Renlav oparł się o ścianę i pociągnął solidny łyk piwa. Ciemny płyn przyjemnie schłodził jego gardło. Wypełnił je smakiem chmielu i przypraw. Na ustach została mu piana, otarł je wierzchem dłoni. Sięgnął po udko kurczaka, zamarynowane w słodkiej polewie i zanurzył je w sosie. Delikatny smak białego mięsa. Aromat piwa. Ciemny, dobrze wypieczony chleb o chrupiącej skórce, którego kolejne kęsy odgryzał, na przemian z udkiem. Bogowie! Dzięki Wam za małe przyjemności. Małe, ale tak ważne. Bez nich człowiek zaczynał się zastanawiać, jaki jest sens tego wszystkiego. Jaki sens ma życie skoro o wszystko musisz walczyć, wydzierać przemocą. I nie możesz nawet spróbować dobrej pieczeni, świeżego chleba, kandyzowanych owoców, porządnego ciemnego piwa.

Takich smakołyków nie było w celi. Tylko śmierdząca breja, przynoszona przez strażnika i zatęchła woda, po której można było dostać sraczki.

Ale teraz Renlav nie był już w celi.

Siedział w podziemiach gildii złodziei. W przestronnej sali, wypełnionej rozmowami członków cechu, wonią jedzenia, alkoholu i tytoniu. Nie było tu okien, nie wpadało światło dnia. W normalne dni panowała tu wilgoć i chłód. Ale dzisiaj w natłoku ludzi powietrze spowijała duchota i przesycała woń potu. Na ścianach skraplały się oddechy. Od kamiennych murów odbijały się śmiechy i rozmowy. Pod ścianami ustawiono masywne drewniane stoły, przy których trwała uczta. Uginały się pod ciężarem jedzenia i napitków. Na środku sali stało drewniane podwyższenie. Wiły się na nim dziewczęce sylwetki, rozbrzmiewała muzyka. Na egzotycznych instrumentach przygrywały półnagie tancerki, sprowadzone z któregoś z burdeli. Dźwięk tamburynów i bębnów dudnił w sali. Natarte olejkami kobiece ciała lśniły w blasku pochodni. Od czasu do czasu któraś tancerka siadała na kolanach bratu z gildii i pozwalała się dotykać. Ale za każdym razem dziewczęta wracały na prowizoryczną scenę – drewniane podwyższenie na środku sali. Po pomieszczeniu snuły się też zwykłe dziwki, które raz za razem znikały ze złodziejami w labiryntach podziemi. Jedna z tancerek uśmiechnęła się znacząco do jednookiego, i rozpoczęła przed nim swój pokaz. Spojrzał na dziewczynę i wzniósł do ust kufel z piwem, dając do zrozumienia, że pije jej zdrowie. Ale na jego twarzy wciąż gościła uprzejma obojętność więc tancerka poszukała kogoś innego, bardziej spragnionego damskich wdzięków.

Takich rozrywek też nie było w celi.

Złodzieje świętowali. Powodów było kilka. Przede wszystkim wysokie przychody cechu. Nie tylko z samego złodziejstwa, ale także ze szmuglowania towarów, paserstwa czy hazardu. I powrót Renlava. Tak przynajmniej usiłowało mu wmówić kilku znajomych z gildii. Ale on wiedział, że chodziło o to, by dać maluczkim z cechu trochę rozrywki. Lepsze jedzenie, darmowy alkohol i sporo nagich ciał.

Jednooki wymieniał uściski dłoni, uśmiechy i sprośne żarty z kolejnymi starymi znajomymi z gildii. Jadden Bez Palców, Rossie Szwaczka, Złoty Colin. Wszyscy śmiali się i poklepywali go po plecach. Dopytywali, czy w Beregoście wyrywał miedziaki z tyłków staruszkom i czy to prawda, że dziewki w małych miastach są tak brzydkie, że nie ma gdzie wsadzić fiuta. Złodziej śmiał się, odpowiadał na docinki i przytyki. Wychylał kolejne toasty, najpierw piwem, a potem mocną, palącą w żołądku wódką.

- Renlav. - usłyszał za plecami znajomy głos. Stał przed nim młody, ciemnowłosy, krótko ostrzyżony mężczyzna. Był drobny i szczupły. Przypominał raczej urzędnika, niż złodzieja. Ubranie miał starannie wyczyszczone, na jego twarzy gościł uśmiech. W dłoni trzymał puchar. Ale jednooki mógłby się założyć, że prędzej była w nim woda, niż coś mocniejszego.

- Slye. - Starszy złodziej odwzajemnił uśmiech. Na jego twarzy rozlała się taka sama uprzejma obojętność, co na obliczu rozmówcy. - Zastanawiałem się, kiedy pokaże się, ktoś z Czwórki.

- Szef niedługo przyjdzie. Mirra paktuje z dokerami, a Coen pewnie się spóźni, jak zwykle. - młody mężczyzna wzruszył ramionami. - Znajdziesz dla mnie chwilę?

- Szef nie ma czasu, ze mną rozmawiać? - Renlav szedł za swoim towarzyszem. Zmierzali ku wyjściu z sali. Wprost w objęcia mrocznych, krętych korytarzy, od których ziało wilgocią. Gwar rozmów i zapach jedzenia zostawili za sobą.

- Prosił mnie, żebym z tobą porozmawiał. Później na pewno zechce zamienić z tobą słowo. - kroki jednookiego i Slye dudniły w korytarzu. Wpadła na nich chichocząca para. Prostytutka i złodziej, którzy zakończyli swoje igraszki, gdzieś po kątach. Tunele złodziei ciągnęły się daleko pod miejskimi chodnikami, łączyły się z miejskimi ściekami. Od głównego korytarza odchodziły odnogi, salki, zakamarki. Skrywały się tam teraz naprędce utworzone pary. Mężczyźni spragnieni ciała kobiet i kobiety spragnione ich pieniędzy. Można tu było również uciąć krótką, niezobowiązującą pogawędkę, która nie była przeznaczona dla uszu wszystkich, pijących i świętujących w sali. Korytarz oświetlały pochodnie. Slye zatrzymał się przy drewnianych, solidnie okutych drzwiach, tkwiących w kamiennej ścianie. Wyjął klucz i otworzył zamek. Popchnął łagodnie drzwi i zapraszającym gestem wskazał na wnętrze salki, skąpane w ciemności.

- Proszę. - powiedział.

Gdy weszli młodszy z mężczyzn skrzesał ogień. Zapalił stojącą na stole lampę oliwną. Salka była mała, mieściły się tu ledwie stół, ława i klika pakunków. Renlav znał to miejsce. Był już na tyle długo w gildii, że zdążył poznać jej rozmaite tajemnice.

Jednooki nie lubił Slye. Chłopak, należał do Czwórki, samej „góry" gildii. Zasiadali tam też Szef – sam przywódca, Mirra- stara, doświadczona złodziejka, która zjadła zęby na swoim fachu, znała wszystkich w mieście i wszyscy ją znali, Coen – złodziejski mag – elegancik i lowelas. I Slye- rachmistrz gildii, odpowiedzialny za finanse. Za gospodarowanie szerokim strumieniem złota, który płynął do złodziejskiego cechu. To Szef go tu sprowadził. Powierzył mu to stanowisko i patrzył mu przez cały czas na ręce. Zwykłym mieszkańcom Wrót często się wydawało, że bractwo złodziei to gang obdartusów, rabujących co popadnie. W rzeczywistości przypominało raczej kompanię handlową, czy faktorię. Rachunki muszą się zgadzać. Informatorzy w straży miejskiej, klawisze, przekupni sędziowie – im wszystkim trzeba dać w łapę. Żony i dzieci tych, którzy zginęli dla cechu muszą dostawać zapomogę. Rzeka pieniędzy, która trafiała do złodziejskiego cechu rozlewała się cienkimi strumyczkami, zaspokajając rozmaite potrzeby. Za to wszystko odpowiadał Slye.

Renlav miał kilka razy możliwość wspięcia się na sam szczyt gildii, ale nigdy go nie interesowała. Zawsze stał z boku. Bardziej mu odpowiadała ta pozycja. Było z niej doskonale widać tych, którzy pchali się na samą górę, a potem z niej spadali, albo zostawali boleśnie strąceni.

Usiedli na niewygodnej drewnianej ławie, przy stole. Starszy złodziej upił kolejny łyk alkoholu. Skarbnik gildii łyknął ze swojego kielicha. Przez chwilę wpatrywali się w siebie.

- Tazok nie żyje? - pierwszy przemówił młodszy z mężczyzn. Było to na wpół stwierdzenie, na wpół pytanie.

- Nie żyje. Dostałem wiadomość, ze mam się go pozbyć. Przysłaliście kruka. - odparł Renlav.

- Najemnicy Entara Srebrnej Tarczy... nie podejrzewają kto za tym stoi? - pytał dalej rachmistrz cechu.

- Ostatnio jak ich widziałem, nie podejrzewali. Teraz nie za bardzo mogę zapytać. To przez nich wylądowałem w więzieniu. - zaśmiał się starszy złodziej.

- Za Tazokiem stał Żelazny Tron. Nie można było pozwolić, żeby sądzili go we Wrotach, siedzibie Tronu. Ktoś mógłby go odbić.

- Albo zarżnąć, żeby ich nie wsypał. - odparował jednooki.

- Tazok miał przy sobie listy? - Slye nie przerywał ciągu pytań.

- Listy zobaczy Szef, jak znajdzie dla mnie pieprzoną chwilę czasu. - uciął dyskusję starszy z mężczyzn.

- Oczywiście, oczywiście. - skarbnik gildii uśmiechnął się i uniósł dłonie w pojednawczym geście. - Na pewno będzie chciał się z nimi zapoznać.

- Żelazny Tron się umacnia. - zaczął Renlav. Tak przynajmniej miały się sprawy kiedy wyruszył do Beregostu. I wątpił, żeby coś się zmieniło od tamtego czasu.

- Skupują nieruchomości w mieście, rekrutują żołnierzy. Podobno do miasta przyjechał syn Rieltara, Sarevok. Ma stanąć, na czele armii, dokonać przewrotu, obalić Wielkich Książąt. - słowa Slye spełniały obawy jednookiego.

- Poleje się krew.- starszy złodziej zatopił spojrzenie w ciemnym trunku na dnie swojego pucharu.

- Jeśli na to pozwolimy. - uśmiechną się Slye. - Żelazny Tron dalej kładzie łapę na transportach metalu?

- Bez Tazoka będzie im o wiele trudniej, ale na prowincji coraz ciężej o dobrą broń.- przyznał jednooki.

- Musimy działać szybko. Będziesz miał okazję porozmawiać dzisiaj z Szefem. Powiedz mu o wszystkim, co uważasz za stosowne, skoro ja nie budzę twojego zaufania. - skarbnik gildii wstał. Na jego twarzy wciąż malował się uśmiech.

Wyszli z komnaty i wrócili na salę. W objęcia zapachu potu, jedzenie i gwaru rozmów.

Renlav nie powiedział Slye o szczegółach tego co się stało. Nie wspomniał, że sam, ukradkiem podał Tazokowi narkotyk. Miał nadzieję, ze olbrzym wyrwie się z więzów i zabiją go strażnicy. Przeliczył się. Półork wyrżnął pół obozu zanim padł. Ale w końcu cel został osiągnięty, Tazok nie żył. Nie wspomniał też o Steele. Ani o tym, że Żelazny Tron wydał na elfkę wyrok śmierci. Może powie o tym Szefowi. Może. Albo sam się tym zajmie.

Żelazny Tron umacniał się we Wrotach Baldura i na całym Wybrzeżu Mieczy. Tę nazwę powtarzano sobie po katach, półgębkiem. W świetle dnia jego twarzami było kilku możnowładców. Zbierali siły, ściągali najemników, gromadzili pieniądze. I żelazo. Wszystko wskazywało na to, że to oni stali za kryzysem metalu na Wybrzeżu. Trzeba będzie to przeciąć. Po to Renlav pojechał do Beregostu. Zbierać informacje o Tronie. Zaczął od wysłuchiwania plotek. Skończył śmiercią jednego ze znaczniejszych zauszników organizacji.

Oczywiście Wielcy Książęta walczyli z Gildią Złodziei. Ale ta walka przypominała raczej kłótnie starego małżeństwa. Obie strony groziły, wymachiwały pięścią, ale wiedziały, że nie pozbędą się przeciwnika. Więc musiały się jakoś nauczyć z nim żyć. Złodzieje trafiali do więzień. Czasem stróż porządku skończył ze sztyletem w gardle. I tak się toczył, wieczny bal strażników prawa z tymi, którzy je łamali.

Ale czym innym było przepychanie się złodziejskiego cechu z Wielkimi Książętami, a czym innym przewrót, który najprawdopodobniej planował Tron. Miasto spłynęłoby krwią. Co stałoby się z bogatymi kupcami, kapłanami i mieszczanami, których okradali? Przejęcie Wrót przez nowych władców nie opłacało się gildii. Dlatego złodziejskie bractwo musiało stać na straży miasta, które tak sprawnie okradało.

Renlav odłączył się od Slye i znowu wmieszał się w tłum. Wodził wzrokiem po twarzach złodziei. Zatrzymał spojrzenie na siedzącym pod ścianą ciemnowłosym elfie, w zielonym płaszczu.

Kivan wstał. Przeciskał się przez rozedrgany, coraz głośniejszy tłum, złodziei, szmuglerów i paserów. Podszedł do jednookiego. Obok łowcy wiła się półnaga, ciemnowłosa tancerka. Na czole dziewczyny perlił się pot, usta miała rozchylone, półprzymknięte oczy. Wyraźnie chciała przyciągnąć uwagę Kivana. Nic dziwnego. W powodzi twarzy naznaczonych złodziejskim rzemiosłem, spuchniętych z przepicia, poznaczonych bliznami było jeszcze wyraźniej widać, że elf jest przystojny.

- Dobrze się bawisz? - spytał złodziej. Było oczywiste, co usłyszy.

- Wracam do komnat. Niepotrzebnie tutaj przyszedłem. - twarz łowcy była ściągnięta, usta zaciśnięte. Pod jego oczami rysowały się cienie.

Prostytutka musnęła dłonią policzek Kivana. Oplotła go ramionami, przycisnęła jego biodra do swoich. Policzki jej się zaróżowiły, całe jej ciało drgało. Było oczywiste co udaje jej taniec. Elf delikatnie ją odsunął. Nawet na nią nie spojrzał.

- Nie zwracaj uwagi na kurwy. - zasugerował Renlav. Jest masa żarcia i alkoholu. W więzieniu tego nie miałeś.

- Idę na górę. Znajdę drogę. - łowca minął starszego złodzieja i zaczął przeciskać się przez tłum. Zniknął przy wejściu na schody

Jednooki polubił tego milczącego, zamkniętego w sobie elfa. Nawet jeśli niezmiennie nosił pas cnoty. Wyciągnął go z więzienia. Gildia miała długie ręce. Renlav pokazał strażnikowi, niby przypadkiem swój pierścień z emblematem cechu. Następnego dnia zajrzał opłacony klawisz. Przyniósł tytoń, usiadł z nimi i skręcił papierosa. Bąkał coś o możliwości ucieczki. Renlav załatwił, żeby zorganizowano ucieczkę wszystkich trzech. Jego, Tranziga i Kivana.

Zabrał łowcę ze sobą do siedziby gildii. Na początku towarzysz protestował, ale potem się zgodził. Potrzebował schronienia. Obu poszukiwali strażnicy miejscy. Dostali kwaterę w jednym z domów należących do cechu. Następnego dnia wyprawiono tę wielką fetę w podziemiach. Renlav podejrzewał, że Kivan będzie chciał odejść. Widać było jak męczy się między opryszkami i szmuglerami. A on będzie musiał go zatrzymać.

Był pewien, że poprzez elfa dotrze do Steele. To oczywiste, że kocha Kivana. Musiała go kochać. Zaryzykowała swoje życie, żeby ocalić łowcę. Mogła zginąć przy eksplozji wybuchającego proszku. Na pewno będzie chciała odnaleźć Kivana. Wtedy Renlav znajdzie ją. Chciał wiedzieć, czemu Żelazny Tron wydał na ciemnowłosą elfkę wyrok śmierci.

Szkoda, że Steele tak źle ulokowała uczucia. Cień zmarłej żony stał między Kivanem, a całym światem. Lepiej by mu zrobiło, gdyby upił się i zerżnął kilka dziwek, niż wieczne rozpamiętywanie tego, co się stało i zabijanie w myślach Tazoka tysiące razy.

Renlav upił kolejny łyk wina. Jego myśli powróciły do ucieczki z więzienia. Czekali na sygnał, który miał im dać klawisz. Tranzig cały czas odgrażał się, co zrobi Maen, jak wyjdzie.

Na początku nie uwierzył gdy złodziej powiedział mu, że Maen była podstawiona przez Tazoka. Jej zadaniem było mieć oko na Tranziga, donosić, czy nie robi nic podejrzanego, czy słucha poleceń przełożonego. Musiała odstawić niezłą komedię, gdy Steele i jej drużyna porwali Tranziga, a ona udawała przerażoną, niewinną ofiarę. Jednooki tłumaczył Tranzigowi. Czy to nie dziwne, że akurat taka dziewczyna zwróciła uwagę na łysiejącego mężczyznę z pokaźnym brzuchem? Którego dni świetności już dawno minęły? Kiedy w końcu starszy złodziej go przekonał, Tranziga ogarnął gniew. Bez przerwy odgrażał się, co zrobi tej dziwce. Przykro było na niego patrzeć. Starzejący się mężczyzna, który przez chwilę łudził się, że młódka rozkłada przed nim nogi nie tylko dla pieniędzy. Drugie tyle monet, co od niego pewnie dostawała od Tazoka.

Klawisz dał im sygnał. W więzieniu wybuchł pożar. Płomienie pojawiły się niespodziewanie tuż obok ich celi. Języki ognia lizały kamienne ściany. Więźniowie krzyczeli, przeklinali, łomotali w ściany. Tranzig dostał ataku paniki. Kopał w stalowe drzwi i krzyczał. Przestał, gdy metal nagrzał się tak, że dotykając go poparzył sobie dłonie. Renlav wiedział, co oznacza ogień. Strażnicy próbowali zagasić pożar wodą przynoszoną w cebrzykach. Ale każde wiadro wylane na płomienie zdawało się podsycać ich wściekłość. Otwierano cele i wyprowadzano z nich więźniów. Szczękały kolejne uwalniane zasuwy drzwi. Osadzeni wypadali z cel, z przekleństwem na ustach. W zatęchłym korytarzu nagle zapanował upał i tłok. Roznosił się smród palonego drewna. Nagle w zakratowanym otworze w drzwiach celi pojawiła się twarz klawisza.

- Ruszcie się. - warknął.

Klawisz ich wyprowadził. Obok niego stał już Kivan. Biegli na dziedziniec, razem zresztą więźniów. Ludzie przepychali się, niemal tratując nawzajem. Byle do wyjścia, byle dalej od płomieni. Strażnicy i osadzeni w jednej masie, pragnący tylko znaleźć się jak najdalej od ognia. Nagle, strażnik, za którym podążali zboczył w inny korytarz, jeszcze węższy. Za nimi został tłum uciekający przed ogniem. Przeciskali się między kamiennymi ścianami. Biegli, wciąż czując na plecach gorąco, krzyki przerażonych ludzi, nerwowe komendy strażników. Przed nimi otworzyło się wyjście, na tyłach więzienia, między stertami odpadków i śmieci. Była noc. Od reszty miasta odgradzał ich mur. Znajdowali się między nim, a płonącym więzieniem, gdzieś w zakamarkach dziedzińca należącego do aresztu.

- Znikajcie stąd, do cholery. - rzucił strażnik. - I nie dajcie się złapać.

Pobiegł w stronę głównego wejścia, skąd dochodziły krzyki. Zaczęli wspinać się na mur. Zapora nie była zbyt dobrze pomyślana. Mur powinien być gładki, a miał mnóstwo miejsc, gdzie dało się zaczepić stopy i dłonie. Pieli się w górę. Już coraz bliżej, wystarczy sforsować ostatnia przeszkodę i zniknąć w mroku nocy.

- Stać! Uciekają! Do trzasku palonego drewna dołączyły krzyki. Potem świst strzał. Niemal spadli na druga stronę ogrodzenia, tak szybko chcieli je pokonać. Wylądowali w błocie ulicy, między domami i światłami latarni. Starszy złodziej szybko spojrzał po sobie. Strzały go ominęły. Kivan też był cały. Tranzig...

- Pozdrów ode mnie Maen... - wykrztusiła z szyderczym uśmiechem, brocząc krwią z ust. Groty strzał wystawały muz z pleców. Zwalił się na ziemię.

Renlav nie mógł o tym opowiedzieć Tranzigowi, ale jakiś czas później Maen zginęła, otruta przez swojego kochanka, młodego mężczyznę z Beregostu. Ktoś musiał go wynająć.