Na rozdział okiem bety spojrzała Himitsu - dziękuję!
neko246, taak, Voldemort zaatakował dokładnie wtedy, kiedy nie powinien. Biedny, biedny Harry. Co do twojej propozycji na tytuł - poniżej wytłumaczyłam coś, na co zupełnie zapomniałam wcześniej zwrócić uwagę. I właśnie z powodu tego małego szczegółu podany przez ciebie tytuł nie pasuje... Ale dziękuję za chęci :). Ja też jestem ze śląska, zatem pogoda, niestety, dokładnie taka sama - chociaż dzisiaj jest bardzo przyjemnie ciepło :). Tylko szkoda, iż wtedy właśnie, kiedy kończy się majówka... Tiuff, dziękuję za to, że spróbowałaś pomóc, jednak to dalej nie jest to... Poniżej umieściłam też jeszcze pewien szczegół dotyczący tytułu, o którym zapomniałam wcześniej powiedzieć... Siedem światów z tym tytułem :). I tak, naprawdę tylko tobie odpowiada taki Harry - ale przynajmniej, no właśnie, jesteś oryginalna ;). Evolution, musi być szybko, zdecydowanie musi wszystko dziać się szybko - to w końcu wyścig z czasem ;). Każdy walczy o to, by zrealizować swój plan i kiedy jest na to gotów, to nie baczy na to, czy cała reszta skończyła już swoje. Jeżeli cię oświeci w związku z tytułem, to daj znać, a na razie, cóż, pozostaniemy przy "Graczu Przeszłości"... I tak, kochany Zevi, to naprawdę jedna z najbardziej ciekawych postaci - tak przynajmniej sądzę. Dlatego mam nadzieję, że słyszy te zaproponowane przez ciebie gromkie brawa ;). Przyznam, że wcześniej nie zwróciłam uwagi na to, jak naprawdę dobrze wypowiedź Toma podsumowuje to, czego pragnie Zevi - ale masz całkowitą rację, tak właśnie jest! Twoje "wy tak na serio" mnie po prostu rozłożyło na łopatki. To było takie... wymowne :). Chociaż ja mimo wszystko obstawiam na to, że Tom mówił z głębi serca. Że naprawdę przepraszał. Twoje przemyślenia na temat planów były bardzo, bardzo ciekawe, ale zostawię je bez komentarza, aby niczego nie zdradzać :). Mam tylko nadzieję, że zakończenie, jakiekolwiek nie będzie, spodoba ci się - skoro mówisz, że masz duże wymagania... Cóż. Zobaczymy :). elain679, cieszę się, że rozdział ci się podobał :). Co do przeprosin Toma - ja szczerze wierzę, i swojego zdania nie zmienię, że Tom przepraszał szczerze. Nie wiem na czym to opieram, chyba na całym... ogóle. Po prostu nigdy nie pomyślałam o tym, że jego słowa mogłyby być nieprawdziwe... Wybacz, że pominęłam wiele aspektów twojego komentarza, ale każdy obejmował coś, czym mogłabym coś zdradzić. Keti, miło mi zatem słyszeć, że ci się podobały :). Tom dąży bezwzględnie do realizacji swojego planu, horkruks był wielka jego częścią, chociaż rzeczywiście nie było do końca wiadome, czy na pewno zdecyduje się go stworzyć :). Kogo plan wygra, oczywiście, nie powiem, ale dziękuję, że zdradziłaś swoje przypuszczenia :). I nie masz za co przepraszać - cieszę się, że skomentowałaś teraz ;). Himitsu, no tak, z tym pupilkiem to rzeczywiście była już lekka przesada... I może inne przykłady też nie były najlepsze, ale byłam zdesperowana, może to mnie trochę usprawiedliwia, co? ;) Ach! pomyślimy jeszcze nad tym, ewentualnie zrobię tak jak mówiłaś i przekonam się do gracza. Co się tyczy planu, też nie będę nic na jego temat pisała - chociaż, masz rację, twoje spojrzenie było oryginalne. Ja bym nigdy o czymś takim nawet nie pomyślała (najwyraźniej mam zbyt ograniczony umysł) ;). Ariano, tak myślisz? W takim razie mam nadzieję, że ci się spodoba :). Mahakao, tak, Tom musi wykorzystać każdą okazję - chociaż uważam, że sam fakt, że po przytuleniu oszołomił Harry'ego też jest uroczy. Taki... pasujący do Toma :). I jeszcze rezygnacja, z jaką Harry to zauważył (albo przynajmniej tak to sobie wyobrażam :)). Ale nieważne. Co do twojego pytania - w oryginale występuje "darling", które zazwyczaj tłumaczę jako "kochanie", "sweetheart", tłumaczone przeze mnie na skarbie i czasami jeszcze "sunshine". :) Veniti, całkowicie się zgadzam - chłopaki są absolutnie biedni. Szczególnie Harry, oszołomiony przez Toma w takim momencie. A Tom jest po prostu... no, Tomem. :)
No właśnie, Himitsu przypomniała mi o czymś, o czym zapomniałam wspomnieć w związku z tytułem - cały cykl "Ulubieńca" posiada tytuły, których budowa jest do siebie bardzo podobna: "Ulubieniec Losu", "Wybraniec Przeznaczenia", no i ten, być może, "Gracz Przeszłości". Jak widzicie, drugi człon tytułu - Los, Przeznaczenie, Przeszłość - został spersonifikowany. Wspomniana zatem Przeszłość musi być traktowana jako człowiek, natomiast człon "Player" wiązać z nią jakoś Harry'ego. Chociaż skoro mówicie, że "Gracz Przeszłości" nie jest taki zły, to może rzeczywiście najlepiej będzie pójść za radą Himitsu i nie bawić się w wymyślanie czegoś innego... Chociaż, niemniej jednak, jeżeli będziecie mieli jakieś pomysły, to proszę, podzielcie się nimi :).
Z całego serca dziękuję każdemu, kto skomentował poprzedni rozdział – bardzo cieszę się, że zwłaszcza teraz, przy końcu, dzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami na temat ogólnie pojętego „Ulubieńca". To naprawdę bardzo, bardzo miłe :).
Cicho napomknę, że pojawiła się nowa miniaturka w "Wybrańcu Przeznaczenia".
Często powtarza się teraz pewne pytanie, na które chcę udzielić jednoznacznej odpowiedzi: tak, przetłumaczę prequel i sequel "Ulubieńca Losu" (o ile oczywiście otrzymam zgodę, ale z tym nie powinno być problemów, gdyż The Fictionist bardzo entuzjastycznie podchodzi do nowych tłumaczeń :)).
I chciałam jeszcze tylko życzyć wszystkim maturzystom połamania piór - bez wątpienia świetnie dacie sobie radę!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto czterdziesty szósty
Harry zamrugał, całkowicie oszołomiony, jego kończyny wydawały się ważyć tony.
Gwałtownie wezwał na powierzchnię swoją magię, tylko po to, by natychmiast odzyskać całkowitą czujność, kiedy ostry ból przeszył całe jego ciało.
- Nie walcz – naszedł znajomy głos Toma, który siedział na krześle obok niego.
Harry znów zamrugał, próbując uporządkować swoje myśli. Ręce… nad jego głową… zakłute w kajdany, zawieszające go niewygodnie cal nad podłogą, wystarczająco nisko, by dotykał jej czubkami swoich palców, ale nie na tyle, by był w stanie samodzielnie się podeprzeć.
- Chyba, do cholery, żartujesz – warknął groźnie. – Naprawdę mnie przykułeś?
Ze złością rozejrzał się wokół siebie. Pokój Życzeń, nie było innej możliwości. Znów skierował wzrok na dziedzica Slytherina, zauważając, że chłopiec skupił się na swoim notatniku… zaklęciu czasu.
Próbował użyć zaklęcia, aby się uwolnić, ale znów ogarnął go gwałtowny ból, wywołujący bolesny syk, który wydostał się przez jego zaciśnięte zęby.
- Co do…
- Mówiłem, byś nie walczył – powiedział cicho Tom, zerkając na niego. – Łańcuchy wywołają u ciebie ból za każdym razem, gdy spróbujesz użyć magii.
- Jesteś chory – splunął.
Tom tylko podniósł na to brew, po czym zmarszczył ją lekko, spoglądając na ten cholerny notatnik, dopisując coś nowego, przepisując. Próbował wysunąć swoje ręce, ale metal zaciśnięty był zbyt ciasno, niemal przecinając jego skórę.
- Poważnie? – zażądał wściekle. – Zamierzasz tak po prostu sobie siedzieć, podczas gdy…
- Nie lubisz spędzać ze mną czasu? – zripostował lekko Riddle.
Spędzać czasu. Ha, kurwa, ha. Niemal warknął, próbując wziąć uspokajający oddech, próbując ignorować to, jak zła była ta sytuacja, a także jak bardzo był bezbronny.
- Puść mnie. – Brak odpowiedzi. – Tom, spuść mnie na ziemię, to nie jest śmieszne!
- Och, no nie wiem, Złoty Chłopcze, patrzenie jak się tak bezradnie wiercisz jest właściwie dość zabawne.
- Nie jestem bezradny! – warknął. Jasne. Przygryzł wargę, pragnąc móc potrzeć swoją pulsującą bólem głowę. – Słuchaj… - zaczął pewnie. – Rozumiem, że nie zgadzasz się z moim planem, ale to niedorzeczne…
- Rzeczywiście – mruknął Tom. – Nie powinienem musieć cię związywać, jakkolwiek zabawny jest to widok, by powstrzymać cię od rozdarcia na kawałki twojego umysłu. To niedorzeczne, większość ludzi ma więcej instynktu samozachowawczego. A teraz bądź cicho, muszę dokończyć to zaklęcie.
Harry wściekał się.
Jego szyja była dziwnie pusta – medalion znajdował się wokół szyi Toma, ale, na szczęście, cała reszta, prócz Nagini, była w trzymanym przez niego moleskinie. Młody Czarny Pan nie mógł ich wziąć, bez względu na to, jak bardzo chciał. Myślał gorączkowo, ani trochę nie zgadzając się na to, by pozwolić, aby tak to się skończyło.
Wydawało mu się, że znajdujące się we wewnętrznej kieszeni, napisane przez niego listy, palą mu skórę. Miał wszystko zaplanowane.
Nie mógł teraz przegrać, nie, kiedy był tak blisko!
- Jeśli mnie tutaj zatrzymasz, umrę – oświadczył bez ogródek, zanim Tom mógłby spróbować go uciszyć.
Chłopiec ucichł, to niebezpieczne spojrzenie znów się uniosło. Był w pokoju, który dawał mu wszystko, czego chciał, żądał, a jedyne co potrzebował, to czasu na to, by sobie tego zażyczyć…
- Blefujesz.
- Złożyłem Śmiertelną Przysięgę, Tom, tę umowę z Voldemortem… mówiłem ci, że to Śmiertelna Przysięga? Jeśli nie pójdę do niego, by pozwolić mu mnie zabić, i tak padnę trupem.
Właściwie, to zgodził się na to, by pozwolić się zabić Voldemortowi, co było bardziej bierne niż aktywne odszukanie Mrocznego Lorda. Tom jednak nie musiał tego wiedzieć.
- Kłamiesz.
Harry roześmiał się dziko.
- Chcesz poczekać i samemu się przekonać? – rzucił wyzywająco, jego spojrzenie pozostało twarde. – Sprawia to, że to wszystko jest nieco bezsensowne, ale przypuszczam, że efekt końcowy jest mniej więcej taki sam, po prostu wciąż zostaje ci problem poradzenia sobie z implodującą linią czasu i zwiększone prawdopodobieństwo zostania poddanego Obliviate.
Tom odłożył na bok pióro, chwilowo rozproszony. To dobrze.
- Kłamiesz – powtórzył bardziej miękko Riddle.
Ale jednak chłopiec zbliżył się do niego, wskazując w jego kierunku cisową różdżką. Wahał się. Tom za bardzo się o niego troszczył, by pozwolić mu umrzeć, by nie być pewnym. Świetnie. Mógł to wykorzystać.
- Co znaczy posiadanie jednocześnie horkruksa, jak i złożonej Śmiertelnej Przysięgi? – zapytał w odpowiedzi.
W następnej sekundzie pięści zacisnęły się na jego kołnierzu. Biorąc pod uwagę, że więzy podniosły jego ciało nieco wyżej niż zazwyczaj, ich twarze znajdowały się na jednym poziomie bez konieczności przekrzywienia którejś z głów. Różdżka przyciśnięta została do jego skroni.
- Legilimens.
Uniósł swoje tarcze oklumencyjne, nie pozwalając na ugięcie się. Nie poddały się. Uśmiechnął się zwycięsko.
- Nie musiałbyś się okludować, gdybyś nie kłamał – powiedział w końcu Tom, niebezpiecznie, ze śmiertelnym błyskiem w oczach.
- Niepodobne do ciebie jest ryzykowanie w takich sprawach, ale właściwie wszystko mi pod tym względem jedno. Utracenie zmysłów bez wątpienia byłoby przyjemniejsze, ale… sadystyczne tendencje, co?
Dziedzic Slytherina wyglądał na bardziej wściekłego niż kiedykolwiek wcześniej.
- Nie może cię zabić, jeżeli w ogóle nigdy nie będzie istniał – syknął Tom.
- Czy… - W następnej sekundzie usłyszeli głos, który wydawał się rozbrzmieć w każdym kącie pokoju, szeptane echo:
- Czas się skończył, Harry… przyjdź i graj ze mną albo pójdę i cię znajdę, zabijając wszystkich, którzy staną mi na drodze.
Harry przełknął ślinę.
Naprawdę miał gdzieś całą resztę szkoły, ale jego przyjaciele będą tymi, którzy zapłacą cenę za wtrącanie się. Czas zacząć udawać swoją śmierć.
Pozwolił sobie opaść na łańcuchach, nie musząc udawać odczuwania przez siebie mdłości, gdyż były one prawdziwe. Oczy Toma rozszerzyły się na to.
- Naprawdę nawiązałeś Śmiertelną Przysięgę. Przysięgnij, przysięgnij, że to zrobiłeś. – Dziedzic Slytherina potrząsał nim mocno, knykciami naciskając na jego gardło. Ciepło.
- Przysięgam, że zawarłem z Voldemortem Śmiertelną Przysięgę, która zapewnia mi śmierć.
Poczuł iskierkę magii, która potwierdzała prawdziwość jego słów i Tom wciągnął ostry oddech, wyglądając na zranionego.
- Niech cię szlag! – szepnął.
A następnie Tom skierował się ku drzwiom… zostawiając go związanego.
- Co ty robisz? – zawołał za nim Harry, rozwścieczony.
- Zabiję go, tym samym łamiąc przysięgę.
Kurwa. To wszystko niszczyło.
- Tom…
Drzwi zatrzasnęły się za nim.
Musiał się wydostać. Całe szczęście, że miał wysoką tolerancję na ból.
Uważnie trzymając swoje tarcze oklumencyjne na miejscu, wyciągnął na wierzch swoją magię i krzyknął.
Hermiona nigdy nie czuła się tak przerażona, słowa Voldemorta rozbrzmiewały bezlitośnie w jej głowie.
Cała szkoła panikowała, że Mroczna Armia gromadzi się zaraz za jej granicami, nauczyciele gorączkowo nakładali na bramy wejściowe wspólnie tarcze i zabezpieczenia przeciwko tej ogromnej sile.
Czuła się niemal chora ze świadomości, że nigdzie nie było widać Harry'ego i prawdopodobnie planował on pójść spotkać się z Mrocznym Lordem. Samemu.
Gdzie oni byli?
Sekundę później otrzymała częściową odpowiedź, kiedy pojawił się szturmujący przez korytarz Riddle, z mocno ściskaną różdżką i ponuro zdeterminowanym wyrazem na twarzy. Podbiegła do niego, podążając za Ronem.
- Gdzie Harry? – dopytywała się.
- Niedysponowany – powiedział krótko. – Zejdź mi z drogi.
Weszła mu w drogę, nie do końca wiedząc dlaczego, ale wiedząc, że musiała go ogłuszyć, opóźnić. To było niezwykle ważne.
Zaczął przechodzić obok niej, tylko po to, by Ron również wszedł mu w drogę, wskazując różdżką na dziedzica Slytherina.
- Rusz się! – rozkazał Riddle, jego głos ociekał niebezpieczeństwem, sprawiając, że włosy stanęły jej na karku. Była bardzo zaskoczona, że jeszcze ich nie przeklął.
- Bo co? – rzucił Ron. – Gdzie Harry? Co mu zrobiłeś?
- Próbuję uratować mu życie – warknął Tom. – Rusz się.
- Nie umrze, powiedział nam tak – stwierdziła z przekonaniem.
Z bezwzględną pewnością czuła również, że z Harrym będzie wszystko w porządku, chociaż zarazem nie była do końca pewna pochodzenia tego przekonania.
- On kłamie. Często. Szczególnie w sprawach dotyczących swojego zdrowia. Jego los stoi na skraju czegoś gorszego niż śmierć… na litość boską, Granger, jeśli się nie ruszysz…
- Jak to możliwe, że w takim razie jeszcze nas nie przekląłeś? – rzucił wyzywająco Ron, z nieprzyjemnym wyrazem twarzy. – Nie powinieneś być mistrzem różdżki? I gdzie, tak w ogóle, pędzisz, pragniesz dołączyć do boku swojego przyszłego ja?
Ron nigdy nie zgadzał się z nią w sprawie niezaprzeczalnej słabości Toma względem Harry'ego. Zawsze myślał, że potajemnie infiltrował on ich stronę, gotów do tego, by w odpowiednim czasie oddać ich przyjaciela w ręce Voldemorta. Na początku się z nim zgadzała, ale teraz…
- Nie mam na to czasu! – warknął Riddle, wyraz jego twarzy był mroczny, szczęka zaciśnięta, skóra pobladła. Dziko.
- Drętwota.
Tom uniknął klątwy szybciej, niż mogłaby sobie wyobrazić, jego oczy zabłysły, ale jednak wciąż ich nie przeklął.
Zaczęła się nad tym zastanawiać. Wcześniej był okrutny w wypowiadanych na ich temat obelgach i dość skłonny do tego, by w jakiś sposób im zagrozić.
A jednak wraz z biegiem czasu zauważyła, że całkowicie tego zaprzestał. Zastanawiała się, czy Harry miał z tym cokolwiek wspólnego, może jakąś umowę lub coś w tym stylu. Ze szkieletu informacji, jakie niechętnie podawał im jej najlepszy przyjaciel, wydawali się mieć oni między sobą wiele złożonych obietnic.
- Powinnaś być inteligentna… - zaczął.
Chęć do ogłuszenia go wzrosła i zaczęła czuć strach, nie będąc do końca pewną czy w pełni siebie kontrolowała.
Nie było widać żadnego z jego Ślizgońskich sługusów, gdyż rozpaczliwie przeszukiwali oni lochy i zamek w poszukiwaniu swojego przywódcy.
Promień czerwonego światła wystrzelił z jej różdżki i niesamowicie imponujące było to, że udało mu się uniknąć jej z tak bliskiej odległości, jego różdżka natychmiast przywołała tarczę, a ciało ułożyło się w pozycji do pojedynkowania.
W następnej sekundzie klątwy leciały w ich kierunku; ale były one neutralne, a nie mroczne, jakie wiedziała, że wolał. Miały na celu obezwładnienie ich, ale nie zranienie.
Była zdumiona mocą nadchodzących zaklęć, były one znacznie potężniejsze niż normalnie i następowały po sobie bardzo szybko i płynnie, co nie było ani trochę podobne do większości przeciwników, którym miała okazję stawić czoła. W szkole, z czego zadała sobie sprawę, ludzie mieli tendencję do naprzemiennego odgrywania „bitwy", ale Riddle nie miał takiego obowiązku.
Gdzie był Harry?
Chwilę później dostała swoją odpowiedź.
To było trudne, ale dzięki pomocy Pokoju Życzeń, Harry zdołał się oswobodzić. Jego ciało wciąż drżało z bólu i był całkowicie pewny, że spowodował, iż łańcuchy wywoływały ból podobny do Crucio.
Opadł, zwijając się na podłodze, prawie jęcząc z bólu. To było ryzykowne; gdyby był prawdziwym więźniem, łańcuchy najprawdopodobniej mogłyby go zabić, ale podejrzewał, że Tom zaniechał tego z powodu faktu, iż był w stanie posunąć się do tego stanu.
Trudno było skoncentrować się do tego stopnia, by użyć magii do uwolnienia się, a także dowiedzieć się, jak to zrobić, ale… dobrze radził sobie z bólem. Przez niesamowicie długi czas swojego życia odczuwał agonię wywołaną przez Voldemorta. W porównaniu do niej, to nie było takie złe.
Bolały go mięśnie, głowa pulsowała i zatoczył się o kilka kroków, niemal upadając na ziemię. Jego skóra mrowiła uciążliwie.
Nie miał na to czasu, podniósł się, pomimo że kolana się pod nim uginały, a następnie zamarł, kiedy coś nowego pojawiło się w pokoju.
Czerwień.
Przypominajka!
Niemal zupełnie o niej zapomniał.
Pochwycił ją, wpychając do swojego moleskinu, by później się jej przyjrzeć. Poza tym i tak potrzebował czegoś, w czym mógłby umieścić wspomnienia Voldemorta, a przypominajka, którą zamówił, jeszcze nie przybyła.
Teraz musiał zdobyć od Toma medalion i pierścień.
Proszę, niech nie będzie za późno!
Wybiegł z pokoju, kierując się schodami, prawie potykając się w pośpiechu, ignorując krzyki i wołania mijanych przez niego uczniów.
Po raz pierwszy od czasu stworzenia horkruksa zmagał się z tym, by na tyle poskładać swój zniszczony umysł, aby przez swoje połączenie z chłopcem znaleźć Toma. Hol wejściowy.
- Harry! – wykrzyknął z ulgą Ron. Niemal zaklął z irytacji, kiedy Tom okręcił się na pięcie, rozbrajając jego przyjaciół w ułamku sekundy, w czasie której zostali rozproszeni.
Pierwsza zasada Toma: nie możesz pozwolić sobie, by nie koncentrować się na nim w jego towarzystwie. Ron i Hermiona chwilę później opadli, oszołomieni, a cała uwaga Toma groźnie skierowała się na niego.
- Zawsze byłeś śliski, kochanie – mruknął chłopiec, nie brzmiąc na zaskoczonego, a jedynie rozdrażnionego.
- Dobrze radzę sobie z bólem – zripostował Harry. Powoli zaczęli krążyć wokół siebie. Rozpaczliwie próbował zapamiętać twarz swojego przyjaciela. - Czas się skończył, Tom – kontynuował spokojnie. – Nie jesteś gotowy, twoje zaklęcie nie jest skończone.
- Byłbym gotów w przeciągu pół godziny – odparł Tom. – Gdybyś mógł tylko powstrzymać się w tym czasie od zostania zranionym.
- Przykro mi – oświadczył zamiast tego.
Fioletowe oczy były przeszywające, przenikając każdy cal jego ciała. Mimowolnie zaczął zastanawiać się, czy był to ostatni raz, kiedy się widzieli.
Zauważył Zeviego i Abraxasa – przymuszonych – zbliżających się za Tomem.
- Proszę, nie rób tego.
To „proszę" dźgnęło w niego mocno, bo chociaż głos Riddle'a był spokojny i neutralny, to „proszę" wyciągnęło na wierzch jego prawdziwe znaczenie i intencję. Błaganie.
Harry przełknął ciężko ślinę, pragnąc krzyczeć i szlochać. Zdobył się jednak tylko na smutny uśmiech.
- Dziękuję, za wszystko.
- Ha…
- Drętwota!
Zevi z absolutnym przerażeniem wpatrywał się w swoją różdżkę, nie wiedząc, dlaczego to zrobił.
O Salazarze, właśnie oszołomił Toma! Jego Pan go zabije!
Harry rzucił się do przodu, kiedy Tom opadł, łapiąc go, wytrzymując jego ciężar, różdżka z trzaskiem wypadła z jego dłoni, kiedy przytulił głowę dziedzica Slytherina, delikatnie kładąc go na podłogę.
Przez chwilę siedział na kolanach obok młodego Czarnego Pana, spoglądając na niego z bolesnym wyrazem twarzy. Zevi czuł się nieswojo, patrząc na to, wydawało się to zbyt wrażliwe i otwarte, i rozpaczliwe, by mogły znieść to ludzkie oczy.
Harry wyglądał, jakby jego świat rozpadł się na kawałeczki, a serce zostało złamane.
Udręczone, zielone oczy zamknęły się na sekundę, a kiedy znów się otworzyły, ten wyraz zniknął, zastąpiony przez bezemocjonalną maskę.
Były twarde i zimne jak lód. Być może jego emocje były zbyt bolesne, by mógł je odczuwać.
- Zmusiłeś mnie do oszołomienia go – oskarżył cicho.
Harry po raz pierwszy podniósł na nich wzrok.
- Tak – potwierdził. – Nie mogłem pozwolić, by mnie zatrzymał, a oczekiwał, że to ja rzucę zaklęcie.
- Nie miałeś prawa.
Harry jedynie wydał z siebie dziwny dźwięk, a coś podobnego do uśmiechu na chwilę pojawiło się na jego ustach.
A następnie wyjął kilka listów, rzucając mu dwa (jeden z nazwą Alpharda) i jeden do Abraxasa. Chwilę później odwrócił się, upuszczając po liście na swoich Gryfonów, Granger i Weasleya.
A potem znów się odwrócił, spuszczając wzrok z powrotem na nieprzytomnego Czarnego Pana, wciąż siedząc obok niego na kolanach.
Zsunął z jego palca pierścień i ściągnął medalion z jego szyi, ostrożnie podnosząc jego głowę, by móc go usunąć.
Opuścił na niego ostatni list, jak gdyby w zamian, syknął w wężomowie coś, co było przeznaczone oczywiście tylko dla uszów Toma, nawet jeśli ten nigdy nie będzie w stanie usłyszeć tych słów z powodu swojej nieświadomości.
W końcu, Harry wstał, wyraz jego twarzy stał się zdecydowany.
- Oszołomcie go, kiedy się obudzi, umrze, jeśli pójdzie za mną. Na waszym miejscu przeczytałbym te listy raczej wcześniej niż później… Żegnam.
Och nie. Krew Zeviego zawrzała, zaschło mu w ustach.
- Nie możesz go tak po prostu zostawić! – syknął, wskazując gwałtownie na Toma. Harry nie odwrócił się, ale jego głos był bardziej zdławiony niż niemożliwy do odczytania wyraz twarzy.
- Muszę… Proszę, dbajcie o niego dla mnie.
Harry wpatrywał się w falę armii Mrocznego Lorda, po czym skoncentrował się wyłącznie na samym mężczyźnie. Szkarłatne oczy przeszywały jego skórę, pełne nienawiści i chłodu, a także czegoś jeszcze zupełnie innego.
- Dobry chłopczyk, Harry! – zaświergotała znajdująca się za nim Bellatrix. Obaj ją zignorowali.
- Gdzie Tom? – zapytał niemal łagodnie Voldemort, przyglądając mu się oceniająco. Żołądek Harry'ego zacisnął się na myśl o jego przyjacielu. Przepraszam Tom, tak bardzo przepraszam, że to musi skończyć się w ten sposób.
- Miejmy to już za sobą.
Rzucił horkruksy na wolną przestrzeń między nimi.
Nadszedł czas, by to zakończyć.
