Wszędzie walała się broń, resztki jedzenia i prowizoryczne posłania. Cuchnęło odchodami i wilgocią. Pochodnie rzucały migotliwe światło na skalne ściany. Byli w jaskini, do której zaprowadziło ich jedno z przejść. Wyglądała jak koszary źle zorganizowanej armii. Takiej, której żołnierze śpią w byle barłogach i srają gdzie popadnie. Armii koboldów.

Nie było tu żywej duszy. Albo wykończyli wszystkie stwory w kopalni, albo reszta kryła się gdzie indziej.

Znaleźli coś jeszcze. Skład mikstury, rozpuszczającej żelazo. Butelki i flakoniki piętrzące się bezładnie pod ścianą. Nie możliwe, żeby koboldy same wpadły na ten pomysł z zatruwaniem rudy.

Byli cali mokrzy, żeby się tu dostać, przeprawiali się przez zalane wodą podziemne przejścia. Imoen kilka razy kichnęła. Przez chwilę Steele zmartwiła się, że siostra się zaziębi. To sposób myślenia, do jakiego przywykła w Candlekeep. Musi się go oduczyć. Tutaj ważniejsze jest, żeby nikt nie obciął Imoen głowy.

Na drugą stronę jaskini prowadziła naprędce zbita kładka, przerzucona, między jednym brzegiem, a drugim. Pod nią płynęła mętna, cuchnąca woda. Po kładce mógłby przejść kobold, może niziołek, ale na pewno nie dorosły człowiek, czy elf.

- Chodźcie. - odezwała się Steele. - Przepłyniemy to.

Zanurzyła się pierwsza. Nagle poczuła ostry ból w nodze. Coś szarpnęło nią i pociągnęło pod wodę. Zdążyła krzyknąć i znalazła się pod powierzchnia, walcząc o życie. Usiłowała pchnąć niewidzialnego przeciwnika, ale jej sztylet trafiał w próżnię. Słyszała krzyki towarzyszy z brzegu. Przerażona Imoen wyciągała do niej rękę. Walczyła o życie, o każdy następny oddech. Nagle ktoś był w wodzie obok niej. Uścisk na nodze zelżał.

Sekundę później Kivan wyciągnął starszą córkę Goriona na brzeg. Krztusiła się i pluła. Leżała na ziemi starając się złapać oddech. Ale żyła, łapczywie wciągała powietrze do płuc. Spojrzała na swoją nogę. Na kostce było zatrzaśnięte narzędzie, które przypominało miniaturowe wnyki na niedźwiedzie. Solidnie rozorało jej skórę. Musiało być przytwierdzone do drewnianej części, jej resztka sterczała z metalowego mechanizmu. To w tym miejscu musiał odciąć Kivan.

- To pułapka.- Elf klęczał nad nią. Czekała na wyraz satysfakcji na jego twarzy, ale się nie pojawił. Spojrzenie łowcy było tak samo obojętne, jak zazwyczaj. - Wciągnie pod wodę każdego, kto do niej wejdzie. Każdego, kto się nie zmieści na kładce.

Nagle Imoen rzuciła się Kivanowi na szyję. Elf delikatnie ją odsunął.

- Dzięki. - wychrypiała Steele.

Dalej poruszali się już ostrożniej. Zanim weszli w kolejny korytarz rzucali kamienie, żeby zobaczyć, czy z podłogi nie wysuną się kolce. Badali kijami dno zalanych wodą przejść. Parę razy to się opłaciło. Rzucony kamyk uruchomił zapadnię, pod błotnistą wodą kryły się stalowe kolce. Skalne przejścia były puste. Tak jakby wyrżnęli wszystkie stwory, których codzienny smród wypełniał to miejsce. Ale przecież ktoś musiał tu być, ktoś poza tymi małymi pokrakami. Koboldy może i potrafiły utrzymać miecz, strzelać z łuku, zastawiać pułapki, ale wymyślić coś takiego?

- Kivan, przestań, zabijesz go ! Musimy przesłuchać sukinsyna!

Głos, kobiecy głos, nie jej, nie Deheriany. Ręce odciągające go, przytrzymujące, krępujące. Wykrzywiona w przerażeniu, zakrwawiona twarz półorka, patrząca tępo na niego.

Krzyk, fale bólu, raz po raz przecinające jego ciało. Ząbkowany nóż w rękach oprawcy, kolejne narzędzie tortur. Deheriana, związana tak jak on, skatowana, patrząca na to wszystko w przerażeniu. Krąg twarzy dookoła, przy ognisku. Zadowolonych, szyderczych, gapiących się na nich tępych twarzy. I wśród nich ta sama twarz, bandyty, który błaga go teraz o życie. Mulahey.

- Kivan!

Głos, kobiecy głos. Jakaś kobieta odciąga go od leżącego mężczyzny. Deheriana? Nie to nie ona. To Steele.

Znaleźli ich. Szefów, głównych oprychów, odpowiedzialnych za to wszystko. Kilku półorków, w kolejnej jaskini, przy butelkach bimbru, obgryzających kości. Zaatakowali z zaskoczenia. Tylko jeden z wrogów został przy życiu. Chociaż to mogło nie potrwać długo, jeśli nie odciągną od niego Kivana. Łowca rzucił się na przeciwnika, wytrącił mu broń i tłukł, jakby chciał go zabić gołymi rękami.

- Kivan!- elf jakby jej nie słyszał. Trzymał tamtego za gardło.

- Gdzie jest Tazok?- wciąż powtarzał jedno pytanie. - Gdzie jest Tazok? - zmasakrowany półork patrzył na niego przerażony.

- Znasz go? Kto to do cholery jest Tazok?- Steele usiłował coś wyciągnąć z towarzysza, ale był jak w transie. Trzeba było trójki z nich - jej, Kageina i Shar – Teel, żeby oderwać Kivana od pokonanego. Wojowniczka stanęła nad powalonym mężczyzną, z ostrzegawczo wyciągniętym mieczem w dłoni.

- Nie ma go... tutaj... wychrypiał półork. Leżał na ziemi, zwinięty w kłębek, krew sączyła się z jego ran. Miał grubo ciosaną twarz opryszka. Jego skóra miała typowy dla tej rasy zielonkawy odcień, czarne tłuste włosy opadały mu na twarz. Ani okrywająca go zbroja, ani topór, który wypadł mu z ręki nie były najlepszego sortu.- Przysięgam, nie ma go tutaj...

- Mam rzucić na tego darthilr urok i zamienić go w bezwolna kukłę?- zapytała szyderczo Viconia, wskazując na łowcę. Steele wciąż go przytrzymywała. - Chyba do reszty odjęło mu rozum.

- Gadaj sukinsynu, po co niszczyliście żelazo. - Shar- Teel przytknęła półorkowi ostrze do gardła.

- To koboldy zatruwały rudę? - usłyszała głos Imoen. Na leżącego mężczyznę spadł grad pytań.

- Kto to jest Tazok? - Steele spojrzała Kivanowi w oczy. Wyglądał już przytomniej.- Skąd znasz tego człowieka?

- On i Tazok. Zabili... zabili moją żonę.

Nie wiedziała co powiedzieć. Delikatnie zdjęła dłoń z ramienia elfa. Wróciła do zadawania pytań.

Ta jaskinia, musiała być kwaterą główną. W wylocie pieczary było widać świat na zewnątrz. Skaliste pagórki porośnięte krzewami. Już dniało. Tak, półork przyznała się, że zatruwali rudę. Wysyłali koboldy starymi szybami, zasypanymi chodnikami, przez które tylko one mogły się przecisnąć. Na wszelki wypadek drogę powrotną zabezpieczały pułapkami. Tylko one wiedziały jak je ominąć. Gdyby jeden z korytarzy nie zawalił się i drużyna Steele nie dostała by się do ukrytego przejścia pewnie nigdy by tu nie trafiła. Dowiedzieli się czegoś jeszcze. Dlaczego nikt nie pilnował kopalni w nocy.

- Zapłaciliśmy sztygarowi. - pokonany klęczał pod ścianą, zabrali mu broń.

Steele wymieniła z Viconią porozumiewawcze spojrzenia.

- Mówiłam. - w głosie mrocznej elfki było tyle satysfakcji, że świat znowu okazał się podły, a ludzie parszywi.

- Po co to robiliście? Sami to zaplanowałeś, czy ktoś cię wynajął? – starsza córka Goriona stanęła nad oprychem.- Mów, inaczej umrzesz.

- Gdzie jest Tazok?- Kivan znowu złapał tamtego za gardło. - Gdzie jest Tazok?

- Nigdy się nie dowiesz, skurwysynu.

W ułamku sekundy półork wyciągnął niewielki sztylet, schowany gdzieś w zwojach ubrania. Łowca zdążył się zasłonić, więc bandyta drasnął go tylko w dłoń, i zanim zdążyli go zatrzymać wbił sobie ostrze w gardło.

Natychmiast na usta wyszła mu piana. Wytrzeszczył oczy i padł na ziemie, wijąc się w konwulsjach. Po chwili było już za późno, żeby go ratować. Monstrualnie spuchły mu szyja i ramiona. Zostawili go w jaskini, zastygniętego trupa z wytrzeszczonymi oczami i grymasem na twarzy.

To była jej wina. Zabrali skurwysynowi broń, ale nie obszukali go całego, nie związali. Nie pomyślała o tym.

- Kivan!

Zdążyli polać ranę elfa wyciągiem z ziół, zwalczającym trucizny, zanim stracił przytomność. Dostał drgawek, jego dłoń od razu zaczerwieniła się i spuchła. Powiększyła się niemal dwukrotnie.

- Musimy go zabrać do miasta.- Viconia klęczała przy nieprzytomnym łowcy. Niewiele mogła pomóc. Najsilniejsze zaklęcia uzdrawiające wyczerpała lecząc siebie po feralnym upadku. Zanim mogłaby rzucić następne musiałaby odpocząć, medytować przez kilka godzin. Nie mieli tyle czasu.

Ciągnęli elfa za sobą, na naprędce skleconych noszach. Gdy wyszli z jaskini zobaczyli w oddali unoszące się dymy. Naskhel. Następne godziny to przedzieranie się przez poszarpane skalne urwiska, sprawdzanie czy ranny jeszcze oddycha. Nerwowe oczekiwanie na najgorsze, modlenie się, żeby na ich drodze nie stanęła grupa orków, czy bandytów.

Steele znowu wyłączyła emocje, jak tego feralnego ranka, gdy znalazła ojca. Liczył się tylko cel. Dojść do Naskhel. Dojść do Naskhel. Zanieść Kivana do uzdrowiciela. Reszta drużyny milczała, Imoen chlipała w rękaw. Nikt głośno tego nie powiedział, ale wszyscy mieli do siebie pretensje.

Elf oddychał coraz ciężej, opuchlizna dotarła aż na ramię. Jeśli dojdzie do szyi nie ma szans.

Nie wracali do Naskhel tak jak sobie wymarzyła, jako bohaterowie. Gdy położyli przed uzdrowicielem rozpalone ciało łowcy ten natarł ranę miksturami i odmówił modlitwy. Wyraz troski nie ustąpił z jego twarzy.

- Trucizna jest bardzo silna. - powiedział. - Zrobiłem co mogłem, jeśli przeżyje do jutra wyjdzie z tego.

Złożyli wizytę burmistrzowi. W miarę jak mówili coraz więcej, wyraz radości ustępował z jego twarzy. Sztygar najpierw zaprzeczał, potem przyznała się do wszystkiego. Nie wiedział kto stoi za zanieczyszczaniem rudy.

Powieszono go na głównym placu, kilka dni po tym, jak Steele i jej drużyna opuścili miasto. Naskhel, małe miasteczko, ledwie dziura na mapie Faerunu straciło niewinność.

Ból, ból, potworny ból. Znowu Tazok? Wracają urywki wspomnień. Deheriana, jest przy nim, pochyla się nad nim, całuje go. Nie, to tylko złudzenie, znowu jej nie ma, znowu odeszła, zniknęła. Tazok, morderca, morderca, morderca. Zabije go, zabije go gołymi rekami. Znowu jest w obozie Tazoka, gdzie ich torturowano. Znowu jest związany przy ognisku, a bandyci pastwią się nad nim. Deheriana już nie żyje. Znowu nie może nic zrobić. Jest tylko ból, już dosyć, już koniec, już wystarczy. Każdym oddechem błaga o śmierć. Błaga, żeby też umrzeć.

Zacieniony pokój, łóżko, na którym leży, przytłumione światło. Kobieca postać. Karmi go czymś ciepłym. Wlewa w niego płyn łyżka po łyżce. Mówi do niego spokojnym, kojącym głosem. Deheriana? Nie, to nie ona. To Steele.

- Wyjdziesz z tego, Kivan. - słyszy jej głos. - Uratowałeś moje pieprzone życie i jestem ci coś winna. A ja nie odpuszczam tak łatwo.