- Steele, uważaj z kim rozmawiasz!

- Nie będziesz mi rozkazywać, Jaheira.

- Przygarnęliśmy was z Khalidem, bez nas byłybyście już martwe.

- Jaheiro, posłuchaj... - Khalid starał się załagodzić sytuacje. Jak zawsze.

- Nie schlebiaj sobie, jeśli chcecie możecie odejść.

Steele stała naprzeciwko jasnowłosej druidki. Obie wściekłe i obie pewne swoich racji. Za plecami starszej córki Goriona kuliła się drobna, kobieca postać. Jej skóra miała niemal granatowy odcień, a włosy były śnieżnobiałe. Mroczna elfka.

Steele widziała dotąd te istoty tylko na ilustracjach w książkach, w bibliotece w Candlekeep. Wiedziała, że zamieszkują Podmrok – sieć tuneli i jaskiń rozciągającą się pod całym Faerûnem. Są piękne, eleganckie, dystyngowane. I okrutne, nie znające litości i pozbawione zasad moralnych. Każdego spoza swojej rasy traktują jak bydło – z którego można zrobić niewolnika. Albo wroga – którego należy zarżnąć. W ich własnej społeczności królują rządy siły. Zabij, lub zostań zabity.

Podróżowali, żeby dostać się do Naskhel. Mijali po drodze wsie, samotne domostwa i miejsca takie jak to - kompletne odludzia. Dookoła rozpościerały się wzgórza usiane kępami drzew i paroma jeziorkami kryjącymi się u podnóży pagórków. Nagle zobaczyli sylwetkę, biegnącą w ich stronę. Drow to rzadki widok na powierzchni. Chyba, że właśnie wbija komuś nóż w plecy i to jego ostatni widok.

- Proszę, pomóżcie... - jeszcze trudniej jest zobaczyć mrocznego elfa proszącego o cokolwiek. Ubranie drowki było w nieładzie, na twarzy miała ślady błota i piachu, potargane włosy. Uciekała przed czymś, albo przed kimś. - Ścigają mnie... oskarżyli mnie... - urwała, zabrakło jej tchu.

Steele zobaczyła w niej siebie, kiedy po śmierci Goriona uciekała przed prześladowcami. Jaheira tylko drowa – odszczepieńca z rasy elfów, któremu nie można ufać, nawet przez chwilę.

- Spokojnie, powiedz co się stało.- Steele pomogła wstać mrocznej elfce.

- Zaraz tu będą. - nieznajoma ciężko oddychała po biegu. - Przysięgam, że tego nie zrobiłam...

- Nie zostawiajmy jej tak.- w Imoen odezwało się jej dobre serce i jej chęć niesienia pomocy.

- Steele, postradałaś zmysły? - Jaheira wystąpiła do przodu. - To drowka, nie można jej ufać. Jej przysięgi nie są nic warte. Nie wiesz, co może na nas sprowadzić.

- Jak będę chciała usłyszeć twoje zdanie to o nie zapytam. - brzmiała obcesowa odpowiedź.

Od tego momentu wybuchła kłótnia. Steele się postawiła. Miała powody.

Sytuacja się zmieniła, odkąd wyruszyli z „Pod Pomocną Dłonią". Ich krótką wędrówkę do Naskhel znaczyły pomniejsze, niekoniecznie bohaterskie czyny. Wynajmowali się do drobnych zleceń. W moim domu zagnieździły się pająki, ogromne, wielkie jak konie. Proszę pomóżcie, zabijcie te potwory. Tamten facet jest mi winien pieniądze, odzyskajcie je od niego. Pająki były co najwyżej wielkości psa, pieniądze to marne pięćdziesiąt sztuk złota, ale co z tego. Wystarczyło popytać w lokalnej gospodzie, czy nikt nie potrzebuje pomocy. I ludzie prosili o pomoc, a potem dziękowali jej - Steele. Nie starszej, bardziej doświadczonej Jaheirze. W zapyziałych wiochach i małych miasteczkach robili furorę. Zawsze znajdzie się potwór, którego trzeba się pozbyć, a wieśniacy boją się do niego podejść na odległość wideł.

Przyłączyły się do nich jeszcze dwie osoby. Kagain, krasnolud, zachęcony wizją nagrody za rozwiązanie problemów w kopalni. Spotkali go w jednym z niewielkich miasteczek. Przypadkowa, pogawędka wystarczyła, żeby uznał wizję złota za nęcącą. Ponury, opryskliwy typ, ale w jego rękach topór jakby ożywał. Ciął każdego kto stawał im na drodze – nieumarłych, czy bandytów. I Shar-Teel, młoda wojowniczka, którą poznali nad kuflem piwa w gospodzie w pewnej mieścinie. Wyzywała na pojedynek każdego faceta, który był dostatecznie pijany, albo dostatecznie głupi. Po chwili kolejny przeciwnik leżał na podłodze zakrwawiony i posiniaczony, prosząc o litość. Steele wypchnęła Khalida. Wygrał. Shar-Teel była pod wrażeniem, zapytała czy nie mogłaby z nimi wyruszyć. W miasteczku i tak nie miała nic lepszego do roboty, niż rozwalenie kilku głów.

Jaheirze się to nie podobało. Nie ufała tej dwójce. Ani Kageinowi wiecznie zatopionemu we własnych myślach, którego twarz rozjaśniała się jedynie gdy była mowa o złocie. Ani Shar – Teel, która uśmiechała się tylko wtedy, gdy miała w ręku miecz. To młoda elfka zadecydowała, żeby ich przyjąć. Jaheira ugryzła się w język. Jest teraz tak niebezpiecznie, tylu bandytów na drogach. Lepiej podróżować w większej grupie. Przełknęła i tę gorzką pigułkę.

Ale na to, co teraz zamierzała zrobić Steele nie mogła pozwolić.

- My z Khalidem nie chcemy mieć z tym nic wspólnego. - brzmiała jej ostateczna odpowiedź.

- Jak potrafi machać mieczem to niech idzie z nami. - wzruszyła ramionami Shar-Teel.

Zza drzew wynurzyły się sylwetki. Żołnierze Płomiennej Pięści. Dobrze odżywione, zakute w stal osiłki. Drowka zamarła ze strachu. To jej szukali.

Nie było sensu uciekać, to jak przyznanie się do winy. Uciekną raz, będą musieli uciekać już zawsze. Zbrojni podeszli do nich. Mieli twarze opryszków, którzy z braku lepszego zajęcia wynajęli się by stać na straży prawa. Oczywiście nie rezygnując ze swoich bandyckich metod. Drowka nie miała z nimi szans. Zabiją ją, a przedtem pewnie zgwałcą kilka razy.

- Złapaliście ją? - zapytał jeden z rycerzy. - Ścigaliśmy sukę od kilku dni. Dobrze, nagroda was nie minie. Dajcie ją tutaj, skończymy z nią.

- Tylu wielkich facetów, żeby złapać jednego drowa. – starsza córka Goriona wystąpiła do przodu, zasłoniła sobą nieznajomą. - Czemu ją ścigacie?

- Nie wasza sprawa.

- Steele, nie musisz tego robić. - Jaheira ostatni raz próbowała przemówić młodszej elfce do rozsądku.

- Niech przyjdą i sami ją sobie wezmą, do cholery. - Shar – Teel zakręciła wymownego młynka mieczem. Nienawidziła Płomiennej Pięści. Tak jak wszystkich stróżów prawa i porządku.

- Co zrobiła? - powtórzyła elfka. Agresja gęstniała w powietrzu. Żołnierze Płomiennej Pięści nie byli przyzwyczajeni do sprzeciwu. A Shar – Tel, czy Kageinowi niewiele było potrzeba do walki.

- Jeden ze zbrojnych westchnął. - Jest pieprzoną morderczynią. Oddajcie nam dziwkę i załatwimy to.

- Nie! Nie wierzcie im!- mroczna elfka złapała Steele za ramię. - Oskarżyli mnie, skazali na śmierć, ale nikt mnie nie słucha!

- Zamilcz suko. - jeden ze zbrojnych wyciągnął miecz. Spojrzał córce Goriona w oczy. - Mówię ostatni raz, oddajcie nam ją. Albo kurewsko pożałujecie.

- Chodźcie i weźcie ją sobie. - uśmiechnęła się szyderczo elfka.

Można było przewidzieć jak to się skończy. W ciszę odludnego zakątka wdarł się szczęk broni, przekleństwa, wrzaski. Steele wypiła pośpiesznie miksturę niewidzialności. Kupiła kilka fiolek w gospodzie „Pod Pomocną Dłonią", prawie pozbywając się przy tym wszystkich oszczędności. Wbiła jednemu z przeciwników sztylet w gardło, krew trysnęła, wprost na jej twarz i ręce. Padł na ziemię, nawet nie wiedząc, kto go wykończył. Kagein ugodził kolejnego w nogi, a gdy upadł roztrzaskał mu głową toporem. Shar- Teel rozpoczęła swój zwykły morderczy taniec, gdzie liczyło się tylko wyprucie komuś flaków. Z rąk Imoen spływały czary oślepiając, ogłupiając, czy porażając przeciwników. Drowka rzucała na sprzymierzeńców ochronne zaklęcia i starała nie dać się zabić.

Jaheira i Khalid stali nieruchomo, patrząc na rzeź, jaka rozgrywała się przed nimi.

Zgiełk mieczy i zaklęć ucichł. Łąkę usiały ciała poległych. Wszyscy żołnierze Płomiennej Pięści skończyli z twarzami do ziemi. Oczywiście Steele i jej drużyna też oberwali. Kageinowi krew zalewała oczy, ale wydawał się nie zwracać na to uwagi. Steele zatoczyła się. Rękaw jej kaftana pokrywał się czerwienią. Drowka podtrzymała ją, przytknęła dłonie do rany. Wraz z każdym wypowiadanym słowem zaklęcia starsza córka Goriona czuła jak wracają jej siły.

- Mam na imię Viconia. Zawdzięczam wam życie.-zaczęła mroczna elfka.- Służę Shar, bogini ciemności. Zgodzicie się, żebym się do was przyłączyła?

- To nie pierdolony żłobek. - burknął Kagein, wycierając topór. - Rzygam, jak patrzę na tych sukinsynów z Płomiennej Pięści, ale przez nią możemy mieć kłopoty.

- Kapłanka się przyda. - stwierdziła pojednawczo Imoen. - Skoro niesłusznie ją oskarżyli...

- Co robisz tutaj, na powierzchni? - Steele nie mogła nie zadać tego pytania.

- Twarz Viconii stężała. - Nie mogę wrócić do swoich. Przyjmiecie mnie, czy nie?

Steele przeczytała kiedyś w jednej z książek w bibliotece w Candlekeep, że jak uratujesz komuś życie to jesteś za niego odpowiedzialny. To, że stanęła po stronie drowki to był taki sam impuls jak myśl o opuszczeniu Candlekeep, miejsca gdzie się wychowała. Po prostu impuls. Nie chciała patrzeć jak kilku wielkich osiłków znęca się nad mroczną elfką. Pewnie tak samo oprawcy znęcaliby się nad Steele, gdyby ojciec nie oddał życia w jej obronie.

- Dobrze, możesz zostać.

- To twój koniec Steele. - usłyszała głos druidki. - Miałam długo wobec Goriona, chciałam wam pomóc. Ale teraz widzę, że to był zmarnowany czas.

- Żegnaj Jaheiro. - Elfka zabrała się za przeszukiwanie ciał żołnierzy Płomiennej Pięści. Zawsze mogło się trafić coś wartościowego. - Obyśmy się już nigdy więcej nie spotkały.

Dwie postacie zniknęły za drzewami.

Steele cieszyła się, że Jaheira i Khalid odeszli. Spięcia między nią, a druidką narastały od jakiegoś czasu. Narastały, bo Jaheira nie mogła się pogodzić z tym, że Steele, gówniara, która dopiero co opuściła mury twierdzy, gdzieś, na końcu świata, ma u ludzi większy posłuch niż ona. Że nawet w tej niepasującej do siebie zbieraninie, jaka była ich drużyna, to starszą córkę Goriona pytali o zdanie, to ona ucinała spory i kłótnie. Lepiej, że odeszli teraz, niż żeby po pewnym momencie miały się rzucić sobie z wojowniczką do gardeł.

Zostawili za sobą ciała żołnierzy Płomiennej Pięści. Dobrze, że ta awantura rozegrała się na zadupiu, bez świadków. Specjalnie wybrali inną drogę, niż tą, którą mieli pierwotnie podróżować, żeby nie spotkali byłych towarzyszy na szlaku do Naskhel. Trakt prowadził przez las, zbliżał się wieczór, powinni rozbić obozowisko.

- Tu chyba będzie w porządku. - Imoen zmierzyła wzrokiem polanę. - Chodźcie, rozpalimy ognisko.

Rudowłosa schyliła się po leżącą na ziemi gałąź. Zamarła. Obok jej głowy kołysała się wbita w drzewo strzała.

-Stójcie. Kim jesteście?- głos dobiegał zza plątaniny drzew i zarośli. Męski głos. Co teraz, wystrzelają ich, jedno po drugim? Rozejrzeli się niepewnie. Dookoła tylko ciemność, przerywana odgłosami lasu.

- Jesteśmy podróżnikami, zmierzamy do Naskhel. - Steele uniosła ręce do góry, w pojednawczym geście. Starała się przebić wzrokiem zasłonę liści i drewnianych pni, ale nie widziała napastnika.

- Podróżnikami? Jest z wami mroczny elf... Na szlakach włóczy się teraz mnóstwo bandytów...

- Czy wy, riwin wszystkich oceniacie po kolorze skóry?- żachnęła się Viconia.

Steele rozważała ewentualności. Mógł to być jeden człowiek, mogło być ich kilku, albo kilkunastu. Mogli ich wykończyć strzałami, z dystansu, albo wybiec nagle z zasadzki.

- Nie jesteśmy rabusiami, pozwól nam przejść! - wybuchnęła Imoen.

- Zejdź tu i walcz sukinsynu. - rzuciła pogardliwie Shar-Teel.

Ciemnowłosa elfka spojrzała wymownie na wojowniczkę, żeby ją uciszyć.

- Czego szukacie w Naskhel? - znowu ten męski głos, zza zasłony pnączy i drzew.

- Mamy tam pomóc rozwiązać problemy w kopalni żelaza. Nie jesteśmy bandytami. - Steele starała się przemówić niewidocznemu wrogowi do rozsądku.

- Nosicie przy sobie broń.

- Tak jak i ty. Pozwól nam przejść. - wtrąciła się Imoen.

Zapadła chwila ciszy. I co teraz, zaczną strzelać?

- Idźcie i nie wracajcie tu więcej.

Rozglądali się niepewnie. To mógł być blef, w każdej chwili mógł ich powitać grad strzał. Ruszyli, powoli. Nic się nie stało. Kiedy oddalili się trochę od pechowego miejsca starsza córka Goriona zatrzymała drużynę.

- Zaczekajcie tutaj. - wyjęła zza paska kolejną miksturę niewidzialności. Powinna odpuścić. Powinna oszczędzać flakoniki. Były cholernie drogie i mogła ich potrzebować jeszcze wiele razy. Ale nie potrafiła. Niedawne zwycięstwa napełniły ją pewnością, że się uda.

- Co robisz?- zapytała czarodziejka.

- Sprawdzę kto to był. – Steele uśmiechnęła się krzywo.

- A jak nie wrócisz, to co?- Kagein splunął. - Mamy szukać twojego truchła, czy dać sobie spokój?

- Nie skreślaj mnie tak łatwo, krasnoludzie. – odparowała .

- Mamy tu czekać, aż przyniosą nam twoją głowę zatkniętą na włóczni, tak? - ironicznie spytała Viconia.

- Nie idź tam...- Imoen urwała. Elfka na ich oczach przechyliła butelkę z miksturą, wypiła... I zniknęła.

Steele skradała się, szukając niewidzialnego napastnika. Chciała wiedzieć to to był, kto im groził. Na pewno żaden skuszony nagrodą za jej głowę awanturnik. Wtedy by nie odpuścił. Mikstura zapewniała jej niewidzialność, dopóki sama nie zaatakuje. Słońce już zaszło, w lesie zapanowała noc. Jej oczy, przyzwyczajone do widzenia w ciemności skupiały się na coraz nowych fragmentach lasu. Nic, tylko drzewa, krzewy, kępy trawy. Może już odszedł, ukrył się. Nagle, tam, wysoko, jakiś ruch na powalonej stercie pni...

Kivan odprowadzał ich wzrokiem, gdy zniknęli za drzewami i znaleźli się poza zasięgiem jego strzał. Pozwolił im odejść, może to był błąd. Ale po drogach i gościńcach włóczyło się teraz tylu domorosłych poszukiwaczy przygód, a oni nie wyglądali na pospolitych rzezimieszków. Jeśli będą mieć trochę szczęścia, to nie dadzą się zabić. Łowca westchnął i schował strzałę do kołczanu.

Poczuł chłodny dotyk stali na szyi i znieruchomiał.

- Nie ruszaj się. - wyszeptał kobiecy głos, tuż przy jego przy uchu. - Czemu do nas mierzyłeś?

- Ścigam bandytów w tym lesie. - odpowiedział. Dałby radę powalić dziewczynę, ale nie z ostrzem przyłożonym do szyi. Mógłby skończyć z poderżniętym gardłem. Cholera, przecież puścił ich wolno! Nie byli w niczym lepsi od opryszków, na których polował. Sukinsyny.

- Tak, a może sam jesteś rabusiem?- Steele miała chwilę satysfakcji. Znalazła go, stał na powalonym pniu drzewa. Zaszła go od tyłu. Nie widziała jego twarzy. Teraz nie spowijała już jej niewidzialność, ale to nie miało znaczenia, bo trzymała stalowe ostrze na gardle przeciwnika. Jeden człowiek. Ale z długim łukiem w dłoniach mógł ich wszystkich pozabijać.

- Gdybym był, już byście nie żyli. Kazałem wam odejść, puściłem was wolno.

- Doceniam to. - znowu ten sam kobiecy głos. Nic nie zauważył. Pojawiła się z ciemności, jak duch.- Ale wolę wiedzieć, kto do mnie celuje. - mówiła dalej. - Czemu ich ścigasz?

- To moja sprawa. - poczuł lekkie ukłucie, kiedy przycisnęła sztylet do jego gardła.

- Zła odpowiedź. - wyszeptała elfka.

- Zabili... zabili kogoś mi bliskiego. - wycedził Kivan. I to ma się tak skończyć, zostanie zadźgany przez byle bandytę? Przynajmniej zobaczy ją, po drugiej stronie, ale tak bardzo chciał pomścić jej śmierć. Jej. Deherianay.

- Ojca, brata, kochankę? - chyba bawiło ją to igranie z nim w kotka i myszkę.

- Żonę.

Puściła go. Kivan raptownie się odwrócił. Chciał się na rzucić, na dziewczynę, która chwilę temu trzymała go w szachu sztyletem. Ale zobaczył, że nieznajoma stoi bez ruchu, nie ma wrogich zamiarów.

- Nie rób nic głupiego. - znacząco wskazała na ostrze.- To nic osobistego, musiałam wiedzieć, kto nas wziął na cel. Chyba, że ty przestaniesz być rozsądny.

Mierzyli się wzrokiem. Łowca widział przed sobą drobną postać w opończy, kapturze nasuniętym na oczy, trzymającą ostrzegawczo sztylet. Steele przyglądała się elfowi w lekkiej zbroi, z mieczem przy boku. Jego długi łuk – ten sam z którego do nich mierzył, był ozdobny i starannie wykonany. Broń na pewno magicznie wzmocniono. Długie ciemne włosy opadały mu pasmami na ramiona. Na policzkach miał wymalowane w barwy wojenne. Twarz elfa wyrażała rezerwę, sprawiał wrażenie osoby, która nigdy się nie uśmiecha.

- Więc... – zaczęła Steele. - długo masz zamiar ciągnąć tą swoją vendettę?

- Nie twoja sprawa... - odpowiedział oschle. - Idź w swoją stronę, ja w swoją.

- My też walczymy z bandytami. - znowu impuls podpowiadał elfce co dalej. Pewnie robiła błąd, ale wewnętrzny głos kazał jej próbować. - Podróżujemy po Wybrzeżu Mieczy i wykańczamy kolejnych. - to co mówiła było mocno na wyrost. Do tej pory z rabusiami mieli do czynienia tylko raz. Kilku chłystków, których bieda popchnęła do kradzieży. Gdy pierwszy padł pod toporem Kageina następni zaczęli prosić o litość. Ale musiała przedstawić swoją drużynę lepiej, niż to wyglądało w rzeczywistości.

W nieznajomym było coś, co powstrzymywało ją, żeby odwrócić się na pięcie i odejść.

- W takim razie powodzenia. - znowu ten zimny ton głosu. - Nie zajmuj mi więcej czasu. – elf odwrócił się do niej plecami i zeskoczył ze sterty pni.

- Jesteś sam, w końcu znajdzie się jakiś sukinsyn lepszy od ciebie i wypruje ci flaki! - krzyknęła Steele.

Nawet się nie zatrzymał, zmierzał w stronę kępy drzew. Ściółka szeleściła pod jego stopami. Znikał w panującym mroku.

- Ja szukam morderców mojego ojca. - słowa padły, zanim zdążyła pomyśleć.

Łowca odwrócił się w jej stronę. Steele zeskoczyła z powalonych pni, tuż obok niego.

- Każdy może tak powiedzieć. - rzucił oschle elfa.

- Każdy. Ale to jest prawda. - spojrzała mu prosto w oczy.

Zapadła chwila ciszy, słychać było odgłosy lasu, szmer liści, gdzieś blisko pohukiwanie sowy.

- Wiesz kto zabił twoją żonę? - na chwilę księżyc wyszedł zza chmur. Na twarz elfa padło jasne światło. Nie było na niej widać żadnych emocji.

- Wiem. To jego szukam. Ale im więcej tych sukinsynów zginie przy okazji, tym lepiej.

- Oboje mamy rachunki do wyrównania. – zaczęła starsza z córek Goriona. - Pomożemy ci dopaść tego, kogo szukasz, a ty pomożesz mi znaleźć zabójców ojca.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

Nie zgodzi się, na pewno się nie zgodzi. Przed chwilą groziła mi bronią, teraz proponuje sojusz? Kretyn, jest sam, w końcu ktoś go wykończy. Nie zna jej, ani jej towarzyszy, kim są, czego tak naprawdę chcą... Mogła kłamać, mówiąc o ojcu. Znajdą go tu z poderżniętym gardłem, albo nikt go nie znajdzie, tylko dzikie zwierzęta nażrą się jego ciałem. Kretyn. Szkoda.

- W takim razie... - zaczął. Jak ci na imię?

- Steele. – elfka wyciągnęła rękę. Poczuła mocny uścisk jego dłoni. Jej skóra była stwardniała i chłodna. - A tobie?

- Kivan.