Dziewczyna czekała. Przechadzała się po niewielkiej izbie. Kilka razy stanęła przed lustrem, poprawiła suknię i makijaż. W końcu rozległo się pukanie do drzwi. W wejściu stanął wysoki, rudowłosy mężczyzna. Minione lata zostawiły nieubłagany ślad na jego twarzy i wydatnym brzuchu. Trzymał niewielki pakunek, owinięty delikatną tkaniną. Rzuciła mu się na szyję.
- Tranzig!
Uśmiechnął się i pocałował ją.
- Zobacz co dla ciebie mam. - zaczął rozpakowywać zawiniątko.
- Może nie powinniśmy mu mówić. - wtrąciła Imoen. - Jak tylko się dowie, będzie chciał wyruszyć. Uzdrowiciel mówił, że powinien się oszczędzać.
- Po co się tak z nim cackać. - wtrąciła zimnym tonem Viconia. - Tkwimy tu kolejny dzień, jak nie ma siły niech zostanie.
- Mężczyźni... - ton Shar- Teel stał się nieprzyjemny, jak zawsze gdy poruszała ten temat.
- Od Ghastkilla więcej nie dostaniemy. Cała ta afera z żelazem wygląda na niezłe gówno. Burmistrz jest za krótki, żeby coś z tym zrobić. Znajdziemy tego Tazoka i co będziemy z tego mieli? Tyle tylko, że elf się zemści. Kto nam za to zapłaci? - Kagein jak zwykle myślał o pieniądzach.
Steele westchnęła. Byli w Naskhel, w wynajętym w oberży pokoju. Chwilowo chodzili w glorii chwały bohaterów miasta. Chociaż część mieszkańców nie wierzyła, że problemy w kopalni się skończyły. Wyjęła z kieszeni w kaftanie pomięte, brudne zwoje pergaminu. Spojrzała na podniszczone karty.
- Dobrze, powiem mu. - ucięła dyskusję. - Jeśli będzie chciał odszukać Tazoka, to wyruszymy. Kagein nie przejmuj się pieniędzmi, na razie mamy ich dość.
Kiedy Steele wraz z Imoen czuwały przy nieprzytomnym Kivanie wysłała resztę drużyny, żeby przeszukali sekretne przejścia w kopalni. Znaleźli kilka listów, dobrze ukrytych, za kamiennym wyłomem. Pogniecione, poplamione zwitki pergaminu. Półorkowie, którzy dowodzili pod ziemią nie wyglądali na takich co potrafią czytać. Ale pozory myliły. W pismach przewijały się dwa imiona. Tranzig – kontakt, któremu tamci mieli przekazywać informacje o postępach w kopalni. I Tazok, którego imię wciąż powtarzał w gorączce Kivan, na przemian z imieniem kobiety, pewnie swojej żony. Deheriana.
Nie pokazali listów łowcy, był bardzo osłabiony. Trucizna spustoszyła jego organizm. Czary uzdrawiające, które znała Viconia były za słabe, żeby ją zwalczyć. Steele i Imoen opiekowały się nim na zmianę, pomagając znachorowi. Podawał elfowi rozmaite lekarstwa i mówił, że za kilka dni dojdzie do siebie i nabierze sił. Wyglądało na to, ze będzie musiał to zrobić szybciej, niż przypuszczała.
- Witaj. - weszła do izby, gdzie leżał Kivan, w domu uzdrowiciela. Pomieszczenie było ciemne, ciasne, przesiąknięte zapachem dymu z paleniska, na którym znachor warzył mikstury i wonią rozmaitych ziół. Przy łóżku stał dzbanek z wodą i kubek. Kivana okrywała ciepła skóra i koc. Był blady, ale opuchlizna pokrywająca jego ramię zeszła. Schudł, przez ostatnie dni, kiedy trawiony gorączką walczył o życie udało im się wmusić w niego trochę wzmacniającego bulionu. Gdy odzyskał przytomność nie zjadł o wiele więcej. Burmistrz uparł się, żeby płacić za leczenie, a ona nie oponowała. W kopalni górnicy starali się dostać do nieskażonej rudy. Miała nadzieję, że gdy nowa partia żelaza opuści hutę wytapiane z niej miecze nie będą się łamać i kruszyć. Chociaż bezpieczniej byłoby do tego czasu opuścić Naskhel. - Jak się czujesz? - zapytała.
- Dobrze. Jutro możemy wyruszać, leżałem już dość.
Może do cholery wydusiłby z siebie jakieś dziękuję. Dziękuję, że opiekowałyście się mną, zmieniałyście przepoconą pościel, bandaże przesiąknięte ropą z opuchlizny, wmuszałyście we mnie jedzenie i wodę.
Był półprzytomny, mógł nie pamiętać.
- Znaleźliśmy to w kopalni. – córka Goriona położyła listy na jego łóżku, usiadła obok.
Kivan spojrzał na elfkę, wziął do ręki pierwszą kartę. Przebiegł wzrokiem tekst. Potem następną, wyraz jego twarzy się zmienił. W myślach układał sens słów w całość.
- Dlaczego, nie pokazaliście mi tego wcześniej?- teraz miał pretensje. Typowe.
- Kiedy? Jak leżałeś nieprzytomny, czy jak byłeś za słaby, żeby się podnieść? - odparła szorstko Steele.
W żadnym z listów nie padło gdzie jest Tazok. Jedyny ślad, to wzmianka, o miejscu, w którym miał się zatrzymać Tranzig. Gospoda Feldeposta w mieście Beregost. Elfka znała tę nazwę. Kolejna dziura.
- Co chcesz zrobić? - zapytał łowca. Odłożył zwoje, w oczach miał ten sam nieobecny wyraz, jak gdy rzucił się z pięściami na przeciwnika w kopalni.
- Dostać się do Beregost, znaleźć tego Tranziga i zmusić go do mówienia. A ty?
- Wyruszymy dzisiaj.
- Jest już późno, nie zrobimy wiele drogi przed nocą. Prześpij się, odpocznij. I zjedz coś. Wymaszerujemy jutro z samego rana. - Steele podeszła do drzwi. Na moment się zawahała.
- Kim właściwie jest Tazok?- spodziewała się, że Kivan zbędzie ją krótkim „Nie twoja sprawa". Zignorował pytanie.
- Kivan... muszę wiedzieć, z kim mamy do czynienia. - naciskała elfka.
- To półork, dowodził bandytami na północ od miejsca, gdzie was spotkałem. - łowca nie patrzył na nią, głos łamał mu się od emocji.
- Ilu ludzi miał pod sobą? – Steele nie chciała go męczyć. Widziała ile bólu sprawia mu opowiadanie o tym, ale musiała wiedzieć z kim mają się zmierzyć.
- Nie wiem, może dwudziestu, trzydziestu... - elf kurczowo zaciskał palce na kartach pergaminu. Na dzisiaj już dość pytań.
- Odpocznij. Któraś z nas przyniesie ci zupę. - położyła dłoń na klamce.
Kiedyś zapyta go, o to, co się stało, ale nie tutaj, nie teraz.
- Steele?
- Tak?
- Dziękuję.
Tranzig leżał na łóżku, obok dziewczyny. Chłonął ciepło jej młodego ciała. Wpatrywał się w jej rozrzucone na poduszce blond loki, delikatne piegi na jej pucułowatej twarzy, długie rzęsy, lekko zadarty nosek. Nie ma co, był szczęściarzem.
Na okiennym parapecie leżał prezent, kolejna błyskotka, którą jej podarował. W szafie, skrzyni, były poukrywane te podarunki, które dostała wcześniej. Biżuteria, stroje, kosmetyki. Ona też była szczęściarą.
Tranzig wiedział, że oboje grają w tę grę, oboje znają jej niepisane zasady. Grę, która sprawia, że młode kobiety, dopiero co wchodzące w życie wiążą się z mężczyznami w wieku ich ojców. Ale wiedział też, że Maen jest rozsądna. Świadoma, że facet w pewnym wieku chce się ustatkować, potrzebuje stabilizacji. Co z tego, że jest starszy, przynajmniej umie zapewnić kobiecie utrzymanie na przyzwoitym poziomie, czego nie potrafią ci młodzi gołodupcy. Poza tym mogłaby trafić o wiele gorzej. Zakochać się i zostać żoną rolnika, czy rzemieślnika, którzy swój pot i brud zostawia codziennie na polu czy w warsztacie. Który tylko śpi, je, sra i haruje. A szczytem szczęścia jest dla niego przepić swój urobek, albo zapłacić kurwie, która za parę miedziaków rozłoży przed nim nogi. Dziewczyna wyjdzie za takiego i ani się obejrzy a młody chłopak stanie się grubym, wiecznie zmęczonym robolem. A ona będzie przyglądać się swoim zniszczonym rękom i zastanawiać się, co się stało. Przecież jeszcze tak niedawno była młoda i piękna.
Przy boku Tranziga to jej nie czeka. Nie będzie musiała zaharowywać się jako służba, pomoc domowa, czy kuchta. Zresztą, Maen już rzuciła posadę kelnerki w gospodzie, gdzie pracowała, gdy się poznali. Teraz tylko czekała, aż zjawi się Tranzig zawsze z sakiewką złota i podarkiem dla niej.
Lubił myśleć, że wprawdzie dziewczyna zna grę i jej reguły, ale ze wszystkich którzy przeszli przez ten pokój i jej łóżko był jej najmilszy. Dbał o nią, obsypywał prezentami, obiecywał wspólną przyszłość. To wystarczało.
Nie zadawała zbyt wielu pytań. I dobrze. Nie znała prawdy, nie martwiła się, że w każdej chwili może się wydać, czym trudni się Tranzig. Albo Tazok może przestać być z niego zadowolony i skróci go o głowę. Tazok. Na wspomnienie wielkiej, zwalistej postaci przeszedł go dreszcz.
Maen otworzyła oczy. Jej wzrok padł na błyskotkę na parapecie, mieniącą się złotym blaskiem. Podchwycił jej spojrzenie.
- Jest śliczny. - powiedziała uśmiechając się miękko.
- Załóż go.- Tranzig opierał się na ręku i przyglądał się jej.
Wisiorek wyglądał pięknie na tle nagiej skóry Maen. Układał się dokładnie między wzgórkami piersi. Uśmiechnęła się, przytuliła do niego i znowu go pocałowała.
Nie ważne, że w każdej chwili mogło wyjść na jaw czym się zajmuje i wtedy pojawią się tutaj żołnierze Płomiennej Pięści, Harfiarze, albo ktoś gorszy. Nie ważne, że Tazok, który go opłacał był tak naprawdę morderczym sukinsynem, który nie zawaha się wypruć mu flaki z byle powodu. W tej chwili liczyło się tylko, że leży przy boku pięknej, młodej kobiety, która całkiem dobrze udaje, że jej uczucie nie jest opłacane drogimi podarkami. O resztę rzeczy będzie martwił się później.
