Kopniak posłał Tranziga na brudną i cuchnącą słomę. Mężczyzna, zatoczył się i upadł na podłogę. Drzwi zamknęły się trzaskiem. W maleńkim zakratowanym okienku zniknęła zarośnięta twarz strażnika. Słychać było jego kroki. Dudniące w pustym korytarzu, oddalające się nieubłaganie. Od świata na zewnątrz odgradzały Tranziga kamienne mury i metalowe rygle. Nie zakuli go w kajdany, nie związali mu rąk. Rzucił się do drzwi i zaczął bić pięściami w zardzewiały metal.
- Wypuśćcie mnie! Jestem niewinny! Wypuśćcie mnie! - jego krzyk odbił się od kamiennych ścian celi, maleńkiego, brudnego pomieszczenia. Panował tu zatęchły półmrok. Na podłodze rozsypano garść nadgniłej słomy. W kącie stała drewniana prycza i kubeł na nieczystości, z którego buchał fetor. Drewno, z którego zrobiono pryczę ściemniało od wycierania przez niezliczone stopy, karki i dłonie. Wchłonęło pot i brud uwięzionych w kamiennych murach.
- Zamknij się. - chłodny, opanowany głos Renlava przerwał histeryczny krzyk Tranziga. Złodziej opierał się o ścianę. Pocierał dłonią nieogolony podbródek. Porastały go czarne i siwe włosy.
- Zabiją nas! - wrzask Tranziga przeszedł w skrzeczący falset. - Powieszą nas na rynku!
To było niesprawiedliwe, tak cholernie niesprawiedliwe. Prawie się udało. Tazok był martwy. Już mu nie zagrażał. Tranzig chciał tylko dotrzeć do Wrót, a stamtąd wrócić do Beregostu. Do Maen. Oczywiście jeśli tutaj nie spotka równie pięknej i chętnej dziewczyny. Chciał wrócić, może otworzyć jakiś mały interes. Kupować Maen błyskotki, cieszyć się jej ciałem. A wszystko się tak spierdoliło. Przez tego skurwysyna, Aidena.
Steele nie przespała kolejnej nocy. Czuwała przy ognisku, wpatrując się w płomienie. Objęła rękoma kolana. Nikomu z drużyny nie powiedziała o zdradzie Aidena. Wrócili do obozu. Ona, Aiden i Renlav. Razem, we trójkę jakby nic się nie wydarzyło. Porucznik w ciemności, z dala od spojrzeń żołnierzy przysięgał, że nie wie nic więcej o liście, o zleceniodawcy. Błagał, zaklinał, że to się nie powtórzy, że skusiły go pieniądze. Udało jej się zamienić kilka słów z jednookim, na osobności, zanim zniknął w swoim namiocie.
- Skończmy z nim. - wyszeptała Renlavowi pośpiesznie do ucha. Trzeba będzie stanąć przeciwko żołnierzom Aidena. Przeciwko temu dzieciakowi, który nakrył ja z jednookim. Trudno, dziś sprzymierzeniec, jutro wróg.
- Nie. Wrócimy do Wrót razem. Nająłem się u Entara. Ma mi zapłacić. Jeśli wrócimy... bez jego dzieciaka, żołnierzy i porucznika, nic nie dostanę. - odparł złodziej.
- To aż tak ważne? - syknęła elfka.
- Pieniądze są ważne skarbie. - uśmiechnął się jednooki. - Wytłumaczę... Aidenowi, żeby postępował rozsądnie. Przesłuchasz więźniów. Zobaczymy, może nasz porucznik jest jeszcze bardziej umoczony. Śpij dobrze.
Tranzig chodził po celi jak zwierzę w klatce. Szurał stopami po kamiennych płytach podłogi. Co jakiś czas przystawał i uderzał pięściami w ścianę. Renlav przyglądał się mu obojętnie.
- Jestem niewinny, do cholery, niewinny! Ten sukinsyn Aiden kłamał! - wybuchnął mężczyzna. - Ktoś musi to sprawdzić! Nie robiłem nic złego, skupowałem żelazo, nie robiłem nic złego... - jego głos znowu przybrał histeryczny ton.
- Powiedziałem już zamknij się. - powtórzył złodziej.
- Zgnijemy tu. - były pomagier Tazoka coraz bardziej się nakręcał podczas tej tyrady. Ręce mu drżały, pot spływał po czole.
- Ucisz się do cholery. - skrzyżowane ramiona Renlava, jego obojętny wyraz twarzy kontrastowały z wyglądem i zachowaniem współtowarzysza niedoli. - Nie zamierzam tu zgnić.
Tranzig zamilkł z otwartymi ustami. Jakby ta riposta cofnęła mu do gardła słowa, których nie zdążył wypowiedzieć. Przetarł twarz dłonią. Jego niegdyś kosztowną szatę pokrywał brud i kurz. Włosy, które starannie zaczesywał, by ukryć poszerzającą się łysinę tkwiły żałosnymi pasmami na czaszce. Renlava ogarnęło coś na kształt mieszaniny obrzydzenia i litości.
Steele patrzyła na śpiące twarze. Imoen, Viconia, Kivan i Shar-Teel. Kagein czuwał razem z nią na warcie. Nie mogła im powiedzieć, co się wydarzyło. Imoen rzuciłaby się od razu Aidenowi do gardła. Viconia miałaby kolejny pretekst, żeby wykończyć porucznika. Steele chciała zdobyć informacje o Żelaznym Tronie. Najprościej zostać z Aidenem, przesłuchać więźniów, wydusić jak najwięcej z niego samego. Przypominało to zabranie do łóżka węża, z nadzieją, że nie ukąsi.
Tazok. Ogromna postać w zbroi, z toporem w ręku. Z twarzą wykrzywioną w morderczym grymasie. Kivan dopadł go. Usłyszał chrapliwy krzyk, gdy strzały wypuszczone z jego łuku dosięgły celu. Ciął mieczem, raz i kolejny. Uskoczył przed uderzeniem topora. Bandyta odsłonił się i wtedy ostrze elfa ugrzęzło w jego piersi. Tazok patrzył na broń wystającą z własnego ciała, nie mogąc uwierzyć w to co się stało. Zrobił gest jakby chciał złapać za topór. Ale drzewce wyślizgnęło mu się z rąk. Z ust i nosa trysnęła fontanna czarnej krwi. Upadł, najpierw na kolana, potem twarzą na ziemię. Kivan zatrzymał na nim wzrok. Morderca został ukarany. Deheriana pomszczona. Zginął z jego ręki. Tak powinno być.
Nie, przecież tak się nie stało. Tazoka zmasakrowano, zginął pod ciosami najemników i dawnego współpracownika. Kivan nie pomścił Deheriany. Zawiódł.
Czuł jej ciepło. Jasną skórę pod palcami, jej pocałunki na swoim ciele. Odgarnął włosy z jej twarzy. Czuł jak przytula się do niego. Objęła go ramionami, splotła nogi za jego plecami. Był w niej. Kochali się. Słyszał jak powtarza jego imię. Jego żona. Jego ukochana. Deheriana. Otworzył oczy. Nie zobaczył burzy jasnych włosów i zielonych oczu. Na jej twarz opadały czarne, falujące włosy. Z bladej, trójkątnej twarzy patrzyły na niego zimne, szare oczy. Steele. Pragnął jej. Wiedział, że to jest złe. Że nie może jej mieć, że nie powinien o niej myśleć. Ale jej pragnął.
Kivan obudził się. Jawa mieszała się ze snem. To czego pragnął, z tym co się stało i czego nie mógł odwrócić. Nad nim, między gałęziami drzew lśniły jasne punkciki gwiazd. Wzszedł księżyc. Słychać było trzask ognisk. Raz po raz do jego uszu dobiegał szelest liści i trawy, gdy wstawał któryś z żołnierzy. Zmierzył wzrokiem obóz. Na tle ogniska odcinała się kobieca sylwetka. Steele. Nie patrzyła na niego. Wzrok miała utkwiony w płomieniach.
To nie powinno się stać. Czary driad zatarły mu pamięć. Zapomniał o żonie. O Deherianie. Chciał pozostać jej wierny, już na zawsze. Nigdy nikogo tak nie kochał. Ale za każdym razem, gdy patrzył na Steele jego myśli zaczynały się plątać. Przed oczami stawało mu to, co chciał zrobić. To, co już raz zrobił. Ale wiedział, że mu nie wolno.
Powoli przedzierali się przez puszczę. Teren stawał się bardziej pofalowany. Zasłona drzew z wolna się przerzedzała. Bezkresny las zaczął ustępować miejsca rzadszym skupiskom drzew, a potem młodnikom i zagajnikom. Steele przesłuchała więźniów. Nie, nie wiedzieli nic o Żelaznym Tronie. Tazok rekrutował ich z bandytów i opryszków rabujących po gościńcach i małych miasteczkach. Nie mieli pojęcia o co chodzi w kryzysie z żelazem. Chcieli tylko grabić, mordować i dupczyć. Teraz szli w pętach do Wrót Baldura, czekając na stryczek. Aiden był milczący, ale nie zrobił nic podejrzanego. Próbował ustalić, jak Tazok się uwolnił, ale bez rezultatu. Ostatnią noc przed wkroczeniem do Wrót spędzili w małej wiosce. Mieszkańcy przyjęli ich nieufnie. Na widok zgrai żołnierzy, więźniów w pętach i rannych na noszach chowali dobytek do domów, a bydło do zagród. Ale gdy zobaczyli herb Entara Srebrnej Tarczy, nie śmieli się sprzeciwić. Co bardziej gorliwi, czy wystraszeni częstowali ich nawet swoją strawą i winem. Dobrze było widzieć światło w oknach i unoszące się z kominów smugi dymu, zamiast nie kończącej się, jednostajnej powodzi drzew. Im bardziej przybliżali się do ludzkich siedzib, tym bardziej Kivan stawał się milczący i przygnębiony. Nigdy nie mówił wiele. Ale teraz miało się wrażenie, że do ziemi przygniata go niewidzialny ciężar. Jedna z kobiet z wioski zajęła się synem Entara- Jorim. Siedział przy ognisku w ubraniu, które dostał od wieśniaczki. Opychał się strawą tak, że miał całą twarz umorusaną w sosie. Kobieta głaskała go po głowie i przemawiała do niego łagodnie. Nie sprzeciwiła się najemnikom, mimo że musiała nakarmić małego własną strawą i oddać mu ubranie swojego syna. Zastęp mieczy pewnie był wystarczającym argumentem.
- Jak znaleźliście Tazoka? - Napad histerii Tranziga minął. Siedział, wciśnięty w kąt pryczy, jak kupka znoszonych łachów. Renlav tkwił pod ścianą, uważny, czujny, jakby na coś czekał. Drgnął na dźwięk głosu współtowarzysza.
- Ktoś go zdradził. - odpowiedział złodziej.
Tranziga to nie zdziwiło. Półork prowadził interesy z najgorszymi opryszkami i szumowinami. Nic dziwnego, ze któryś ze współpracowników wbił mu nóż w plecy.
- Skurwysyn dostał to, na co zasłużył. - splunął.
- Nie chcesz wiedzieć kto zdradził? - spytał jednooki. Uśmiech błąkał mu się na ustach.
- Nie znam wszystkich cholernych zbirów Tazoka. - burknął mężczyzna.
- Tego znasz.
- Mam to w dupie. - mruknął Tranzig. Próbował zająć się rozmową, ale to na nic. Tkwił w wiezieniu, we Wrotach Baldura. W celi z nieznajomym mężczyzną. Oczyma wyobraźni widział już naszykowane dla siebie dyby lub stryczek, ana głównym placu. Widział szpaler ludzi rzucających w niego śmieciami i skandujących„Powiesić!, Powiesić!".- Mam w dupie, kto to był.
- Maen. - Renlav miał przymknięte oczy. Uśmiechał się jak kot, który złapał zdobycz.
Miasto. Ich oczom ukazała się ogromna metropolia. Spowijała ją mgła znad rzeki Chionthar. Candlekeep wyglądało przy Wrotach Baldura jak dziecięca budowla z klocków. Przed ich oczami rysowały się potężne baszty i wieże. Zarys domów i pałaców układał się w imponującą mozaikę budowli. Od metropolii dzieliła ich tylko rzeka, z przewieszonym nad nią mostem. Brama wejściowa miasta zapraszała, otwartą jak monstrualne usta. Można wejść, dać się wessać miejskim murom, nerwowemu pulsowi metropolii. Żołnierze odetchnęli z ulgą. Więźniowie spochmurnieli. Renlav się uśmiechał. Wyglądał, jakby wrócił do domu.
- Jest ogromne... - Imoen przyglądała się Wrotom, szeroko otwartymi oczami. - Ogromne... wejdziemy tam?
- Mała mieścina przy Mezzoberanzan. - prychnęła Viconia.
- Mówią, że złoto płynie tam ulicami, mówię wam. - zaśmiał się chrapliwie Kagein. - Na co czekamy do cholery, idziemy?
- Naprawdę tam wejdziemy?- w dalszym ciągu pytała magiczka. - Nigdy nie widziałam tak wielkiego miasta. - tonęła w zachwytach.
- Naprawdę. - uśmiechnęła się elfka. Entuzjazm siostry dodawał jej sił.
Przeszli przez ogromny, drewniany most. Trzeszczał pod ich stopami nad wartkim nurtem Chionthar. Steele i Imoen zatrzymały się na chwilę. Z wysokości wpatrywały się w szarobłękitną, toczącą się pospiesznie toń rzeki. Po obu stronach masywnego nurtu, na dalekich brzegach majaczyły korony drzew i łachy piasku. Widok z mostu był imponujący, ale mógł przyprawić o zawrót głowy.
Przy wejściu do miejskich bram przywitali ich strażnicy, rosłe uzbrojone chłopy. Strzegli wejścia, solidnych, ceglanych, czerwonych murów. Pierwszy wyszedł im na przeciw żołnierz, pewnie starszy stopniem z twarzą służbisty.
- Stójcie, kto idzie? - wyrecytował tę zużytą kwestię jakby powtarzał ją tysięczny raz. Mówił tak, jakby te słowa zostawiały w jego ustach niemiły posmak. Renlav wystąpił do przodu.
- Żołnierze Entara Srebrnej Tarczy i drużyna najemników, która do nich dołączyła. - złodziej wyciągnął pergamin ze znakiem możnowładcy. - Wracamy z rajdu przeciwko bandytom. Odbiliśmy panicza Joriego Srebrną Tarczę. - na twarzy chłopca było widać, że marzy, żeby znaleźć się za miejskimi murami, w ciepłym wygodnym łóżku i z miską strawy na poduszce. - Chcemy spotkać się z naszym panem, prowadzimy jeńców. - jednooki wskazał głową na spętanych opryszków o poszarzałych twarzach.
Służbista przebiegł wzrokiem pergamin. Poślinionym palcem dotknął pieczęci, jakby chciał sprawdzić jej autentyczność.
- Dobrze, dobrze... - mamrotał. - Wróciliście z wypadu przeciwko bandytom... Prowadzicie tylko tych kilku chłystków?
- Zabiliśmy najważniejszego. - odparł Renlav. Słowa spływały z jego ust. Gładkie, ogólne, uprzejme.
- Tak, kogo...? - spytał roztargnionym tonem żołnierz.
- Pokaż mu. - uśmiechnął się jednooki do młodziutkiego najemnika.
Chłopak speszył się, ale przyniósł starannie zabezpieczone zawiniątko. Rozsupłał sznury i zanurzył dłoń w worku. Głowa Tazoka patrzyła na nich martwymi, niewidzącymi oczami. Na twarzy miał liczne rany, ogromna krwawa dziura ziała w jego czaszce. Od zawiniątka i głowy buchał fetor zgnilizny.
- Tazok. - dodał ze spokojem złodziej. - Skurwysyn, napadał na podróżnych od Peldvale do Kniei Larsa.
Strażnik nagle przestał być tak drobiazgowy. Monstrualny pakunek musiał wywrzeć na nim wrażenie.
- Dobrze. - zakończył. - Możecie przejść.
- Panie!- krzyknął Aiden. Przedarł się przez swoich ludzi do przywódcy straży. - Panie, to kłamstwo! Ci ludzie ... - wskazywał po kolei na Steele, jej drużynę i Renlava. - ...zdradzili nas, są w zmowie z bandytami! Zatrzymajcie ich, wymierzcie im karę!- krzyczał porucznik. Jego żołnierze wpatrywali się w niego zaskoczeni. Powietrze zgęstniało.
- Aiden, co ty bredzisz! - warknął Renlav.
- Milczałem z obawy o życie panicza Joriego. Bałem się, że jeśli ich wydam zechcą go skrzywdzić. Chciałem oddać ich pod sąd tutaj, w mieście. Spójrz- wskazał na swoją zbroję. – ten człowiek powołuje się na Entara Srebrną Tarczę, ale to ja noszę jego herb! Ja jestem jego porucznikiem! Zatrzymajcie ich! Są w zmowie z bandytami!
- Mówiłam. - syknęła Viconia. - Trzeba było skurwysyna zabić od razu.
Stało się. Wąż ugryzł. Służbista przyglądał im się z wyrazem głębokiego namysłu na twarzy. Chudym palcem wskazał na Steele i jej drużynę.
- Jesteście zatrzymani. Pójdziecie z nami.- zbrojni pod jego komendą poruszyli się nerwowo.
- Chyba żartujesz. - elfka wystąpiła do przodu.- Niech żaden z twoich ludzi nie waży się nas dotknąć.
- Steele, ja to załatwię. - Renlav złapał ją za ramię.
- Powiedziałem, jesteście zatrzymani. Oddajcie broń.- strażnik napuszył się całą mocą urzędowego autorytetu. Jego podwładni podeszli do córek Goriona i ich towarzyszy.
- Nie dotykaj mnie śmieciu. - warknęła Shar- Teel, gdy zbliżył się do niej zakuty w stal zbrojny.
- Steele, dlaczego oni chcą nas aresztować? Nie zrobiliśmy nic złego!- krzyczała Imoen.
Nie tak to miało wyglądać. Nie mieli być wprowadzeni do miasta w kajdanach. Renlav rozmawiał z dowódcą straży, próbował go przekonać. Ale służbista uzbrojony w paragrafy i kodeksy nie chciał słuchać. Aiden śmiał im się w twarz. Jego podwładni patrzyli zaskoczeni, jak ich dotychczasowi sprzymierzeńcy zmieniają się we wrogów. Walczyć? Wedrzeć się do miasta jak bandyci? Czy dać się prowadzić jak owce na rzeź? Steele położyła dłoń na głowni miecza. Nagle jej wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Viconii. Drowka podbiegła do niej.
- Aiden! - krzyknęła Viconia. - Pamiętasz skurwysynu, co ci obiecałam?
W ułamku sekundy wyszarpnęła zza pasa Steele sztylet do rzucania i cisnęła nim w porucznika. Z szyi Aidena trysnęła fontanna krwi, drowka musiała trafić w tętnicę. Osunął się na kolana. Ostatnimi łykami łapał powietrze. Najemnicy poderwali się pomścić dowódcę. Kapłanka dopadła do ciała. Ściągnęła z dłoni martwego pierścień i założyła na swój palec.
- Steele! – krzyknęła. - Wszyscy do mnie!
Elfka rzuciła się do przodu, ciągnąc za sobą Imoen. W powietrzu zaświszczały strzały. Obnażone brzeszczoty najemników Entara i strażników kierowały się w ich stronę.
- Złap mnie za rękę!- wołała drowka.
Steele chwyciła ciemną, chłodną dłoń. Drugą ręką z całych sił ścisnęła ramię Imoen. Shar- Teel i Kagein zlekceważyli kapłankę. Przedarli się przez strażników, w stronę miasta, jak żniwiarz przez zboże. Zostawili za sobą trupy pokonanych i dopadli do wrót.
- Kivan!- krzyknęła Steele. Był za daleko. Nie mogła go złapać, nie mogła puścić Imoen. - Kivan! - widziała jak łowca razem z Renlavem odłożyli broń i wykonali gest, że się poddają.
Viconia wygłosiła jakąś magiczną formułę, skierowaną do Shar. Przekręciła pierścień na palcu.
W następnej sekundzie znalazły się w dusznym miejscu, przesyconym aromatem olejków, potu i pieniędzy. W burdelu.
