Gałęzie wpijały jej się w ciało, głowa piekła od uderzenia, a w ustach czuła nieznośną suchość. Steele rozejrzała się dookoła i skrzywiła.

Chyba naprawdę lepiej być sukinsynem.

Oboje z Kivanem wisieli na drzewie. Największym, jakie dotąd widziała w puszczy. Musiało tu rosnąć od wieków. Trzeba by kilku ludzi, żeby objąć ogromny pień. Miało się wrażenie, że konary pną się coraz wyżej i wyżej, aż gałęzie dosięgną nieba. Nie byli przywiązani sznurami, ale trzymani w uścisku przez gałęzie. Jakby drzewo było samoistną istotą, która gdy spróbują się wyrwać złapie ich, albo wyruszy za nimi w pogoń.

Niewiele pamiętała, od momentu gdy złapała Kivana za rękę. Zostało tylko wspomnienie zamykającego się tunelu słojów drewna, a następnie solidnego ciosu w głowę. Ocknęła się wisząc kilka metrów nad ziemią, nad polaną, w konarach imponującego pomnika przyrody. Obok wisiał elf, wciąż nieprzytomny.

- Kivan! - krzyknęła.

Chyba oddychał, ale wciąż się nie obudził. Cholera!

- Kivan! - znowu żadnej reakcji.

Imoen przetarła twarz, rozejrzała się niepewnie. Siedziała na szczycie parowu, w tym samym miejscu gdzie oddali driadę drzewu. Na jej twarz padł cień, podniosła oczy do góry. Nad nią stała Viconia.

- Napij się. - mroczna elfka podała czarodziejce bukłak z wodą. Dziewczyna przytknęła manierkę do ust. Przechyliła bukłak i przez chwilę łapczywie piła. Woda przyjemnie schłodziła jej gardło.

- Gdzie oni są? – młodsza z córek Goriona bała się zadać to pytanie.

- Nie wiem, pobiegli za śpiewem. Tylko ciebie udało mi się zatrzymać. Może już nie żyją. - wzruszyła ramionami drowka. Wzięła od Imoen bukłak.

- Steele, musimy szukać Steele... - magiczka podniosła się z trawy. Kręciło jej się w głowie, chwiała się na nogach.

- Co chcesz zrobić?- odparowała drowka. - W puszczy na pewno żyje wiele driad. Mamy się na nie rzucić we dwie, do cholery?

- Musi być jakiś sposób... - zaczęła rudowłosa. - Czytałam w księgach, czytałam, że nimfy zbierają się przy swoim drzewie, największym w puszczy. Steele musi tam być, musiały ją tam zabrać. Porozmawiam z nimi, muszą zrozumieć...

- Skończysz jak tych dwóch dupków, których widzieliśmy na ścieżce. - przerwała jej kapłanka. - Mamy obie dać się zabić?

- Przecież możesz... odejść. - głos więzł czarodziejce w gardle.

- Jak sądzisz, jak długo przetrwałabym sama na powierzchni? Zanim jakieś pieprzone wsióry spróbowałyby wypruć mi flaki?- zapytała Viconia. - Parę dni, tydzień, miesiąc?

- Nie zostawię Steele. - Imoen wpatrywała się w drowkę. - Musi... być jakiś sposób.

Przez chwilę obie milczały. Nagle mroczna elfka roześmiała się. Jej śmiech dziwnie zabrzmiał, wśród odgłosów puszczy, szelestu liści, skrzeku ptaków, trzasku gałęzi.

- I tak gdybym została sama coś by mnie pożarło w tym przeklętym lesie. Dobrze, możemy zginąć obie. - słowa były cyniczne, ale w ironicznym uśmiechu Viconii kryło się coś krzepiącego.

Rudowłosa westchnęła z ulgą. Bała się, że mroczna elfka zechce odejść. Drowka czasem ją przerażała. Ale bezpieczniej było podróżować razem, przez tę ogromną puszczę.

- Znajdźmy pozostałych. Przynajmniej spróbujmy. – Imoen nie przyznałaby się do tego przed samą sobą ale bała się. Zostały same wśród powodzi drzew i mieszkających pośród nich nieznanych istot. Miała wrażenie, że czuje ich wzrok na sobie. Spojrzenia obserwujących ją, skrytych w leśnej gęstwinie oczu. Ale wierzyła, że Steele żyje, że nie dała się zabić. Gdyby tak było ona musiałaby coś poczuć. Wiedziałaby, że siostrze coś się stało. Wiedziałaby.

- No to na co czekamy? - kapłanka Shaar uśmiechnęła się ironicznie.

Zeszły z trawiastego, suchego parowu w gęstwinę drzew. Znowu wkroczyły między mech, krzewy i stuletnie pnie. Za nimi zamknęła się puszcza.

Leśne istoty wpatrywały się w nią. Piękne twarze, bez wyrazu mierzyły ją wzrokiem. Ich włosy migotały brązem, czerwienią, złotem. Skórę miały jasną, czasem upstrzoną złotymi plamkami, jakie zostawiło na niej słońce. We włosach i na uszach nosiły ozdoby z szyszek, liści, ptasich piór. Ich ubrania też wykonano z liści i kory. Driady zgromadziły się na polanie, pod drzewem. Wśród nich była ta, którą Kivan oddał brzozie, na szczycie wąwozu. Jej rany i zadrapania zniknęły. Też przyglądała się Steele uważnie, czujnie, bez emocji.

- Puśćcie nas!- krzyknęła córka Goriona. - Nie zrobiliśmy wam nic złego!

Znów te same obojętne spojrzenia, studiujące ją jakby była gadającym krzakiem, czy kamieniem. Steele ogarnęła wściekłość.

- Do cholery, gdyby nie my zgniłabyś w wiosce!- elfka wykrzyczała swoją frustrację. Szarpała się bezskutecznie, starając się uwolnić.- Wypuście nas!

- Spokojnie... - zaczęła jedna z nimf, drobna, delikatna, o miedzianorudych włosach i białej skórze, przypominającej odcieniem korę brzozy.- Nie mamy złych zamiarów.

- Uratowaliśmy jedną z was, a ona wciągnęła nas tutaj! - wybuchnęła Steele. - Uwięziliście nas, mój towarzysz jest ranny...- wskazała na łowcę.

- Rzeczywiście, smutna pomyłka. - odparła driada. Nagle gałęzie trzymające elfa zatrzeszczały i opuściły go tuż nad ziemię. Strażniczka puszczy ujęła jego twarz w dłonie i wyszeptała zaklęcie. Powieki Kivana zadrgały, z jego ust wydobyło się westchnienie. Wyglądało na to, że wraca mu przytomność. Leśna istota zbliżyła usta do jego policzka.

- Wybacz łowco. - wyszeptała. - Spotykamy się w przykrych okolicznościach.

- Kivan!- krzyknęła Steele. Niech on się wreszcie ocknie.

- Drzewo... przekazało nam co zrobiliście... - zaczęła ostrożnie driada. - Jesteśmy wdzięczne. Przepraszam, że was zaatakowałyśmy. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy... Ale... nie możemy was wypuścić.

- Pani... - zaczął z wysiłkiem mówić łowca. - Czy to ty... władasz tym lasem...? Jesteś... królową.

- Królowa odeszła... - odpowiedziała strażniczka lasu. Na twarzy malował się wyraz smutku. - Nie ma już królowej. Wszystko się zmieniło. Dlatego... jesteście nam potrzebni.

- Dlaczego śpiew nie zadziałał na ciebie? - Imoen w końcu zebrała się na odwagę i zapytała. Przemierzały knieję, razem z Viconią. Być może to, co robiły nie miało sensu. Być może wystawiały się na pewną śmierć. Ale nie mogła tak po prostu zostawić Steele. Zresztą jak inaczej miałaby postąpić? Wrócić do wioski? Na pewne nie przyjęliby ich tam przyjaźnie. Zawrócić do traktu? Nie mogłaby spojrzeć sobie potem w oczy.

- W żadnej z waszych bezwartościowych ksiąg naziemców, nie napisali, że mroczne elfy są odporne na magię?- zapytała szyderczo kapłanka.

Szły przez las, przedzierając się przez gąszcz roślin. Nawoływały zaginionych. Odpowiadało im tylko echo. Towarzyszyły im dwa szkielety, przywołane przez Viconię. Nieumarli wojownicy, z mieczami w kościstych palcach, o pustych oczodołach. Białe kości szkieletów spajała magiczna siła, wola mrocznej elfki popychała je do działania. Ich ochrona, chociaż dosyć dziwnie być chronionym przez nieumarłych. Imoen przyglądała się szkieletom z zaciekawieniem i niezdrową fascynacją. Dotąd widywała je tylko podczas walki. Viconia wzywała nieumarłych, gdy chciała przeważyć szalę zwycięstwa na stronę ich drużyny. Wiedziała, że magowie, czy kapłani potrafią przywoływać najpotężniejsze istoty i zmuszać je do posłuszeństwa. Ale sam widok szkieletów, trzask ich kości, puste wejrzenie oczodołów wciąż przyprawiał ją o gęsią skórkę.

Zaczynało się ściemniać. Nie usłyszały żadnej odpowiedzi na ich wołania. Czarodziejka w geście desperacji kilkakrotnie stanęła przed wielkimi, wiekowymi drzewami i wyrecytowała błagalną formułkę, skierowaną do driad. Zapamiętała ją z jakiejś księgi. Zero efektu. Szkielety zamieniły się w połamaną kupkę kości, gdy zaklęcie, które je ożywiło przestało działać. Ich białe piszczele spoczywające między mchem i trawą użyźnią leśną ściółkę. Drowka nie siliła się już na złośliwości. Nie miała na to siły. Zapadła noc. Rozpaliły ognisko, usiadły na powalonym pniu i wpatrywały się w płomienie. Za ich zasięgiem puszcza kipiała odgłosami nocy. Nawoływaniami zwierząt, trzaskiem gałęzi. Baldachim z liści zasłaniał nocne niebo. Imoen i Viconia instynktownie przysunęły się bliżej siebie.

- Wyruszymy rano... – zaczęła kapłanka. - Teraz jest zbyt niebezpiecznie.

Powiedziała to bez przekonania, jakby już uznała swoich niedawnych towarzyszy za martwych. Imoen wciąż wierzyła. Musiała wierzyć.

- Jakie... jakie jest Menzoberranzan? - zapytała nagle.

- Co...? - Viconia sprawiała wrażenie, jakby nie dosłyszała.

- Jakie jest Menzoberranzan? - powtórzyła rudowłosa.

- Czemu o to pytasz?- wybuchnęła drowka. - Szukamy twojej zaginionej siostry i reszty tych żałosnych riwin. Już dawno mogli skończyć ze strzałą w plecach. Co cię obchodzi Menzoberranzan?

- Po prostu chciałam... pomyśleć o czymś innym. - Imoen utkwiła wzrok w płomieniach.

Czytała o mieście drowów. Na ulicach, domach i świątyniach królował nieopisany przepych i niewyobrażalna przemoc. W myślach tworzyła obraz metropolii, egzotycznej, obcej, pięknej i okrutnej.

Viconia milczała chwilę. Nagle machnęła ręką i westchnęła.

- Jest... piękne. Jaskinia Tier Breche, szkoła wojowników Melee Magthere. Pałace, domy, świątynie... Wy, pod waszym nędznym niebem nigdy nie zbudujecie czegoś takiego... - w jej głosie było słychać mieszaninę dumy i goryczy.

- Czemu... czemu stamtąd odeszłaś? Z Podmroku? - Imoen pewnie nie powinna poruszać tego tematu. Tak rzadko miała okazje zamienić na poważnie parę słów z Viconią. Drowka chowała się za ciętymi ripostami, złośliwymi uwagami, bezdusznymi komentarzami. Zrobiła z nich tarczę, dla tego co dławiło ją w środku.

- A jak sądzisz? Inaczej bym zginęła.

- Chcesz o tym opowiedzieć?

- Nie. A ty nie chcesz o tym słuchać.

Nagle, obie usłyszały śpiew. Kojący kobiecy głos wypełniał nocną cisze. Poderwały się z miejsca. Ale ta pieśń była inna. Nie kusiła, nie nęciła, nie wabiła. Kojarzyła się z głosem matki, śpiewającej dzieciom kołysanki. Powoli, ostrożnie kierowały się w stronę skąd dochodziły dźwięki. Przykucnęły pod osłoną krzewów. Odsłoniły liście i zobaczyły.

Na polanie tańczyły dzieci. Zwykłe dzieciaki, w podartych ubraniach, niektóre w łachmanach. O pospolitych twarzach i zapadniętych, umorusanych policzkach. W ich włosach zalegały igły i mech. Śmiały się i bawiły, ale na dziecięcych twarzach gościł wyraz nienaturalnego spokoju. Oświetlał je księżyc. Ale padał też na nie blask emanujący od postaci, siedzącej pośrodku dziecięcego kręgu. To ona śpiewała.

To była nimfa. Jasnowłosa, wysoka, dostojna. Dzieci przybiegały do niej, tuliły się do jej kolan. Brała je na ręce, głaskała po włosach, obsypywała pocałunkami. Polana tonęła w błękitnym świetle, Imoen i Viconia przyglądały się ukryte za zasłoną liści.

- Co się stało z królową? - pytanie Kivana zawisło w powietrzu. On i Steele nadal tkwili skrępowani w koronie drzewa. Strażniczki lasu przyglądały się im.

- Odeszła. Jest w lesie, ale nie pamięta o nas. - zaczęła mówić drobna driada, która rozmawiała z nimi wcześniej.

- Ludzie w wiosce mówili, że ktoś porywa dzieci. Mówili, że to wy... – elfka przestała się szarpać. Kivan żył. Może uda się porozumieć się z nimfami.

- Królowa je zabrała ... Prosiłyśmy ją, ale nie słuchała.

- Musicie powiedzieć ludziom w wiosce! Będą się na was mścić! Trzeba jej odebrać dzieci!- wybuchnęła córka Goriona.

- Nie możemy wystąpić przeciwko niej. To ciągle nasza królowa... - leśna istota mówiła te słowa nienaturalnie spokojnym tonem. Nie patrzyła w ich stronę. W jej głosie brzmiało ostateczne, niezłomne postanowienie.

- To jakiś pieprzony obłęd. - wyszeptała Steele do Kivana.

- Spotykałem już driady. - odpowiedział również szeptem łowca. - One nie są złe, tylko przestraszone...

- Las... pustoszą bandyci. Ludzie z wioski... Ciągle walczymy... Królowa nie będzie nas dłużej bronić. Bez niej jesteśmy coraz słabsze. Drzewa... nie będą nas leczyć... Potrzebujemy was... - strażniczka kniei spojrzała na uwięzionych w koronie drzewa więźniów, na twarzy miała wyraz zdecydowania.

- Czego od nas chcecie?- przerwała jej córka Goriona.

Driada położyła dłoń na policzku Kivana.

- Ty jesteś częścią lasu... A ty... - spojrzała w stronę elfki. - Ciągle szukasz swojego miejsca... Zostaniecie z nami.

- Co? O czym ty mówisz!- krzyczała Steele.- Puśćcie nas! - wyrywała się, szarpała, ale gałęzie trzymały ją w niewzruszonym uścisku. - Puśćcie nas do cholery! Pieprzone dziwki!

- Pani! - w powietrzu zabrzmiał krzyk łowcy. - Nie rób tego!

Steele poczuła chłodny dotyk driady na twarzy. Nimfa pocałowała ją w czoło. Potem Kivana. Gałęzie znowu podniosły ich do góry, a w dole, na polanie strażniczki lasu zaczęły śpiewać.

Steele słyszała śpiew. Wdzierał się do jej głowy, wspomnień, uczuć. Tłumaczył, że to miejsce to jej dom. Ten, o którym marzyła, odkąd opuściła Candlekeep. Że może tu zostać, na zawsze, chroniąc driady. Że jest już bezpieczna. Że może stworzyć nową rodzinę. Zostać na zawsze. Z Kivanem.

Steele walczyła z tym głosem, chroniła się we wspomnieniach. O Candlekeep. O Gorionie. O Imoen. Powtarzała w myślach, że chce stąd odejść, nie może tu zostać. Powtarzała to sto, tysiące razy. W końcu zemdlała.