźniej udało mi się dobrze z tego wybrnąć :). Co do "Pana Śmierci", to zdaje mi się, chociaż mogę się mylić, że oryginał nie ustosunkował się do tego jednoznacznie. Harry przez chwilę był Panem Śmierci, ale był tego do końca świadomy, później natomiast porzucił poszukiwanie utraconego Kamienia Wskrzeszenia, zatem trudno stwierdzić, czy mógłby to w jakiś sposób wykorzystać. Co do dialogów, to ogólnie więcej jest, tak mi się przynajmniej zdaje, w całym opowiadaniu dialogów niż opisów, zatem zrozumiałe jest, że to one skupiają główną uwagę :). Co do Toma - tak jak kiedyś mówiłam, zrobi (i zrobił) coś, co może wywoływać różne reakcje, które zależeć będą od punktu widzenia czytelnika. Tak jest właśnie z horkruksem i tak jest z jego zachowaniem po stworzeniu takowego Harry'emu. Ale nie będę mówiła nic o Tomie, nie będę go oceniała, bo podejrzewam, że ktoś mógłby spróbować wyciągać z tego jakieś informacje na temat zakończenia ;). Dumbledore jest... przytłoczony. Nigdy nie spodziewał się, że tak się to wszystko potoczy. Próbuje przywrócić ład, który, jak sądzi, został teraz niezwykle zaburzony. Swoje wyobrażenie ładu. I, ach!, listy... przekonasz się :). Ariano, tak, mówiłaś o Lestrange'u, ale nie chciałam wtedy nic jeszcze zdradzać :). Ale jak najbardziej miałaś rację... I zgadzam się, Voldemort w Hogwarcie, spokojnie sobie po nim chodzący, to naprawdę niesłychany pomysł :). I tak, chodzi oczywiście o listy pożegnalne, listy, które osobiście bardzo lubię i które uważam za interesujące. Ale o tym potem ;). Chciałabym powiedzieć coś więcej, ale o czymkolwiek nie pomyślę, zawiera w sobie coś, co mogłoby zdradzić za kończenie, a tego naprawdę bym nie chciała zrobić... elain679, taak, takie zachowanie Voldemorta było chwytem poniżej pasa - chociaż, z drugiej strony, i tak musieli się w końcu o tym dowiedzieć. Zresztą Harry'emu udało się, dość skutecznie, jak sądzę, odwrócić uwagę przynajmniej uczniów od swojego horkruksa na horkruksy Voldemorta. Co do tego, dlaczego Harry bronił Voldemorta - jego plan zakłada, że Voldemort jest żywy. Chce cofnąć go w czasie na miejsce Toma, aby ten mógł z nim zostać, a zatem potrzebuje, by Voldemort miał ciało. Harry poświęcił swojemu planu wszystko, robi więc co może, aby doprowadzić do jego realizacji - nawet jeśli oznacza to chronienie Voldemorta przed zabiciem. Co do porównania jego i Gellerta do chłopaków - Dumbledore tak to właśnie widzi. I, kiedy głębiej się nad tym zastanowić, w jego oczach obie historie naprawdę mają wiele wspólnego. Nic o relacji Toma z Harrym na razie nie powiem - wszystko niedługo się wyjaśni :). A listy, osobiście uważam, są cudowne - niedługo je poznasz :). Gościu, bardzo miło jest mi ciebie poznać :). No i, oczywiście, cieszę się z twojego komentarza. Przepraszam za takie torturowanie tym opowiadaniem ;). Chociaż mam nadzieję, że mimo wszystko był to miły rodzaj tortur... Ach! tak trudno jest powiedzieć mi coś na temat postaci bez zdradzania tego, jak potoczą się ich dalsze losy! Dlatego zmuszona jestem, niestety, powstrzymać się od powiedzenia czegokolwiek na temat Harry'ego, co się tyczy jednak Toma - ma on całkowite prawo cię denerwować. Zrobił coś, co można ocenić na bardzo różne sposoby i gniew z pewnością jest jednym ze zrozumiałych :). Mam nadzieję, że rozdział pojawił się wystarczająco szybko :). Tiuff, naprawdę? :) Przyznam, że jesteś chyba pierwszą osobą, która woli takiego Harry'ego. Chociaż, oczywiście, akceptuję to - po prostu jestem nieco zdziwiona, bo ja zawsze o wiele bardziej kochałam Harry'ego takiego, jakim był przed przemianą. Cieszę się, że podobał ci się rozdział, a również że tłumaczenie okazało się znośne :). I naprawdę, ma najwięcej komentarzy? Łał. Niesamowicie się z tego powodu cieszę i aż nie wiem co powiedzieć. To w końcu wyłącznie wasza zasługa - czytelników. :) Veniti, nie mogę się nie zgodzić - po przeczytaniu tak wielkiej ilości ficków niestety również dostrzegam teraz Dumbledore'a wyłącznie jako "tego złego" i bez względu na to, jak jest przedstawiony, zawsze mnie irytuje. Zabezpieczenie Harry'ego było całkiem mądrym pomysłem, teraz tylko pytanie, czy wystarczającym? A majówka, ach, pod znakiem deszczu, niestety, chociaż przynajmniej mam czas na robienie tego, na co zwykle w ciągu dnia czasu mi nie starcza... :). Mam nadzieję, że przynajmniej u ciebie jest nieco ładniejsza pogoda :). Veritaseria, ależ nie masz za co przepraszać! :) cieszę się, że znów mogę cię widzieć (jak śmiesz wątpić w to, że ciebie pamiętam! :)). Dumbledore jest po prostu... ślepy. Ale nie będę teraz na jego temat zbyt wiele mówić, chociaż dodam cicho, że również i mnie denerwuje jego postać. Co natomiast tyczy się planu Toma - nie do końca chce on śmierci Voldemorta. Takim prawdziwym skutkiem zrealizowania jego planów ma być całkowite jego nieistnienie. Voldemort nie będzie martwy, on po prostu nigdy nie będzie istniał. Tom się nim nie stanie, zatem Voldemort nie stworzy przyszłości, w której się teraz znajdują. To skomplikowane... Chociaż, rozumiem, dopingujesz planowi Toma? ;) Podzielam twoje zdanie na temat nowego Harry'ego. Nie powiem ci, czy skończy się dobrze, nie powiem, czy będziesz zadowolona z zakończenia - mam tylko nadzieję, że, jakiekolwiek ono nie będzie, będzie interesujące.

Korzystając z okazji, chciałabym prosić was również o małą pomoc: jak wiecie powoli zaczynam myśleć o kolejnym tłumaczeniu - tak jak obiecałam, opublikuję również prequel i sequel "Ulubieńca". I o ile z tytułem sequela nie mam żadnego problemu, to męczy mnie strasznie tytuł prequela - "Past's Palyer". I chociaż Himitsu przekonuje mnie, że "Gracz Przeszłości" wcale nie jest taki zły, to takie tłumaczenie tego tytułu i tak wydaje mi się koślawe. I tutaj właśnie chciałabym poprosić was o pomoc - może macie jakieś pomysły na to, jak można przetłumaczyć ten tytuł? :)


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto czterdziesty piąty

Tom oparł się pokusie potarcia swojej pulsującej bólem głowy, marszcząc brwi w stronę swojego notatnika.

Pierścień, jego zabezpieczenie, błyszczał na jego palcu.

Harry nie mógł zrobić niczego głupiego bez tego pierścienia, a on nigdy dobrowolnie nie odda go chłopcu. Zaklęcie czasu było niemal gotowe, miał tylko nadzieję, że będzie gotowe na czas.

Westchnął, rozwścieczony tym, jak bardzo był rozkojarzony. Harrym. Harry tak cholernie źle wpływał na jego efektywność, zawsze udawało mu się zmniejszyć ją przynajmniej o połowę.

Kiedy był w pobliżu, był zarówno pomocny, jak i, przynajmniej po części, niezwykle rozpraszający, z powodu tych wszystkich planów, gierek i rzucanych mu wyzwań.

Z drugiej strony, brak jego obecności także był równie rozpraszający - kiedy w pobliżu nie było pogrywającego z nim byłego Gryfona, zawsze zastanawiał się nad tym, co zamiast tego robi w tym czasie chłopiec.

To było irytujące. Nie przywykł do tego, by coś takiego czuć. To nie tak, że nie mógł już robić niczego bez obecności Harry'ego, mógł, i zwykle byłby niesamowicie zadowolony z powodu chwilowego odpoczynku od pogrywania, podczas którego mógł zająć się czymś pożytecznym, podczas gdy jego przyjaciel był całkowicie zajęty… ale zbliżał się ich koniec czasu i sposób, w jaki się rozstali ciążył mu i nieznośnie zaprzątał głowę.

To, co zrobił, było rozsądne, całkowicie logiczne i przemyślane.

Musiał sprawić, aby Harry odsunął się trochę tak, by miał czas na przemyślenie wszystkiego na chłodno i dokończenie zaklęcia bez konieczności nieustannego powstrzymywania chłopca przed próbowaniem ponownego zniszczenia jego wysiłków.

To pierwsze nie zdało egzaminu.

Nie mógł przestać o tym myśleć, o szoku i chłodzie w tych zielonych oczach, kiedy nazwał Harry'ego „Lestrangeowatym" i powiedział wiele innych rzeczy. Być może nie był tak ważny, jak zawsze.

Voldemort wstrząsnął nim bardziej, niż kiedykolwiek by się do tego przyznał, a zachowanie Harry'ego wcale nie pomogło w ujarzmieniu jego temperamentu.

Dlaczego. On. Się. Zatrzymał? Harry nigdy nie zatrzymywał się, kiedy go wołał, dość często zwalniał, by mogli iść razem, ale nigdy nie zatrzymał się tak gwałtownie i posłusznie.

To nie tak było między nimi.

To było bardzo podejrzane.

Zatem, być może jego słowa rzeczywiście były ostrzejsze niż zazwyczaj, ale Harry go irytował. Załamywał się w taki sposób, rozpadał… nie mógł! To właśnie dlatego tak bardzo naciskał, prawda?

Prawda?

Złościł się i czuł potrzebę odepchnięcia od siebie chłopca. Harry był odpowiedzialnością, kiedy był wokół niego, słabością, na którą nie mógł pozwolić sobie na skraju bitwy, co tak uparcie próbował mu pokazać Voldemort… naprawdę zniszczył Harry'ego?

Być może. Niszczył wszystko, czego dotknął i wszystko, co się do niego zbliżyło, nie wiedział, dlaczego oczekiwał, że z Harrym będzie inaczej.

Tyle, że on był inny.

O co w ogóle chodziło Voldemortowi? Harry nie był w nim zakochany – to było absurdalne! Wiedziałby, gdyby tak było. To było takie pogmatwane…

Nienawidził pogmatwania, wolał stać pewnie ponad relacjami międzyludzkimi i odgrywać rolę władcy lalek… a teraz, teraz był poplątany!

Ironia, gorzka ironia!

Kiedy więzi tak mocno zacisnęły się pomiędzy nim a Harrym? To było dziwne, dużo czasu poświęcił na przyciąganie chłopca bliżej do siebie, zaciskając pajęczą sieć wokół jego ramion (dosłownie, biorąc pod uwagę znak), nóg, serca, gardła, umysłu, wszystko po to, by wciągnąć chłopca mocniej w swoje posiadanie i kontrolę.

Zawsze zwykł myśleć, że wciąż miał kontrolę nad sytuacją, chociaż Harry nadzwyczaj i fascynująco dobrze dźgał go i trzymał się swojego.

Na początku był to ekscytujący, nowy rodzaj niebezpieczeństwa, wymagający z jego strony zaoferowania tych więzi, by mógł zatrzymać przy sobie chłopca, ale teraz… wszystko się skomplikowało, skomplikowało i pokręciło, nie mógł już odejść.

Włożył w to równie wiele, co Harry.

Jakimś cudem, Harry zawsze wydawał się o tym zapominać.

Harry nie chciał, by umarł lub stał się Voldemortem, czy nie mógł zrozumieć, że dokładnie w ten sam sposób on również nie chciał, by Harry umarł lub stał się jak warzywo?

Dlaczego w ogóle myślał o Harrym?

Przecież to właśnie uniknięcie tego w końcu było sednem odpychania go.

Poczuł jak Zevi, w ciszy, opadł na miejsce obok niego, czekając na danie mu możliwości wypowiedzenia się.

Podniósł wzrok, zauważając, że chłopiec wydawał się w swoim spokoju zaniepokojony.

Zdenerwowany. Miał worki pod oczami. Na palcach plamy od eliksirów. Powrócił wzrokiem do swojego zaklęcia.

- O co chodzi, Zevi? – zapytał, zachęcając go do zadania pytania. Prince zawahał się.

- Mogę mówić… otwarcie, mój Panie?

Znów, ostrożnie, uniósł swoje spojrzenie, zaszczycając chłopca częścią swojej uwagi. Zawahał się przez moment, zastanawiając się, czy będzie tego żałował, po czym pochylił głowę, nie do końca w potwierdzeniu, ale okazując, że przynajmniej będzie próbował słuchać.

Zawsze doceniał spokojną logikę i spostrzegawczość chłopca, a także jego oczywisty talent do eliksirów. Coś, czego nie doceniał, to Prince przekraczający granicę.

Zevi przełknął ślinę, zbierając się w sobie.

Po raz kolejny rzucił okiem na swoje notatki, tu i tam nanosząc na nie poprawki, ale słuchając, co jakiś czas przenosząc na niego swój wzrok.

- Nie powinieneś go odpychać – stwierdził w końcu jego zwolennik. – Harry'ego, mam na myśli.

- W przeciwieństwie do innej osoby, o której mógłbyś zechcieć ze mną porozmawiać? – odparł, unosząc szyderczo brwi. Prince zaczerwienił się, znów przełykając ślinę, jego palce zaciskały się tak mocno, iż w końcu ich kolor zamienił się na biały.

- Stracisz go, jeśli będziesz tak robił, zwłaszcza jeśli planujesz zrealizować swoje plany, to, z całym szacunkiem do twojego rozumowania, ani trochę nie pomoże w ich realizacji – oświadczył Zevi. – Chodzi o to… odpychanie go nie ochroni go przed doznaniem krzywdy, przed… Voldemortem lub kimkolwiek innym, to tylko sprawi, że będzie łatwiejszym celem, ponieważ będą oni myśleć, iż nie będą musieli ponosić konsekwencji swoich czynów. Mam na myśli, my wiemy, ile Harry dla ciebie znaczy…

Rzucił chłopcu niebezpieczne, ostrzegawcze spojrzenie.

- Chciałem powiedzieć – skorygował szybko jego zwolennik – że doskonale wiemy, by nie działać bez twojego rozkazu, ale… inni ludzie…

- Rozumiem – powiedział. – Czy to wszystko? – Odwrócił się bardziej zdecydowanie w stronę swoich notatek.

- Nie!

Jego dłoń przesunęła się nieznacznie w stronę różdżki.

- Nie, mój Panie – mruknął łagodniej Zevi.

- W takim razie mów lub trzymaj język za zębami i zostaw mnie w spokoju.

- Masz prawo być człowiekiem, Tom… mój Panie. On… Harry nie będzie postrzegać cię inaczej, jeśli… jeśli przyznasz, jak wiele dla ciebie znaczy.

Jego palce zacisnęły się na różdżce i usłyszał, jak chłopiec znów przełyka ślinę, bez wątpienia nieco blednąc. Swój wzrok zdecydowanie wbijał w trzymane notatki. Zevi kontynuował z niemal bezczelną determinacją, a jego głos stał się nawet jeszcze cichszy.

- Nie osądzi cię z powodu utraty kontroli, okazania słabości, kiedy naskakujesz na niego, on…

- On co, Prince? – warknął, zaciekle wpatrując się teraz w chłopca. – Uważaj.

Jego zwolennik wyglądał, jakby kulił się ze strachu, ale mimo tego i tak dalej naciskał.

Był to, bez wątpienia, wynik wywieranego na nich przez Harry'ego wpływu. Nabrali okropnego zwyczaju robienia w poważnych sytuacjach tego, co oni uważali za słuszne, a nie tego, co rozkazał im robić bez zadawania zbędnych pytań i narzekania.

Och, nigdy się mu nie sprzeciwiali, jednak…

- Byłby bardziej pewny siebie, gdybyś nie wysyłał mu ciągle sprzecznych sygnałów.

- Usiłujesz mi powiedzieć, bym ładnie się bawił swoimi zabawkami? – zapytał słodko.

Zevi niezręcznie napotkał jego spojrzenie, a następnie odwrócił wzrok, najwyraźniej nie będąc wstanie na zbyt długo znieść jego intensywności, nie, kiedy była w swojej najbardziej skoncentrowanej formie. Większość ludzi nie mogło znieść ciężaru jego osobowości, musieli ją w jakiś sposób rozcieńczyć lub zmiękczyć.

- Jeśli sprawy pójdą źle, czy naprawdę chcesz, by wszystko zakończyło się pomiędzy wami źle? – zakwestionował Prince. – On jest w stanie poświęcić dla ciebie piekielnie dużo, Tom,dla ciebie, nie jest Lestrange'em, nie pozostanie przy tobie, jeśli będzie czuł się niepotrzebny.

Miał ochotę na natychmiastowe oddalenie chłopca ostrym przekleństwem. Zamiast tego jego wzrok powoli podniósł się, spoglądając na błagalny wyraz twarzy Prince'a.

- Już wiele razy jasno wyraziłem swoje opinie na ten temat.

- On też jest człowiekiem, mój Panie, i to takim głęboko uszkodzonym. W jego naturze nie leży to, by ktokolwiek troszczył się o niego przez dłuższy czas.

Jak w jego. Zawsze oczekiwał pożegnania, nie mogąc pojąć, dlaczego ktokolwiek mógłby chcieć poznać go tak dobrze i nie wycofać się pospiesznie z ciemności, którą w tym czasie napotka.

- To wszystko, co chciałem powiedzieć – mruknął Zevi.

Chłopiec odszedł tak cicho, jak przyszedł.

Tom miał nieprzyjemną chęć torturowania kogoś.

Jaki był sens ponownego rozemocjonowania i relacji? Było one tak uciążliwe i kłopotliwe.


- Chcesz, abyśmy go ogłuszyli? Czyś ty zwariował? – wykrzyknął Ron.

- Ciszej – syknął Harry. Oboje patrzyli na niego, jak gdyby kompletnie zwariował lub powiedział coś śmiesznego.

- Więc, pozwól, że się upewnię – zaczęła powoli Hermiona. – Chcesz, abyśmy ogłuszyli Toma, związali go, a następnie pilnowali, byś mógł pójść walczyć z Voldemortem… przy pomocy zaklęcia czasu… i stworzył pętlę czasową?

- Tak – powiedział prosto. Nie wspomniał im jednak o możliwych negatywnych skutkach usunięcia horkruksów.

- Nie ma mowy! – oświadczył stanowczo Ron.

- Dlaczego?

- Ponieważ się z nim zgadzam, nie możesz oczekiwać, że pozwolimy ci samotnie stawić czoła Voldemortowi, mógłbyś umrzeć! Pozwól nam iść z sobą! – prawie krzyknęła Hermiona.

Wpatrywał się w nią, czując nagły, niepokojący chłód.

- Zrób, jak mówię, Hermiono. To nie podlega dyskusji.

- Och, czyżby? – zażądała. – Dlaczego w takim razie pytasz?

- Z grzeczności – stwierdził. Gapili się na niego.

- I… i oczekujesz, że tak po prostu na to przystaniemy? – zapytał bezpretensjonalnie Ron. – Nie mówiąc już o tym, że i tak prawdopodobnie nie bylibyśmy w stanie oszołomić Riddle'a.

- Zrobicie to, czy nie? – odparł z irytacją.

Hermiona gapiła się na niego z szeroko otwartymi oczami, łzy zaczynały napływać jej do oczu.

- Co się z tobą stało? – wyszeptała. Harry zaklął.

Nie mogli się o tym dowiedzieć, to było tak… niewłaściwe.

Zmusił swoją twarz do przybrania bardziej miękkiego wyrazu, przyciskając dłonie do ich ramion, tworząc z ich ciał koło, poprzez końcówki swoich palców rzucając na nich lekkie zaklęcie przymusu. Gdyby to zawiodło, rzuciłby Imperio, ale to było kłopotliwe.

Zrobiłby to już na samym początku, gdyby tak bardzo ich nie lubił.

- Wiem, że się o mnie martwicie. – Uśmiechnął się uspokajająco. – Przepraszam, że jestem tak zgryźliwy… Miałem tylko nadzieję, że mi pod tym względem zaufacie, wiecie? Jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi, myślałem, że mogę na was liczyć.

- Ufamy – oświadczył zagorzale Ron.

- W takim razie zrobicie to? – zapytał.

- Ja…

- Poradzę sobie w obliczu Voldemorta, już wszystko załatwiłem, obiecuję. Nie umrę, będziecie mogli nawet później nawrzeszczeć na mnie za bycie lekkomyślnym idiotą. No dalej, Ron, stary? Hermiono?

- Myślę, że jeśli Riddle nie będzie widział, że nadchodzimy, to możemy spróbować – uległ rudzielec.

Harry wysłał mu olśniewający uśmieszek, w odpowiedzi otrzymując niepewny.

- A ty, Hermiono? Wiesz, że cię potrzebujemy, to nie byłoby bez ciebie to samo.

- Ja… dobrze – jej głos brzmiał bardzo słabo. – Jeśli obiecasz mi, że wyjdziesz z tego cało!

- Zawsze wychodzę. Dzięki, naprawdę to doceniam!

- Od tego są przyjaciele – Ron uśmiechał się promiennie.

Oczy Hermiony przyglądały mu się ostrożnie.

Wciągnął ich obu do uścisku. To mógł być ostatni raz, kiedy będzie w stanie za nimi tęsknić.

Zamrugał, by odrzucić od siebie łzy, które groziły napływem mu do oczu.

Dalej, wracając do planów.


Następny dzień nastał bardzo szybko i po prostu wiedział, że był to ten dzień. Czuł to w swoim żołądku, oczekiwanie, dziwne napięcie, które nie należało do niego.

Voldemort mówił o dwóch dniach, co, logicznie rzecz biorąc, znaczyło, iż zaatakuje dzisiaj, próbując ich zaskoczyć. Teraz jedynym pytaniem było jedynie – kiedy?

- Harry. – Głos Toma nadszedł zza jego pleców. Tym razem nie zawracał sobie głowy tym, by się zatrzymać. Dlaczego miałby dać chłopcu okazję do tego, by go obraził?

Poza tym, nie chciał być nużący.

Ręka chwyciła go, zmuszając do zatrzymania.

- Nie zatrzymałeś się dzisiaj, jak widzę – stwierdził chłopiec.

- Zdecyduj się w końcu – warknął. Tom westchnął, po czym potrząsnął głową.

- Masz chwilę?

- Nie za bardzo, tak samo jak ty, nie powinieneś dokańczać swojego zaklęcia? Dopracowywać szczegółów swojego planu? Niszczyć czyjegoś życia?

- Przepraszam… dobra?! – warknął Tom. Harry zamrugał, zaskoczony.

- C-co?

- Przepraszam, Harry… Nie zmuszaj mnie, bym powiedział to jeszcze raz.

Wpatrywał się w chłopca, który pewnie napotkał jego spojrzenie. A następnie, odwrócił się.

- Jesteś psychopatą, nigdy niczego nie żałujesz – odparł spokojnie. – To wymagałoby umiejętności odczuwania wyrzutów sumienia lub współczucia.

Tom chwycił jego szczękę, mocno, znów odwracając w swoim kierunku jego głowę.

- Przepraszam – powtórzył jeszcze raz, stanowczo. – Tak bardzo, jak tylko jestem w stanie, przepraszam. Byłem… w błędzie, robiąc ci go. – Horkruksa. – Powinienem cię posłuchać.

Harry milczał przez chwilę.

- Żegnasz się ze mną czy co? Nigdy nie przepraszasz, uważasz to za pozbawione sensu.

- Teraz to już jesteś po prostu uparty.

- To część mojej nowej, gorszej osobowości.

- Co, chcesz jeszcze jakieś kwiaty? – warknął nagle Tom. – Po prostu przyjmij te cholerne przeprosimy, które próbuję ci dać.

- Co, abyś mógł znów to zrobić? Zobaczyć, jak wiele razy możesz znów mnie do siebie przyciągnąć? Zobaczyć, jak zależny od ciebie jestem? – Harry niemal wykrzyczał to ostatnie, nagle wpadając we wściekłość.

Tom również zaczął krzyczeć gniewnie:

- Witaj w moim pieprzonym świecie, Złoty Chłopcze!

Zamarł, milcząc. Tom patrzył na niego ze wściekłością.

- Naprawdę myślisz, że tak bardzo starałbym się ciebie uratować, gdyby to nie było odwzajemnione?

- Ale… wczoraj…

- Nie lubię się mylić. Byłem wkurzony. Straciłem kontrolę. Naskoczyłem na ciebie. Czy nie mówiłem ci już wcześniej, że podczas gdy ty masz tendencję do wycofywania się, ja naskakuję i atakuję?

Harry przygryzł wargę. To była tak niewiarygodnie dziwna rozmowa…

Naprawdę nie chciał, by wszystko źle się między nimi zakończyło i, być może, Tom, wyczuwając to, również tego nie chciał, na wszelki wypadek…

- Coś o tym było chyba w ulotce opisującej wymagania na stanowisko przyjaciela psychopaty. – Wzruszył ramionami. Mały uśmieszek wykrzywił usta Toma, w jego spojrzeniu pojawiło się coś niemożliwego do rozszyfrowania.

I w następnej sekundzie, co niezwykłe, ale nie do końca niemile widziane (teraz to już brzmiał jak zupełny naiwniak!), ramiona zacisnęły się wokół niego, przyciągając go do siebie w niemal bolesnym w swojej zaciekłości uścisku. Po raz ostatni.

Zdecydował, że lepiej byłoby dla Toma, gdyby wszystko źle się skończyło. Wtedy byłoby mniej powodów do opłakiwania i może Riddle byłby wtedy na tyle wściekły, by nie robić wszystkiego, aby go zatrzymać.

W jego gardle pojawiła się gula.

Czy Tom w jakiś sposób dowiedział się o tym planie? Czy to dlatego zachowywał się… tak? Nie miał pojęcia.

On także przepraszał. Tak bardzo przepraszał. Przepraszał za to, że miał zamiar oszołomić Toma i przepraszał za wszystko, co za sobą zostawiał.

- Zrujnujesz swoją reputację – mruknął zamiast tego.

- Jesteś ważniejszy niż moja reputacja.

Harry czuł się zaskoczony, absolutnie zaskoczony, i spróbował cofnąć się, by zobaczyć twarz swojego przyjaciela. Tom nie pozwolił mu na to. Tom nigdy nie był tak miły.

Zaczął czuć się zdenerwowany, czuć strach. Kurwa.

- …masz jakiś środek uspokajający, którym dźgniesz mnie w plecy lub coś w tym stylu, prawda?

- Przepraszam, kochanie… naprawdę, ale… nie mogę pozwolić ci na zrealizowanie twojego planu.

Ciemność.


Lucjusz Malfoy wpadł do Wielkiej Sali, rozglądając się za Riddle'em lub Potterem. Abraxas zauważył go, natychmiast podchodząc. Rozległy się pomruki i wyjaśnienia, nauczyciele wstali od swojego stołu.

- Gdzie oni są? – zapytał, nie musząc wyjaśniać swojemu ojcu kim byli ci „oni". – Muszę natychmiast z nimi porozmawiać.

- Co się stało? – zażądał Abraxas, mocno chwytając jego ramiona. – Narcyza, czy ona…

- Czarny Pan jest gotów. Kieruje się teraz na Hogwart.