Nikt w Beregoście nie znał Tranziga. Przynajmniej nikt nie chciał się do tego przyznać.

Pytali w gospodach, oberżyści i kelnerki kręcili głowami. Nawet przygodni klienci nie pamiętali nikogo o takim imieniu. Jakby zapadł się pod ziemię.

Musiał dobrze posmarować.

Co im zostało? Wypytywać ludzi na ulicy? Jeśli Tranzig zapłacił, żeby być niewidzialny, na pewno zapłacił też żeby poinformowano go, że rozpytuje o niego banda nieznanych awanturników.

I wtedy zjawił się ten dzieciak z gildii złodziei.

Gildie miały szerokie wpływy i pomysł Imoen, żeby wykorzystać chłopca do zdobycia informacji miał sens. Tylko co mieliby robić złodzieje z Wrót Baldura w takiej dziurze jak Beregost? Może chłopak zmyślał.

Lepiej dla niego, żeby tak nie było.

Renlav przechadzał się nerwowo. Stracił dzieciaka z oczu. Widział jak wpadł podczas próby kradzieży i zaczął uciekać. Zniknął w jednym z zaułków. Nie zdążył mu pomóc. Cholerny szczeniak, mówił mu, żeby się nie popisywał. Nie wiedział, co złościło go bardziej. To, że Coal wpadł, czy, że pozwolił mu na próbę kradzieży. Miał zbyt dużą słabość do tego gówniarza.

Jednooki rozważał co mogło się stać. Mogli zaprowadzić małego do koszar i tam wymierzyć mu sprawiedliwość. Mogli zawlec go do jednej z oberż, gdzie stacjonują żołnierze Płomiennej Pięści. W końcu mogli ukarać go sami. To sprowadzało się zazwyczaj do obcięcia palców. Albo ręki. Mogli wreszcie nabrać się na jego wielkie zapłakane oczy i wypuścić gnojka. Ale to było najmniej prawdopodobne.

Starszy złodziej rozejrzał się. Ten zatęchły, zapuszczony strych, był ich kryjówką, odkąd razem z Colaem przybyli do miasta. Renlav wybrał go, bo można się było bez problemu tu ukryć, nie przyciągając niepotrzebnej uwagi. Dom znajdował się w mało uczęszczanej części miasta, a jego mieszkańcy jakiś czas temu stwierdzili, że znaleźli lepsze miejsce do życia. Co z tego, że za posłanie mieli garść starych koców, a jedzenie i tak musieli ukraść? Jednooki wolał nie wynajmować pokoju w gospodzie. W oberży zawsze mógł trafić na znajomą twarz. Na kogoś, kto chciałby wbić mu nóż w brzuch, za kradzież nic nie wartej błyskotki, dawno temu.

Szukać dzieciaka czy dać sobie spokój?

Pewnie już go wydał. Nałgał, że wujek zmusza go do kradzieży i zaraz wedrą się tu żołnierze. Renlav westchnął. Zabrał fanty ukryte w bezpiecznym miejscu, za stertą desek. Beregost może i było dziurą, ale nawet tutaj udawało się im obłowić.

Gdyby gówniarzowi udało się uciec, już by wrócił.

Złodziej podszedł do drzwi. Usłyszał hałas na schodach i rzucił się do okna. W powietrzu zabrzmiały wypowiadane słowa inwokacji. Nagle miejsce w którym stał jednooki, podłoga, deski, parapet i okno pokryły się kleistą substancją przypominającą pajęczynę. Utknął w niej. Szarpał się, ale bezskutecznie. Rzucił w powietrze wiązankę przekleństw. Odwrócił głowę w stronę wejścia.

Renlava wychowała ulica, może i był sukinsynem, ale miał jeszcze ludzkie uczucia. Dlatego mimowolnie ucieszył się, widząc w drzwiach twarz Coala.

Mniej się ucieszył, widząc obnażony miecz w ręku wysokiej dziewczyny, która stała tuż za chłopcem.

- Spokojnie. - zaczęła Steele unosząc ręce do góry, w pojednawczym geście. - Przyszliśmy... porozmawiać.

- Kogo tu sprowadziłeś, gówniarzu? - warknął jednooki.

- To Renlav, mój mistrz. - powiedział chłopak z wyraźną dumą, wskazując na złodzieja. Nawet jeśli mistrz w tym momencie tkwił w magicznej pajęczynie. Wpadł jak śliwka w gówno.

- Należysz do gildii złodziei? - zapytała Imoen. Na twarzy mężczyzny pojawił się złośliwy uśmiech.

- Jeśli tak, to co? – wydobywał się już z większego łajna. Sprowadzili tutaj dzieciaka. Nie obcięli mu po drodze ręki, czy głowy, więc da się z nimi dogadać. Grupka śmiałków trzymała się od na bezpieczną odległość, żeby nie utknąć w galaretowatej mazi, tak jak Renlav. Jeden z awanturników, zakapturzony elf o ponurym wyrazie twarzy wyjął długi łuk. Naciągnął cięciwę i spokojnie do niego mierzył.

Na pewno nie miałby żadnego problemu z trafieniem.

- Potrzebujemy informacji... - zaczęła Steele. - Powiedz nam, co wiesz, a my puścimy chłopca.

- Czemu myślicie, że zależy mi na tym gnojku? - informacji? Próbował ich rozgryźć. Niezły zestaw. Ciemnowłosa elfka, o nieprzeniknionym wyrazie twarzy, rudowłosa magiczka, układające dłonie do inwokacji, żeby porazić go kulą ognia, czy innym cholerstwem. Drowka, przyglądająca mu się z ironicznym uśmiechem. Krasnolud obserwujący to wszystko z widocznym znudzeniem. Wojowniczka, z morderczymi błyskami w oczach, która na pewno z radością obcięła by mu głowę. I ten zakapturzony łucznik. Wyglądali na zwykłych awanturników. Miał już do czynienia z gorszymi.

- Chcesz zobaczyć, jak obcinamy mu palce? - zapytała drowka. Złapała Coala za rękę. Chłopak zaczął się wyrywać w panice.

- Obiecałaś!- krzyknął. - Obiecałaś, że nic mi nie zrobią!

- Viconia, daj spokój. - machnęła ręką Steele. Chłopiec uwolnił się z uścisku mrocznej elfki i wpadł w ramiona Imoen.

- Już dobrze, nic ci nie grozi. - powtarzała rudowłosa, głaszcząc małego po głowie. Przylgnął do niej jak wystraszone zwierzątko.

- Trenowałeś dzieciaka. Co ci się bardziej opłaci, jak będzie cały i zdrowy, czy jak zostanie bez ręki? – zapytała starsza z córek Goriona.

No dobrze. Wygrali. Renlav przywiązał się do tego gówniarza. Cholera, musiał się zestarzeć.

- Co chcecie wiedzieć? - burknął.

- Szukamy kogoś. – zaczęła mówić Steele. - Mężczyzny imieniem Tranzig. Podobno pojawia się czasem w mieście.

- Tranzig?- uśmiechnął się jednooki.

Tranzig wyciągnął się wygodnie. Balia była pełna gorącej wody. Przyjemnie było zmyć z siebie brud podróży. Oparł głowę na drewnianej krawędzi balii i zamknął oczy.

- Jest dość ciepła, kochanie? - Maen stała nad nim z garncem wrzątku. Wyglądała pięknie, mokra koszula lepił jej się do piersi.

- Jest w porządku. Może też wskoczysz? - uśmiechnął się podwładny Tazoka.

- Głuptasie, muszę przygotować kolację. - dziewczyna zniknęła za drzwiami. Była dziś dla niego wyjątkowo miła. Pewnie dzięki pięknemu pierścionkowi z opalem, który jej podarował. Zresztą, co za różnica.

- Wyjeżdżam jutro! - krzyknął, żeby Maen usłyszała go w kuchni.

- Na długo?

- Parę tygodni. Interesy... - odparł wymijająco Tranzig. - I tak tym razem byłem tu długo.

- Za krótko. - Maen objęła jego ramiona i przytuliła się. Poczuł zapach jej włosów.

Bogowie, człowiekowi na prawdę wystarczy niewiele do szczęścia. Jedzenie, ciepłe miejsce do spania i kobieta przy boku.

Było ich kilku, wpadli do mieszkania. Tranzig chciał uciekać, ale wyciągnęli go nagiego z balii i rzucili na podłogę. Upadł twarzą na klepisko. Maen krzyczała w panice. Jedna z napastników, zakuta w zbroję kobieta przytknęła jej miecz do gardła. Wtedy kochanka Tranziga zamilkła i tylko łkała cicho. Wszystko stało się tak szybko.

Tranzig leżał na klepisku, nagi, upokorzony, przerażony. Nie wiedział kim są, ani czego chcą. Podniósł głowę, spojrzał na napastników. Jeden z nich, elf, o ponurej twarzy podszedł do niego i przyłożył mu miecz do szyi. Patrzył na niego oczami pozbawionymi emocji.

- Gdzie jest Tazok? - zapytał.

Tranzig nie był bohaterem. Na początku się opierał, nie chciał mówić, ale kiedy Steele zagroziła, że zabije dziewczynę szybko rozwiązał mu się język. Przysięgał, że Maen nic nie wie.

Opowiadał o kopalni, o tym, jak koboldy zatruwały rudę. On miał skupować najlepsze żelazo i broń jakie znalazł na Wybrzeżu. Podbijał ceny. Na rynku zostawały same śmieci. Miecze, które pękały na kawałki przy mocniejszym uderzeniu. Groty, które nie wbijały się w cel. Lepsza broń i nie skażone żelazo trafiały do Tazoka. Pieniądze na kupno płynęły szerokim strumieniem. Tranzig nigdy nie dociekał skąd zleceniodawca ma tyle złota. Do całej roboty wynajął go jakiś szmugler, przydupas Tazoka, spotkany parę miesięcy temu w Beregoście. Pieniądze wpadały też szerokim strumieniem do kieszeni Trazniga, więc nie zadawał niepotrzebnych pytań. Po co Tazokowi broń i żelazo? Po co zatruwano kopalnie? Może półork chciał po prostu skorzystać na kryzysie. A może sam go wywołał. I tak wszystko zmierzał do najprostszego pytania.

- Gdzie jest Tazok?- nagi, bezbronny mężczyzna, leżący na klepisku budził w Steele politowanie. Nie był najmłodszy, między nim a kochanką pewnie było ze dwadzieścia lat różnicy. Łatwo można było dostrzec jak niekorzystnie obszedł się z nim czas. Obwisły brzuch, podwójny podbródek, poszerzająca się łysina. Oddychał ciężko. Strach o własne życie, o karę z rąk Tazoka walczył w nim z przywiązaniem do kochanki.

- Nie, nie mogę powiedzieć... zabiją mnie, jak się dowiedzą, że ich wydałem. - jąkał się w panice.

Starsza córka Goriona ponownie przyłożyła dziewczynie sztylet do gardła. Czuła jak pojmana się trzęsie, widziała, jak wlepia w nią wielkie, wystraszone oczy.

- Wybieraj. - powiedziała zimno elfka.

Kivan posłał Steele nienawistne spojrzenie. Ale nic nie powiedział. Viconia spojrzała na nią z uznaniem. Jasne, łowca nie chciał brudzić sobie rąk, ale chętnie skorzysta z informacji, gdzie jest Tazok. Hipokryta.

- Jest... jest w lasach na północy, rozbili obóz, ze swoimi ludźmi.

- Świetnie. Zaprowadzisz nas tam. - elfka puściła dziewczynę i schowała sztylet. Kochanka Tranziga osunęła się na kolana szlochając histerycznie.

- Co? Zwariowałaś? Zabiją nas, zabiją mnie... - bełkotał pomagier Tazoka.

- Co, jeśli ten tchórz nas zdradzi? - zapytała Viconia.

- Zabierzemy go ze sobą, będziemy go mieli na oku. Jeśli tu zostanie na pewno doniesie Tazokowi. - ucięła dyskusję Steele.

- Nie, nic mu nie powiem, przysięgam! - zapewniał w panice Tranzig.

- Ubieraj się. - rzuciła elfka. - Zaraz wyruszamy.

Tranzig przekonywał, prosił, ale nic nie wskórał. Kazano mu się ubrać i zabrać dobytek. Dziewczyna łkała w kącie. Nieporadnie ją przytulił. Została w mieszkaniu, razem z przewróconą balią, rozlaną na klepisku wodą i potłuczoną zastawą. Wyszli na zewnątrz. Była już noc.

- Nie wystaw nas, a nie spotka cię krzywda. – zapewniła starsza córka Goriona. - Masz tylko nas zaprowadzić do Tazoka. Potem możesz wracać. I tak twój pracodawca będzie już gryzł ziemię.

Steele wiedziała, że Gorion potępiłby jej postępowanie. Widziała, że Imoen przygląda jej się z zaniepokojeniem, a Kivan nie powiedział nawet słowa. To przecież o jego zemstę chodziło. Oczywiście nie chciała zabić kochanki Tranziga, tak samo jak nie miała zamiaru obcinać małemu złodziejowi palców. Ale im dłużej była poza murami Candlekeep, tym bardziej do niej docierało, jak skutecznie ludzi popycha do działania strach. Najczęściej o własne życie, czasem też o cudze.

- Uważaj! - w powietrzu rozbrzmiał ostrzegawczy krzyk. W drewnianą krokiew wbił się nóż do rzucania. Z ciemności wyskoczyły sylwetki. Nagle dookoła, na uśpionym dotąd miejskim skwerze zaroiło się od wrogów. Rzucili się na nią.

- Trzymajcie Tranziga! – krzyknęła elfka.

To ona byłą celem, miecze, noże godziły w nią. Któryś z napastników drasnął ją w bok. Steele uchyliła się. Noże do rzucania zamiast trafić w jej pierś utkwiły w ciele jednego z atakujących. Następny skończył z jej sztyletem wbitym w kark. Strzały posłane przez łowcę powaliły dwóch kolejnych.

To byli zawodowcy. Zaklęcie Imoen, które powinno sprowadzić na nich magiczny sen nie zadziałało. Shar- Teel mocowała się z dwa razy większym od siebie zbrojnym, Kagein trzymał wyrywającego się Tranziga. Steele zwarła miecz z zabójcą, szybszym i silniejszym od niej. Z trudem odbijała jego ciosy. W końcu ręce jej osłabną i przeciwnik ją trafi. Nie zdołała sparować kolejnego uderzenia. Ale miecz tamtego zamiast utkwić w jej ciele ze zgrzytem uderzył o inne ostrze. Starszy mężczyzna, o twarzy poznaczonej bliznami wyrósł przy niej jak spod ziemi. Odparował cios, a po chwili napastnik skończył z poderżniętym gardłem.

- Renlav!

- Chciałem zobaczyć jak sobie radzicie. - złodziej uśmiechnął się krzywo.

Nagle powietrze wokół wrogów wypełniły kłęby żółtego, gryzącego dymu. Jednooki pociągnął ja za rękę i wyprowadził z oparów. Reszta drużyny też się cofnęła. Steele dostrzegła małą sylwetkę Coala przemykającą się gdzieś pośród domów. Chłopiec zamachnął się jeszcze raz i przestrzeń wokół przeciwników znowu zasnuł dym. Elfka słyszała odgłosy kaszlu, charczenie, walkę o łyk powietrza.

Nie mogli zmarnować takiej szansy. Strzały Kivana trafiały w kolejnych zbrojnych. Bezbłędnie godziły w odsłonięte miejsca, jak głowa, czy szyja. Szkieletom przywołanym przez Viconię było wszystko jedno, mogły walczyć w trującym pyle. Po chwili ziemia była usiana ciałami pokonanych. Renlav nachylił się i obszukał jednego z nich.

- To chyba o tobie. - rzucił, wręczając elfce świstek papieru.

Nagroda, za jej głowę. Znowu. Podnieśli stawkę do pięciuset dukatów.

- Dzięki...- zaczęła wpatrując się w złodzieja. - Dlaczego, właściwie dlaczego nam pomogliście? Dałeś nam namiar na dom, myślałam...

- Mówiłem... - uśmiechnął się jednooki. - Chciałem zobaczyć, czy sobie poradzicie. Poza tym byłem ciekaw, czy rzeczywiście traficie na sławnego Tranziga. - spojrzał na pojmanego, trzęsącego się w panice. - Do cholery, bądź mężczyzną. - rzucił. - Zaraz zlejesz się w gacie.

Podzielili się łupami z dwójką złodziei. Nic wielkiego, broń, błyskotki. Nic co mogłoby wskazywać, kto wynajął już martwych przeciwników.

- Czas uciekać. Wam radzę to samo. - zaczął Renlav. - Zanim zbiegną się tu straże i zaczną dochodzenie kto komu i za co wypruł flaki. Mam przeczucie, że jeszcze się spotkamy.

- Uważaj na siebie mały. - Imoen nachyliła się nad Coalem i pogłaskała go po niesfornych jasnych włosach.

- Ty na siebie uważaj. - odparował chłopak. Zanim rudowłosa zdążyła cokolwiek zrobić pocałował ją prosto w usta. Viconia wybuchnęła śmiechem.

- To twój nowy ukochany? Wyrosło mu już coś między nogami? - kpiła złośliwie drowka. - Nie wie jeszcze, co robić z kobietą.

- Coal!- krzyknęła czarodziejka, czerwieniąc się. - Co ty wyprawiasz, jesteś jeszcze dzieckiem!

- Mam już czternaście lat. – powiedział niedorostek, mierząc ją bezczelnym spojrzeniem. - Znam się na tym lepiej, niż te pedały, z którymi podróżujesz.

- Uważaj na słowa gnojku. - warknął Kagein.

- Przepraszam za niego. - uśmiechnął się starszy złodziej. - Coal, idziemy. Steele, powodzenia, w znalezieniu tego, czego szukasz. Cokolwiek to jest.

- Renlav!- krzyknęła za nim elfka. Złodziej razem z podopiecznym znikał w pokrytych nocą zaułkach miasta.

- Tak?- odpowiedział jej głos spomiędzy zatopionych w szarówce miejskich zabudowań.

- Co złodziej z gildii z Wrót Baldura robi w takiej dziurze jak Beregost?

- Interesy, skarbie, interesy.

Wyruszyli w drogę. Wkrótce Beregost zniknął w ciemności. Przed nimi otworzył się trakt, prowadząc ich w pustkowia, łąki, skały i rzadkie lasy. Maszerowali całą noc i następny dzień. Dopiero, gdy pod wieczór Tranzig prawie zasłabł Steele zarządziła postój.

Spali na zmianę. Kivan pełnił wartę, ale wcale nie chciała zasnąć. Nasłuchiwała. Czy nie zbliża się pościg? Czy Tazok nie dowiedział się, że porwali jego kontakt w Beregoście i wysłał kogoś za nimi? Wpatrywała się w płomień ogniska. Nagle świat przed jej oczami zaczął się rozmazywać. Rzeczywistość, zaczęła się mieszać ze wspomnieniami. Zasnęła.

Znowu przeniosła się w miejsce gdzie zostały stłoczone dziecięce ciała. Ale teraz nie panowało tam przenikliwe zimno. Było gorąco. Płomienie trawiły po kolei fragmenty świata zgromadzonych dzieci. Małe ciała miotały się w panice. Chciała uciec. Oboje próbowali, ona i chłopak, który się nią opiekował. Ale czyjeś ręce porwały ją, szarpiącą się, przerażoną. Widział jak twarz chłopca oddala się coraz bardziej, znika w kłębowisku ciał i płomieni. Gdzieś w oddali słyszała głos przerażonej kilkuletniej dziewczynki. Swój głos.

- Puśćcie mnie! Puśćcie mnie!

Twarz chłopaka rozmazała się w kłębach dymu. Steele obudziła się zlana potem. Utkwiła wzrok w ognisku, nie pamiętając kim jest i gdzie się znajduje. Z oddali dobiegł do niej głos.

- Zły sen? - ktoś powtórzył kilka razy. - Zły sen?

Spojrzała tępo. Kivan pełniący wartę przyglądał się jej. Siedział przy ognisku, otulony w płaszcz. Kaptur naciągnął niemal na oczy. To z jego ust dobiegały te słowa.

- Zły sen?

- Tak... chyba tak. - Steele zacisnęła palce na skroniach. Chciała wstać, sięgnąć po wodę, ale zatoczyła się. Łowca ją podtrzymał.

- Ostrożnie. - powiedział elf sadzając ją z powrotem przy ogniu. Podał jej wody ze swojego bukłaka i otulił płaszczem. Steele mimowolnie położyła głowę na jego ramieniu. Zaraz odsunęła się speszona .

Oboje siedzieli przy ognisku reszta drużyny spała. Ciszę przerywał trzask drewna trawionego ogniem, odgłosy lasu. Oboje nie odezwali się ani słowem. W końcu Steele zasnęła.