Witam! :3 Na wstępie chciałabym podziękować wszystkim czytającym lurkom i mocno przytulić komentujących! Recenzje naprawdę są moim paliwem :) Zgodnie z moim postanowieniem, rozdziały powinny pojawiać się mniej więcej co dwa tygodnie, ale niedługo wakacje, więc wiadomo, jak to jest :)
Pociągnęłam moją dużą czarną walizkę na szczyt wzgórza i się o nią oparłam. Westchnęłam głęboko. Wielogodzinna podróż naprawdę mnie wykończyła. Najpierw lot samolotem z przesiadką w Los Angeles, gdzie czekałam ponad trzy godziny na lot do Seulu. Tam przeczekałam kolejne cztery godziny i z Seulu dotarłam do Zhengzhou. Tam spotkałam się z przyjacielem, który podrzucił mnie do Dengfeng. Stamtąd było już tylko piętnaście kilometrów do punktu końcowego wędrówki. Pokonałam je spokojną wędrówką przy State Road 207. Ale opłacało się.
Przede mną stał niesamowity klasztor Shaolin. Ogromna świątynia z pozłacanymi skrajami dachu lśniła w blasku księżyca. Dokładnie obejrzałam także pozostałe budynki przypominające miejsce wyciszenia. Tak jak tamta składały się z szarobiałych ścian i dachu pokrytego jakby granatowymi łuskami. To wszystko otaczał niezbyt wysoki mur złożony z wielkich, białych bloków.
Przeniosłam wzrok wyżej, na księżyc. Była pełnia. Wokół jasnego koła migały jasne punkciki – gwiazdy. Idealna atmosfera dla zakochanych, co?
Znowu westchnęłam. Ciepłe powietrze wyleciało z moich płuc tworząc białą mgiełkę. Jak na majową noc było całkiem zimno. No cóż – klimat górski robie swoje. Poprawiłam moją kurtkę i ruszyłam. Po dwóch dniach męczącej drogi – świątynio Shaolin, nadchodzę!
Dopiero stojąc przy murze zaczęłam zastanawiać się, jak wejdę. Ledwie podniosłam ciężką walizkę i jakoś położyłam na przeszkodzie.
Mam nadzieję, że nic nie zbiję, pomyślałam przed popchnięciem jej na drugą stronę.
Szczęśliwie usłyszałam tylko krótki huk. Zdecydowanie zbyt cichy, aby kogoś obudzić. Teraz pozostało najgorsze – przedostać się do środka.
Zbadałam mur. Niestety nie miał żadnych szczelin, w których mogłabym oprzeć stopy. Próbowałam podskoczyć, ale byłam za niska. Spojrzałam z nadzieję na pobliskie drzewo. Rozpięłam swoją dżinsową katankę, aby wygodniej było mi poruszać rękoma i zaczęłam się wspinać. Nie było to trudne, ponieważ pierwszą gałąź rosła dość nisko. Wystarczyło wejść jeszcze jedno „piętro" wyżej. Stąd mogłam już z łatwością przeskoczyć mur.
Otarłam brudne od kory dłonie po drugiej stronie. Pociągnęłam rączkę walizki i powoli przeciągnęłam ją w kierunku świątyni. Dzięki pełni księżyca widziałam wszystko bez problemów. Tak tez przebiegała moja dotychczasowa obecność w klasztorze. Dopiero gdy weszłam do jednego z budynków, napotkałam przeszkodzę.
- Mistrzu Fung – schyliłam głowę. – Mam nadzieję, że cię nie zbudziłam.
- Oczekiwałem cię – odpowiedział spokojnie. – Przygotowałem pokój.
- Musiało być w nim tonę kurzu – stwierdziłam pogodnie. – Dziękuję, mistrzu. Mam nadzieję, że to nie był duży problem.
- Młodzi mnisi nie wiedzą o twoim przyjeździe, choć jeden coś podejrzewa – odparł. – Tak jak już wspomniałem, sam przygotowałem pokój. Niestety obawiam się, że nigdy o tobie nie słyszeli. Pośrednio czy bezpośrednio.
- Jeszcze się zdziwisz – mrugnęłam do niego. – Poza tym, przecież przynajmniej jeden z nich mnie zna.
- Z całą pewnością – potwierdził moje słowa. – Teraz radzę ci udać się na spoczynek. Jutro nikt nie da ci spokoju.
- Skoro tak twierdzisz – wzruszyłam ramionami. – Wobec tego idę.
Mistrz skinął głową. W połowie drogi odwrócił się jednak i oznajmił:
- Smoki i tak wybyły na poszukiwanie Shen Gong Wu, więc twoje skradanie było bezcelowe. A w murze jest brama. Otwarta.
Z moich ust wyrwał się cichy chichot. Pokręciłam głową z szerokim uśmiechem na ustach i położyłam dłoń na shoji.
- Dobranoc, mistrzu – pożegnałam mnicha, wchodząc do pokoju.
Był urządzony skromnie – na podłodze, w centrum pomieszczenia, leżało łóżko japońskie w stylu susanoh wykonane z drewna sosnowego. Na nim leżała mała poduszka i koc. W lewym rogu pokoju stała dość mała szafa. Po jej prawej stronie zostało ułożone parę wielkich drewnianych szkatuł. Były ozdobione pięknymi malowidłami smoków i kwiatów. Nisko pod sufitem wisiała lampa przypominająca lampion. Oprócz tego w pokoju nie znajdowało się nic.
Postawiłam walizkę przy szafie. Teraz nie miałam już sił na wypakowywanie swoich rzeczy. Ściągnęłam kurtkę.
W końcu tu dotarłam, pomyślałam. Po tak długiej podróży w końcu tu jestem. Niewiarygodne.
Położyłam się na twardej macie. Było mi trochę niewygodnie, ale pocieszałam się myślą, że to dobre dla kręgosłupa.
Sen przyszedł szybko. Nie musiałam długo na niego czekać – ledwie ułożyłam głowę na poduszce, a spłynął do mnie jak krople deszczu na szybie.
Po przebudzeniu długo nie mogłam przypomnieć sobie gdzie jestem. Dopiero gdy wbiłam wzrok w płótno wypełniające shoji połączyłam wszystkie wspomnienia.
Klasztor Shaolin, to jest to.
Podniosłam się na łóżku i wyciągnęłam ręce do góry. Nieźle pospałam – w pokoju było jasno. Widocznie spotkanie integracyjne przewidziano na wieczór.
Postanowiłam zabrać się za rozpakowywanie walizki. Wszystko wskazywało na to, że jakiś czas tu pobędę. Złapałam parę ubrań i otworzyłam szafę. W środku wisiało parę kimon w różnych kolorach. Pojedynczo przesunęłam je na lewo. Zostały uporządkowane od eleganckich po te mniej formalne. Na samym końcu znalazłam czarny strój ćwiczebny. Składał się ze spodni oraz bluzy stworzonej na wzór tradycyjnego mundurku chińskiego. Nogawki, podobnie jak obwód talii, wykończono gumką, natomiast stójkę, mankiety i dół bluzy granatową tasiemką.
Rzuciłam go na matę i nałożyłam parę swoich koszul na wieszaki. Spodnie ułożyłam na dnie szafy. W walizce została tylko kosmetyczka, buty i parę drobiazgów.
Wyłożyłam kosmetyczkę i pozwoliłam ciału spaść na łóżko. Zaczęłam zastanawiać się, czy mogę wyjść. Marzyłam o prysznicu, ale nie chciałam pozbawić mistrza Funga szansy przedstawienia mnie, czy cokolwiek planuje. Powinnam czekać na jego pozwolenie, czy tu siedzieć?
Problem z głowy, pomyślałam słysząc pukanie. Czy on czytał mi w myślach?
- Proszę – powiedziałam podnosząc się do góry.
- Mnisi ponownie wyruszyli na poszukiwania Shen Gong Wu – przywitał mnie Fung.
- Ja także się wyspałam, dziękuję – mruknęłam. – Czy to znaczy, że mogę wyjść?
- Tak. Jak tylko mnisi wrócą z pewnością cię z nimi zapoznam – odpowiedział. – Tymczasem zostawiam cię samej sobie.
- Rozumiem, dziękuję – oznajmiłam spokojnie. Mistrz Fung skinął głową i wyszedł.
Chwyciłam kosmetyczkę. Nie mogłam wytrzymać, aż popędzę pod prysznic. W mgnieniu oka już byłam w łazience. Uważałam, aby nie poślizgnąć się na śliskich kafelkach w kolorze ecru przy wychodzeniu z kabiny. Rozłożyłam mały ręcznik, żeby móc postawić na nim stopy. Szybko wytarłam włosy i ubrałam strój. Wyciągnęłam z kosmetyczki gumkę i związałam wilgotne włosy w kucyk. Chwilę wpatrywałam się w moje odbicie w lustrze. Już dawno nie wyglądałam tak poważnie.
Burczenie brzucha uciszyłam niedługo potem. Nie zjadłam zbyt wiele – zadowoliłam się paroma owocami i szklanką wody. Po tym skromnym śniadaniu wróciłam do pokoju. Ułożyłam koc, postawiłam walizkę na szafie. Posprzątałam wszystko, co się dało. Widocznie szukanie tych całych Shen Gong Wu zabierało trochę czasu. Postanowiłam wyjść na małe zwiedzanie klasztoru.
Przez noc okolica ani trochę się nie zmieniła. Przeciwnie – wszystko wyglądało tak spokojnie i statecznie, jakby miało przetrwać kolejne piętnaście wieków. Dzięki temu uczuciu robiło mi się cieplej na sercu.
Może to działanie tego muru, pomyślałam, a na moich ustach pojawił się uśmiech.
Przesunęłam wzrok od wczorajszej przeszkody wyżej, na niebo. Wiosenne słońce zachęcało do przebywania na dworze. Tylko parę małych chmurek i lekki wiatr przeszkadzał w pełni rozkoszować się wspaniałą przygodą. Prawie każda biała mgiełka przypominała mi inną rzecz. Zauważyłam jakiś czarny punkt przesuwający się w prawo. Z każdą chwilą był coraz większy. W końcu urósł na tyle, że widziałam, co to jest.
Ogromny smok, na którym ktoś leciał.
Leciał coraz niżej, a ja widziałam coraz więcej szczegółów jego wyglądu. Było to potężne stworzenie pokryte błyszczącymi łuskami w kolorze soczystej zieleni. Miało jedynie przednie łapy zakończone ostrymi pazurami. Oprócz tylnich kończyn brakowało mu także skrzydeł. Ciekawe jak utrzymywał się w powietrzu?
Smok spokojnie wylądował na placu przede mną. Spostrzegłam też mistrza Funga stojącego koło mnie. Skąd on tutaj się wziął? W tamtej chwili nie przejmowałam się tym za bardzo. Moje serce wyrywało się z piersi. W całym ciele czułam jego mocne pulsowanie, a w uszach dudniło mi jak nigdy.
Ze smoka zeskoczyli oni – sławne Smoki Xiaolinu. Byli młodzi, a jednak wyglądali bardzo dumnie. Na czele stał wysoki szczupły chłopak. Jego kasztanowe włosy komponowały się z opaloną cerą i wesołym uśmiechem. Spoglądał na świat przenikliwym spojrzeniem dzięki zielonym oczom. Koło niego stał wyższy, potężnie zbudowany blondyn. Na głowie nosił kowbojski kapelusz, którzy rzucał cień na jego twarz ozdobioną piegami. Z drugiej strony bruneta szła drobna Azjatka. Jej jaskrawoniebieskie włosy opadały na ramiona splecione w luźne warkocze. Miała delikatne, japońskie rysy twarzy, ale z pewnością nie bladą cerę. Jej ciało pokrywała lekka opalenizna, zapewne wynik długich treningów na słońcu. Z tyłu stał początkowo niezauważalny, niski Chińczyk. Wyglądał jak prawdziwy stereotypowy mnich. Na jego okrągłej głowie nie rósł ani jeden włos. Mimo to roztaczał wokół siebie niesamowitą aurę. Wyglądał bardzo przyjaźnie.
Na pewno byli zaskoczeni moją obecnością. Widziałam to po ich minach. Jednakże chwilę potem przybrali zwyczajny wyraz twarzy.
- Mnisi – zaczął Fung i popchnął mnie delikatnie do przodu. – Chciałbym wam przedstawić Meiliye Shenmi.
