Było ich dwóch. Starszy i młodszy. Z bezpiecznego miejsca, na tyłach gospody taksowali wzrokiem przechodniów. Beregost nie było dużym miastem. Ledwie wyspą cywilizacji na dzikich pustkowiach. Ale znajdowało się na uczęszczanym szlaku handlowym, więc zawsze mógł się pojawić ktoś, kto przykuje ich uwagę. Ktoś z wypchaną sakiewką.
Starszy miał twarz pooraną bliznami. Jedna z nich biegła przez prawe oko, zostawiając w jego miejscu szramę. Drugie tyle blizn, co te które znaczyły jego twarz kryło się na jego ciele. Czarne niegdyś włosy przyprószyła mu siwizna. Ale wciąż robił wrażenie kogoś, kto wie jak napełnić sobie kieszenie złotem.
Chłopiec był drobny i niewysoki. Oceniając po posturze można by mu dać najwyżej dziesięć lat. Ale mierzył przechodniów przebiegłym spojrzeniem zużytego życiem człowieka. Uważnie przyglądał się przechodniom. Zatrzymał wzrok na grupce osób, mijającej właśnie gospodę „Płonący Czarodziej" – murowany budynek, o wysokich wejściowych schodach.
- Ci na pewno mają pieniądze.- jakby od niechcenia rzucił do starszego towarzysza.
- Pieprzeni poszukiwacze przygód... - spojrzenie mężczyzny powędrowało w to samo miejsce. - Lepiej zaczekać na tłustych kupców z wypchanymi portfelami, Coal. Te sukinsyny potrafią obciąć rękę, jak tylko zobaczą, że ktoś za bardzo się zbliży do ich sakiewki.
Chłopak zacisnął usta.
- Spróbuję. - powiedział.
- Tak bardzo chcesz mi coś udowodnić, że ryzykujesz utratę palców, mały? - starszy mężczyzna dalej przyglądał się grupie. Zaraz znikną za rogiem. - Będę cię miał na oku. Nie licz, że wyjmiesz grubej mieszczce parę miedziaków z tyłka, a ja uwierzę, że to im zabrałeś.
- Jasne. - rzucił od niechcenia podrostek. W oczach miał iskierki podekscytowania.
Uciekał przed siebie, na oślep, roztrącał przechodniów stojących mu na drodze. Ścigały go okrzyki.
- Złodziej, złodziej!
Ugryzł w rękę mężczyznę, który chciał go zatrzymać. Udało mu się wyrwać. Kopnął w kostkę grubą kobietę, zastawiającą mu drogę i biegł dalej. Butelki z mlekiem, które niosła rozbiły się z trzaskiem na ulicy. Mleko wsiąkło w pył gościńca. Prawie zadeptał przechadzające się stadko kur. Okrzyki ciągle go ścigały.
Byle jakaś brama, żeby się schronić, wejście do piwnicy, cokolwiek.
Wszystko szło jak zwykle. Coal wmieszał się w tłum, podszedł do ciemnowłosej elfki, która wyglądała na przywódczynię grupy. Robił to wcześniej, tysiące razy. Wystarczyło wyciąć dziurę w sakiewce i uwolnić stamtąd monety. Czasem udało się nawet odciąć cały mieszek. Niepostrzeżenie, jak najlepsi złodzieje z gildii we Wrotach Baldura, albo sławni Złodzieje Cienia z Athkathli.
Ale nie tym razem.
Za rękę złapał go odziany w płaszcz elf, jeden z drużyny. Coal wyrwał mu się i zaczął uciekać. Na oślep, roztrącając przechodniów. Zostawiając za sobą okrzyki „Złodziej, złodziej!" W końcu, w plątaninie ulic wpadł w zaułek. Wrzawa pościgu ustała. Zaraz, chyba ich zgubił. Rozejrzał się, zaułek przecinały sznury z bielizną, wyglądały na niego tylne okna budynków. Zrujnowane schody i drabina prowadziły wprost na dach jednego z nich. Mógłby tam wejść i wszystko przeczekać. Szukając złodzieja ludzie rzadko patrzą w górę.
I wtedy złapało go zakute w stal ramię. Wysoka, jasnowłosa dziewczyna w stalowej zbroi, uderzyła jego głową o mur i wykręciła mu ręce. Z nosa chłopaka trysnęła krew, łzy napłynęły mu do oczu.
- Mam tego gnojka! - zawołała.
Po chwili zbiegli się pozostali. Coal słyszał jak rozmawiają, głowę wciąż miał przyciśniętą do muru.
- Parszywy mały sukinsyn. Zróbmy z nim porządek, tak jak u nas, pod ziemią. Obetnijmy mu palce. - odezwał się pierwszy, niskim, ochrypłym głosem.
- Twój lud jest łaskawy, krasnoludzie. - kobiecy głos wypowiadał słowa miękko i melodyjnie, ale ich ton był zimny niczym lód. - W Menzoberranzan jak przyłapiemy kogoś na kradzieży obcinamy mu obie ręce.
- Przestańcie! - Coal wykręcił ze wszystkich sił szyję. Zobaczył stojącą plecami do niego rudowłosą dziewczynę, która zasłaniała go przed resztą grupy. - Nikt nie będzie mu nic obcinał! Powiedz coś, Steele!
Ciemnowłosa elfka, której imię wymieniła wystąpiła do przodu. To ją próbował okraść. Zmierzyła Coala zimnym spojrzeniem, miała wyraz zdecydowania na twarzy.
- Przytrzymaj go. - poleciła.
Wysoka dziewczyna w zbroi skrępowała mu ręce, przywódczyni grupy sprawnie go obszukała. Znalazła sztylet, procę i jego sakiewkę.
- To, co znajdziemy przy złodzieju, należy do nas... - stwierdziła inna elfka z drużyny, o białych włosach i skórze tak ciemnej, że niemal granatowej. - ... razem z jego palcami.
Renlav się wścieknie. Może się pożegnać z gildią. Ale teraz najważniejsze, żeby przeżyć.
- Pani, wybacz mi, potrzebowałem pieniędzy... Nic nie jadłem od paru dni. Proszę puśćcie mnie wolno, nie oddawajcie mnie straży. Obiecuję, że już nigdy tego nie zrobię. - łzy leciały Coalowi po twarzy, krew ciekła mu z nosa. Oczywiście grał. Musiał wyglądać żałośnie. Nie ważne, liczyło się tylko, żeby go wypuścili.
- Nie okaleczysz chyba tego dziecka? - nieoczekiwanie w jego obronie stanął ten sam elf, w płaszczu barwy liści, który przyłapał go na kradzieży. - Więzienia są pełne takich jak on, wychodzą z nich jeszcze gorsi. Puśćmy go.
Ciemnowłosa elfka przyglądała się niedorostkowi z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nagle jej palce zatrzymały się na małym pierścieniu, na dłoni dzieciaka. Ściągnęła mu go z palca.
- Nie!- chłopak zapomniał się i nie opanował emocji. - Mam go po matce. - dodał speszony.
- Może naprawdę ma go po matce. - w dyskusję włączyła się rudowłosa dziewczyna, która starała się go bronić. Wzięła do ręki błyskotkę. - Zobacz, to srebro mógłby za nie dostać trochę pieniędzy, a dalej go nosi. - obracała przedmiot w palcach.
Nagle przycisnęła świecidełko i srebrne oczko pierścienia odskoczyło, ukazując znajdujący się w środku wygrawerowany symbol. Dziewczyna wpatrywała się w niego zaskoczona, jej zielone oczy badały błyskotkę.
- Zobacz... - pokazała pierścień towarzyszce.
- Skąd to masz? - Coal usłyszał ostry głos elfki, którą nazywali Steele.
Imoen uwielbiała przesiadywać w bibliotece w Candlekeep. Spędzała długie godziny na czytaniu. Dosłownie pochłaniała książki. Candlekeep było idealnym miejscem dla kogoś kto kocha czytać. Wiele razy, kiedy były małe Steele usiłowała wyciągnąć ją do zabawy na świeżym powietrzu, a rudowłosa wolała siedzieć z nosem w zapisanych kartach. Czytała nie tylko romanse, czy przygodowe opowieści, w których dobro zawsze zwycięża. Pochłaniała opasłe tomiszcza poświęcone roślinom rosnącym we wszelkich zakątkach Faerûnu. Zwierzętom, potworom i bestiom, które go zamieszkują. Ludom, które wzniosły na jego terenie swoje miasta. Historia Doliny Cienia. Rośliny Rashemenu. Historia elfów. Szlacheckie rody Neverwinter. Gildie Faerûnu.
Znak, który chłopiec miał wygrawerowany na pierścieniu, Imoen znała z tej ostatniej książki. Kot trzymający w pyszczku sztylet. Symbol gildii złodziei z Wrót Baldura. Na podniszczonych kartach księgi widniał nawet rysunek pierścienia, nosili je członkowie złodziejskiego cechu.
Chłopiec wpatrywał się w panice w ich drużynę. Miał skrępowane ręce, stał pod ścianą. Imoen było go szkoda. Wychudły, potargany, zasmarkany dzieciak. Złodziej czy nie, pewnie nie miał nawet czternastu lat.
- Tylko nie mów, że to ukradłeś. - zaczęła Steele.
- Ja... ja...- jąkał się mały.
- Należysz do gildii, tak? - zaczęła rudowłosa. Chciała chronić chłopaka. Nie wierzyła, że Steele zgodzi się, na obcięcie mu palców. Ale gdzieś z tyłu głowy pojawiała się myśl, że w miarę jak coraz więcej czasu upływa od opuszczenia Candlekeep, jej starsza siostra staje się coraz bardziej bezwzględna.
- Jakiej gildii? - spytał Kivan.
- Dzieciak ma pierścień ze znakiem bractwa złodziei z Wrót Baldura. - odparła elfka.
- Taki gówniarz w gildii? - zaśmiał się ponuro krasnolud . - Nie pierdolcie.
Imoen przykucnęła przy chłopcu, położyła mu dłonie na ramionach.
- Należysz do gildii, tak? - zaczęła łagodnie. - Powiedz prawdę.
- Odpowiadaj śmieciu, bo obetnę ci nie tylko palce. - warknęła Shar- Teel.
Coalowi przyszło do głowy, że mógłby zacząć wrzeszczeć, wzywać pomocy. Skłamać, że to oni go napadli. Może ktoś naiwny, kto nie widział, jak ścigają go za kradzież przybiegnie i uwierzy. Ale kto będzie chciał bronić jednego smarka, którego słowo stanie przeciwko szóstce dobrze uzbrojonych awanturników. Renlav go zabije. Albo oni. Ale póki chcą z nim rozmawiać, a nie obcinać mu palce jest nadzieja.
Chłopak skinął głową. Imoen otarła mu twarz z krwi i smarków.
- T- tak... - wydukał.
- W Beregost jest jeszcze ktoś z gildii? - czarodziejka dostrzegła szansę, żeby ocalić dzieciaka. Wciąż nie wierzyła, że Steele zgodzi się, żeby obciąć mu palce. Ale Shar- Teel, Kagein i Viconia to już zupełnie inna sprawa.
- Tak, mój... mój mistrz. Terminuję u niego...
Bycie kapusiem to beznadziejna sprawa, ale życie bez palców, zwłaszcza, jeśli chcesz być złodziejem jeszcze gorsza.
- Zaprowadzisz nas do swojego mistrza? - spytała magiczka. Uśmiechnęła się porozumiewawczo do Steele. Ta chyba zrozumiała.
Na twarzy chłopca omalowała się panika.
- Nie zrobimy mu nic złego!- natychmiast zapewniła rudowłosa. Potrzebujemy tylko... informacji.
Wydać Renlava? Czego oni chcieli? Mógłby ich zaprowadzić gdziekolwiek i skłamać, że to jest ich kryjówka, a jego mistrz już uciekł. Ale musi myśleć o sobie. Chcą rozmawiać z jego nauczycielem – dobrze, niech rozmawiają. Jeśli tylko dzięki temu ocali swoje dłonie.
- Mieliśmy kryjówkę... - zaczął chłopak. - … nie wiem czy on tam jeszcze jest. Jak zobaczył, że mnie złapaliście mógł uciec...
- W porządku, poszukamy go. - uśmiechnęła się czarodziejka. Reszta drużyny patrzyła na nią ze zdziwieniem. Oprócz siostry. Steele się uśmiechała. Musiała wiedzieć o co chodzi rudowłosej.
Życie Imoen zostało zdruzgotane jakiś czas temu, wraz ze śmiercią Goriona. Ale powoli, w miarę jak czas leczył rany, a wola życia brała górę nad bólem i rozpaczą dochodziła do siebie. Tragiczne wydarzenia, koszmar pierwszych dni po śmierci ojca nie zmieniły jej pogodnego spojrzenia na świat, ufnego podejścia do ludzi. Tak stała się twardsza, potrafiła walczyć jak bohaterowie, o których przygodach dotąd tylko czytała. Potrafiła zabić człowieka, jeśli trzeba zsyłając na niego magiczne pociski, czy trującą mgłę. Świat poza murami Candlekeep nie przypominał tego który znała, z kart książek, bohaterskich opowieści. Widziała śmierć, i nędzę. Żebraków, w łachmanach, proszących o kawałek chleba, prostytutki o zniszczonych twarzach, awanturników gotowych wypruć komuś flaki za garść monet. Ale w głębi serca, mimo całego tego brudu, który zobaczyła pozostałą tą samą radosną, pogodną dziewczyną, która słuchała opowieści Goriona, czy snuła razem ze Steele marzenia o podróżach i przygodach. Dlatego nie mogła pozwolić, żeby coś złego stało się chłopakowi. Co takiego zrobił? Wychował się na ulicy i próbował jakoś na niej przeżyć. Rudowłosa miała o wiele lepszy pomysł na to co zrobić z dzieciakiem, niż obcięcie mu palców.
- Na co nam się ma przydać ten gnojek? Co za różnica, czy jest z gildii złodziei czy nie?- Shar -Teel machnęła mieczem. Pewnie czuła się rozczarowana brakiem krwi.
- Gildia złodziei pomoże nam znaleźć Tranziga. - uśmiechnęła się Imoen.
