Korytarz, tunel ciągnący się jak daleko sięgał wzrok. Ciasny, ciemny, niewygodny. Jasny punkt na końcu tunelu. Uciekać. Do wyjścia. Musi tam dotrzeć. Do jasnego punktu. Do światła.

Przedzierała się na łokciach i kolanach. Przejście było na wpół zawalone odłamkami skalnymi i gruzem. Odrzucała je, raniły jej ręce, jej palce krwawiły. Musi się wydostać. Musi się wydostać. Do światła.

Na wpół wyczołgała się, na wpół wypełzła na zewnątrz. Upadła, twarzą w piach. Z wysiłkiem podniosła się na kolana. Za nią ział czarny wlot tunelu, niby rozdziawione usta. Uciekać. Musi uciekać jak najdalej. Zanim ktoś przyjdzie tu za nią.

Zamiast się ruszyć klęczała przytłoczona natłokiem dźwięków i kolorów. Zieleń, intensywna soczysta zieleń, kuła ją w oczy. Przestrzeń, rozpościerający się dookoła horyzont. Nieograniczony skalną kopuła, pod którą spędziła całe życie. Nad nią zalew błękitu. Świecący jasny punkt w tej boleśnie otwartej przestrzeni. Czytała o tym, to słońce. Jego promienie zalewały wszystko, oślepiały ją. Łzy ciekły jej po policzkach. Podświadomie bala się, że zaczną palić jej skórę. Wbiegła w gęstwinę drzew. Naciągnęła kaptur, żeby nikt nie widział jej twarzy. Ciemnej, niemal granatowej skóry, wymykających się spod kaptura białych włosów.

Viconia obudziła się. Spali przy ognisku. Kagein i Kivan czuwali. Co jakiś czas w snach, wracał do niej moment wydostania się z Podmroku. Stanęła wtedy pierwszy raz twarzą w twarz ze słońcem, niebem, roślinami. Nad sobą miała ciemną przestrzeń usianą świetlistymi punktami. Niebo. Gwiazdy. Ten widok był dla niej wciąż tak obcy. Zasypiając miała podświadomie nadzieję, że obudzi się w Podmroku. Że kiedy nad jej głową nie będzie otwartej przestrzeni, tylko skalne ściany wreszcie poczuje się bezpiecznie.

Ale tak się nigdy nie stanie.

Nigdy nie wróci do tych, którzy byli jej najbliżsi. Nie zobaczy ich twarzy, nie usłyszy głosu. Większość z nich nie żyje. Pamiętała... Kapłanki Lolth. Swoich przyjaciół i rodzinę wyrżniętych, albo zakutych w kajdany. I tą jedną myśl, uciekać, uciekać, uciekać jak najdalej.

Jakimś cudem jej się udało.

Na powierzchni panuje przekonanie, że drowy są nieczułe, okrutne, bez serca. To nie do końca prawda. Ich uczucia kryją się za fasadą kultu siły, gdzie każde najmniejsze potknięcie może sprowadzić podejrzenie, że jesteś za słaby, za miękki. Za wszechobecnymi rządami Lolth, które premiują tylko silnych, spychając słabych na margines życia. Viconia pamiętała jak to jest żywić do kogoś sympatię, pamiętała nawet jak to jest kogoś kochać. Ale to wszystko odeszło.

Zresztą, czy jej dom różnił się tak bardzo od tego miejsca? Czy tutaj, czy w Podmroku wszyscy walczyli, cierpieli, nienawidzili i umierali tak samo. Wszędzie życie sprowadzało się do walki o przetrwanie, złapania kilku chwil przyjemności, zanim zamienisz się w stertę kości.

Uratowała Steele nie dlatego, że nagle na powierzchni jej serce zmiękło, tylko z czystej, zimnej kalkulacji. Elfka wyciągnęła do niej rękę. Ryzykowała dla niej własne życie. Odkąd opuściła Podmrok, nikt poza córką Goriona nie zrobił dla niej czegoś takiego. Bez Steele, bez tej gromady naziemców byłoby jej znacznie trudniej przetrwać.

Kapłanka wróciła w myślach do chwili gdy razem z Imoen skryły się w gęstwinie. Królowa driad stała w zasięgu ich wzroku, za zasłoną liści i gałęzi. Dzieci krążyły wokół leśnej istoty, niczym ćmy wabione światłem świecy. W końcu mroczna elfka zaryzykowała. Imoen rzuciła na nią czar. Sprawiał, że w oczach postronnych osób urastało się do rangi bohatera, niemal półboga. Trwał krótko, ale drowka zdołała przekonać nimfę, że jej dzieci są w niebezpieczeństwie. I że musi natychmiast przenieść je trzy w miejsce, gdzie gromadzą się strażniczki lasu. Potem rozpętało się piekło. Nie miała wyrzutów sumienia. Lepiej dla władczyni lasu, że zginęła, niż miałaby tkwić pogrążona w obłędzie.

Viconia podróżowała samotnie, podążały za nią spojrzenia. Niektóre obojętne, niektóre zaciekawione, większość wrogich. Nie miała wielu monet, używanych tu, na powierzchni. Musiała sprzedawać swój dobytek. Klejnoty, które udało jej się zabrać, kupowali wiejscy sprzedawcy, o zarośniętych twarzach. Proponowali o wiele niższą cenę, niż były warte. Kłóciła się z nimi, któremuś nawet splunęła w twarz. Ale każdy z nich pochylał się nad nią z tym samym chytrym, obleśnym uśmiechem i mówił:

- Albo mi to sprzedasz, albo nikt nie kupi od ciebie tego gówna...

W bezsilności gryzła palce, ale sprzedała kamienie. Musiała mieć co jeść.

Szła traktem samotnie, był już wieczór. W ostatnim miasteczku karczmarz nie pozwolił jej się zatrzymać w gospodzie. Głupie, tępe, wrogie spojrzenia ludzi dotykały jej, zatrzymywały się na niej. Na wszystkim, co było odmienne od ich grubo ciosanych, kartoflanych twarzy, kanciastych dłoni, pochylonych pleców. Odeszła stamtąd złorzecząc im wszystkim.

- Pani! Pani!- na skrzyżowaniu, przecinającym trakt, zza zasłony drzew wyłoniło się kilka postaci. Viconia rozejrzała się. To ją wołali.

- Pani... - wystąpił najwyższy z nich, mężczyzna w średnim wieku. - Wiesz może, czy ten trakt prowadzi do Greenest? - nosił krótko przycięte włosy i brodę, był w pełnym rynsztunku. Wyglądał na wojownika. Towarzyszyli mu kobieta i dwóch mężczyzn. Ona w szatach maga, ich stroje i ekwipunek wskazywały raczej na wojowników.

- Nie jestem... stąd... - odpowiedziała wymijająco. Znowu naciągnęła kaptur na twarz.

- Oczywiście, oczywiście... wybacz, że cię niepokoiłem. - gładkie słowa wybiegały z ust mężczyzny. Rozbiegane oczy taksowały twarz mrocznej elfki. - Podróżujesz samotnie?

- Co ci do tego? - odparła szorstko. W ostatniej chwili ugryzła się w język, by nie dodać „samcze". To by ją zdradziło od razu.

- Nic, nic, oczywiście nic. - podniósł ramiona do góry, w przepraszającym geście. - Po prostu rzadko zdarza się w takiej dziurze spotkać kogoś o tak niezwykłym... pochodzeniu.

Więc wiedział. Kapłanka położyła ostrzegawczo dłoń na rękojeści sztyletu. W myślach przeklęła prymitywną broń riwin. Całe swoje najlepsze uzbrojenie musiała zostawić w Podmroku. Na powierzchni, w promieniach słońca rozpadłoby się w pył.

- Co teraz, wyprujecie mi flaki, a moją głowę zatkniecie na pal na jakimś pieprzonym zadupiu? - drowka zacisnęła palce na rękojeści. Czworo. Jeśli uda jej się rzucić zaklęcia przywołania, albo sprowadzić na nich ślepotę może ma szansę. Może. Jeśli któryś z nich nie zabije jej pierwszy.

- Skąd ten pomysł. - uśmiech na twarzy nieznajomego stawał się coraz szerszy.- Nie zechciałabyś... przyłączyć się do nas?

Viconia zrobiła krok do tyłu. Otworzyła usta, ale nie potrafiła zebrać myśli w słowa.

- Aiden, co ty...? - zaczął któryś z grupy.

- Jesteśmy tylko zwykłymi poszukiwaczami przygód. Podróżujemy od miasta do miasta, przyjmujemy zlecenia... To nie najłatwiejszy kawałek chleba. Ale ty pani nie wyglądasz na kogoś, kto chce się zamknąć w domu z gromadką dzieci. Czy może się mylę?

Dom, gromadka dzieci. Może dobrze by jej to zrobiło. Kto szukałby Viconii DeVir w okopconej chałupie, z bachorami na kolanach i przy cycku?

- Uciekasz przed czymś... ale nie będziemy pytać. - jej rozmówca wskazał na swoich towarzyszy. Przyglądali się mrocznej elfce z mieszaniną nieufności i zaciekawienia. Zmierzamy do Greenest. To pobliskie miasto.

- Czemu mi to proponujesz? - spytała drowka. Spojrzała mężczyźnie prosto w oczy, ściągnęła z głowy kaptur. Dość ukrywania się. Wiatr rozwiewał jej włosy, białe pasma wpadały jej do oczu.

- Szkoda by było... gdyby dumna mroczna elfka została zarżnięta na gościńcu przez bandę łajz, czy wsiórów, którzy się jej przestraszą.

- Umiem o siebie zadbać. - Viconia w myślach gorączkowo szacowała propozycję, rachunek zysków i strat. Na razie wychodziło na zero.

- Nie wątpię. Ale tutaj jesteś sama. Drowy mają okropną reputację. Ale tu, na powierzchni, jest wielu wcale nie lepszych.

Zacisnęła pięści. Patrzyła na tych obcych ludzi, na ten cholerny obcy świat. Ze słońcem, księżycem, gwiazdami. Z roślinami i zwierzętami, których nazw nie znała. Tak obcy od Podmroku, a zarazem tak podobny. Zabij, lub zostań zabity.

- Daj spokój, niech idzie w swoją stronę, najwyżej jacyś gnoje z gościńca poderżną jej gardło. - lekceważąco machnęła ręką kobieta.

- Jeśli liczycie na to, że wbijecie mi nóż w plecy jak zasnę, a przy mnie znajdziecie jakieś pieprzone skarby czarnych elfów, to kurwa zapomnijcie.- warknęła Viconia.

- Temperament drowów. - uśmiechnął się przywódca. - Jestem Aiden.

- Yathrin. - nie podała swojego prawdziwego imienia. To słowo w języku mrocznych elfów oznaczało po prostu kapłankę. Ale skąd te prymitywy mogły o tym wiedzieć.

Aiden, Edric, Nomur i Reeth. Spędziła z nimi miesiąc, ucząc się tego dziwnego, prymitywnego świata. Świata, gdzie kąpiel była przywilejem, tkaniny były szorstkie, posłania niewygodne, język kaleczył jej uszy. Gdzie musiała się oduczyć patrzenia na mężczyzn z góry i wydawania im rozkazów. Poznała swoich towarzyszy. Aiden, mający się za nie wiadomo kogo. Chętnie rozłożyłby jej nogi, gdyby mu tylko pozwoliła. Edric i Nomur, dwa tępe osiłki. Reeth, za dużo mówiła, lubiła zbyt dużo wypić, ale w głębi serca dobrą dziewczyną. To ją zgubiło.

- To tutaj. - powiedział Tranzig.

Leżeli na brzegu wąwozu. W oddali, w dole rozpościerało się było obozowisko. Kilkanaście namiotów, poruszające się sylwetki, dymy ognisk. Zbyt daleko, żeby dostrzec jakieś szczegóły. Zaczynało się powoli ściemniać. Niebo stało się fioletowe, kolory wyblakły pod naporem wieczoru.

- Zaczekajcie tutaj. - Steele pewniej przymocowała sztylet przy pasie.

- Schodzisz tam? - Imoen złapała siostrę za ramię.

- Nie pójdziemy tam wszyscy. - tłumaczyła elfka. - Zobaczę jak to wygląda i wrócę.

- Idę z tobą. - Kivan podniósł się. Nie rozmawiali od czasu tamtej nocy. To znaczy nie rozmawiali normalnie. Półsłówka, dziękuje, proszę. Steele zrobiła to, co zwykle. Zepchnęła swoje uczucia na samo dno świadomości. Nie chce rozmawiać? Proszę bardzo. Nie przyznała się nikomu, do tego co się stało.- Tam jest Tazok. - dokończył .

O to mu chodziło, zawsze o to samo. Zemsta, powinność, obowiązek. Kivan - zawsze taki sam. Nieskalany, dobry prawy. Zawsze. Oprócz tej jednej nocy, kiedy ją pieprzył.

Ześlizgnęli się w dół parowu, czołgali się w trawie i zaroślach. Spokojnie, be z pośpiechu, bezszelestnie. Nie dać się zauważyć, nie dać się złapać. Obóz coraz bardziej przybliżał się ich oczom. Krzątający się ludzie, unoszące się dymy. Zaraz...

Musiała tu się odbyć bitwa. Po obozowisku walały się ciała zabitych, klęczeli jeńcy w pętach, trzymani pod strażą. Wszędzie smród unosił się krwi. Steele zatrzymała wzrok na przechodzących mężczyznach, którzy znaleźli się w polu widzenia. Nie wyglądali na opryszków, bandytów rabujących po lasach i gościńcach. Przypominali raczej żołnierzy zaciężnej armii, albo najemników. Dobrze uzbrojeni i umundurowani. A ci w pętach...? Podniszczone zbroje, zarośnięte twarze. Jakby ostatnie miesiące spędzili w głuszy. O co tu do cholery chodzi? Nagle mignęła jej znajoma twarz. Nie chciała wierzyć własnym oczom. Co on tu robi...?

- Kivan!- łowca zerwał się, rzucił się do przodu. Elfka za nim. Przewróciła go na ziemię, wprost w objęcia wysokich traw. W samą porę. Przywitał ich grad strzał.

- Co ty wyprawiasz? - warknęła mu prosto w ucho.

- Tam... jest Tazok.

Na powitanie wyszło im trzech mężczyzn, w skórzanych zbrojach i hełmach. Mieli w rękach kusze. Stali przed nimi, jak przed plutonem egzekucyjnym. Steele opierał się na Kivanie, oddychali ciężko. Cudownie, przez tego idiotę zaraz zginą.

- Zaczekajcie... – znała ten głos. - To pomyłka, to nasi... przyjaciele... - kusznicy opuścili broń. Zza ich pleców wyszedł mężczyzna. Pamiętała ten głos, uśmiech, bliznę.

- Renlav!

- Witaj, skarbie. - jednooki posłał jej swój kolejny krzywy uśmiech. - Trochę się spóźniliście.

Łowca w ogóle ich nie słuchał. Jak w transie wszedł w środek obozu. Między trupy, walającą się broń, jeńców, płonące ogniska, roztrzaskane namioty. Wyciągnął miecz.

- Kivan!

Ogromny półork klęczał związany, pod strażą trzech gwardzistów. Broczył krwią z licznych ran. Krępowały go więzy. Ale patrząc na jego posturę miało się wrażenie, że powinno się go przykuć łańcuchami. Toczył półprzytomnym wzrokiem. Elf podszedł do niego, cały się trząsł.

- Kivan! - chyba nawet jej nie słyszał.

- Spójrz na mnie śmieciu! - łowca stanął nad skrępowanym jeńcem. Drżał. - Pamiętasz mnie? Spójrz na mnie!

Steele i Renlav wbiegli miedzy elfa a strażników, z którymi zaczął się przepychać. Półork rozglądał się tępo. Z ust ciekła mu ślina zmieszana z krwią. Nie zatrzymał na nich wzroku.

- Kivan, przestań!- Steele starała się odepchnąć łowcę.

- Chłopcze, odsuń się, sukinsynowi mocno przypieprzono w głowę. Nawet nie rozumie, co do niego mówisz!- wtórował jej starszy złodziej.

- Spójrz na mnie... skurwysynu!- Kivan splunął Tazokowi w twarz. Ślina ściekała półorkowi po policzku. Nawet nie odwrócił głowy.

- Zabijesz go teraz, jak jest związany i co? Potem nie spojrzysz sobie w twarz.- córka Goriona chwyciła elfa za ramiona. Wpiła palce w jego płaszcz. - Zastanów się do cholery!

Jak dobrze znała Kivana. Wiedziała dokładnie co dzieje się w jego głowie. Jak pragnienie zemsty walczy z honorem i sumieniem. Pomścić śmierć tamtej – oczywiście. Ale w równej walce, a nie podrzynając gardło związanemu przeciwnikowi. Nigdy by sobie tego nie wybaczył. Trzymała go w ramionach, czuła jak się trzęsie. Zaciskał kurczowo palce na rękojeści miecza. Nagle rozluźnił uchwyt. Oddychał ciężko. Nie patrzył jej w oczy. Schował miecz do pochwy. Puściła go.

- Aiden, co ty wyprawiasz? - Viconia stoi w podniszczonej posiadłości lokalnej, podupadłej szlachty. Sprzęty, podłoga, meble noszą ślady dawnej świetności, która nieubłaganie minęła. Ich marne świecidełka przyprawiłyby możnych Menzoberranzan co najwyżej o śmiech. Naprzeciwko niej trzech uzbrojonych mężczyzn. Aiden – jak zwykle zadowolony z siebie. Edric i Nomur – z okrutnym, bezmyślnym wyrazem wyciśniętym na twarzach. Biedna Reeth już nie żyje, jej ciało leży obok. Znaczą je krwawe ślady w miejscach, gdzie magiczkę ugodziła broń niedawnych towarzyszy. Kobieta, którą Aiden trzyma w uścisku i przystawia jej miecz do szyi trzęsie się ze strachu. Tak samo dwójka jej dzieci. Chłopiec i dziewczynka.

- Spokojnie, powiedziałem tylko, żeby oddała nam kosztowności. - głos Aidena jest powolny, miarowy, jednostajny. Kobiecie łzy płyną jej po policzkach.

- Nie musimy tego robić... - zaczyna Viconia.

- Panie, naprawdę, przysięgam, nie mam nic więcej... - słychać łkanie.

- Oczywiście, oczywiście...

- Aiden!

Renlav nie chciał powiedzieć wszystkiego. Uprzedzili ich. Ludzie, z którymi przybył to najemnicy Entara Srebrnej Tarczy, lokalnego możnowładcy. Tazok porwał jego syna. Wywiązała się bitwa. Mieli liczebną przewagę, rozbili ludzi półorka. Złodziej zbywał jej pytania. Jak tu dotarli, jak znaleźli drogę, czemu nie powiedział od początku, że też tu zmierza.

- Za dużo chciałabyś wiedzieć, skarbie. - odpierał z uśmiechem strumień jej słów.

Steele chciała zostać sam na sam z jednookim, przyprzeć go do muru. Zmusić go żeby przestał chować się za złośliwymi uśmiechami i ciętymi ripostami. Reszta drużyny zeszła na dno wąwozu. Mimo, że Tazok był w pętach, Tranzig starał się, jak mógł, żeby półork go nie zauważył. Schodził skrępowanemu olbrzymowi z oczu. Chciał jak najszybciej wyjechać. Steele rozglądała się, taksując wzrokiem łupy, zdobyte przez najemników Entara Srebrnej Tarczy. Żałowała, że nie wpadły w ich ręce.

- Gdzie jest Coal?- wspólnie z Imoen i Viconią przechadzały się po obozie. Przedstawiał żałosny widok. Wszędzie krew, trupy, zniszczony dobytek, dogasające ogniska. Kivan gdzieś zniknął. Elfka miała nadzieję, że nie zrobi nic głupiego. Ściemniało się. Pewnie tu zanocują.

- Odesłałem dzieciaka do Wrót Baldura. Tu jest zbyt niebezpiecznie dla niego. Widzę, że masz do niego słabość. - uśmiechnął się złodziej.

- Nie, ja... - zmieszała się rudowłosa.

- Witajcie. - podszedł do nich mężczyzna w zbroi, niosący trunek i kilka pucharów.- Renlav, za nasze zwycięstwo i za twoich gości. - zakończył z uśmiechem.

- To porucznik najemników Entara. – przedstawił nieznajomego Renlav. – Świetnie się spisał podczas bitwy.

Wszyscy wznieśli kielichy. Nagle Viconia zatrzymała wzrok na twarzy żołnierza. W jej spojrzeniu omalowało się kolejno zaskoczenie, niedowierzanie, a na koniec wściekłość.

- Ty sukinsynu!- chlusnęła mężczyźnie winem w twarz. - Ty parszywy śmieciu!

Porucznik złapał za broń u pasa. Ale przed drowką stanęły Steele i Imoen. Twarz Renlava stężała, przyglądał się im zaskoczony.

- Viconia, o co chodzi, kto to jest? - zaczęła Steele. Nigdy jeszcze nie widziała mrocznej elfki tak wzburzonej.

- Dzieciobójca. Pierdolony dzieciobójca.