Dziewczynka nie płakała. Musiała być w szoku. Miała jasne, splecione w warkocz włosy i skromną sukienkę, w kwiatowy wzorek, mocno już wytarty. Viconia ciągnęła ją za sobą. Drobny, ale uciążliwy balast. Próbowała popychać małą za ramię, w końcu po prostu wzięła ją za rękę. Uścisk dłoni dziecka był zimny. Dziewczynka pozwoliła się prowadzić. Powłóczyła nogami i wpatrywała się tępo przed siebie.

Viconia złożyła dłonie do inwokacji, zaczęła wypowiadać zaklęcie. Zagłuszyła instynkt podpowiadający żeby uciekać, kiedy w jej stronę zmierza przeciwnik z obnażoną bronią. Nomur zamachnął się. Jego maczuga trafiła ją najpierw w ramię, potem w głowę. Krew zalała jej oczy. Ale nie przerwała strumienia słów. Nagle przed nią, spod ziemi wyrósł szkielet. Nieumarły wojownik, patrzący dookoła pustymi oczodołami. Jeden cios brzeszczotem i Nomur osunął się na podłogę, z krwawiącą raną brzucha. Następne uderzenie rozpłatało mu czaszkę.

Spóźniła się. Zaklęcie paraliżu, miało zatrzymać pozostałą dwójkę. Aiden zdążył poderżnąć gardło kobiecie. W odruchu bezmyślnego okrucieństwa przebił też sztyletem chłopca. Dziewczynka schroniła się w kącie i cicho łkała. Edrica zatrzymał paraliż, na Aidena zaklęcie nie zadziałało. Viconia rzuciła się do przodu, by go dopaść, ale wykonał ledwo zauważalny gest dłonią. I zniknął.

Pierścień. Aiden się nim pysznił, wychwalał jakby to był cud świata. W przechwałkach twierdził, że umożliwia teleportację. Na milę, czy pół, ale to wystarczyło, żeby ocalić swój tyłek. Nigdy im nie pokazał jak działa. Viconia podejrzewała, że ze względu na Reeth. Gdy wypiła jej palce stawały się jeszcze bardziej lepkie. Gdyby była pewna, że błyskotka ma rzeczywiście taką moc, na pewno by się z nią przywitała. Szkielet skończył z Edricem. Podniósł się na cała swoją imponującą wysokość, czaszką niemal zawadzał o sufit. Reeth, Edric i Nomur. Ludzie z którymi podróżowała, jadła i spała leżeli w kałużach krwi. Wyrżnęli się z powodu paru błyskotek. Ciała matki i synka. Spoczywały obok siebie, bezwładne, niepotrzebne. Jak poprzewracane meble, walające się po izbie. W kominku palił się ogień, trzeszczały polana. Blask płomieni padał na twarze zmarłych, odbijał się w ich szklistych oczach. Drowka podeszła do Reeth i zamknęła jej powieki. Kto by pomyślał, że złodziejka i pijaczka zachowa się tak szlachetnie. Dziewczynka przykucnęła w kącie, objęła rękoma kolana. Cicho łkała i kołysząc się w przód i w tył. Viconia musiała siłą wyciągnąć ją z tego schronienia.

Zaprowadziła dziecko do miasteczka. Zabitej dechami dziury, niedaleko podupadłej szlacheckiej rezydencji. Skupiska nadgryzionych przez czas domów, pochylony ratusz, zapyziała świątynia. W powietrzu unosił się kurz, zapach stagnacji i apatii. Smród miejsca, które wszyscy omijają. Szkielet podążał za nimi z monotonnym stukiem kości. Kapłanka mogłaby zostawić dzieciaka w posiadłości, razem z pięcioma trupami. Ale jeśli ktoś widział Viconię, wchodzącą, czy wychodzącą z domu gdzie dokonano masakry, podejrzenie od razu padnie na nią. Gdzieś tu był Aiden, sukinsyn, o złotym języku, który potrafił każdego przeciągnąć na swoją stronę. A poza tym naziemcy nie pałali miłością do mrocznych elfów.

Doszły do grupy domów. Obok rosła kępa drzew. Mieszkańcy krzątali się, zajęci swoimi sprawami. Na widok drowki, z zakrwawionym czołem, ciągnącej za sobą dziecko, w asyście szkieletu wszyscy zamarli.

- To mała panienka!- wykrzyknęła któraś z kobiet, wyciągając w ich stronę wątłe ręce.

- Słuchajcie... - mieszczanie jakby zwabieni słowami kapłanki otoczyli je kręgiem, nieprzyjaznych twarzy. - Stało się... nieszczęście. Matka i brat tego dziecka nie żyją. – Viconia puściła dłoń dziewczynki, drobne palce wysunęły się bezwładnie z jej uścisku. Mała wciąż trwała w letargu.

- Napadli na nich... rabusie. Ja i jeszcze jedna kobieta próbowałyśmy... ich powstrzymać. – mroczna elfka starała się, żeby jej głos brzmiał jak najbardziej przekonująco, żeby mieszkańcy musieli uwierzyć w to, co im powie. - Moja... towarzyszka zginęła, matka i brat tej dziewczynki też. Jeden z bandytów uciekł. Nie wiem, czy ona ma tu jakąś rodzinę... - wypchnęła dziewczynkę przed siebie. Jakby mała była tarczą, która obroni ją przed nieufnością ludzi.

Krąg twarzy przybliżył się.

- Kłamiesz! - ciszę rozdarł histeryczny krzyk. Wrzeszczała któraś z grubych kobiet, o pospolitych rysach. - To drow, na pewno sama ich zabiła! Zabiła ich!- ten głos, skrzek nienawiści pomieszanej z przerażeniem brzmiał w uszach Viconii. Później miała go słyszeć jeszcze wiele razy.

- Czy przyprowadziłabym tu dziecko, gdybym zabiła jego rodzinę? - riwin byli głupsi niż sądziła. Odwróciła się i chciała odejść. Drogę zagrodziły jej kolejne postacie o kartoflanych twarzach i tępych spojrzeniach. - Dajcie mi przejść. - dodała ostrzegawczo kapłanka. Szkielet uniósł miecz do góry, zacisnął kościste palce na rękojeści.

- Przeszukajcie ją! - odezwały się kolejne głosy z tłumu. - Na pewno dziwka ma klejnoty, które zrabowała!

- Brać ją!

- Nie pozwólcie jej uciec!

Viconia szacowała w myślach. Tłum napierał. Szkielet zniknie, gdy zaklęcie przestanie działać. Zostanie z niego kupka kości. Mogłaby walczyć, może udałoby jej się uciec ale co dalej? Spirala przemocy zacznie się nakręcać. Uciekła z Podmroku, tutaj też miała być wyjętym spod prawa banitą ?

- Dość!- ze zgromadzenia wystąpił starszy mężczyzna. Przygarbiony, pochylony, siwowłosy. Miał na sobie strój, który kiedyś mógł być kosztowny, teraz stał się najwyżej znakiem nieuchronnego upływu czasu. Wytarte mankiety kaftana, naddarte zdobienia boleśnie rzucały się w oczy. Ludzie rozstąpili się przed nim.

- Pani... - zaczął mówić. - Dziękujemy ci za uratowanie dziecka. Ale obawiam się, że musisz tu zostać... - wyciągnął ręce i przygarnął dziewczynkę. Wpiła się palcami w jego koszulę. Drobne ramiona dziecka drżały. Mysi ogonek warkoczyka trząsł się od stłumionego łkania.

- Starcze... - kiedyś przed takim tonem jej głosu samce, jak ten padały na kolana. Teraz groziła jej banda wsiórów. - Chcesz, żebym zrównała tę dziurę z ziemią?

- Nieważne, co mówią o drowach, pani. Gdybyś była taka podła, jak głoszą opowieści, nie przyprowadziłabyś do nas dziecka. Ale... jeśli to, co mówisz jest prawdą to popełniono morderstwo. Musi być sąd i kara. Wezwiemy Płomienną Pięść. Złożysz zeznania, zaczną śledztwo. Zginęły osoby ze szlacheckiego rodu. Może i ubogiego, ale nie puścimy tego płazem.

- Nie igraj z ogniem starcze.

- Och pani, wiem, że dla ciebie zabić mnie, to jak splunąć. Ale... co dalej? Zabijesz nas wszystkich?

Viconia rozejrzała się po zgromadzonych twarzach. Malowały się na nich kolejno, odraza, przerażenie, niezdrowa ciekawość. Mężczyzna tulił dziewczynkę i głaskał ją po włosach. Ukryła twarz w skrawku jego koszuli. Nagle w ciszy nabrzmiałej na placu rozległ się jej płacz. Mroczna elfka westchnęła, opuściła miecz.

- Wśród zabitych, w chacie jest kobieta. To moja towarzyszka. Pochowajcie ją godnie, zginęła broniąc dziecka.

Nie zabrali jej broni, nie odważyli się. Zamknęli ją w zapyziałym garnizonie. Siedziała w marnej kantynie. Przy stole zbitym z nierównych desek, pełnym drzazg gotowych utkwić za paznokciami. Dookoła walały się brudne naczynia, i podniszczona broń. Śmierdziało nadpsutym jedzeniem i alkoholem. Siły garnizonu nie były duże, stacjonowało tu ledwie kilkunastu żołnierzy. Mężczyźni, którzy dawno przekroczyli siłę wieku i nieopierzeni rekruci wpatrywali się w nią wystraszeni i niepewni. Któryś z nich przyniósł jej posiłek, kubek wody i kromki czerstwego chleba. Kapłanka spojrzała na strawę ze wzgardą, ale w końcu zjadła. Zapadła noc. Starsi żołnierze drzemali, młodsi grali w karty przy palenisku. Ich wykoślawione cienie tańczyły na ścianach. Drowka westchnęła. Jak mogła wpakować się w to gówno? Nie powinna im nigdy pozwolić wejść do tej posiadłości. Aiden powiedział, że chce zapytać, czy nie mają roboty do zlecenia. Zgłupiał na widok paru błyskotek, Nomur i Edric – tępe pachołki, poszli za nim. W Reeth obudziły się uczucia i zapłaciła za to życiem. Viconia nie poznała się na nich. Wiedziała, że to najemnicy, sukinsyny bez serca. Ale nie sądziła, że trafiła między najnędzniejszych opryszków. Mroczna elfka widziała w swoim życiu wiele potworności. Całe rodziny wyrżnięte przez służki Lolth. Kłamstwa i intrygi, które w mgnieniu oka zamieniały szlachetnie urodzonych w niewolników. Nigdy nie okazała litości w walce. Brała udział w pajęczej sieci spisków i knowań oplatającej Podmrok. Wiele razy zakończyła czyjeś życie. Ale to było coś innego. Zabicie kury domowej i nieodrosłego od ziemi dzieciaka dla kilku nic nie wartych błyskotek. To było... niegodne. Niegodne drowa.

Drzwi skrzypnęły. Żołnierze siedzący przy palenisku skinęli głowami. Wszedł starzec, przywódca miasta. Stanął w kącie izby, skinął dłonią. Mroczna elfka podniosła się zza stołu. Wymownie odsłoniła głownię broni przy swoim pasie. Podeszła do siwowłosej postaci.

- Czego chcesz naziemcze? - spytała chłodnym tonem.

- Nie zechciałabyś zamienić ze mną kilku słów, pani? - na jego pomarszczonej twarzy płomienie malowały barwne refleksy.

- Co chcesz mi powiedzieć? Że już mnie osądzono i skazano?- warknęła kapłanka. - Że muszę puścić tę pieprzoną dziurę z dymem?

- Dobrze cię tu traktują? - jej wrogi ton nie zrobił na starcu wrażenia.

- Co cię to obchodzi, samcze? - Viconię ogarniała coraz większa wściekłość. Dość tego. Spali tę budę i skończy z tym. Skoro drowy mają być nieczułe i okrutne to właśnie taka będzie.

Żołnierze nie oderwali się od kart. Nawet nie patrzyli w stronę pogrążonej w rozmowie dwójki. Starszy mężczyzna zniżył głos do szeptu.

- Byłem w chacie. Widziałem, co tam się stało. Straszna tragedia... Ta rodzina, zubożała, nie stać ich już było na straż, ale wciąż myśleli, że są nietykalni, jak kiedyś... - ciągnął monotonnym głosem. - Tak jak mówiłaś zastaliśmy pięć trupów. Dwóch mężczyzn, kobietę i matkę z dzieckiem. Jej dziadek był kiedyś panem tych ziem, ale to było tak dawno temu...

Viconia słuchała beznamiętnie, nie wiedziała, czemu przywódca miasteczka opowiada jej to wszystko.

- Ale obawiam się pani, że przeceniłem mieszkańców. W mieście wrze. Zanim zjawi się Płomienna Pięść może dojść do samosądu... - szeptem snuł słowa.

Kapłanka odwróciła się w jego stronę. W jej ciemnej twarzy błyszczały oczy.

- Chcesz mnie przestraszyć, samcze? To wy powinniście się bać. Obiecuję ci, że zanim padnę spalę tę całą nędzną dziurę.

- Źle mnie zrozumiałaś. - drowka poczuła jak mężczyzna wciska jej coś do ręki. Jego skóra byłą pomarszczona i miękka. W słabym świetle paleniska dostrzegła na swojej dłoni niewielki żelazny klucz. Poczuła ciepły, starczy oddech na policzku. Pachniał mlekiem i mydłem.- Na pewno się zorientowałaś, że w nocy nasi starzy strażnicy śpią, a młodzi... - wskazał na rząd pustych butelek, stojących pod ścianą. Będziesz wiedziała co robić.

Viconia wpatrywała się zaskoczona w przywódcę miasteczka. Najpierw chronił ją przed tłumem, teraz dał klucz. Dlaczego?Czy to kolejny podstęp?

- Jeśli cię złapią, wyprę się tego, że dostałaś ode mnie klucz. Uciekaj stąd jak najdalej. Płomienna Pięść będzie cię szukać. Myślałem, że uda mi się ciebie ochronić. Ale mieszkańcy nie słuchają mnie tak jak kiedyś... Nie tak to powinno wyglądać, wybacz.

Starzec odwrócił się i zaczął powoli zmierzać w stronę wyjścia. Mroczna elfka jeszcze raz spojrzała w jego stronę. Ich wzrok skrzyżował się. Ona wiecznie młoda i piękna, którą omijał czas. On, którego bieg lat nieuchronnie coraz mocniej przyginał do ziemi. Wszedł w smugę cienia, obok drzwi. Nie dosięgało tam światło z paleniska. Nagle zakaszlał i ten atak duszności zatrzymał go na chwilę. Tuż obok niego znalazła się mroczna elfka.

- Dlaczego...? - zapytała szeptem Viconia. Zadała to pytanie już wcześniej. Aidenowi. Ale on okazał się żałosnym sukinsynem. Teraz ciężko jej było uwierzyć w szczere intencje starca. Może wydostanie się z garnizonu, a na zewnątrz będzie na nią czekał pluton egzekucyjny.

- Ponieważ nie zawsze byłem tylko starym człowiekiem rządzącym podupadłym miastem. - mężczyzna odwrócił się w stronę kapłanki. W blasku płomieni zajaśniał jego słaby, zmęczony uśmiech. - Ocaliłaś życie tej dziewczynki. Dziękuję.

Starzec pożegnał strażników skinieniem głowy. Drzwi zamknęły się za nim. W ciszę panującą w izbie wdzierały się trzask drewna, syk płomieni i monotonne głosy karcianej licytacji.

Zasnęli. Wszyscy. Starsi zmożeni wiekiem, młodsi zmożeni winem. Viconia otworzyła drzwi, wymknęła się i zniknęła w mroku nocy. Uciekała trzymając się z dala od utartych szlaków, kluczyła bezdrożami. Nocowała w lasach. Unikała ludzi jeszcze bardziej niż dotąd. Nie było konkretnego miasta, czy wioski do którego chciałaby dotrzeć. Był tylko jeden cel. Przeżyć.

W końcu schwytali ją żołnierze Płomiennej Pięści. To ona była oskarżona o tamto zabójstwo w podupadłej szlacheckiej posiadłości. Ale wtedy pojawiła się Steele. A potem Viconia już nie była wyrzutkiem. Na powierzchni tak samo jak w Podmroku, razem z grupą o naostrzonych mieczach i wypchanych sakiewkach przestawało się być banitą.

Teraz stał przed nią Aiden, sukinsyn, który zaczął to wszystko. Przez niego zasypiała mając za poduszkę gałąź, a za koc własny płaszcz. Przez niego na moment jej życie zostało sprowadzone do walki o przetrwanie, krycia się jak zwierzę. Wytarł z twarzy alkohol, którym go oblała. Poczuła na sobie spojrzenia stojących dookoła najemników, Renlava, Imoen i Steele.

- Nie spodziewałeś się, że jeszcze się spotkamy, śmieciu? Miałeś nadzieję, że w mieście rozszarpią mnie na strzępy?- cedziła słowa kapłanka. Porucznik nie dał nic po sobie poznać.

- Ta elfia dziwka bredzi. - machnął dłonią, jakby opędzał się od obecności Viconii i wszystkiego co ze sobą przynosiła. Schował broń. - Widzę ją pierwszy raz w życiu.

- Może i pierwszy. - warknęła drowka. - Na pewno ostatni. Zadbam o to, żeby to był ostatni raz, kiedy oglądam cię na oczy, samcze.

Na dźwięk tej groźby wyciągnęły się miecze. Najemnicy Entara stanęli za swoim porucznikiem. Renlav i Steele musieli uspokajać sytuację. Starsza córka Goriona odciągnęła Viconię na bok.

- Kim on jest? - Steele wyszeptała kapłance do ucha. Nigdy jeszcze nie widziała drowki tak wściekłej. Jej twarz stężała, przypominała maskę. Zacisnęła pięści. Nie odpowiedziała.

- Viconia, kim on jest?

- Podróżowaliśmy razem. Było jeszcze dwóch mężczyzn i kobieta. Napadli na dworek, zubożałych szlachciców. Kobieta postawiła się, nie chciał im pomagać. Zabili ją i wymordowali całą rodzinę. W mieście oskarżono o to mnie. - spojrzała Steele w oczy. - Chciałam ich powstrzymać. Z całej rodziny przeżyła tylko dziewczynka.

- Załatwimy to, ale nie tutaj i nie teraz. Ma pod sobą ze trzydziestu ludzi. - tłumaczyła ściszonym głosem elfka. - Pojmali Tazoka. Chcę wiedzieć o co chodzi.

Viconia odprowadziła wzrokiem Aidena. Żołnierze poklepywali go po plecach, śmiali się. Któryś podał mu manierkę. Porucznik pociągnął tęgi łyk. Też spojrzał w jej stronę. Ponad głowami najemników, więźniami w pętach i i trupami.

- Może nie tutaj i nie teraz. - wyszeptała kapłanka. Jej słowa słyszały tylko stojące obok Steele i Imoen. - Ale przysięgam, że zabiję sukinsyna.