Bardzo przepraszam was za tak długą przerwę, ale najpierw miałam problemy z netem...a potem brak czasu itd. ._.
I tak zaznaczam: to nie będzie żaden trójkącik ;p
Rozdział 5
- Wszystko zaczęło się w czwartej klasie. Nagłe wyładowania mocy wokół mnie zaczęły niepokoić rodziców i nauczycieli. Nie potrafiłem tego kontrolować. Czułem nieokiełznaną siłę pod swoją skórą i wiedziałem, że jestem w stanie zrobić dosłownie wszystko. To było ekscytujące, ale też przerażające. Wystarczyła jedna, gwałtowna reakcja i wszystkie szyby w oknach wylatywały w powietrze. Chciałem to zakończyć, ale nie wiedziałem jak. Hermiona doradziła mi, abym zaczął medytować. Pomogło. Podczas tych uspokajających zabiegów moja moc zdawała się ulegać i stopować, co spowodowało, iż po pewnym czasie nauczyłem się w pełni ją kontrolować. Z zaskoczeniem zauważyłem, że bezróżdżkowa magia przychodzi mi z taką samą łatwością jak złapanie znicza podczas meczu ze Ślizgonami. - Harry uśmiechnął się lekko. Siedział w gabinecie nauczyciela obrony i opowiadał mu historię swego dziedzictwa. Nie musiał tego robić, ale coś kazało mu opowiedzieć o wszystkim temu mężczyźnie. - Moja zwiększona moc była fantastyczna, ale niektórzy nie podzielali mojej radości. Moi rodzice zakazali mi ukazywania swoich umiejętności ze względu na to, że nie wiedzieli, co jest przyczyną tej nagłej ewolucji mojej magii. Poza tym osoby z wielką mocą nie są zbyt dobrze postrzegane przez społeczeństwo...ludzie ciągle boją się Mrocznych Panów i przeraża ich coś, czego większość nie potrafi. Dlatego zachowywałem to dla siebie.
- Aż do mojej lekcji. - wtrącił Tom i uśmiechnął się drwiąco.
- Sprowokował mnie pan. - odpowiedział Harry i uśmiechnął się szczerze.
- Czyżby? - jedna z brwi profesora powędrowała ku górze.
Zielonooki wywrócił tylko oczami i kontynuował swoją historię:
- Podczas przerwy świątecznej odwiedził nas profesor Dumbledore. Powiedział wtedy, że ma pewną teorię dotyczącą nagłego wzrostu mojej magii. Według niego moja mama miała być potomkinią samego Salazara. Matka wychowała się w mugolskiej rodzinie, więc wydawało się być to niedorzecznym pomysłem. Niemniej jednak, dyrektor i moja mama zaczęli prowadzić badania. Przeszukiwali różne drzewa genealogiczne, stare dokumenty rodzinne, ale ich poszukiwania spełzły na niczym. W tym samym czasie dowiedziałem się, że jestem dziedzicem Godryka Gryffindora. To był szok. Nigdy nie wpadłbym na pomysł, że rodzina Potterów jest spokrewniona z jednym z założycieli tej szkoły. Nadal nie wiem dlaczego rodzice ukrywali to przede mną. Mimo wszystko, to była świetna wiadomość. Uczucie towarzyszące świadomości, że jest się potomkiem kogoś tak potężnego było niesamowite. - na twarzy bruneta pojawił się leniwy uśmiech, gdy przypomniał sobie ten szczególny okres w swoim życiu. Złote oczy zabłysły na ten widok. - Pewnego dnia dyrektor wezwał mnie do gabinetu. Powiedział, że ma dla nas wspaniałą wiadomość. Wkrótce potem, gdy pojawili się moi rodzice, Dumbledore oświadczył, że znalazł papiery dowodzące, iż moja matka była adoptowana. Okazało się, że młoda czarownica o nazwisku Calls podrzuciła dziecko do sierocińca i zniknęła. Kobieta ta pochodziła z rodu Slytherina. W tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem potomkiem nie jednego, a dwóch założycieli tej szkoły. - zakończył swoją opowieść i spojrzał w oczy swojego nauczyciela. Było tam zainteresowanie, podekscytowanie i coś jeszcze, ale nie potrafił określić, co dokładnie.
- Ale skąd te wiadomości? Jak Dumbledore dowiedział się, że twoja prawdziwa babcia była czarodziejką?
- Cóż...nigdy nam tego nie powiedział...mama posiada w swojej biblioteczce dokumenty, które przyniósł jej profesor, ale ja nigdy ich nie widziałem...
Niebezpieczny błysk pojawił się w złotych oczach mężczyzny. Brązowowłosy pochylił się nad biurkiem i spojrzał prosto w zielone tęczówki swojego ucznia.
- Panie Potter...czy mógłby pan przynieść mi te dokumenty? - powiedział powoli, przeciągając każdą sylabę.
- Musiałbym je wykraść...
- Z pewnością. - złote oczy błyszczały. - Więc? - posłał brunetowi zniewalający uśmiech.
- Cóż...sądzę, że mógłbym spróbować. - Harry uśmiechnął się lekko. Było w tym mężczyźnie coś, co nie pozwalało mu na odmowę. Poza tym on sam już nie raz starał się to wszystko zrozumieć, więc może teraz jest na to szansa?
- Cudownie. - wymruczał starszy czarodziej i rozsiadł się wygodnie na krześle. Rzucił okiem na zegarek i na jego twarzy pojawiło się zdziwienie. Wskazówki przedstawiały wpół do dwunastej.
- Myślę, że musi pan iść, panie Potter. Już dawno po ciszy nocnej. - jednym machnięciem ręki złotooki wyczarował dla bruneta przepustkę i wskazał drzwi. Na twarzy młodzieńca również można było zauważyć zaskoczenie. Nie wiedział, że spędził w tym gabinecie ponad trzy godziny. Rozmowa z tym człowiekiem była taka przyjemna...a czas płynął tak szybko...
- E...taaak...do widzenia profesorze. - wydukał i wyszedł z gabinetu, czując jak z niewiadomych przyczyn, uginają się pod nim kolana.
Nauczyciel obrony wpatrywał się jeszcze przez jakiś czas w drzwi, za którymi zniknął jego interesujący uczeń. Wszystko, co mu dzisiaj powiedział zielonooki Gryfon było...intrygujące. A więc ten stary głupiec był w to zamieszany? Ale dlaczego to wszystko wydawało się tak mało prawdopodobne? I czemu nazwisko Evans zdawało się być znajome?
Evans, Evans, Evans...
Wspomnienia uderzyły w Toma z taką siłą, że aż zamknął oczy z wrażenia.
Tom Marvolo Riddle stał w kącie pokoju wspólnego Slytherinu i spod przymrużonych powiek spoglądał na nowego ucznia Hogwartu. Wydarzenia z Ceremonii Przydziału bardzo go zaskoczyły i zastanawiał się w jaki sposób zbliżyć się do chłopaka. Musiał się czegoś o nim dowiedzieć. Jeśli to co mówiła Tiara Przydziału jest prawdą, musi mieć go po swojej stronie. Razem byliby niepokonani. Pewnym krokiem podszedł do długowłosego i zlustrował go wzrokiem. Nowy Ślizgon był przystojny. Długie, czarne włosy zawiązane w luźny kucyk, zielone, błyszczące oczy, ładnie ukształtowane ciało, pełne, różowe wargi i niski wzrost, przez który chłopak wydawał się być delikatny i niewinny. Nic bardziej mylnego. Tom wciąż pamiętał to mroczne spojrzenie, którym obrzucił go zielonooki podczas uczty. Zadrżał na to wspomnienie. Stanął dokładnie przed czarnowłosym i odważnie spojrzał w te zielone tęczówki. Te oczy były porażające...wdzierały się w duszę, obezwładniały i wiązały...przerażały go.
- Nazywam się Tom Riddle. Jestem prefektem Slytherinu. - był wdzięczny za to, że jego głos nie okazywał zdenerwowania jakie odczuwał w tamtej chwili. Chłopak zlustrował go wzrokiem, dokładnie prześlizgując się po jego chudej sylwetce, aż wreszcie dotarł do twarzy i odpowiedział twardo:
- Evans. Elliot Evans. - Coś mrocznego pojawiło się w jego oczach...jakby nienawiść. Złotooki poczuł się zdezorientowany tym nagłym przypływem negatywnych uczuć do swojej osoby.
Co ja ci zrobiłem Evans? Czyżbyś tak szybko oceniał ludzi?
Nowy Ślizgon puścił jego dłoń i odwracając się na pięcie, odszedł, pozostawiając za sobą zamyślonego prefekta.
Tom w jednej chwili zerwał się ze swojego miejsca i czym prędzej pobiegł do swojej własnej biblioteki. Przypominał sobie...wreszcie sobie przypominał... I jeśli to okaże się być prawdą, to zabije tego pieprzonego starca, po prostu go zabije!
Harry wracał powoli do wieży Gryffindoru, a jego myśli krążyły wokół profesora Riddle. Mężczyzna był fascynujący. Gdy zadawał pytania lub opowiadał o czymś, co go interesowało, jego oczy błyszczały i można było w nich dostrzec prawdziwe szczęście. Jego twarz wydawała się wtedy jeszcze młodsza i piękniejsza. Zielonookiemu podobał się ten widok. To było coś, co uderzyło w niego pod koniec ich spotkania i to z taką siłą, że ugięły się pod nim kolana. Cóż...to była niespodziewana wiadomość. W jednej chwili zdał sobie sprawę, że istnieje możliwość iż jest gejem. Ewentualnie biseksualistą.
Harry westchnął. Nie miał ochoty na rozmyślanie o swojej orientacji. Był zmęczony całym tym dniem i jedyne o czym marzył to o ciepłym łóżku w wieży Gryfonów. Przechodził właśnie obok jednej z pustych klas, gdy do jego uszu dotarło głośne przekleństwo. Zaciekawiony, podszedł do lekko uchylonych drzwi i zajrzał do środka. To co zobaczył, zaskoczyło go. Blond włosy chłopak stał na środku pomieszczenia i ciężko dyszał, trzymając w jednej ręce różdżkę, a w drugiej kawałek czekolady. Jego mokre od potu włosy przykleiły się do czoła i zarumienionych policzków, a oddech był ciężki i przyspieszony. Wyglądał na wykończonego. Jednakże mimo swojego stanu podniósł różdżkę i z zaskakującą jak na jego stan, siłą, wykrzyknął:
- Expecto Patronum! - z końca jego różdżki wyleciało delikatne, złote światełko, ale nie minęło nawet parę sekund, a już zniknęło. Wykończony chłopak upadł na kolana i ugryzł kawałek mlecznej czekolady. Czarnowłosy czarodziej stojący po drugiej stronie przyglądał się tej scenie z zainteresowaniem, a w jego głowie już rodził się plan, jakby tu pomóc temu głupiemu Ślizgonowi. Trzeba przyznać, że w ostatnim czasie ich stosunki się poprawiły, a poza tym Harry chciał zobaczyć minę profesora, gdy ten ujrzy patronusa Dracona. Tak, to zdecydowanie było tego warte. Jednakże jego zmęczenie było tak wielkie, że postanowił wprowadzić swój plan w życie dopiero jutro. Teraz marzył już tylko o ciepłym i wygodnym łóżku.
Tom wypowiedział formułkę zaklęcia i machnął różdżką, a wokół niego pojawiły się jasnoniebieskie, zaplątane wstęgi, które powoli zaczęły się rozplątywać. Złotooki opadł na fotel i przymknął oczy. Już dawno nie rzucał tak starych i zabierających tyle energii, zaklęć. To było jedno z tych starożytnych, które miały długie formuły zazwyczaj zapisane w runach lub elfich znakach i pobierały wiele magii, wyczerpując czarodzieja. Niektóre potrafiły nawet zabić, jeśli osoba, która je rzucała nie miała zbyt wiele mocy.
Z zamkniętymi oczami czekał, aż ostatnia wstęga rozwiąże się, a gdy to nastąpiło, w jego ciało wpłynęła złota kula energii. Marvolo sapnął i już po chwili w jego głowie pojawiły się przeróżne obrazy, wywołując silny ból głowy. Posługując się swoją leglimencją, Tom wyłowił odpowiednie wspomnienie i skupił na nim całą swoją moc. Po kilku sekundach mógł już w spokoju pogrążyć się we wspomnieniach:
Tom Riddle wbiegł do gabinetu profesora Dumbledore i na jednym wydechu wykrzyknął:
- Profesorze, musi pan coś zrobić! Elliot zniknął! Przeszukałem całą szkołę, ale jego nie ma! - jego głos był nerwowy i drżący, a oddech urywany. Czerwone policzki, zaszklone oczy i zgarbiona postawa ukazywały całkowicie złamanego chłopca, który usilnie próbował odnaleźć swojego ukochanego. Nauczyciel siedzący za biurkiem spojrzał na niego z zainteresowaniem, a w jego oczach migotały wesołe iskierki.
- Dlaczego przychodzisz z tym do mnie, a nie do dyrektora? - zapytał z zaciekawieniem.
Złotooki Ślizgon opadł na fotel naprzeciwko biurka i westchnął:
- To z panem miał zawsze najlepszy kontakt... Dlaczego jego rzeczy zniknęły? Wie pan coś na ten temat? - spojrzał na starszego czarodzieja, a jego oczy wyrażały desperację.
Tom Riddle nigdy nie prosił, nie błagał, nie pragnął. Ale w tym momencie jedyne co się liczyło to odnalezienie jego kochanego Elliota. Ten chłopak wywrócił jego życie do góry nogami i całkowicie zmienił jego światopogląd. Czarnowłosy Elliot Evans był jego płomykiem w ciemności, nadzieją na lepsze jutro i złotooki wiedział, że bez niego nie da rady. Całe jego dotychczasowe życie straci swój sens, gdy tego chłopaka nie będzie obok.
Brązowowłosy spojrzał z wyczekiwaniem na nauczyciela transmutacji i wtedy to zauważył. Ten błysk w oku. Nie taki zwyczajny jak zawsze, ale taki, który oznaczał tajemnicę.
Tom pochylił się nad biurkiem, a w jego oczach pojawiła się żądza mordu.
- GDZIE ON JEST?! - wysyczał.
- Tom...Elliot musiał wyjechać z kraju...nie powiedział ci o tym, ponieważ...Merlinie, to takie trudne... - westchnął i ukrył twarz w dłoniach. Tom patrzył na niego ze zdezorientowaniem.
O co mu znowu chodzi? - pomyślał.
Dumbledore spojrzał na niego tym przeszywającym wzrokiem, a następnie jego twarz stała się poważniejsza i jakby surowsza.
- Chłopcze, nie będę cię okłamywał. Elliot był szpiegiem Grinderwalda. Został przeze mnie wykryty i wydalony ze szkoły.
Marvolo spojrzał na niego i warknął:
- Nie wierzę ci! - nawet nie zwrócił uwagi na to, że zwrócił się do nauczyciela na "ty".
- Jak chcesz, Tom. To twój wybór. Ale to jeszcze nie koniec. Grinderwald słyszał o tobie i twoich zdolnościach...możliwe, że poczuł się zagrożony i dlatego wysłał do nas Evansa, aby...rozkochał cię w sobie i w odpowiednim momencie zaprowadził do swojego pana.
Marvolo patrzył na profesora, ale nie widział go. Przed sobą miał twarz ukochanego, który uśmiechał się do niego, uczył się, kochał się z nim, walczył... I to wszystko miało okazać się kłamstwem? Ale to wydawało się być takie prawdziwe i szczere...
Jaki ja byłem głupi. - pomyślał i zerwał się fotela.
- Znajdę go. I zabiję. - wysyczał, a w jego oczach pojawiły się czerwone błyski.
- NIE! - głos profesora rozbrzmiał w całym pomieszczeniu wywołując u Toma totalne zaskoczenie. - Nie pozwolę ci się zmienić. - w tej samej chwili wokół chłopca pojawiło się niebieskie światło i wdarło się w jego ciało, wywołując zamęt w głowie. Potem była już tylko ciemność.
Po policzku mężczyzny spływały słone łzy, spowodowane gorzkim wspomnieniem. Jego kochany czarnowłosy był szpiegiem... Nie pamiętał o tym. Dubledore rzucił na niego starożytne zaklęcie zapomnienia, które działało w całkowicie inny sposób niż Obliviate. Oczywiście wymazywało pamięć, ale nie tak jak w przypadku tego powszechnego zaklęcia, gdzie można usunąć nawet całe życie przez jedno machnięcie różdżki. Ono usuwało wyszczególnione wspomnienia, które zostały wybrane przez osobę rzucającą. Staruszek sprawił, że złotooki zapomniał o tej rozmowie, zapomniał o tym, że Elliot chodził wcześniej do Durmstrangu (co zapewne było kłamstwem) oraz o tym jak brzmiało jego nazwisko (pewnie zmyślone). To wspomnienie było jak grom z nieba i sprawiło, że serce Toma rozpadło się na tysiące małych kawałeczków, a zasklepiona rana jaka pojawiła się po zniknięciu bruneta, otworzyła się na nowo.
Profesor obrony ukrył twarz w swoich dłoniach i załkał bezgłośnie. Po tylu latach...po pieprzonych pięćdziesięciu latach dowiedział się, że kochał człowieka, który go wykorzystał w najgorszy możliwy sposób. To bolało, to cholernie bolało. Tom wiedział, że musiał się zastanowić nad tym, czy już ma zabić Dumbledore'a, czy może jeszcze poczekać. Musiał również pomyśleć nad rodziną Salazara, nad Harry'm i całą resztą dotyczącą tej głupiej szkoły, ale teraz nie miał na to siły. Powlókł się do łóżka i rzucił na nie, pogrążając się we wszechogarniającej rozpaczy.
Złotooki mężczyzna otworzył powoli swoje oczy i przetarł je lekko. Wspomnienia zaczęły na nowo do niego napływać, ale tym razem był spokojny. Pół nocy nie spał, płacząc i użalając się nad sobą. Gdy już trochę się uspokoił, zaczął rozsądnie myśleć i doszedł do wniosku, że czas oddzielić swoje dawne życie od tego, jakie ma teraz. Nie mógł żyć przeszłością. Musiał pozwolić sobie na zapomnienie i ukojenie swojego zmaltretowanego serca. Wtedy w jego głowie pojawił się obraz czarnowłosego Gryfona, tak podobnego do Elliota, a jednocześnie tak różnego. Dopiero po ostatnim wieczorze, Tom zaczął zauważać te drobne, ale jakże znaczące, różnice. Z twarzy byłego Ślizgona nigdy nie można było nic odczytać, była zima i pusta, a twarz Harry'ego pełna życia i różnorakich emocji. Elliot nie posiadał też pewności siebie i był bardzo zakompleksiony (o ile to była prawda), tak różny od pewnego siebie Gryfona, który raczej nie posiadał takich problemów. Poza tym ich włosy, blizna na czole, te wszystkie szczegóły odróżniały silnego chłopca z Gryffindoru od zakłamanego szpiega ze Slytherinu. Czyżby ten dzieciak, tak różny od niego samego, mógł dać mu wyczekiwane zapomnienie?
Harry zszedł do Wielkiej Sali w wyśmienitym humorze. Wczorajszy dzień był obfity w wiele niespodzianek i interesujących zdarzeń, ale mimo wszystko był przyjemny. W szczególności wieczór. Harry uśmiechnął się lekko. Dzisiejszy zapowiadał się jeszcze lepiej. Cały poranek miał wolny od zajęć i mógł zająć się czymś przyjemniejszym niż siedzenie z nosem w książkach. Na dodatek ciepłe promienie słoneczne przenikały przez szyby i muskały twarz czarnowłosego. Uśmiech na jego twarzy powiększył się, a oczy zabłysły. Usiadł pomiędzy swoimi przyjaciółmi i nałożył sobie trochę jajecznicy.
- Stary, co ty taki wesoły dzisiaj? - Ron już zajadał się swoim bekonem, a z jego ust raz po raz wypryskiwało jedzenie. Harry skrzywił się lekko na ten widok.
- Dzisiaj taki piękny dzień... - odpowiedział z westchnieniem.
- Jak spotkanie z profesorem Riddle'em? - zapytała Hermiona i posłała swojemu chłopakowi spojrzenie w stylu: ,,czy mógłbyś przestać jeść jak świnia?!''
- Taak...było cudownie... - zielonooki jeszcze raz westchnął, a uśmiech nie chodził z jego przystojnej twarzy.
- "Cudownie"? - powtórzyła i spojrzała na niego podejrzliwie.
- Znaczy...e...było okej. - zreflektował się szybko i wrócił do jedzenia swoich jajek. Nie zjadł jednak zbyt dużo, bo ktoś postanowił przerwać mu jego skromny posiłek.
- Potter.
Jak na zawołanie, wszystkie głowy przy stole Gryffindoru poderwały się i zwróciły w stronę osoby, która wypowiedziała nazwisko zielonookiego. Ten nie bacząc na nic, odpowiedział:
- Malfoy.
Blondyn kiwnął głową i ni stąd ni zowąd, odepchnął rudowłosego czarodzieja i usiadł koło zaskoczonego Harry'ego.
- Malfoy! - warknął Weasley i już miał uderzyć szarookiego Ślizgona, gdy ciepły głos bruneta skutecznie go unieruchomił:
- Zostaw go. Przecież nic ci nie zrobił. - posłał blondynowi uśmiech, na co ten zwęził lekko oczy.
Rudzielec siedział przez chwilę w ciszy po czym wybuchnął:
- NIC MI NIE ZROBIŁ?! TEN CHOLERNY LALUŚ CAŁE ŻYCIE WYŚMIEWAŁ SIĘ Z MOJEJ RODZINY! ON NAZYWAŁ HERMIONĘ SZLAMĄ! A TY MÓWISZ, ŻE TO NIC?! NA MÓZG CI PADŁO?! - zerwał się z miejsca i wybiegł z sali. Hermiona posłała mu przepraszający uśmiech, kiwnęła głową w stronę Draco, zupełnie tak jakby przyzwyczaiła się już do tej nagłej zmiany w zachowaniu Pottera, po czym wyszła z sali za swoim chłopakiem. Harry poczuł, że chyba ma deja vu. Kilka dni wcześniej jego przyjaciel zachował się tak samo. To było przytłaczające. Brunet poczuł jak ktoś szturcha go w bok.
- Nie łam się, Potter. Idziemy polatać.
Zielonooki spojrzał na niego z zaskoczeniem, ale już po chwili uśmiechał się szeroko. Szarooki złapał go za rękę i pociągnął w stronę wyjścia z Wielkiej Sali. Chłopcy byli świadomi wszystkich par oczu, które patrzyły na nich z zaciekawieniem, ale nie zwracali na to uwagi. Dłoń Harry'ego wciąż była trzymana przez Ślizgona, gdy usłyszeli za sobą ostry krzyk:
- HARRY POTTERZE! TY PIEPRZONY ZDRAJCO! - brunet odwrócił się na pięcie i pierwsze co poczuł to ból w lewym policzku. Jego głowa odskoczyła w bok, a w oczach pojawiły się mroczki. Cóż, uderzenie było nadzwyczaj silne. Zamglonym wzrokiem spojrzał przed siebie, a jego źrenice rozszerzyły się ze zdumienia.
- Ginny?
