Znowu zawaliłam..wiem...przepraszam ;/ Mam dużo na głowie ostatnio...

Dziękuję za komentarze i również pozdrawiam ;)

Rozdział niestety niebetowany, więc wybaczcie za ilość błędów.


Rozdział 9

Święta zbliżały się nieubłaganie i w ciągu ostatniego miesiąca Draco zauważył bardzo wiele. Dowiedział się na przykład, dlaczego profesor Riddle go nie znosi. I niestety ta informacja niezbyt go ucieszyła. Świadomość, że nauczyciel obrony przed czarną magią leci na jego najlepszego przyjaciela była irytująca i frustrująca. Szarooki przez pewien czas wmawiał sobie, że nie ma to znaczenia, ale gdy zauważył jak Harry patrzy na profesora, nie miał już złudzeń. Uczucia złotookiego były w pełni odwzajemnione. Ślizgon wciąż pamiętał to nieznośne uczucie porażki i zazdrości, które wypełniło go od środka, gdy wreszcie to do niego dotarło.
Kolejnym, co zdołał zauważyć przez ten ostatni miesiąc były jego własne odczucia. Malfoy po raz pierwszy poczuł, że się zakochał. Nigdy nie czuł czegoś takiego i sama świadomość tego była porażająca. Ale prawdziwa. Blondyn w towarzystwie Harry'ego czuł się sobą. Mógł przestać przejmować się swoją postawą, czystością krwi i wszystkimi arystokratycznymi pierdołami jakie wmawiał mu ojciec. Po prostu czuł się przy nim wspaniale. Jednakże wiedział też, że nie ma u niego szans. Może Gryfon nie był tego świadomy, ale szarooki był pewien, że Harry zakochał się w ich nauczycielu. Dobrze znał te rozmarzone spojrzenia jakie Potter rzucał w stronę Riddle'a. Sam spoglądał tak na zielonookiego, gdy ten nie widział. To była ciężka sytuacja i coś ściskało go w klatce piersiowej, gdy spoglądał na tę dwójkę, ale wiedział, że nie może nic z tym zrobić. Nie to, żeby nie próbował. Gdy tylko dowiedział się, że Gryfon jest gejem, starał się jakoś zwrócić jego uwagę na siebie, ale na marne. Nic nie skutkowało. Harry traktował go tylko jak przyjaciela i mimo, że Draco to bolało, musiał się z tym pogodzić.

Właśnie siedzieli we dwóch na jednym z parapetów i pili gorącą czekoladę. Blondyn, co jakiś czas rzucał ukradkowe spojrzenia w stronę zielonookiego, kontemplując jego brzoskwiniową skórę i malinowe usta. Harry wydawał mu się piękny. Ślizgon nie wiedział dlaczego dopiero teraz zauważył, że Potter jest naprawdę przystojny. Zaskakujące było jak szybko Draco zmienił zdanie o tym chłopaku. Jeszcze rok temu robił wszystko, żeby doprowadzić do wydalenia go ze szkoły. Teraz wiedział, że nigdy by na to nie pozwolił.
Z tych dziwnych przemyśleń wyrwało go, tak dobrze mu znane chrząknięcie, które sprawiło, że Malfoy pośpiesznie usiadł prosto, a jego ciało zaczęło niektontrolowanie drżeć.
- O-ojcze. - wyjąkał i odwróciwszy się, zszedł z parapetu, by stanąć tuż przed Lucjuszem Malfoy'em, który spoglądał na nich zimno. Harry zmarszczył brwi, ale również wstał i powiedział uprzejmym tonem:
- Proszę pana. - skinął lekko głową.
Starszy czarodziej nawet nie zwrócił na niego uwagi, patrząc zazwięcie na swojego jedynego syna, który w jego mniemaniu zachowaywał się karygodnie. I nie miał tu na myśli tych mugolskich ciuchów i nagannej postawy.
- Draco, czy mógłbyś pójść ze mną? - zapytał chłodno. - Teraz.
- T-tak ojcze. - wydukał i machnął Harry'emu na pożegnanie, pośpiesznie ruszając za swoim rodzicielem. Coś czuł, że to nie skończy się dla niego dobrze. - Co cię sprowadza do szkoły?
- Zwykłe zebranie rady nadzorczej. - mruknął i wskazał laską jedną z nieużywanych klas. - Tutaj.
Szarooki przełknął ślinę i wszedł do pomieszczenia za starszym mężczyzną. Stanął prosto i spojrzał w oczy seniora, starając się nie okazywać strachu, który wypełniał i paraliżował całe jego ciało.
- Co to za ciuchy?! - warknął. - Pochodzisz ze starego, arystokatycznego rodu, a wyglądasz jak zwykły mugol!
Ślizgon wzdrygnął się lekko, słysząc ten ton. Był przerażony. Jego jasne, obcisłe jeasny nie wydawały mu się w tej chwili tak fajne, jak jeszcze godzinę temu.
- J-ja...ja po prostu... - umilkł jednak, gdy usłyszał uderzenie laski o podłogę.
- Poza tym, może wytłumaczysz mi, czemu siedziałeś z Potterem?! Czy nie mówiłem ci, że masz się trzymać z daleka od tej szlamy?! Myślałem, że przez ostatnie szesnaście lat, udało mi się czegoś cię nauczyć, ale najwidoczniej się pomyliłem. - wyjął powoli różdżkę z rękawa swojej czarnej, eleganckiej szaty. - Potrzebujesz jeszcze paru lekcji.
Szarooki zesztywniał, mając świadomość, co zaraz nastąpi. Nie potrafił jednak tego powstrzymać. Nie potrafił sprzeciwić się ojcu. Starszy czarodziej spojrzał w oczy swojego nastoletniego syna i szepnął:
- Cruc... - w tej samej chwili drzwi otworzyły się szeroko, a różdżka wypadła z rąk mężczyzny, lądując na otwartej dłoni zielonookiego Gryfona.

Harry zmarszczył brwi, patrząc na przystojną twarz Malfoy'a seniora. Zastanawiał się, co mężczyzna robił w zamku tuż przed świętami. Oczywiście nie zdziwił go fakt, iż został zignorowany. W mniemaniu tego człowieka był szlamą, czyli istotą niższego gatunku. Cóż, nic nie mógł na to poradzić. Zresztą, mało go to obchodziło. Bardziej interesowało go zachowanie Draco, który na widok swojego ojca, zesztywniał. Dosłownie. To było niepokojące. Właśnie dlatego, mimo iż wiedział, że takie zachowanie jest karygodne, stał pod drzwiami sali, do której weszli Malfoy'owie i podłuchiwał. Oczywistym było, że starszy czarodziej skrytykuje ubiór blondyna. Sam Potter zdziwił się bardzo, gdy po raz pierwszy ujrzał Ślizgona w mugolskich ciuchach. Jako stuprocentowy gej (wreszcie to do niego dotarło), musiał przyznać, że Draco prezentuje się w nich fenomenalnie. Oczywiście w Hogwarcie obowiązywały czarodziejskie mundurki, ale w piątek, po zajęciach, mogli sobie pozwolić na dowolny strój. Szkoda tylko, że akurat w tym samym czasie Lucjusz Malfoy postanowił pojawić się w szkole.
Brunet przyłożył bardziej ucho do drzwi, by móc słyszeć lepiej. Nawet nie pomyślał o tym, żeby rzucić zaklęcie podsłuchujące. Nie miał do tego głowy. Gdy usłyszał groźny syk mężczyzny mówiący o karze, a następnie początek inkantacji zaklęcia niewybaczalnego, pchnął drzwi i bezróżdżkowym zaklęciem wyszarpnął długą różdżkę z dłoni mężczyzny, nawet nie myśląc o konsekwencjach.
- Nigdy więcej tego nie próbuj, Malfoy! - warknął i spojrzał srogo na blond włosego czarodzieja, który zaśmiał się kpiąco.
- Proszę, proszę, pan Potter. Było by miło, gdybyś nie wtrącał się w nie swoje sprawy i pozwolił mi wychowywać swojego syna!
- To... - wskazał dłonią różdżkę mężczyzny, która spoczywała w jego zaciśniętej pięści. - ...nazywasz wychowywaniem?!
- Oddasz mi moją różdżkę i wyjdziesz stąd, albo porozmawiamy inaczej! - krzyknął wściekle i pociągnął za wężową głowę swojej laski. W jednej chwili w jego bladej dłoni pojawiła się katana. Harry spojrzał na to zaskoczony, ale zanim zdążył zareagować, poczuł jak ostrze rozcina jego skóre na prawym przedramieniu. Krzyknął przeciągle, czując nieznośne pieczenie.
Draco jakby dopiero wybudził się ze snu, spojrzał z przerażeniem na Gryfona i krzyknął desperacko. Dobrze wiedział, co zawierała w sobie laska jego ojca.
- Ohh, głupi, głupi Gryfon... - zacmokał mężczyzna. - ...ostrze zawiera w sobie truciznę, która w ciągu minuty paraliżuje całe ciało, a w ciągu godziny zabija. W ekstremalnych przypadkach trwa to dłużej. Zobaczymy ile pan wytrwa, panie Potter.

Tom przechadzał się po szkole, będąc w niezbyt dobrym humorze. Mimo, że dzisiaj był piątek, co było równoznaczne ze spotkaniem z Harry'm, nie potrafił się tym cieszyć. Świadomość tego, iż Potter wyjeżdża na święta i nie zobaczy go przez prawie trzy tygodnie, była dobijająca. Z drugiej jednak strony, chłopak miał przynieść informacje na temat swojego dziedzictwa...
Z zamyślenia wyrwał go przeraźliwy krzyk, który w pewien sposób przypominał imię Gryfona. Tom zmarszczył brwi i rozejrzał się wkoło po pustym korytarzu. Pogoda była dziś bardzo przyjemna i większość uczniów spędzała czas na świeżym powierzu. Zauważył, że jedna z sal nie jest do końca domknięta. Podszedł tam szybko, mając złe przeczucia. Wpadł do środka i pierwsze, co ujrzał to ciało bruneta leżące bezwładnie na podłodze. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie.
- Harry... - wyszeptał i ruszył w stronę nie ruszającego się, Gryfona, ale w tej samej chwili pojawiła się przed nim wysoka, blond włosa postać, zagradzając mu drogę. Warknął pod nosem i dopiero teraz zwrócił uwagę na otoczenie. Znajdowali się w dużej, zakurzonej klasie, która kiedyś zapewne służyła jako klasa do transmutacji. Przed nim stał mężczyzna o stalowych oczach. Tom od razu domyślił się kim on może być. Ojciec tego ślizgońskiego lalusia. Świetnie. Kątem oka zauważył Malfoya juniora, który wyglądał tak jakby miał zaraz zemdleć. Coraz lepiej...
- Odsuń się. - warknął nieprzyjemnie. Nie miał pojęcia, co się tu wydarzyło, ale wiedział jedno: musiał pomóc Harry'emu.
- Profesorku...wyjdziesz stąd i zapomnisz o wszystkim co tutaj zobaczyłeś. Albo będziesz miał kłopoty. - Lucjusz zacmokał teatralnie i wyciągnął różdżkę, którą zdążył zabrać Potterowi.
Dopiero po chwili dotarło do złotookiego, co tak naprawdę miał na myśli ten mężczyzna. Czerwona lampka zapaliła się w jego głowie.
- To ty... - syknął i machnął dłonią, a blondyn przeleciał przez salę i uderzył w ścianę, opadając z łoskotem na podłogę. Tom pstryknął palcami, a w jego dłoni pojawiła się różdżka. W dwóch krokach dopadł do Malfoy'a i przytknął ją do gardła blondyna. Jego oczy płonęły czerwienią.

Sytuacje, w których Lucjusz Malfoy był naprawdę przerażony, można było policzyć na palcach jednej dłoni. Nigdy jednak mężczyzna ten, nie czuł takiego strachu jak w tamtej chwili. Po raz pierwszy widział człowieka o tak przerażającej twarzy. Potwora. I jeszcze jego oczy...zupełnie jak krew.
Przerażenie wypełniało go od środka i jedyne, co był w stanie zrobić to patrzeć szeroko rozwartymi oczyma na mężczynę znajdującego się przed nim. Po raz pierwszy zrozumiał znaczenie słowa: potęga.

- Nigdy więcej go nie tkniesz! - syknął. - Rozumiesz?
Lucjusz był w stanie tylko kiwnąć głową. Brązowowłosy zamknął oczy, starając się choć trochę, uspokoić. Wiedział, że ten marny czarodziej, trzęsący się ze strachu, powinien ponieść karę, ale nie było teraz na to czasu. Najważniejszy był Harry.
Jego oczy nadal miały krwistoczerwony kolor, gdy podchodził do leżącego bruneta. Ujrzał na jego ręcę głębokie rozcięcie, które powoli barwiło się na czarno.
- Kurwa! - zaklął szpetnie i podniósł go powoli, uważając, żeby nie dotknąć rany.
- Rusz się! - warknął w stronę młodego Malfoya, który swoim wyglądem przypominał skamieniały posąg. Zbladł, co sprawiło, iż jego twarz była biała jak papier. - Weź jego torbę!
Draco spojrzał z zaskoczeniem na swojego nauczyciela, czując się tak, jakby właśnie obudził się z jakiegoś koszmaru. W jednej chwili na jego twarzy pojawiło się przerażenie, a łzy błysnęły w jego szarych oczach. Harry...jego kochany Harry był ranny. Potrząsnął szybko głową, odganiając niechciane myśli i złapał torbę bruneta, pośpiesznie ruszając za starszym mężczyzną. Odwrócił się jeszcze, patrząc na swojego ojca, który powoli podnosił się z podłogi. W tym momencie, Draco nienawidził go bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Szli szybko, przechodząc przez puste korytarze i kierując się w stronę gabinetu, profesora. Mieli szczęście, że po drodze nie wpadli na nikogo. Draco wiedział, że Riddle będzie chciał zachować to w tajemnicy. Wiedział również, że gdyby tak nie było, jego ojciec wylądowałby w Azkabanie. W końcu zranił jednego z uczniów! Ślizgon nie wiedział, czy ma się cieszyś z milczenia profesora, czy wręcz przeciwnie.
Dotarli w końcu do celu, wchodząc szybko do pomieszczenia i przechodząc do prywatnych komnat, nauczyciela. Malfoy był tutaj po raz pierwszy, ale nie rozglądał się zbytnio, bardziej skupiony na nieprzytomnym brunecie, który został położony na kanapie. Riddle wyszedł szybko, przechodząc do swojej biblioteki i wyciągając zza książek, szerokie pudełko. W środku było jedenaście fiolek. Tom nie ufał ludziom i zawsze był przygotowany na wszystko. Westchnął i wyciągnął jedną z buteleczek, wracając pośpiesznie do salonu. Ujrzał tam blondyna trzymającego Gryfona za rękę. Gdyby widział to w innych okolicznościach, zapewne by się wściekł i przeklął Ślizgona. Teraz nie było na to czasu. Kucnął przy brunecie i kciukiem, rozchylił jego wargi, które zaczynały przybierać siny kolor. Wlał zawartość fiolki do ust, pocierając jednocześnie jego gardło, aby się nie zakrztusił. Następnie odrzucił puste naczynie i usiadł ciężko na podłodze, chowając twarz w dłoniach. Miał dość. Jego oczy zdążyły przybrać już swój naturalny, złoty kolor.
- Jak to się stało? - zapytał cicho, starając się, by jego głos nie brzmiał tak złowieszczo, jak jeszcze chwilę temu.
- H-harry stanął w mojej obronie, gdy...gdy... - Draco zamilkł widząc dłoń nakazującą mu się uciszyć. Najwidoczniej mężczyzna nie miał nawet ochoty go słuchać. Blondyn po raz pierwszy poczuł sympatię do swojego nauczyciela. Gdyby nie on, Harry mógłby...zadrżał na tę myśl i złapał dłoń bruneta, głaszcząc go lekko po wewnętrznej stronie.
- Dziękuję, że pan go uratował. - mruknął cicho.
- Nie ma za co. - sarknął. - Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby umarł. - szepnął cicho, patrząc błędnym wzrokiem na zielonookiego Gryfona. Szarooki nie słyszał ostatnich słów Toma, ale patrząc na jego zatroskaną twarz, był pewien, że temu naprawdę zależy na Harry'm. Uśmiechnął się lekko. To nie było jego miejsce. Musiał się poddać.
Już chciał wstać, gdy zauważył, że dłoń, którą trzymał, zacisnęła się lekko. Drgnął i wbił wzrok w twarz Pottera. Ten powiercił się chwilę, najwidoczniej starając się ułożyć w wygodniejszej pozycji, a następnie otworzył oczy, ukazując światu niepowtarzalną zieleń swoich tęczówek. Nim się spostrzegł, był już w ciepłych ramionach swojego blond włosego, przyjaciela.
- Draco... - szepnął cicho i niezdarnie odwzajemnił uścisk, wciąż czując ból w zastygłych mięśniach.
- Tak bardzo się bałem, Harry. - ledwo słyszalne słowa wypłynęły z jego różowych ust. Potter zamarł na chwilę, ale szybko się zreflektował i ujął w dłonie, twarz Malfoy'a.
- Już dobrze. - musnął ustami jego alabastrowe czoło i pogłaskał po jasnych włosach, jednocześnie rozglądając się po tak dobrze mu znanym, otoczeniu. Na jego twarzy pojawił się wyraz całkowitego zdumienia.
- Profesor Riddle...?
Tom, ktory od dwóch minut przyglądał się poczynaniom dwójki chłopców siedzących na jego kanapie, drgnął wyraźnie i w jednej chwili znalazł się przy Potterze. W duchu dziękował sobie za swoje opanowanie. Był zazdrosny. Znowu.
- Harry. - uśmiechnął sie miękko, a Draco po raz kolejny poczuł się nie na miejscu. Nigdy nie widział mężczyzny, uśmiechającego się w taki sposób.
Brunet odwzajemnił gest i zapytał:
- Co się stało?
- Cóż...pan Malfoy otrzymał małą lekcję, a tobie został zaaplikowany eliksir, który zniwelował działanie trucizny. Miałeś szczęście, że przybyłem na czas. Twój przyjaciel raczej nie był skory do pomocy. - powiedział sucho. Nie mógł sobie darować małej złośliwości na koniec. Nie znosił szczeniaka.
Szarooki wydawał się być zażenowany, a jego alabastrowe policzki pokryły się delikatnymi rumieńcami. Gryfon wydął usta.
- Nie mam mu tego za złe. - posłał pokrzepiający uśmiech w stronę blondyna. Ten kiwnął tylko głową, ale nadal nie wyglądał na przekonanego. W tym właśnie momencie, przypominał Potterowi, zbitego psiaka.
- Draco, spędzisz u mnie święta?
- Co?! - towarzysze Gryfona krzyknęli jednocześnie i wbili zszokowane spojrzenia w bruneta. Ten spojrzał dziwnie na swojego profesora i mruknął cicho:
- No...e...myślałem, że byś chciał...no wiesz...to lepsze niż w Malfoy Manor...chyba...
Blondyn, wciąż będąc w ogromnym szoku, uśmiechnął się szeroko i przytulił się do Gryfona. Harry był taki cudowny...
Zielonooki zdziwił się na ten gest ze strony arystokraty, który na co dzień wydawał się być raczej zimnym człowiekiem, ale odwzajemnił go z ochotą.
Tom zazgrzytał zębami. Więź tworząca się pomiędzy chłopcami, w ogóle mu się nie podobała. Poza tym ta propozycja była...frustrująca! Jak on mógł zaprosić do siebie tego...lalusia?! To było nie do pomyślenia! Czerwone plamki pojawiły się w jego złotych oczach, ale szybko odwrócił wzrok, starając się opanować.
- Myślę, że pan Malfoy powinien już iść i również odpocząć. To był ciężki dzień dla nas wszystkich. - starał się, by jego głos był jak najbardziej bezbarwny, ale chyba niezbyt mu to wyszło. Czuć było od niego wściekłość. Ślizgon spojrzał na nauczyciela, a w jego szarych oczach pojawił się wyraz zrozumienia. Zwalczając w sobie nagły smutek, wstał powoli i uśmiechając się lekko do Pottera, mruknął:
- Dowidzenia, profesorze. Jeszcze raz, dziękuję.
I wyszedł.
Harry zamrugał oczami, słysząc szczere podziękowania ze strony Ślizgona i położył się wygodniej na kanapie. Nie dbał o to, jak to wygląda. Był zmęczony i jedyne o czym marzył, to długi, głęboki sen.
Tom westchnął, patrząc na opadające powieki, bruneta. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu, ten widok wydawał mu się rozczulający. Pogłaskał lekko brzoskwiniowy policzek zielonookiego i szepnął:
- Śpij, Harry.

Ostatni tydzień minął bardzo szybko i nim się spostrzegli, nadszedł piątkowy poranek, zmuszając ich do pakowania walizek i żegnania się z przyjaciółmi.
Podczas, gdy wszyscy byli zajęci krzątaniem się i szukaniem swoich rzeczy, Harry wyszedł z Pokoju Wspólnego, kierując się w stronę gabinetu swojego ulubionego profesora. Cieszył się, że wszystko zrobił wczoraj i teraz miał czas dla siebie. Czuł, że musi się spotkać z Tomem. Koniecznie. To, co stało się tydzień wcześniej było dla niego ogromnym zaskoczeniem, a jednocześnie sprawiło, że zaczął rozmyślać nad niektórymi zachowaniami swojego nauczyciela. Oczywiście był mu ogromnie wdzięczny. Gdyby nie on, na pewno już byłby martwy. Pamiętał swoje przerażenie, gdy czuł jak jego ciało powoli ogarnia paraliż. Był bezradny, przeczuwał, że to już koniec, a jedyne czego żałował, to tego, iż nie zdążył spotkać się wcześniej ze złotookim. Poza tym był też strach. Ogromny, przeraźliwy strach, który chyba był nawet gorszy niż uczucie rozchodzącej się trucizny. Jeśli kiedykolwiek ktoś poprosił go o powiedzenie, czym jest szaleństwo, brunet wypowiedziałby tylko jedno słowo: 'Malfoy'. To, co widział w oczach tego człowieka było tak przerażające, że nie potrafił nawet opisać tego słowami. Kilka godzin po tym wydarzeniu, gdy już pierwszy szok minął, zastanawiał się, czemu blondyn tak go nienawidził, że posunął się do czegoś takiego. Przecież omal nie popełnił morderstwa! I to za co?! Za to, że był półkrwi?!
Harry prychnął do swoich myśli i po raz kolejny skupił się na profesorze. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej wydawało mu się, że Riddle jest o niego zazdrosny. Pamiętał to mordercze spojrzenie, które skierował w stronę Draco, gdy zielonooki zaproponował wspólne święta. Ale czy było to możliwe? Czy Tom Riddle mógłby być o niego zazdrosny?

Harry wszedł do gabinetu, wiedząc już, że nie ujrzy tam swojego nauczyciela. Przeszedł przez puste pomieszczenie i wszedł do salonu, gdzie ujrzał złotookiego siedzącego na jednym z foteli i popijającego whisky. Wydawał się być pogrążony we własnych myślach i chyba go nawet nie zauważył.
- Profesorze?
Riddle zamrugał szybko i spojrzał na niego ze zdezorientowaniem.
- Harry...? Co tutaj robisz?
Gryfon uśmiechnął się lekko i usiadł naprzeciwko, patrząc uważnie na swojego nauczyciela. Wydawał się on dzisiaj jakiś...dziwny?
- Przyszedłem życzyć panu Wesołych Świąt. - szeroki uśmiech wystąpił na jego młodzieńczej twarzy, a oczy zalśniły wesoło. Wargi mężczyzny mimowolnie uniosły się ku górze. Harry po prostu zarażał swoim optymizmem.
- Wzajemnie. - puścił mu oczko. - Nie powinienneś się pakować? Niedługo jedziecie.
Brązowowłosy starał się by jego głos brzmiał beznamiętnie, ale mimo wszystko dało się usłyszeć gorzkie nuty, które wkradły się pomiędzy jego słowa. Nie jego wina, że nie chciał zostawać sam. Pragnął żeby Gryfon był przy nim w te święta, a nie spędzał je z tym tlenionym blondynem. Wściekły grymas pojawił się na jego twarzy, gdy przypomniał sobie jak szczęśliwy był Malfoy, gdy Harry mu to zaproponował. Cholera! Musiał się opanować!
Tymczasem brunet ze zdziwieniem oglądał emocje malujące się na twarzy mężczyzny, który z niezrozumiałego powodu wydawał się być zdenerwowany.
- Spakowałem się wczoraj. - mruknął. - Chciałem się z panem zobaczyć.
Riddle uśmiechnął się lekko, słuchając słów Gryfona i z rozbrajającym uśmiechem, odparł:
- Będę tęsknić, dzieciaku. - ku jego zadowoleniu, brzoskwiniowe policzki chłopaka, pokryły się lekką czerwienią. Na jego twarzy zagościł ironiczny uśmieszek, który zaraz ustąpił zdumieniu, gdy Potter wymamrotał coś, co chyba miało brzmieć: 'ja za panem też', i nim się spostrzegł, został pocałowany w policzek, a po chłopaku nie było nawet śladu. Nieświadomie jego dłoń powędrowała do miejsca, którego dotknęły te rozkoszne usta, a na jego twarzy zagościł rozmarzony uśmiech.
Chyba już zupełnie zwariował...

Pocałowałem go! Pocałowałem swojego nauczyciela! Mojego Toma...

Takie myśli wciąż krążyły po jego głowie, gdy biegł przed siebie, czując piekielne gorąco na swojej twarzy. Nie mógł zrozumieć dlaczego to zrobił. Czemu nie potrafił się powstrzymać? Przecież złotooki nie powiedział nic nadzwyczajnego, a jedyne, że będzie za nim tęsknił. Harry nie mógł jednak nic na to poradzić, że po jego słowach zrobiło mu się jakoś ciepło na sercu i nim zdążył pomyśleć, zrobił to. Głupi! Zawsze najpierw robił, a potem myślał. To była jego największa wada. Zastanawiał się tylko, co teraz myśli o nim, nauczyciel. Jest zaskoczony? Zniesmaczony? A może wręcz odwrotnie? Mimo, że brunetowi wydawało się, iż Riddle okazuje jakieś zainteresowanie jego osobą, nie chciał tego źle zinterpretować, a następnie stracić możliwość spędzania z nim czasu sam na sam. Westchnął. To szystko było tak cholernie zagmatwane...
Nim się spostrzegł, już stał pod portretem Grubej Damy, a jego wyjazd zbliżał się nieubłaganie. Uśmiechnął się lekko. Już nie mógł doczekać się tych świąt wraz z Draco. Chciał by te dni były wyjątkowe dla nich obu. A o Tomie postanowił pomyśleć później. Nie miał teraz siły na rozważanie różnych możliwości. Miał na głowie zupełnie co innego. Na przykład, co powie rodzicom, gdy w ich domu zamiast jednego nastolatka, pojawi się dwóch, a na dodatek, ten drugi to syn znienawidzonego przez nich, czystokrwistego rodu? Tak...w tej chwili to było najważniejsze.

Tom z zaciśniętymi zębami spoglądał przez okno, widząc czwórkę uczniów, która jechała jednym powozem, kierując się na stację, skąd mieli wyjechać do domu na święta. Mimo zaskakującego, ale jakże przyjemnego poranka, jego myśli szalały, gdy przypominał sobie o dwójce nastolatków, SAMYCH, nabuzowanych hormonami i chęcią doświadczenia czegoś w dziedzinie seksu. Jakoś nie wierzył, że gdyby chcieli, nie wymksnęliby się spod czujnych oczu rodziców. Merlinie, gdy tylko myślał, że ktokolwiek mógłby dotykać JEGO Harry'ego w ten sposób, nachodziły go mordercze myśli. Dosłownie. I nawet nie pomagała świadomość, że Gryfon wydawał się być nim zainteresowany w sposób, o którym Tom mógł tylko marzyć.
Zacisnął pięści i odetchnął głęboko. Musiał się uspokoić.
- Czyżby twój kochanek już wyjechał? Pokłóciliście się? A może wolał kogoś...młodszego? - sarkastyczny głos za jego plecami sprawił, że ten odwrócił się natychmiastowo, wbijając wściekły wzrok w stojącego przed nim, mężczyznę.
- O czym ty mówisz?! - wywarczał, a w jego złotych tęczówkach pojawiły się czerwone refleksy.
Na twarzy Severusa pojawił się kpiący uśmieszek.
- Myślisz, że nie zauważyłem, kiedy wymykał się z twojego gabinetu po ciszy nocnej? - jedna z jego brwi powędrowała ku górze. - Czasami nawet wychodził nad ranem...
Brązowowłosy zacisnął zęby, pamiętając jak pewnego razu po prostu zasnęli nad książkami i obudzili się dopiero przed śniadaniem. Wciąż pamiętał te śliczne rumieńce, gdy chłopak zdał sobie sprawę, że spał na nim, wtulając się w jego klatkę piersiową. Tak...to był jeden z lepszych poranków w jego życiu.
- Czego chcesz?! - jego głos przypominał w tej chwili bardziej syknięcie węża, niż ludzką mowę.
- Spokojnie. Myślę, że zdążymy to omówić przy szklaneczce Ognistej Whisky. - powiedziawszy to, ruszył przed siebie, wiedząc, że mężczyzna podąży za nim. Jego wąskie usta wykrzywiły się w nieprzyjemnym grymasie. Był zwycięzcą.

Harry z roztargnieniem rozglądał się po peronie King's Cross, szukając jakiegokolwiek członka swojej rodziny. Miał nadzieję, że tym razem pojawi się jego mama. Wydawało mu się, że ona spokojnie przyjmie do wiadomości fakt, iż w jej domu przez pewien czas będzie mieszkał jeden z członków rodziny Malfoy'ow. Jego nadzieje zostały niestety rozwiane, gdy ujrzał średniego wzrostu, mężczyznę o kruczoczarnych włosach i łagodnym uśmiechu na przystojnej twarzy.
Zazgrzytał zębami i ruszył w tamtym kierunku, czując za sobą Draco, który poruszał się za nim niczym cień. Przywołał na twarz spokojny uśmiech, choć w środku skręcało go ze zdenerwowania i podszedł do ojca, który uśmiechnął się szeroko na jego widok.
- Harry! - zaśmiał się i przytulił go do siebie.
- Cześć tato. Czemu przyjechałeś bez mamy?
- Została w domu i postanowiła poeksperymetować w kuchni...sam rozumiesz. - puścił mu oczko. - Jedziemy?
- E...zaczekaj. Muszę ci coś powiedzieć... Co byś powiedział, gdybym oznajmił ci, że będziemy mieć dodatkowego gościa w trakcie świąt?
Czarodziej zmieszał się lekko, ale na jego ustach wciąż błąkał się delikatny uśmiech.
- Cóż...ok. Najwyżej trzeba będzie dorobić trochę jedzenia. - wyszczerzył się. - Więc kim jest ten ktoś? Twoja dziewczyna?
Harry na chwilę przestał oddychać, gdy zdał sobie sprawę, że jego ojciec ma nadzieję, iż on ma dziewczynę. Cóż, musi go rozczarować. Co jak co, ale Draco na pewno nie wyglądał jak kobieta.
- Nie, nie, to nie to. Zresztą sam go zaraz poznasz. - wskazał na kogoś za plecami, a już po chwili u jego boku pojawił się chłopak o alabastrowej skórze i jasnych, blond włosach. - Tato, poznaj mojego przyjaciela, Draco Malfoy'a.
Chyba po raz pierwszy James Potter stwierdził, że zabrakło mu słów.