Dziura, tuż obok jej stóp ziała czernią. Lina, którą trzymała w rękach, niknęła w tej ciemności. Tylko krok dzielił ją, żeby znaleźć się pod ziemią. Przełknęła ślinę.

- I co, gotowi?- usłyszała zachrypnięty głos.

Steele utkwiła wzrok w stojącym przed nią sztygarze. Niski mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby brud z kopalni na stałe wżarł się w jego skórę. Oczy błyszczały w jego ciemnej, kanciastej twarzy. To on miał im pomóc zejść na dół.

Dotarli do Naskhel. Przed Jaheira i Khalidem. Może tamci zginęli gdzieś na szlaku. Albo druidka uniesiona dumą postanowiła na dobre zaszyć się w lesie i przestać bawić się w zbawcę świata. Do Naskhel się spóźnili.

Miasteczko było rzeczywiście małe. Kilka sklepów, tawerna, dom uzdrowiciela, rozrzucone zabudowania gospodarskie. Życie koncentrowało się wokół kopalni. Tam pracowała większość mężczyzn. Wydobywane żelazo przynosiło dochody, które napędzały krwiobieg miasta. Właśnie, przynosiło, kiedyś.

- Spójrzcie, do niczego się nie nadaje. - powiedział BerrunGhastkill, burmistrz Naskhel, kiedy usiedli w gospodzie nad szklankami cienkiego wina. Roztarł w palcach kawałek metalu. Żelazo kruszyło się. Jak chleb, którego wielkie pajdy kelnerka położyła na ich stole obok półmiska z mięsem. - Zaczęło się parę miesięcy temu. - ciągnął burmistrz.- Na początku myśleliśmy, że górnicy trafili na słabą rudę. Próbowaliśmy w innym miejscu, ale było coraz gorzej.- włodarz miasta utkwił wzrok w Kageinie, który odgryzał wielkie kawały mięsa i chleba i połykał niemal w całości. Tak samo na jedzenie rzuciła się Shar-Teel. Viconia patrzyła na nich z niesmakiem, demonstrując ostentacyjnie, że potrafi posługiwać się sztućcami. Twarz Imoen była cała umorusana w sosie. Kivan jadł niewiele, siedział za stołem milczący, z założonymi rękami. Steele opanowywała głód, ukradkiem patrzyła na Viconię i starała się jeść tak elegancko jak drowka. Burmistrz zaprosił ich na obiad w geście dobrej woli. Musiał naprawdę na nich liczyć.

- Wartościowego żelaza jest coraz mniej. Spekulanci podbijają ceny, od nas już nie chcą kupować. Trzeba będzie zamknąć kopalnię. Górnicy albo pójdą żebrać, albo rabować, na gościńcach. – Berrun zamilkł, jakby przytłoczył go ciężar tych zmartwień. Zbyt wielkich dla kogoś kogo największym problemem dotąd było, że paru chłopów dało sobie po pijaku w mordę w oberży.

Sama gospoda była niewielka, o wiele mniejsza, niż sławne „Pod Pomocną Dłonią", dające schronienie dziesiątkom podróżnych. Ledwie parę stołów, krzeseł i podniszczona lada, stłoczone w jednej izbie. Znudzone kelnerki i szynkarz odpowiadający półgębkiem na zamówienia. Przesiadywali tu głównie lokalni klienci, ich drużyna musiała stanowić nie lada atrakcję.

- Chodzą też plotki… - włodarz miasta zniżył głos. – …że w kopalni grasują demony. Niektórzy górnicy przysięgają, że je widzieli. Mówią, że kopalnia jest przeklęta. Jak ta wiadomość się rozniesie nikt już nie kupi od nas żelaza. – dokończył.

- Burmistrzu… - elfka ostrożnie dobierała słowa. – …zejdziemy pod ziemię, ale nie jesteśmy górnikami… Jeśli skończyły się wam pokłady dobrej rudy… - musiała udawać zaprawioną w bojach poszukiwaczkę przygód. Berrun nie mógł wiedzieć, że do niedawna świat Steele i Imoen wyznaczały mury Candlekeep. Że spędzały czas w kuchni i bibliotece, a kładły się spać przed północą.

- Nie!- gwałtownie jej przerwał . – To magia, albo jakaś klątwa.

- Łatwo dopatrywać się wszędzie magii. – Kivan po raz pierwszy zabrał głos. Steele posłała łowcy rozzłoszczone spojrzenie. To ona miała rozmawiać.

- Jutro zejdziemy pod ziemię. Przeszukamy kopalnię, jeśli tylko znajdziemy coś podejrzanego, zajmiemy się tym. A teraz wybaczy pan, mieliśmy długą podróż…

- Oczywiście, oczywiście…- mężczyzna wytarł ręce o spodnie i wstał. – Pamiętajcie o nagrodzie. – dodał z naciskiem.

Nagroda. Dwa tysiące sztuk złota. To dlatego tu byli. Żadne z nich nie miało ani pieniędzy, ani lepszego pomysłu, co ze sobą zrobić.

- Powiedz mi… - zaczęła drowka, kiedy gospodarz miasta zniknął za drzwiami. – Czemu mamy pomagać tej bandzie kmiotów?

- Bo nam płacą. – elfka wypiła łyk wina, było cholernie kwaśne, ale przyjemnie rozgrzewało żołądek. Patrząc na to, jak raczyli się tym trunkiem Shar- Teel i Kagein miała pewność, że szybko się położą.- Jutro macie być trzeźwi. – spojrzała wymownie na tę dwójkę.

- Po co? – zapytał krasnolud. – W kopalni nic nie znajdziemy, tylko skały i gruz. To tylko banda wsiurów, która zaraz zacznie głodować. Wymyślili, że ktoś magicznie popsuł im rudę. Na psa urok do cholery. - splunął. - Dobrze chociaż, że najemy się za darmo.

- Zejdziemy jutro do kopalni, a wy macie być trzeźwi. – starsza córka Goriona ucięła dyskusję.

Siedziały z Imoen przed wejściem do gospody. Miasteczko kładło się spać. Ostatni goście opuszczali karczmę. Pijani mężczyźni mylili kroki i przekrzykiwali się nawzajem. Widmo zamknięcia kopalni sprawiało, że szukali zapomnienia w alkoholu. Była noc, bezchmurne, rozgwieżdżone niebo, świecił księżyc. Prawie taka sama, noc, jak gdy siedziały na murach Candlekeep, przed wyjazdem. Prawie.

- Myślisz, że coś tam znajdziemy?- zapytała rudowłosa. – Jakieś potwory, złych magów…?

- Nie wiem. Zejdziemy tam i zobaczymy.

- Nigdy nawet nie byłyśmy w kopalni…- magiczka potarła dłonią nos. Zamilkła na chwilę. –
Mamy… w końcu mamy to co chciałyśmy. Podróżujemy, przeżywamy przygody… - dokończyła ściszonym głosem.

Elfka objęła siostrę ramieniem. Nie wiedziała, co powiedzieć. Imoen oparła się o nią. Milczały przez chwilę.

- Po prostu... nie myślę, o tym co może się stać. - młodsza z córek Goriona mówiła dalej. - Nie myślę o tym, że w każdej chwili mogą nas zabić, że któregoś dnia możemy nie mieć szczęścia, nie myślę...

- To dobrze. – Steele pocałowała dziewczynę w czoło.

- Ten facet... – wspominała rudowłosa- ...w „Pod Pomocną Dłonią"... Rzucił się na nas i niewiele brakowało... Banda ogrów, które spotkaliśmy na wzgórzach... Jakby mi je ktoś pokazał w Candlekeep to uciekłabym z krzykiem. Śmierdziały na milę, całe we krwi i błocie... Ale teraz po prostu nie myślę, nawet się nie zastanawiam. Jeśli trzeba walczyć, robię to co muszę.

- Wiem.

Mogłaby dodać „Tata byłby z nas dumny", ale wolała nie. Nie rozmawiały zbyt często o ojcu. Bała się, że Imoen może się rozkleić, albo, że ona sama to zrobi. Gorion wracał do niej w myślach. Co jakiś czas chciała coś mu powiedzieć, zapytać go o radę. Uświadamiała sobie wtedy, że o nic go już nie zapyta, o nic nie poprosi. Nie podziękuje mu za te bezpieczne, spokojne lata w Candlekeep. Goriona nie ma przy nich, jest tylko ta bolesna pustka. Czasem chciało jej się po prostu krzyczeć z bólu. Czasem marzyła tylko, żeby wypruć flaki temu, kto to zrobił.

Steele wytarła czoło, spojrzała na stojących przed nią towarzyszy. Skinęła głową sztygarowi.

- Dobrze. - rzuciła. - Schodzimy.

Opuszczali się na linach, prosto w ciemność. Elfce mdlały ręce, odpychała się stopami od kamiennych ścian. Zerkała niepewnie w dół, dno sztolni było coraz bliżej. Spojrzała ostatni raz w górę. Świat na zewnątrz zniknął w wylocie szybu.

Sztygar oprowadzał ich po kopalni. Słabe światło pochodni, wąskie chodniki, górnicy rzucający im nieufne spojrzenia. Pył wdzierający się do ust i nosa. Monotonny, metaliczny dźwięk kilofów. Ani śladu złych sil, czy podłych magów. Steele walczyła z uczuciem, że kamienne ściany zaraz się zawalą i pogrzebią ich żywcem. Imoen trzymała się blisko niej. Po wyrazie twarzy Kivana było widać, ze najchętniej znalazłby się z powrotem na powierzchni. Tylko Viconia i Kagien czuli się tak swobodnie, jakby urodzili się pod ziemią. Zaraz, przecież pewnie właśnie tak było.

- To ostatnie miejsce z którego wydobywamy. - sztygar wskazał dłonią na wąski korytarz.
Uwijały się w nim półnagie, brudne ciała górników.

- Jak wywozicie stąd żelazo?- zapytała Imoen.

- W wagonikach, potem wyciągamy je na linach na zewnątrz. - odpowiedział mężczyzna.

- Sprawdzaliście, czy to się do czegoś nadaje? - spytał elf wskazując na stos rudy. Był koszmarnie blady. Steele zastanawiała się kiedy zwymiotuje.

- Kurwa, można to zrobić dopiero jak się je wytopi. - sztygar spojrzał na nich jak na idiotów.

- Podobno któryś z górników mówił, że w kopalni są demony... – zaczęła czarodziejka.

- Brednie pijanego, leniwego, gnojka, któremu nie chce się pracować...- nadzorca splunął na podłogę.

- Może ale chcemy z nim porozmawiać. - odparła Steele.

- Pijus wymyślił całą tę historię. Szkoda waszego czasu. – znowu splunął.

- Chcemy z nim porozmawiać. - ucięła elfka.

Górnik był wynędzniały, o zarośniętej, przebiegłej twarzy. Miał na sobie wytarte, pocerowane łachmany. Był tak chudy, ze niemal z niego spadały. Cuchnęło od niego alkoholem. Patrzył na nich rozbieganymi oczami. Sztygar, który go przyprowadził zmierzył wzrokiem mężczyznę z wyraźną niechęcią.

- Podobno... - zaczęła Steele. - Widziałeś w kopalni demony.

- Co? - zapytał jakby nie dotarł do niego sens słów.

- Mówiłeś, że widziałeś w kopalni coś dziwnego. - przerwała Imoen.

- Co? Nie, nic nie widziałem...Nic, zupełnie nic. – górnik utkwił wzrok w podłodze. - Mogę już iść?

- Wynoś się. - machnął ręką sztygar.

Viconia nagle przysunęła się do Steele i wyszeptała jej coś na ucho. Drowka uśmiechnęła się, widząc jak córka Goriona wlepia w nią zdziwione oczy.

- Sztygarze... - zaczęła elfka. - Mógłbyś zostawić nas samych?

Nadzorca zaklął pod nosem.

- Wracam do szybu. - burknął. - Jak chcecie to tam mnie kurwa szukajcie. Nie będę za wami biegał, do cholery.- skinął na górnika. - Wracaj do pracy gnojku.

- Nie.- odparła Steele – On zostaje z nami.

Sztygar odszedł mamrocząc coś do siebie. Górnik uciekał wzrokiem przed ich spojrzeniem.

- Więc... - zaczęła władczym tonem kapłanka Shar. - widziałeś w kopalni demony?

Nie odezwał się ani słowem. Jego rozbiegane oczy błądziły po ścianach.

- Twój szef, sztygar powiedział, że to tylko bełkot zapijaczonego robola. - kontynuowała drowka. - Ale ja myślę, że kazał ci tak powiedzieć. A ty się zgodziłeś, bo jesteś pieprzonym tchórzem, który nie chce mieć kłopotów.

Górnik wciąż milczał, wlepiał w nich wystraszone oczy.

- Odpowiadaj śmieciu.- w głosie mrocznej elfki było tyle władczości, że Steele sama by się przyznała do wszystkiego.

- Widziałem je. - oddech mężczyzny cuchnął alkoholem. - Demony, małe demony... Wychodziły ze ścian, były wszędzie... Mówiłem im, ale sztygar mi nie uwierzył. Spytajcie, inni widzieli to, co ja.

- Kiedy to było? - Steele wiedziała, że mogły to być tylko brednie zapijaczonego robola, ale mimo to zapytała.

- Wieczorem, ze dwa tygodnie temu. Zawsze przychodzą wieczorem... - objął ramiona dłońmi, zaczął się trząść. Utkwił oczy w ścianie. Miał puste spojrzenie, opluł śliną własny, nieogolony podbródek. - Zawsze przychodzą wieczorem...

Nie dało się z niego nic więcej wyciągnąć. Pytali jeszcze innych górników. Każdy coś słyszał, pogłoski przekazywane z ust, do ust. Kilku coś widziało. Demony w kopalni, małe potworki, wychodzące ze ścian, z opuszczonych szybów. Nadzorca twierdził, że to brednie pijaków, chcących wymigać się od pracy. On nie zauważył niczego podejrzanego.

- Czemu waszym zdaniem żelazo się psuje?- Steele zapytała sztygara. Stali przy tym samym szybie, którym tu się dostali. Docierało tu mętne, wieczorne światło. Spędzili w kopalni cały dzień.

- Nie wiem do cholery. – burknął brygadzista. - Może na górze, w hutach coś pieprzą. My tu robimy wszystko uczciwie, jak zawsze.

- Czy ktoś pilnuje kopalni w nocy? - elfka pytała dalej. - Co się dzieje, kiedy górnicy kończą pracę?

- Nikt nie pilnuje, kto ma tu być? - brzmiała opryskliwa odpowiedź.

- Zostaniemy tutaj na noc. - zadecydowała.

Sztygar najpierw nie chciał się zgodzić. Pyskował, że nikt tu nie będzie ich niańczył. Łatwo się domyśleć, że w drużynie ten pomysł nie wzbudził entuzjazmu. Każdy wolałby nocleg w gospodzie, w ciepłym łóżku. Tylko Viconia była po jej stronie.

- Naprawdę myślisz, że mówił prawdę?- Steele zapytała drowkę. Górnicy już wjechali na górę. Pod ziemią zostali tylko oni. Opustoszałe korytarze, pozbawione stuku kilofów i rzeszy ludzi sprawiały upiorne wrażenie.

- W mojej ojczyźnie mamy wielu niewolników. - odparła kapłanka. - Umiem rozpoznać, tchórza, który boi się gniewu nadzorcy. Jak tylko sztygar odszedł do wszystkiego się przyznał.

- Ten człowiek nie był niewolnikiem. - Kivan opierał się o swój łuk. Steele już zdążyła zauważyć, że serdecznie nie cierpi mrocznej elfki. Z wzajemnością.

- Czyżby, darthilr? - drowka uniosła brwi. - Schodzi pod ziemię, pełza jak szczur. Szcza pod siebie ze strachu, że rzucą się na niego demony. Tylko to umie robić, żeby móc włożyć coś do swojej żałosnej gęby i urżnąć się co wieczór. Jest niewolnikiem. Urodził się nim.

Łowca otworzył usta, z gotową ripostą. Steele uciszyła ich oboje. Na zewnątrz pewnie zapadła już noc, ale pod ziemią nie zrobiło się przez to ciemniej. Rozdzielili się na dwie grupy, żeby mieć na oku obie części kopalni. W jednej ona Imoen i Kivan, w drugiej Viconia, Shar-Teel i Kagein. Grupa Steele rozbiła prowizoryczny obóz, przy wyrobisku. Bardzo prowizoryczny, otulili się płaszczami, usiedli w kucki przy kamiennych ścianach i czekali, co się wydarzy. Elfka wpatrywała się w światło pochodni. Zostawiało ciepłe refleksy we wnętrzu sztolni. Było jej niewygodnie, od kamiennych ścian bił chłód. Jeśli nic nie będzie się działo przejdą się parę razy po sztolniach, może coś zauważą. Nie chciała się przyznać, przed samą sobą, a już na pewno nie przed resztą drużyny, że nie do końca wie, co robić.

Musiała zasnąć. Obudził ja Kivan, szturchając delikatnie w ramię. Już chciała zerwać się i zapytać o co mu chodzi. Elf zakrył jej usta dłonią, przyciągnął do siebie, i w milczeniu wskazał na coś głową.

Cienie. Małe, przemykające obok pochodni cienie. Biegły korytarzem, w ich stronę. Z daleka ktoś mógłby je wziąć za kukiełki, dziecięce zabawki. Jeden z nich wszedł w krąg światła.

Miał długi, wąski pysk, wyglądał jak przerośnięta jaszczurka. Przerośnięta jaszczurka stojąca na dwóch łapach, ubrana w łachmany, trzymająca łuk. Broń rozmiarami przypomniała zabawkę. Ale strzały do niej były z pewnością wystarczająco ostre, żeby przebić ludzką skórę. Nie demony. Koboldy. Małe, pokraczne paskudztwa, o gadzim wyglądzie i skórze porośniętej łuskami. Lubiące zakładać pułapki, znęcać się nad pokonanymi, a czasem żywić się ludzkim mięsem. Stwór rozglądał się przez chwilę, po czym utkwił wzrok wprost w niej i Kivanie. Zamarła. Za późno.

Z piskiem i jazgotem koboldy rzuciły się na nich. Mogły się wydawać niegroźne, ale Steele poczuła ostry ból, kiedy w bok ugodziła ją strzała. Imoen czarami rozprawiła się z łucznikami, oślepiając ich i rażąc magicznymi pociskami. Wnętrze kopalni kilkakrotnie rozbłyskiwało od wybuchów magicznej energii. Steele i Kivan wyrżnęli resztę stworów. Elfka chciała wziąć jakiegoś żywcem i przynajmniej spróbować przesłuchać, ale nie było szansy. Koboldy walczyły z taką zajadłością, że nie mieli czasu myśleć o braniu jeńców.

- Skąd one wyszły? – zapytała czarodziejka. Ustał jazgot bitwy, w kopalni słychać było tylko ich przyspieszone oddechy.

- Stamtąd. - łowca wskazał na otwór w ścianie.

Stary szyb, w połowie zesypany, zbyt wąski, żeby mógł się nim przecisnąć człowiek, ale wystarczający dla kobolda. Przystanęli przy nim, kiedy nagle od ścian echem odbiły się najpierw huk, potem krzyk kobiety.

Biegli do drugiej grupy. Wzniecali tumany pyłu pod stopami. Zanim zobaczyli towarzyszy usłyszeli szczęk broni. Kagein i Shar-Teel wyglądali jak żniwiarze, ścinający zboże, za którymi na polu zostaje tylko pas ścierniska. Ale oni zostawiali za sobą trupy. Znowu krzyk. Głos Viconii. W podłodze, obok walczących ziała dziura. Dno kopalni musiało się zwalić.

- Spadła tam! – krzyknął krasnolud, jego topór rozciął kolejnego stwora. Krew obryzgała mu twarz.

Steele schwyciła pochodnię ze ściany i zajrzała w głąb rozpadliny. Na dole mignęło jej kłębowisko ciał. Przy jednym z wagoników leżała lina. Przywiązała ją prowizorycznie i zrzuciła drugi koniec do jamy.

- Shar- Teel, Kivan ze mną! – krzyknęła elfka.

Oby na dole nie było łuczników.

Wpadli w sam środek walki. Ruchliwa masa ciał koboldów, dźgających mieczami i sztyletami. W tym tłumie Viconia, zakrwawiona, ranna, trzymająca się skalnej kolumny, miotająca zaklęcia. Przy boku drowki dwa przywołane szkielety, chroniące kapłankę. Rzucili się do walki. Stwory usiłowały wejść im na plecy, poderżnąć gardła, powalić ich na ziemie i zakłuć, zatłuc. Shar- Teel przedarła się do mrocznej elfki. Steele widziała jak wojowniczka wznosi wielki dwuręczny miecz i ścina głowę kobolda. Broń spadła na kolejnego stwora, przecinając go niemal na pół. Łachmany, które miał na sobie pękły, mikstury przytroczone do jego pasa rozsypały się po podłodze. Jedna z butelek rozbiła się, jej zawartość trysnęła na miecz dziewczyny.

Shar- Teel zamarła z otwartymi ustami. Broń zaczęła się topić, jak lód na słońcu.

- Co jest do cholery! - warknęła. Wyjęła zza pasa długi sztylet i z nim w ręce rzuciła się na wrogów.

Koboldom nie można odmówić zajadłości, ale nie są zbyt inteligentne. Gdyby zorientowały się co się stało mogłyby spróbować rozpuścić ich broń. Butelek z maziowatą cieczą miały wystarczająco dużo. Znaleźli ich masę przy ciałach stworów.

Steele zapaliła pochodnię, oglądała flakon pod światło. Blask płomieni załamywał się w brązowym płynie wypełniającym pojemnik. Podniosła jedną ze strzał, należących do któregoś pechowego kobolda, który tego dnia stracił życie i zanurzyła we flaszce. Wyciągnęła samo drzewce.

- Musiały tym zatruwać rudę. Na pewno tym. - usłyszała głos Imoen.

- Zabiliśmy kilkanaście przy wyrobisku... - zaczął Kivan.

- Niech to szlag. – Kagein splunął na ziemię. - Dno się zarwało, wylazły te małe diabły. Ona spadła... - wskazał głową na Viconię, którą opatrywała Imoen. Najpoważniejsze obrażenia kapłanka uleczyła zaklęciami, ale wciąż pozostały siniaki i zadrapania. - Myślałem, że ta cała pieprzona dziura się zawali.

Rozejrzeli się dookoła. Byli pod poziomem kopalni, w wąskim korytarzu, od którego skręcały kolejne odnogi. Wszędzie pył i piach. Gdzieniegdzie ze ścian kapała woda, tworzyły się kałuże, małe sadzawki.

- Może to jakieś stare wyrobiska... - zastanawiała się głośno Imoen.

- I co?- Viconia posłała Steele słaby, złośliwy uśmiech. - Niewolnik nie wymyślił sobie demonów. Na szczęście to nie prawdziwe demony, tylko małe, złośliwe gady.

- Zawiadomimy sztygara? - zapytał Kivan.

- Bardzo rozsądnie, naziemcze - mruknęła mroczna elfka. - Myślisz, że on naprawdę nie wierzy swoim górnikom... czy może ktoś mu płaci za to, żeby nie wierzył?

- Viconia ma rację. - zadecydowała Steele. - Nie wiemy, czy można mu ufać.

- Postradasz zmysły, jeśli będziesz wszędzie widzieć wrogów. - łowca odwrócił się do niej plecami.

- Jal khaless zhah waela. - wyszeptała drowka w swoim szeleszczącym języku. Z tonu wypowiedzi elfka zrozumiała, że Viconia pogardza naiwnością naziemców.

- Idziemy. - wydała komendę Steele. - Zbadamy te korytarze, zobaczymy co tam jest.

Brnęli po kostki w pyle, w ciasnych ścianach, które wydawały się zwężać jeszcze bardziej. Kolejny zaułek prowadził w ślepą uliczkę i kolejny. Ze ścian ciekła woda, zrobiło się jej po kostki, a potem po pas. Steele miała nadzieję, ze znajdą w tych korytarzach coś, co zbliży ich do rozwikłania zagadki kopalni. Albo przynajmniej coś, za co burmistrz im zapłaci.

I nagle, gdzieś w końcu kolejnego korytarza zobaczyli światło. Nie światło dnia, słońca, ale blask pochodni.