Pochłonął ich las. Obie córki Goriona do tej pory oglądały takie miejsca tylko w książkach. Na ilustracjach, które przedstawiały śmiałków przedzierających się przez nieprzebyte bory. Drzewa dookoła sprawiały wrażenie jakby rosły tu od początku świata. Pokrywał je mech, gęsty jak koc. Dawały schronienie nie tylko ptakom, czy zwierzętom, ale grzybom i pnączom porastającym ich pnie i konary. Wszędzie trwała walka o życie. Starsze czy chore rośliny użyźniały glebę, z której wyrastały nowe, pnąc się łapczywie ku niebu. Puszcza wydawała się żywą, samoistną istotą. Dookoła rozbrzmiewał jej śpiew – szmer liści, trzask gałęzi, odgłosy zwierząt, czy innych stworzeń, które kryły się w gęstwinie. To były inne lasy niż te, które przebywali do tej pory. Takie, w których nawet jeśli się zgubisz, prędzej, czy później trafisz na ludzką osadę. A gdy bariera drzew się skończy twoim oczom ukaże się pole, czy wioska. Te puszcze sprawiały wrażenie nieprzebytych stopą człowieka, zamieszkałych jedynie przez zwierzęta i tajemnicze leśne stwory. Wydawało się, że świat na zewnątrz zniknął, skończył się, że dalej istnieje już tylko puszcza.

Ale to nie była prawda. Nawet tutaj były ścieżki wydeptane przez ludzi, czy inne istoty. Punkty orientacyjne, jak strumyk, wąwóz, głaz, które pozwalały podążać dalej szlakiem. Tranzig kilkakrotnie skłamał, że zgubił drogę, że nie może obie przypomnieć jak iść dalej. Sztylet przystawiony do gardła bardzo szybko wracał mu pamięć. I tak wkraczali coraz dalej i dalej między drzewa. Coraz głębiej w powódź zieloności, tajemniczych szmerów i szeptów.

Steele starała się wyczuć, czy ich przewodnik nie kłamie, czy nie prowadzi ich w zasadzkę. Ale mimo tego, że nerwy miała cały czas napięte, nie mogła się napatrzeć na otaczający ją bór. Na twarzy Imoen też widział zachwyt. Za to Viconia i Kagein zamiast przedzierać się między stuletnimi drzewami i wdychać świeże powietrze woleliby znaleźć się w ciemnym, zatęchłym lochu pod ziemią i liczyć złoto. Shar- Teel podobało się jedynie tam, gdzie mogła komuś rozwalić łeb. Tylko jeden z nich wydawał się czuć pewnie w tym gąszczu. Kivan.

Elf poruszał się po lesie jakby to był jego rodzinny dom. Wydawało się, że wyczuwa z daleka zapachy i dźwięki jakie niosła ze sobą puszcza. Gdy usłyszeli trzask łamanych gałęzi pierwszy wiedział, czy przedzierają się jelenie, czy niedźwiedź. Po gwiazdach orientował się czy idą na północ, zachód, czy południe. Bez niego byłoby im o wiele trudniej poruszać się w powodzi drzew.

Steele nie znosiła siebie za mimowolny podziw dla łowcy. Nie znosiła tego, że zatrzymuje wzrok na jego ciemnych włosach, wystających kościach policzkowych, mocno zarysowanym podbródku. Na jego dłoniach, mięśniach ramion widocznych pod płaszczem i kaftanem. Na ciemnych oczach, które wydawały się pozbawione emocji. Za każdym razem gdy się na tym przyłapywał odwracała wzrok. Powtarzała sobie, że to nic takiego. Sukinsyn jest przystojny. To normalne, że zdarza jej się spojrzeć na elfa, nie jest z cholernego drewna. Nie zwierzyła się z tego nikomu, nawet Imoen. Zorientowała się co się z nią dzieje gdy wyruszyli z Beregostu. Wcześniej odsuwała tę świadomość od siebie. Ale czuła ją podskórnie, musiała ją czuć. Pewnie dlatego ciągle warczała na Kivana.

Oczywiście w Candlekeep w jej życiu byli najpierw chłopcy, potem mężczyźni. Synowie kowali, szewców, piekarzy. Były uśmiechy, pierwsze pocałunki, nieśmiałe macanki.

Ale córce Goriona nigdy mocniej nie zabiło serce. Nigdy nie myślała o żadnym z tych chłopaków poważnie. Zawsze powtarzała sobie, że wyjedzie z fortecy, nie skończy jako żona piekarza, szewca, czy kowala z szóstką dzieci. Chciała przeżyć coś niezwykłego. Chciała, żeby facet na którego zwróci uwagę potrafił władać mieczem, ścinać głowy smokom, a nie tylko naprawiać buty, czy piec chleb. I wierzyła, że niech tylko wyrwie się z warowni, a będzie sobie znajdować kochanków, awanturników, drani, na szalone noce. A potem rano każde z nich pójdzie w swoją stronę.

Czy naprawdę do cholery pierwszym facetem, na którego zwróciła uwagę musiał być Kivan?

Czasem przewijał się przez jej sny, wkradał się tam nieproszony. Sny, po których musiała napić się zimnej wody i starała się nie patrzeć na elfa śpiącego przy ognisku. Nie chciała, żeby wyczytał coś z jej twarzy.

To, na co natknęli się na leśnej ścieżce wyrwało Steele z rozmyślań.

Ciała. Dwóch mężczyzn przeszytych strzałami, leżących twarzami do ziemi. Tranzig zamarzł patrząc na nich. Chyba nigdy w życiu nie widział trupa. Dostał ataku paniki.

- To na pewno robota ludzi Tazoka! Nie możemy iść dalej, zabiją nas! Zabiją! Puśćcie mnie, proszę puśćcie!

- Zamknij się. - Shar-Teel zrobiła ruch jakby chciała uderzyć mężczyznę w twarz.

- Steele, powiedz, żeby ten gnojek się uciszył, bo obetnę mu język. - wtrąciła zimnym tonem Viconia.

- Obciąć ci coś innego, żebyś zamknął mordę?- dołączył Kagein.

Steele i Kivan pochylili się nad ciałami. Można by w to miejsce przysłać malarza, żeby uwiecznił subtelną grę świateł i cieni na liściach i pniach, delikatną mgiełkę unoszącą się w powietrzu. Tylko, że kompozycję psuły dwa trupy zagradzające ścieżkę.

- To Tazok! Zabiją nas!- uszy świdrował im głos Tranziga.

Łowca wyjął jedną ze strzał z ciała i obejrzał. Grot nie był odlany z metalu. Wydawał się wystrugany z niezwykle twardego drewna. Lotki nie pochodziły z ptasich piór. Zrobiono je z liści.

- Ucisz się. - usłyszała głos elfa. - To nie ludzie Tazoka. To broń driad.

Driady. Kolejne istoty, o których czytały razem z Imoen. Piękne strażniczki lasu, które potrafiły zarówno wskazać drogę zagubionym podróżnikom, jak i zabić myśliwych za naruszanie spokoju lasu. W księgach napisano, że ich śpiew potrafił zsyłać na ludzi, wizje, omamy, czy nawet szaleństwo.

Popatrzyli po sobie. Nagle coś zaszeleściło w gęstwinie. Kivan naciągnął łuk, Kagein i Shar- Teel złapali za broń. Imoen i Viconia przygotowały się do rzucenia czarów. Tranzig trzasł się cały i pocił.

Z gęstwiny krzaków wypadł na nich mężczyzna. Był w poszarpanej odzieży. Na ubraniu, twarzy, włosach nosił ślady błota. Miał długą, skołtunioną brodę i pospolite rysy twarzy.

- Pomocy, ratujcie... - wyjąkał. - One tu są, one tu są... Driady...

Czarodziejka podtrzymała go. Gdyby nie oparcie wątłego ciała dziewczyny pewnie by upadł.

- Co się stało?- zaczął Kivan. - Nimfy was zaatakowały?

- Porywały... porywały dzieci z wioski. – chłopek nie mógł złapać tchu. - Poszliśmy zrobić z nimi porządek... Usłyszeliśmy śpiew... a potem...

Nie był w stanie składnie powiedzieć nic więcej. Mamrotał coś o swojej wiosce.

- Twoja wioska, tak? – dopytywała rudowłosa. –Trafisz tam? Zaprowadzimy cię.

- Czemu mamy eskortować tego śmiecia? – warknęła mroczna elfka. - Po co się narażać ?

- Właśnie, postradaliście zmysły?- zawodził Tranzig

Kivan pociągnął Steele za ramię. Nachylił się nad nią.

- Ten człowiek kłamie. - zaczął. - Driady nie porywają dzieci. I nie atakują bez powodu.

- Jeśli go tu zostawimy, zginie. - odparła elfka. - Tak jak tamci. - wskazała głową na ciała.

- Wiem.

- Mówi o wiosce, ale wątpię czy sam do niej trafi. Jeśli jest w pobliżu, potrafisz ją znaleźć? – dopytywała córka Goriona.

- Poradzę sobie.

Przedzierali się przez drzewa i krzewy, błądzili po leśnych wykrotach. Wieśniak ciągle mylił kierunki. Ale łowca wiedziony jakimś szóstym zmysłem potrafił znaleźć właściwą drogę, wśród tych mętnych wskazówek. Elfka miała nadzieję, że w taki sam cudowny sposób wrócą w miejsce, w którym spotkali chłopa. Oczywiście Viconia, Shar-Teel i Kagein sarkali, że go odprowadzają. Miał na imię Roen. Zwykły chłopek z zabitej dechami wiochy z puszczy.

Czemu Steele zdecydowała się go eskortować? Czuła jak jej serce coraz bardziej twardnieje, w miarę jak coraz więcej czasu upłynęło od opuszczenia Candlekeep. Ale wciąż nie potrafiła zostawić człowiek na pewną śmierć. Kto wie, to się jeszcze może zmienić.

W końcu ich oczom ukazał się wioska. Przycupnęła w leśnym wąwozie, jakby mieszkańcy bali się, że ktoś im ją ukradnie. Kilkanaście chałup, ogrodzonych drewnianą palisadą, obok przepływający strumień. Przy niej takie miasta jak Beregost wydawały się światową metropolią. Mieszkańcy pewnie polowali, zbierali miód, może pędzili bimber. Ich niespodziewany towarzysz podróży przyśpieszył kroku. Niemal wpadł na palisadę, walił w nią pięściami, żeby tylko jak najszybciej znaleźć się w środku.

- Otwierajcie! To ja, Roen! Otwórzcie do cholery! - krzyczał.

Skrzypnęły drewniane drzwi, wyjrzała rozczochrana głowa, postaci obleczonej w skórę.

- Roen, myśleliśmy już że nie wrócisz, że te suki cię dopadły. Gdzie są...?

- Nie żyją...- wieśniak wpadł rozmówcy w słowo. Wskazał na Steele i jej towarzyszy. - Oni... oni mnie uratowali. Pewnie bym zdechł w lesie, albo te dziwki i mnie wykończyły.

Znaleźli się wewnątrz palisady. Brudne dzieci z umazanymi twarzami przyglądały się im. Kobiety chowały się do domów, zapędzając tam swoje pociechy. Z dachów chałup unosił się dym. Zza palisady wyglądały smętnie dwie wychudłe krowy, przeżuwając trawę.

- My też im odpłaciliśmy. - zaczął mężczyzna, który wpuścił ich do wioski. - Chłopcy wrócili z polowania, przynieśli... Te dziwki nie będą już porywać naszych dzieci, nie będą... - wskazał na plac, pewnie główne miejsce życia wioski.

Tuż nad ubitą ziemią przywiązana do gałęzi drzewa kołysała się...

- Odetnijcie ją!- krzyknął Kivan. Wybiegł na środek skweru. Wyjął miecz i jednym ruchem przeciął sznur.

Wprost w jego ramiona opadła martwa driada.

Plątanina skołtunionych i ubłoconych włosów odsłoniła jej twarz. Nawet teraz, podziurawiona ranami, półnaga, bo tylko resztki odzieży wisiały na jej ciele, wciąż była śliczna. Tak śliczna, że gdy spojrzało się na jej twarz, mimowolnie odwracało się wzrok, jakby to piękno mogło oślepić. Steele ogarnął gniew, na widok tego, co wyrządzono leśnej istocie.

- Co wy zrobiliście!- wybuchnął Kivan. Trzymał kobiecą postać w ramionach. - Jak śmieliście!

Otoczył ich krąg ludzi. Niektórzy dzierżyli włócznie, inni łuki. To byłaby żadna walka, wyrżnąć paru wsiurów. Chociaż strzała z chłopskiego łuku może przeszyć ciało tak samo dobrze, jak z broni najlepszych najemników.

- Przestańcie! - z kręgu wystąpiła starsza, siwowłosa kobieta, pewnie przywódczyni wioski.- Kim jesteście, czego tu chcecie?

- Uratowaliśmy jednego z waszych przed nimfami. - zaczęła mówić Steele. - Ale teraz widzę, że miały dobry powód, żeby go wykończyć. O co tu chodzi?

- Czemu jej to zrobiliście!- wybuchnęła Imoen. Elfka pamiętała, że przyrodnia siostra zaczytywała się książkami o strażniczkach puszczy. Widywały je dotąd tylko na ilustracjach na kartach papieru. Okropnie było oglądać jedną z tych pięknych istot podziurawioną jak sito, skąpaną w zaschniętej krwi.

Kobieta westchnęła.

- Nie wtrącajcie się. Odejdźcie stad.- powiedziała.

- Bezcześcisz jej ciało i spodziewasz się, że opiekunki lasu zostawią was w spokoju? - łowca wystąpił do przodu. Ręce miał uwalane we krwi nimfy. - One nie porywają dzieci, to kłamstwo!

- Nasi ludzie to widzieli! - odparowała gniewnie staruszka. Oczy jej błyszczały, głos miała ochrypły. - Z wioski znikały dzieci. Widzieli, jak driada je porwała. Nasi mężczyźni poszli się z nimi rozprawić, zabili jedną.

- Za to straciliście dwóch swoich.- wycedził Kivan. - Ona należy do lasu, zabieram jej ciało!

Na gest przywódczyni wioski w ich stronę wyciągnęły się dzidy i naprężyły łuki. Tranzig zasłonił twarz. Reszta drużyny trwała niewzruszona.

- Kobieto... - nieoczekiwanie włączyła się do rozmowy Viconia. - Nie znam was, ani waszych zwyczajów. Wiem, że driady są strażniczkami tej puszczy. Co chcecie osiągnąć narażając się im? Co chcecie osiągnąć narażając się... nam? Pozwólcie nam zabrać ciało.

Opuścili wioskę odprowadzani murem gniewnych spojrzeń. Palisada zawarła się za nimi z trzaskiem.

- Czemu cię obchodzi ta martwa suka?- Shar – Teel zapytała kapłankę, odgarniając z twarzy pasmo jasnych włosów.

- Wielu rivin też z chęcią zadźgałoby mnie i powiesiło za nogi na placu, żeby ich bachory mogły rzucać we mnie śmieciami. - mroczna elfka posłała wojowniczce złośliwy uśmiech.

Kivan niósł ciało driady. Miał zaciśnięte usta, ten sam beznamiętny wyraz oczu.

- Co chcesz zrobić? - Steele przyspieszyła kroku i zrównała się z elfem.

- Opiekunki lasu rodzą się z drzew i w nich umierają. – odparł łowca. - Ta też na pewno miała swoje drzewo, ale nie znajdziemy go teraz. Trzeba ją oddać innemu. To będzie właściwe. - wskazał na wysoką brzozę.

- I drzewo... zabierze jej ciało? - zapytała Imoen.

- Zobaczysz.

- Spotkałeś już driady prawda? - Steele uważnie przyglądała się towarzyszowi podróży.

- Tak. - cholera, czy on zawsze musi być taki rozmowny.

Przystanęli przy wskazanej przez Kivana brzozie. Rosła na szczycie wąwozu. Na suchej ziemi w miejscu, gdzie las się przerzedzał. Na dole rozpościerały się piaszczyste zbocza i kamieniste dno parowu. Ziemię dookoła pokrywała sucha trawa. Rosły tu brzozy i kruche krzewy, jaśniały łachy piasku.

- Driady, strażniczki lasu... Wybaczcie nam to co się stało... - zaczął elf. - Przyjmijcie ciało swojej towarzyszki i nie wywierajcie zemsty na tych, którzy to zrobili. - delikatnie położył nimfę obok pnia.

Przez chwilę nic się nie działo. Nagle białe korzenie brzozy w niewytłumaczalny sposób podniosły się do góry i otoczyły driadę. Pień rozstąpił się, tworząc coś w rodzaju drzwi, a korzenie wciągały ciało leśnej istoty do wewnątrz. Zaczęła znikać między słojami drewna. I wtedy...

Otworzyła oczy. Zacisnęła dłoń na przegubie łowcy wciągając go razem ze sobą.

- Kivan!

Steele złapała elfa za rękę. Na oczach pozostałych członków drużyny cała trójka zniknęła wewnątrz drzewa.

Imoen dopadła do pnia, jakby chciała wydrzeć z niego siostrę.

Na polanie zaczął rozbrzmiewać śpiew.

Shar- Teel, Tranzig i Kagein w amoku, nie patrząc na to co dzieje się dookoła pobiegli za śpiewem. Rudowłosa też chciała biec. Śpiew obiecywał jej piękne miejsca i wspaniałe przygody. Wabił, kusił, nęcił. Ale ktoś przewrócił ją na ziemię, czyjeś ręce zatkały jej uszy.

- Nie słuchaj tego!- w melodię śpiewu wdarł się krzyk. - Nie słuchaj tego!

Świadomość Imoen walczyła z tym co podsuwał jej głos. Piękne miejsca, wspaniałe przygody... Nie! Steele, musi ratować Steele! Gorion, jej ojciec, tam jest Gorion! Musi tam iść, musi iść za śpiewem...

- Nie słuchaj!- poznała ten głos. To Viconia.

Krasnolud, wojowniczka i szpieg Tazoka zniknęli w gęstwinie drzew. Viconia trzymała Imoen i zatykała jej uszy dopóki śpiew nie ustał.