Betowała, oczywiście, Himitsu - dziękuję! :)
Miałam zamiar wrzucić ten rozdział rano, ale nieszczęśliwy przypadek sprawił, że pozbawiona byłam prądu w obwodzie, który zapewnia mi dostęp do internetu, zatem wrzucam go dopiero teraz, kiedy poradziłam sobie z tym problemem.
Ale dziękuję, dziękuje z całego swojego serca za wasze komentarze. Były niezwykłe, cudowne i magiczne - tak interesujące, że jestem pewna, iż oczy świeciły mi się w trakcie ich czytania. Dziękuję wszystkim, którzy wyrazili w niej swoją opinię.
Ariano, powiem, że to bardzo przyjemne do usłyszenia wyznanie :). Cieszę się, w każdym razie, że rozdział ci się spodobał... elain679, taak, ale myślę, że to już ostatni raz w tym opowiadaniu - dzisiejsze zakończenie uznaję za dość przejrzyste. Cieszę się, że spodobały ci się listy, bo ja je po prostu uwielbiam :). Harry swoje wyrzuty sumienia gromadził już od jakiegoś czasu, poza tym nie można zapominać, że posiadając horkruksa mimo wszystko pozostał po części sobą. Co do sprawy dziennika - Harry był świadomy, że jedna z cząstek duszy Voldemorta jest już niemożliwa do odzyskania, dlatego tak bardzo pilnował Marvola i tego, aby ten nie został przez Toma zniszczony. Gdyby tak było, to złożenie duszy Voldemorta byłoby bezsensowne, gdyż zmiana byłaby zbyt duża. I zgodzę się co do tego, że Tom był strasznie rozemocjonowany, co, co u niego dziwne, nieco zaburzało jego zdolności do trzeźwego spojrzenia na sytuację. Odpowiadając na pytanie - masz rację, Harry nie ma umysłu jednorocznego dziecka :). A przyjaciółkę serdecznie ode mnie pozdrów i powiedz, że bardzo miło mi słyszeć takie słowa. Edge, nic nie szkodzi - jest to całkowicie zrozumiałe, w obecnym społeczeństwie chyba niestety wszyscy cierpią na brak czasu ;). Cieszę się w każdym razie, że rozdziały ci się podobały - i cicho przyznam się, że mnie również ciężko będzie się pożegnać z tym tłumaczeniem... Co się tyczy natomiast oszołomienia Toma - Riddle zwracał całą swoja uwagę na Harry'ego, pamiętajmy, że nigdy nikt inny tak naprawdę nie tworzył mu zagrożenia. Nie pomyślał o tym, że Harry mógł zadbać o to, aby ktoś inny - Zevi - zajął się rzuceniem na Toma odpowiedniego zaklęcia... AliceSz, miło słyszeć, że listy ci się spodobały - ja je uwielbiam i cieszę się, że podzielasz moje zdanie :). Nonny, na początek powiem, że bardzo miło mi cię poznać :). I od razu podziękuję za tak miłe słowa. Tak naprawdę aż nie wiem, co powiedzieć, taka się czuję przez nie... zawstydzona? Evolution, nie chciałam nikogo doprowadzić do płaczu... Chociaż cieszę się, że podobał ci się rozdział... i że podzielasz moje spojrzenie na te listy - bo ja również je uwielbiam. I masz rację, wystarczyło tylko, aby chłopaki spróbowały razem się nad tym zastanowić - chociaż, najwyraźniej, zrobienie tego nie mogło być takie proste. Poza tym... Czy Harry zgodziłby się na to, aby Tom umieścił w nim swoją duszę? Ale zgadzam się, wielka wdzięczność należy się Lunie. Mówiłam, że to postać, na którą warto zwrócić uwagę ;). Co natomiast tyczy się im aktualnych możliwości zrobienia czegokolwiek - na to odpowie dzisiejszy rozdział, zatem sama to na razie przemilczę. I znowu, odpowiedź na to, jak zmiana wpłynęła na Voldemorta, również będzie dzisiaj. I oczywiście, że Harry pomyślał o innych - Harry zawsze myśli o innych. O wszystkich, prócz samego siebie. I najwyraźniej nawet horkruks nie był w stanie tego zmienić. Odpowiadając jednak na twoje pytanie - bo wtedy miałby wiszącego mu nad głową Voldemorta, z którym musiałby coś zrobić. Poza tym... czy Tom zgodziłby się zrobić sobie sobowtóra? Powielić - stworzyć /kolejną/ wersję - samego siebie? I jeszcze jeden aspekt - pamiętajmy, że sobowtóry nie są tak naprawdę prawdziwym Zevim czy Abraxasem. Możliwe, że rola, jaką miał do spełnienia Tom w swoim życiu, była zbyt wielka, aby mógł zrealizować ją ktokolwiek, kto nie jest nim w stu procentach. Cieszę się, że uratowało ci się uratować komentarz :). List do Toma również uważam za coś wspaniałego i ogólnie podzielam twoje zdanie na jego temat :). Co do listów - Harry już ofiarował je tym, do kogo miały one trafić, nie może tego odwrócić, a jeżeli te osoby nie zginą, to z pewnością będą w stanie je przeczytać. Star1012, no to na początek powiem, że miło mi cię poznać :). Cieszę się, że uważasz tłumaczenie za dobre, bo to wiele dla mnie znaczy (bądź co bądź, wciąż jest to pierwsze tłumaczenie, jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek publikuję...). Rozbieżności mogą być również wynikiem moich błędów, z całą pewnością nie jestem nieomylna, niemniej jednak mam tylko nadzieję, że nie były one w żaden sposób znaczące i że mogę spać ze spokojnym sumieniem :). Dziękuję za zagłosowanie w ankiecie, zapisałam sobie twój głos i z pewnością wezmę go pod uwagę :). Seshi, nie ma za co dziękować ;). I cieszę się, że z taką ciekawością czekasz na to, co się wydarzy dalej - mam nadzieję, że ci się to spodoba... Veritaseria, cieszę się, że rozdział ci się podobał - tak bardzo, iż uznałaś go za jeden z najlepszych. Naprawdę było miło mi to słyszeć :). Co do Luny - niestety nigdy się tego nie dowiemy. Ona po prostu... wie pewne rzeczy. Tak jak wie, iż istnieją chrapaki krętorogie. Luna jest po prostu wyjątkowa... I zgadzam się co do tego, że horkruksy są poplątane. Rozdział naprawdę chciałam, chciałam wrzucić szybko - jednak, jak widać, siła wyższa pragnęła zrobić coś innego... Veniti, och, miło mi słyszeć, że aż tak bardzo spodobał ci się ten rozdział :). I listy. Bo listy również niesamowicie uwielbiam. A ostatnie dni rzeczywiście były słoneczne, najwyraźniej twoje życzenia się sprawdziły :). Tina, nie chciałam, aby ktoś płakał... Oczywiście czuję się zaszczycona, że tekst wywołał u ciebie tak wielkie emocje, niemniej jednak nie chciałam łez... I tak, w końcu rozwiązała się sprawa z przypominajką :). No, mniej więcej. Listy, przyznam, również bardzo lubię, zatem jak najbardziej podpisuję się pod twoimi słowami. Interpretację tytułu do tekstu pozostawiam każdemu, aczkolwiek Los rzeczywiście może pasować do Luny. Oczywiście nie dosłownie, ale metaforycznie... ale to już, jak powiedziałam, zostawiam interpretacji własnej ;). Mahakao, czy Tomowi zaszkodziło podzielenie duszy, tego nie powiem - jedyne, co cicho napomknę, to iż musiał on podzielić ją bardziej niż Harry. Nie tylko załatał swoją duszą dziurę, jaką stworzył w duszy Harry'ego, on także wypełnił miejsca, które zajmowała dusza Voldemorta. Zatem myślę, że spokojnie mogę powiedzieć, iż horkruks Toma jest większy niż ten Harry'ego. I tak, była przypominajka w domu Potterów - na razie nic o niej więcej nie powiem, jeżeli ktoś będzie miał po ostatnim rozdziale co do tego wątpliwości, to wytłumaczę to jeszcze, kiedy będę odpowiadała na inne pytania, jeżeli jakieś w ogóle się pojawią... CaffeLatte, staram się jak mogę, wiem, ze czekanie w takim momencie jest niezwykle irytujące ;).
Nie licząc rozdziału poniższego, to został jeszcze jeden rozdział. Tak na wypadek, gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości ;).
Miłego czytania!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto czterdziesty ósmy
Przez chwilę, czując na sobie ciężar zbliżającej się konfrontacji, żaden z nich nic nie mówił ani nie robił, wszyscy zamarli. Harry poczuł, jak szarpnięty zostaje z miejsca, które zajmował przed Tomem. Głowa Voldemorta przechyliła się do tyłu, kiedy mężczyzna obserwował ich obu.
- No, no, nie ma potrzeby, byście się tak wrogo nastawiali – wymruczał. – Nie chcę teraz, by którykolwiek z was został zraniony.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się z niedowierzania. Co?
- Dlaczego mielibyśmy ci uwierzyć? – syknął Tom równie zimnym tonem. Ich głosy brzmiały tak samo, wszystko w nich wydawało się takie samo… za wyjątkiem stroju.
- Cóż, myślę, że nie macie szczególnych powodów, aby mi wierzyć, więc nie przestawajcie wskazywać na mnie różdżką, jeśli sprawia wam to taką przyjemność… - zadrwił Voldemort. – Nie, żeby było to bardzo groźne, zważywszy na to, że obaj wyglądacie jakbyście mieli zaraz zemdleć z powodu magicznego wyczerpania. – Czarny Pan krążył wokół nich, szaty ciągnęły się za nim miękko po ziemi. Harry wykręcał się, by nie oderwać od niego wzroku, niech szlag trafi jego dumę. – Spójrzcie na siebie, bogowie, nie myślicie chyba, że możecie mnie pokonać? Och, myślicie. Czarujące.
- Czego chcesz? – przerwał Harry, wytrącony z równowagi. Oczy Toma przyszpilały ostro mężczyznę, chociaż czyste zmęczenie sprawiło, że były trochę przeszklone.
- W tej chwili? Chcę, by Tom dał mi zaklęcie czasu, nad którym bez wątpienia pracował… to był twój plan, prawda? Cofnąć się w czasie i mnie zniszczyć – ton głosu Voldemorta pociemniał okrutnie, mściwie. – Prawie tak zły jak Pottera, z tą całą piekielną pętlą czasu.
Tom zesztywniał. Harry poczuł się idiotycznie, nie znając jego ukrytego planu i zmrużył oczy.
- Chcesz cofnąć się w czasie? – zweryfikował, marszcząc brwi. Ale aby to zadziało, to… Och. Kurwa. – I zmienić historię. Po prostu zaczniesz od nowa z całą swoją wiedzą o przeszłości.
Oczy Voldemorta błysnęły.
- Zawsze mówiłem, że nie jesteś głupi, kochanie.
- Nie nazywaj mnie tak! – warknął.
Jeśli Voldemort wróciłby w sposób, w jaki to sobie zaplanował, ze swoimi wspomnieniami, przyszłość wymazałaby się na nową rzeczywistość, a wraz z nią i oni. Voldemort po prostu zabierze życie Toma i przeżyje je sam, a Riddle… przestanie istnieć, kiedy linia czasu nie utrzyma się tak, jak zakładał to jego plan.
- Zrobisz to po moim trupie.
- Można by to załatwić – powiedział leniwie Voldemort. – Ale… nie sądzę, bym to zrobił.
Tom syknął obok niego, dziko.
- Nie waż się go przetrzymywać!
Uśmieszek pojawił się na twarzy Czarnego Pana.
- A jak zamierzasz mnie powstrzymać, dzieciaku? Ledwo udaje ci się nie zamknąć swoich oczu, co zamierzasz zrobić, zemdleć na mnie?
Przetrzymywać go…?
- Dlaczego chcesz, bym z tobą poszedł? – domagał się odpowiedzi Harry, oszołomiony. Twarz Voldemorta wykrzywiła się.
- Tylko dlatego, że zamierzam usunąć Toma bezboleśnie, nie oznacza, iż tobie zamierzam zaproponowaćto samo, Potter.
- Powiedziałeś, że nie chcesz nas zranić – stwierdził stanowczo Riddle.
- Cóż, nie stanie ci się krzywda, po prostu nie będziesz istnieć. Właściwie, to nie zamierzam go zranić, śmiem twierdzić, że zrobię wszystko, by zachować go przy życiu, aby mieć prawdziwą przyjemność z zajęcia się nim później.
Harry czuł mdłości podchodzące mu do gardła.
- Wolałbym raczej umrzeć z Tomem, niż przeżyć choćby jedną sekundę z tobą! – splunął. Voldemort spojrzał na niego chłodno.
- Liczyłem na to.
Uchwyt Toma na jego ramieniu zacisnął się, parząc, pozbywając go czucia i boląc, przesuwając jak najdalej od Voldemorta. Harry spojrzał w bok, prawie okazując zdziwienie, kiedy jedna z dłoni owinęła się wokół jego szyi, a palce niemal łagodnie nacisnęły na jego tętno.
Żołądek Harry'ego ścisnął się.
- Zabiję go, zanim uda ci się go zabrać – stwierdził Tom, bardzo spokojnie, śmiertelnie.
- T… - zaczął. Mroczny Lord roześmiał się szaleńczo.
- W takim razie uduś go, jeśli masz wystarczająco siły, aby to zrobić.
Wzrok Toma przeniósł się na niego i chłopak wyglądał na całkowicie rozdartego. Nieznacznie skinął głową. Naprawdę miał na myśli to, co mówił. Wolałby raczej umrzeć, niż pójść z Voldemortem na całą wieczność tortur, to przepełniłoby czarę jego własnej tortury.
Tych kilka sekund wydawało się trwać wiecznie.
W następnej chwili różdżka została przyciśnięta do jego skroni, ręka trzymająca go szarpnęła jego głową, nie, żeby to planował. Zaschło mu w ustach. Było coś w oczach Toma…
- Avada Kedavra.
Przez chwilę wpatrywał się w Pottera i młodszą wersję samego siebie.
Nie spodziewał się, że Tom naprawdę to zrobi, to absurdalne. Był pewien, że tego nie zrobi. Obaj mogli być niesłychanie małostkowi i zaborczy, ale nie myślał… dziwne uczucie pojawiło się w jego brzuchu. Nie rozumiał tego. Tom nie patrzył na niego, łagodnie opuszczając zwiotczałe ciało na ziemię, palcami przeczesując włosy chłopca, pochylając głowę nad zwłokami. Nie mógł w to uwierzyć. On… nie… on…
- Zabiłeś go – oświadczył, oszołomiony.
Chłopiec, Który Przeżył… martwy. Nie mógł w to uwierzyć. Poszukał ich połączenia, ale było całkowicie czarne, nieistniejące. Martwe.
- Mówiłem, że to zrobię – odpowiedział Tom.
Zmarszczył czoło. Ruszył do przodu, tylko po to, by po chwili, pomimo swojego słabego stanu, jego młodsze ja niemal zbiło go z nóg; niewybaczalny wydawał się pozbawić go resztek sił. Jeśli rzuciłby teraz chociażby „Wingardium Leviosa", był pewien, że Tom umarłby z powodu wyczerpania swojego rdzenia magicznego. Łatwizna.
Zamiast tego, ponownie podniósł różdżkę.
Po prostu chciał to już skończyć, dość Harry'ego Pottera Evansa i tego Toma Riddle'a, który na każdym kroku dręczy go i z niego szydzi. Nienawidził dzieciaka. Był żałosnym uosobieniem wszystkiego, czego usiłował uniknąć, kiedy po raz pierwszy zdecydował się stworzyć horkruksy.
Oczy Toma wciąż skierowane były na martwego bohatera, po czym stanął on na nogi, zataczając się ze zmęczenia, za pierwszym razem ponownie upadając.
W końcu stanęli naprzeciw siebie.
Sami. Całkowicie sami.
Jego wróg w końcu został zniszczony. Uśmiech zaczął wykrzywiać jego wargi, śmiech wymykać z jego ust. Wybraniec odszedł.
- Gratulacje – powiedział cicho. – Po prostu wygrałeś dla mnie tę wojnę.
- Niczego bez niego nie wygrałeś.
Roześmiał się na to. Jak żałosne było to, co powiedział! Jak absurdalne!
- Zawsze wiedziałem, że go w końcu zniszczysz.
Tom zacisnął szczękę, mocno, jego oczy rozbłysły. Ponownie się roześmiał, po czym powstrzymał swoje rozbawienie. Czuł się bardzo obco, dziwnie było ponownie mieć swoją duszę w całości.
Było w nim tak wiele emocji, do których nie był przyzwyczajony i jego błędy wydawały się bardziej oczywiste. Być może potrzebował tylko tej jednej pętli czasu, aby znaleźć nową drogę podtrzymującą jego nieśmiertelność. Podniósł różdżkę, kierując ją na klatkę piersiową chłopaka, przywołując zaklęcie czasu z kieszeni Pottera.
Oczy Toma rozszerzyły się.
- Co robisz? – Chłopiec zrobił chwiejny krok do tyłu.
- Dlaczego kiedykolwiek ponownie miałbym tobą być? – zadrwił. – Baw się dobrze w 1942.
- Zostaniesz zniszczony, nigdy się tobą nie stanę…
- Nigdy byś się mną nie stał, gdyby Harry tam z tobą był – przerwał swojemu odpowiednikowi, obserwując, jak zmienia się wyraz twarzy Toma. – Ale pozbyłeś się jedynej rzeczy, która powstrzymywała Toma Riddle'a od stania się Voldemortem… i możesz mówić teraz, że będziesz unikać stania się mną, ale mylisz się. Podzielisz swoją duszę i zniszczysz swoje człowieczeństwo, rosnąc aż do momentu, w którym obudzisz się i spojrzysz w lustro czerwonymi oczami.
Tom stanie się nim, a on, sam, pozostanie tutaj. Pętla czasu zakończy się teraz, w miejscu, od którego mógłby ją kontynuować.
- Nie muszę nawet sprawiać, że zapomnisz, sam sobie to zrobisz i chętnie się mną staniesz, bo wiesz, że to jedyna możliwa droga ucieczki od wspomnień z tego roku i wszystkiego, co sprawiło, że pragnąłeś, by był żywy…
- …bo ty tego nie pamiętasz, nie pamiętasz tego roku i wszystkiego, co się między nami stało.
- Dokładnie – zaznaczył z zadowoleniem.
Ku jego zdziwieniu, Tom uśmiechnął się nagle, szyderczo, ponuro, okrutnie, cała postawa jego ciała zmieniła się.
- Fascynującą rzeczą w morderczym zaklęciu jest to, że podobnie jak ze wszystkimi niewybaczalnymi, musisz chcieć tego, co robią, by zadziałały.
Zamarł, wpatrując się w chłopca, z okropnym uczuciem strachu, zrozumieniem. Nie… NIE!
- Obiecałem, że nigdy nie pozwolę mu odejść… prawda, Harry?
Obrócił się, z różdżką w dłoni, tylko po to, by ciemność ogarnęła go chwilę po tym, jak usłyszał szeptem wypowiedziane zaklęcie:
- Obliviate.
Harry runął na ziemię, całkowicie zszokowany, zaciskając oczy. Nie był martwy. Czuł uderzenie zaklęcia, ale nie był martwy. Poczuł jak Tom opuszcza go na podłogę, palcami przeczesując jego włosy, szepcząc prosto do jego ucha.
- Graj ze mną…
Następnie Tom ponownie się od niego odsunął.
Utrzymywał swoją twarz całkowicie gładką, rozluźnioną, zauważając, że Tom nie manewrował nim w taki sposób, aby jego twarz nie była bezpośrednio widoczna.
Słuchał ich rozmowy, jego wściekłość rosła, kiedy Voldemort ujawnił swój plan.
Złym ruchem było powiedzenie, że jego Tom miałby kiedykolwiek stać się Voldemortem.
Rzucił na siebie zaklęcie, które odwracało od niego uwagę, prawie mdlejąc, kiedy jego głowa zawirowała z magicznego wyczerpania i podniósł się, obserwując Voldemorta, kiedy ten pławił się w swoim zwycięstwie, śmiejąc się.
Nakierował swoją różdżkę, bardzo ostrożnie, wiedząc, że ma tylko jedną szansę i nie może sobie pozwolić na błąd.
Oczy Toma w końcu przesunęły się na niego, tak bardzo, bardzo żywe, olśniewające.
Powinien wiedzieć, że dziedzic Slytherina nigdy go w taki sposób nie zabije. To byłoby zbył bliskie poddania się, a młodemu Czarnemu Panu zajęło zbyt wiele trudu utrzymanie go żywego. Po prostu tak łatwo było wątpić w to, że ktokolwiek mógłby wystarczająco o niego dbać i robić to tak intensywnie, jak robił to Tom, nawet jeśli sam czuł względem niego to samo.
- Obiecałem, że nigdy nie pozwolę mu odejść… prawda, Harry?
- Obliviate.
Voldemort upadł między nimi na ziemię. Czuł jak uchodzi z niego ostatnia cząstka energii i prawie wylądował na upadłym Mrocznym Lordzie.
Cząstką umysłu mógł wyczuć, jak jego przyjaciele zaczynają pędzić w ich kierunku z, co dziwne, grupą śmierciożerców… po fakcie.
Typowe. Miał chociaż Toma. To było wszystko, czego potrzebował.
Chłopiec opadł na trawę obok niego, już z niemal całkowicie zamkniętymi oczami, pokonany przez wyczerpanie, teraz, kiedy wszystkie bezpośrednie zagrożenia i adrenalina zniknęły.
- Tworzymy oszałamiającą drużynę – mruknął Harry z małym uśmiechem. Tom uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Cały czas ci to mówiłem, kochanie.
Zanurzyli się w ciemności.
Albus Dumbledore zatrzymał się na widok obrazu, rozprzestrzeniającego się przed jego oczami.
Tom… albo raczej Voldemort-Tom w szatach, leżał na ziemi, z różdżką niedaleko od swojej dłoni.
Riddle i Harry byli około metr dalej, także nieprzytomni, z wyraźnymi znakami magicznego wyczerpania, obróceni w swoim kierunku, wystarczająco blisko, by mógł z pełną świadomością stwierdzić, że nie upadli w taki sposób.
Obaj wyglądali na poobijanych i jego serce ścisnęło się z przerażenia na pentagram i pozostałości Czarnej Magii, która spustoszyła teren wokół nich.
Szybko podjął decyzję, ignorując pannę Granger i pana Weasleya, tak samo jak pierwotnych śmierciożerców, a nawet niektórych aktualnych, tłoczących się wokół duetu – ci ostatni bardziej wyczekująco, bojąc się podejść zbyt blisko, uważnie się mu przypatrując.
To było zbyt piękne, aby to schrzanić.
Mógł sprawić, że Tom zajmie miejsce Voldemorta i wysłać go z powrotem do przeszłości, do której należał (wspomnienia wymazać w taki sposób, aby nie wrócił) oraz zabić Mrocznego Lorda. Byli zbyt niebezpieczni, by mogli żyć.
Ale Harry… czy Harry musiał umrzeć? Chłopiec miał teraz zapewnie umysł około jednorocznego dziecka, pozbycie się go byłoby zbyteczne.
Mógł cofnąć wiek chłopca i dać go Syriuszowi oraz Remusowi, aby mógł mieć dobre, szczęśliwe, pogodne dzieciństwo, na jakie zasłużył. Jakby nie patrzeć, był tylko pionkiem w intrygach pana Riddle'a i nie był niczemu winny.
Tak czy inaczej, horkruks zniknął i zawsze mógł później poradzić sobie z dzieciakiem, jeśli ten znów wydawałby się podatny na takie mroczne pokusy mimo tego, że nie byłby pod wpływem młodego Czarnego Pana.
Tak, tak właśnie będzie.
Podniósł różdżkę, tylko po to, by wymknęła się ona z jego ręki. Obrócił się, aby udzielić nagany i odzyskać ja z powrotem, po czym zamarł.
Różdżki.
Różdżki, ciemne i jasne, młode i stare, wskazywały na niego ze wszystkich stron. Gryfoni wyglądali na niepewnych, ale, ku jego przerażeniu, wzięli przykład ze Ślizgonów i pozostali zdecydowani. Domy nie mogły zjednoczyć się w bardziej nieodpowiednim momencie. Śmierciożercy i członkowie Zakonu stanęli razem.
Świat oszalał!
- Odsuń się od mojego chrześniaka! – warknął Syriusz. Znajdujący się obok niego Remus w każdym calu przypominał wilka – łagodny, zmanierowany człowiek zniknął!
- Już wystarczająco wtrącałeś się w ich sprawy! – oświadczył stanowczo Alphard Black.
- …jeśli zamierzałeś zaatakować to biedne dziecko!... – Minerva. Oskarżenia stawały się coraz głośniejsze, bardziej oszalałe, wściekłe, niebezpieczne.
- Wiesz – powiedział chłodno Abraxas Malfoy – znałem kiedyś chłopca o imieniu Cygnus Lestrange. On także próbował wtrącać się między Toma a Harry'ego.
Prince uśmiechnął się niemal szaleńczo.
- Czy kiedykolwiek słyszałeś o tym, co się z nim stało?
Niektóre rzeczy odkrywa się zbyt późno.
