Sprawdzili się. Dostawali kolejne zlecenia od Żelaznego Tronu, od Jameli. Raz obrabować bogatego kupca. Innym razem ukraść artefakt ze świątyni bóstwa, którego kapłani nie popierali Tronu. Albo zwerbować w szeregi organizacji potężnego maga. Potrafili wykonać każde zadanie. Ich zleceniodawczyni puchła z dumy. Umówiona suma, 500 dukatów za robotę szybko wzrosła. Mieli pieniądze. Spali w gospodzie. Kupili nową broń i zbroje. Jedli przyzwoite ciepłe posiłki. Na śniadanie gotowane jajka, świeży chleb, plastry szynki, wędzone sery, rozmaite warzywa. Na obiad ryba z aromatycznymi przyprawami. Albo kurczak z chrupiącą skórką w słodkim sosie, z dodatkiem suszonych owoców. Spali na łóżkach, prawdziwych łóżkach z pościelą. Takich, na których można się wyciągnąć, rozprostować kości i zanurzyć głowę w miękką poduszkę. Nie nocowali już pod gołym niebem. Za posiłek nie mieli racji suszonego mięsa i czerstwego chleba. Marzenie Viconii się spełniło.

Jameli pięła się w górę. Przestała nosić wytarte szaty i podniszczoną zbroję. Mocodawcy nagradzali ją za wykonaną pracę. Im lepiej jej się wiodło tym bardziej stała się rozmowna. Z jej ust przeciekały informacje. O tym jakie są poczynania Żelaznego Tronu.

Organizacja poszerzała swoje wpływy. Zyskiwała poparcie u możnych, rozdawała jałmużnę biedakom. Jej szef, Rieltar bywał w pałacu u Wielkich Książąt. Uczestniczył w bankietach i balach. Ale to wszystko była fasada. Za nią kryło się zbrojenie najemników, szkolenie żołnierzy, przekupywanie urzędników. Żelazny Tron szykował się do wojny. Tylko z kim? Wrota były bogatym miastem. Splendor i dostatek uśpił ich czujność. Wielkimi Książętami Wrót, niegdyś byli twardzi kapitanowie statków, dziś tytuł ten dzierżyli możni syci sławy i zaszczytów.

Jon zaczął sypiać z Jameli. Nic dziwnego, że dała się przeciągnąć przez łóżko wysokiemu, postawnemu mężczyźnie. Opowiadała mu coraz więcej i więcej. Mówiła, że pochodzi z mroźnego Targos, daleko na Północy. Przeniosła się do Wrót, będąc dzieckiem. Wraz z rodzicami, którzy chcieli uchronić córkę od zimna i brutalności północnych krain. Mówiła, że niedługo dzięki swoim zasługom awansuje w hierarchii Tronu i zostanie przyboczną Rieltara. Jednak te słowa, jak twierdził Jon, miały więcej z marzeń, niż pokrycia w rzeczywistości.

Steele pamiętała, jak pierwszy raz niemal zderzyła się na schodach z ich zleceniodawczynią. Najemna Tronu schodziła z górnego piętra gospody, w której zatrzymali się całą drużyną. Na najwyższej kondygnacji znajdowały się małe pokoje. Wynajmowano je na godziny parom, chcącym zaznać kilku chwil przyjemności. Dodatkowy dopływ gotówki dla tawerny. Jameli miała rozpięte ubranie i pałające policzki. Za nią schodził po schodach Jon. Jasnowłosa wojowniczka uśmiechnęła się, rzuciła jakąś cyniczno - erotyczną uwagę i wyszła z gospody. Steele zatrzymała wzrok na twarzy mężczyzny. Miał te same obojętne rysy co zwykle i nagle usta skrzywiły mu się w cynicznym półuśmiechu.

- Lubi mówić. - spuentował i zapalił skręcony w bibułce tytoń.

Dziś też Jameli wychodziła z karczmy. Minęła Steele, siedzącą przed wejściem i palącą papierosa. Wysłanniczka Tronu miała na twarzy wypisaną satysfakcję.

Jon też wyszedł zapalić. Spotykali się tu często ze Steele. Palili, wymieniali ironiczne uwagi. Syn płatnerza mówił, jeśli zleceniodawczyni zwierzyła mu się z czegoś ważnego. Przed Jameli to on odgrywał rolę przywódcy drużyny. Dla bezpieczeństwa. Wydawało się, że go to bawi. Obie córki Goriona nie używały przy najemnej Żelaznego Tronu swoich prawdziwych imion. Im później Tron zorientuje się, że są w mieście, tym lepiej.

- Jak było?- zapytała złośliwie elfka. - Często zadawała to pytanie. Bez skrępowania wypytywała mężczyznę o najbardziej intymne szczegóły. Nieodwzajemnione uczucie do Kivana sprawiło, że stała się cyniczna. Ból przeszedł w gorycz. Kilka razy były z Viconią w burdelu, gdzie usługi świadczyli również mężczyźni. Dochodziła w ich ramionach, tak samo jak w ramionach Kivana. Chociaż ich pożądanie było udawane, wypracowane, opłacone. Więc jaki sens miała miłość, uczucie które uwierało, nie pozwalało zasnąć. Zsyłało w jej myśli i sny mężczyznę, którego nie mogła mieć, z którym nie mogła być? Żaden.

- Jak zwykle. - Jon zapalił swojego papierosa. - Dużo mówiła.

Zawsze kwitował jej pytania krótkimi półsłówkami. Na jego ustach pojawiał mu się uśmiech. Szyderczy, ironiczny grymas mężczyzny, który zna swoją wartość. Wie, że kobieta do niego wróci. Droczyli się jeszcze przez chwilę. Steele próbowała pociągnąć go za język, a Jon z uśmiechem za każdym razem odpowiadał równie wymijająco. W końcu elfka odgasiła swój zwitek tytoniu.

- Potrzebujemy zwycięstwa. - zaczęła.- Takiego, żeby zaprosili nas na bal do kwatery głównej. Żebym mogła spojrzeć każdemu z tych skurwysynów w twarz i zapytać, kto zabił mojego ojca.

Zmełła w ustach przekleństwo. Nerwowo wyjęła z sakwy kolejny zwitek tytoniu i próbowała go zapalić. Jon skrzesał ogień i podał jej lśniący pomarańczowy płomień. Steele zaciągnęła się dymem, czując, jak przynosi chwilową ulgę i uspokojenie. Mijali ich ludzie, którzy wracali do gospody i ci, którzy ją opuszczali. Był już wieczór. Miasto nurzało się już w zwojach mgły, która przyszła od morza. Na ich twarzach grał przyjemny, chłody wiatr. Karczma „Ostrze i Gwiazdy", gdzie się zatrzymali mieściła się w dostatniej, kupieckiej dzielnicy. Usianej sklepami, tawernami i domami średniozamożnych handlarzy. Nie śmierdziało tu moczem i odpadkami, jak w okolicach „Spłonionej Syreny". Pachniało ładem, dostatkiem i czystością.

- Dostaniesz zwycięstwo. - powiedział wojownik. - Wejdziemy do siedziby Tronu. Jameli przebiera nogami, żeby przedstawić nas na radzie. Potrzebuje tylko jeszcze jednego sukcesu. Jeszcze jednego rozpieprzenia komuś głowy.

- Czemu mi pomagasz? - elfka pytała go o to już tyle razy. Mogła być pewna jaka będzie odpowiedź. Razem z ich oddechami snuły się stróżki dymu. Wieczór malował na niebie ciepłe barwy. Jon uśmiechnął się.

- Mówiłem ci już, uratowałaś mi życie.

- I bezpieczniej w drużynie, gdy ktoś chce ci wbić nóż w plecy. - skwitowała ironicznie.

- Urwę kiedyś łby tym dupkom, którzy na mnie napadli, a potem się do nich odleję. - w jego głosie brzmiała pewność. - Ale najpierw dowiem się kto im to zlecił.

- Całe szczęście, że Jameli rozkłada przed tobą nogi i tyle gada. - śmiech Steele brzmiał ochryple, to pewnie wina dymu.

- Nie pieprzę jej dlatego, że dużo mówi. - odciął się wojownik. Musiała urazić jego męską dumę.

- To dlaczego? - dalej trwała wymiana słów i uszczypliwości.

- Wie, kiedy ma przestać gadać.

- Spójrz. - dłoń Haer'dalisa wyrysowywała koła na zwoju pergaminu. Mniejsze mieściły się we większych.- To jest Wieloświat.- kreślił kolejne elementy. Obok kół kaligrafował napisy. Sfery Materialne. Sfery Zewnętrzne. Zewnętrze. Zdecydowanym gestem narysował coś na kształt wieży. Jej czubek oznaczył kropką. - To Iglica, a na niej Sigil. Stamtąd pochodzę.

Umysł Imoen chłonął jak gąbka. Przyswajał ideę Wieloświata, rozmaitych planów i płaszczyzn egzystencji. Haer'dalis mówił, że plan, w którym teraz się znajdują to zaledwie Pierwsza Sfera Materialna. Ułamek, tego co zawiera w sobie Wieloświat. Część nieskończenie większej całości. Opowiadał o Sigil, Mieście Bram, gdzie niezliczona liczba portali pozwala podróżować, na inne Plany. Do Sfer Materialnych. Na Plany Zewnętrzne - domu nadludzkich stworzeń, bogów i kreatur. Na Plany Wewnętrzne - Żywiołów i Energii. Wreszcie opisywał Plany Przechodnie. Astralny, Eteryczny i Cienia. To one umożliwiały podróż do innych sfer. Umysł Imoen próbował to wszystko objąć. Wyjść poza ramy wytyczone biblioteką Candlekeep i własnym poznaniem. Tym, co można zobaczyć, dotknąć, poczuć,.

Z Sigil diabelstwo trafiło do Wrót Baldura. Niechcący uruchomił jeden z portali i przeniósł się wprost do Pierwszej Sfery Materialnej.

Rudowłosa pierwsza zorientowała się, kim jest ich niezwykły towarzysz. Przy nadarzającej się okazji, zasypała go gradem pytań. On odpowiadał. Teraz sam mówił, na pergaminie rysował dziwne wzory i konstrukcje. Magiczka siedziała przy stole w gospodzie z kolanami podciągniętymi pod brodę. Wgapiała się w rysunki, które na karcie zostawiał tusz.

Koleje losu zaprowadziły ich do tego miasta, jako winnych śmierci ojca wskazały Żelazny Tron. Czarodziejkę wypełniała myśl o zemście. Ale pierwszy raz w ciągu tej podróży znalazła się w tak ludnym i bogatym miejscu. Pełnym sklepów, pałaców, ogrodów, ze wszystkich stron tętniącym życiem. Ta atmosfera rozleniwiała. Dostatek bijący w oczy mimowolnie nakazywał odpoczynek. Rozkoszowanie się miejskim gwarem, dobrymi trunkami i jedzeniem. Ona i siostra podobne metropolie oglądały do tej pory jedynie na kartach książek. A dodatkowo w pamięci została mordercza wędrówka do puszczy i powrót. Droga z jeńcami w pętach i rannymi na noszach. Masakra dokonana przez Tazoka. A potem zdrada u wrót miasta, u samego celu wędrówki. Ciała i umysły chciały odpocząć. Dlatego w głowie Imoen, poza myślami o zemście rozbrzmiewała feria barw i zapachów, jaką oferowało miasto. Powtarzały sobie ze Steele, że muszą zdobyć zaufanie Jameli. Rudowłosą dręczyło, że stracili Shar- Teel i Kageina. Pytali o nich w tawernach i gospodach. Ale nikt nie widział ani rosłej wojowniczki o niewyparzonym języku, ani krasnoluda, którego oczy jaśniały na dźwięk monet. Nie mogli skierować kroków do miejskiego garnizonu i tam za mieszek monet zasięgnąć informacji, o niegdysiejszych towarzyszach. Czy nie siedzą w celi, albo nie są skuci pod pręgierzem. Przecież ich samych szukała straż miejska. Ale w odruchu bezczelności razem z siostrą zgodnie uznały, że należy się zachowywać, jakby nic się nie stało. Straże będą szukać pośród tych, którzy kryją się w najpodlejszych menelniach i lumpiarniach. A nie wśród tych, którzy chodzą w pełnym słońcu z podniesioną głową i pełnym brzuchem.

Nie udało się nawiązać kontaktów z gildią. W gospodach natykali się tylko na chłystków, którzy nie mieli nic wspólnego z cechem. Zbywali ich pytania, aż Jon jednemu z nich mało nie połamał palców. Imoen myślała, że chciałaby jeszcze raz zobaczyć Coala. Tego małego wyszczekanego złodzieja, o twarzy dziecka i spojrzeniu starego człowieka.

- I naprawdę stąd można przenieść się do Sigil? Teleportować się, jak zrobiłyśmy wtedy, na moście?- czarodziejkę fascynowała wizja Miasta Bram.

- Złotko... - tłumaczył sferotknięty wpatrując się w nią swoimi intensywnymi oczami. Odgarnął z twarzy kosmyk ciemnych włosów. Przywykła już, że zwracał się do niej tak poufale. - Wy przeniosłyście się w inne miejsce w Pierwszej Sferze Materialnej. Sigil jest... w Zewnętrzu. To „plan między innymi planami". - wypowiedział to zdanie z naciskiem. Wskazał na rysunek. Zewnętrze narysował jako przestrzeń pomiędzy Sferami, neutralny grunt Wieloświata. - Teleportować się z jednego miejsca w drugie, to zupełnie co innego, niż przenieść się do innej Sfery.

- Mhm. - rudowłosa założyła ręce za głowę i wbiła wzrok w przestrzeń. Wciąż nie był pewien, czy rozumie.

- Wtedy wszystko się zmienia. Trafiasz w miejsce, gdzie mówią w obcym języku, nie oddychają powietrzem, które znasz. Nawet kolory, dźwięki, zapachy są inne...

Imoen wpatrywała się w małe okienko. Na szybie tańczyły refleksy płomieni, odbijało się światło świec, którymi oświetlono izbę. Gospoda Ostrze i Gwiazdy była o wiele przyjemniejszym miejscem, niż Spłoniona Syrena. Salę wypełniali kupcy i podróżnicy, o dobrze odżywionych twarzach i wypchanych sakiewkach. Solidne, pociemniałe ze starości meble, rozłożysty, kolebiący się u sufitu świecznik, z zatkniętymi w niego płomykami nadawały temu miejscu niemal domową atmosferę. Z kuchni i talerzy unosiły się smakowite zapachy. W zębach gości chrupał chleb i mięso. Mało tu było awanturników. Poza nimi.

- Dlatego kiedy w Sigil zjawi się pierwszak... – magiczka znała to określenie, chodziło o istoty z Pierwszej Sfery Materialnej, takie jak ona sama. - ...jest przeważnie taki przerażony .

- A kiedy ktoś z innego Planu trafi do Pierwszej Sfery Materialnej... tak jak ty...- utkwiła spojrzenie w twarzy Haer'dalisa. Jej rude włosy i zielone oczy odbiły się w jego złotych tęczówkach. - Też jest przestraszony i zagubiony?

Diabelstwo odsłoniło w uśmiechu białe, ostre zęby.

- Przy tym co dzieje się na innych Planach, Pierwsza Sfera jest bardzo przyjazna.

Imoen znała już historię Sigil i bezwzględnej Pani Bólu rządzącej miastem. Jednak nie wydawała jej się ona bardziej okrutna, niż wielu władców, o których rządach tyle czytała w bibliotece w Candlekeep. Fascynowało ją samo Sigil. Miasto Bram, do którego można się było dostać z każdego miejsca w Wieloświecie, ale opuścić Klatkę, było już znacznie trudniej.

- Potrafiłbyś tam wrócić, do Sigil?- zapytała czarodziejka kiedy wstali od stołu. Sferotknięty potrząsnął głową.

- Nie wiem, co było portalem. Mogło to być cokolwiek, brama, przez którą wszedłem, kamień, na który nastąpiłem. A klucz... może myśl, jaką miałem wtedy w głowie, może ciastko, które jadłem. Nie prosiłem o to. Stało się. Klucz otworzył portal. I znalazłem się tutaj. Każdy, kto mieszka w Mieście Bram, wie, że to może go spotkać.

Podobał mu się jej zamyślony wyraz twarzy czarodziejki. Zmarszczone czoło, przygryzione usta, wskazujące, jak stara się to wszystko ułożyć w swojej głowie. Wspólnie zmierzali po schodach na górę, do swoich kwater. Haer'dalis odpowiadał na kolejne pytania, które powstawały w głowie Imoen. Zanim rudowłosa weszła do pokoju, który dzieliły ze Steele i Viconią, posłała mu uśmiech.

Jameli zleciła im nowe zadanie. Zabić.

- On... musi zginąć. - mówiła zleceniodawczyni, nachylając się nad stołem w komnacie, którą zajmowali Jon i diabelstwo. Towarzyszyło jej dwóch zbrojnych, zostali za drzwiami. - Ma bogatego protektora. Mieszka w posiadłości Layre, w dzielnicy targowej. To ten wielki budynek, obok kaplicy. Rodzina Layre jest zamożna, na pewno posiadłość chronią straże. Nigdy stamtąd nie wychodzi. Będziecie musieli dostać się do środka. - tłumaczyła.

- Czemu chcecie go zabić? - Jon opierał muskularne ramiona na stole. Wpatrywał się w swoją kochankę uważnym, zimnym wzrokiem.

- To nasza sprawa.- ucięła Jameli. - Szerzy... groźne poglądy. - dodała bardziej miękkim tonem.

- Jak ma na imię, jak wygląda?- zapytała Viconia. Rozkwitła w dobrobycie miasta. Jej białe włosy lśniły, skóra pachniała kosmetykami. Wyglądała pięknie w nowych, szatach. Ciemnofioletowym kaftanie, odsłaniającym ramiona i czarnych, dopasowanych spodniach. Każdy mężczyzna w gospodzie oglądał się za jej tyłkiem.

- Zeim. Rozpoznacie go. Nie jest... stąd. - dodała wymijająco zleceniodawczyni.

- Ile za tę robotę?- Steele paliła. Paliła o wiele więcej, odkąd przybyli do Wrót. Tytoń można tu było kupić niemal na każdym rogu.

- 800 dukatów. - odpowiedziała szybko najemna Żelaznego Tronu.

- 1000. - Jon wstał od stołu. - Skoro mamy wejść do obstawionej rezydencji...

- 900. - Jameli próbowała jeszcze coś utargować.

- 1000. - uśmiechnął się, jak zwykle on. Złośliwie, ironicznie.

- Dobrze 1000. - westchnęła jasnowłosa wojowniczka. Steele podejrzewała, że wspólnie spędzone noce sprawiły, że ma słabość do syna płatnerza.

Gdy wysłanniczka Tronu wyszła, odprowadziły ją spojrzenia całej drużyny.

- Jest cholernie wielka. - Steele i Jon leżeli na dachu przybudówki, znajdującej się obok posiadłości Layre. Zakradli się tam po rozpadającej się ścianie i pnączach bluszczu. Przybudówka była kiedyś częścią sklepu, ale wyglądało na to, że interes upadł. Okiennice i drzwi budynku były zaryglowane. Całość sprawiała opuszczone wrażenie. Dach pokrywała warstwa ptasich odchodów. Ze ścian sypał się tynk i odpadały deski. Bogata dzielnica targowa, wydawała się nie przyznawać do opuszczonego lokum. Ze sklepem nie sąsiadował żaden inny, nie kręcili się tam przechodnie. Steele i Jon korzystając z objęć wieczoru mogli się bezpiecznie zakraść na dach i stamtąd obserwować posiadłość.

- Wejdźmy na górę. - elfka wskazała głową na dach opuszczonego sklepu. Wspięli się tam, chociaż spróchniałe deski nieprzyjemnie trzeszczały pod ich stopami, a z budynku emanował zapach stęchlizny. Widok był jeszcze lepszy.

Dwór Layre prezentował się imponująco, solidna budowla z drewna i kamienia. Otaczał go ogród, z warzywnikiem i studnią. Od reszty świata odgradzał mur i palisada. Po posiadłości uwijali się służący, mur obchodzili strażnicy, pełniący wartę.

- Mogłabym wypić miksturę niewidzialności, zakraść się i go znaleźć. - zaczęła Steele.

- Naprawdę chcesz go zabić? - zapytał Jon. - Jeśli ma porachunki z Tronem, jest raczej twoim sprzymierzeńcem.

- Chcę się dowiedzieć, czym się naraził.

- Jeśli spróbujemy wziąć posiadłość szturmem, będzie jatka. - wojownik przyglądał się zbrojnym obchodzącym budynek.

- Sporo wiesz o walce, jak na syna płatnerza. - córka Goriona spojrzała na niego nieufnie.

- Racja, sporo wiem. - usta mężczyzny ułożyły się w niemal ciepłym uśmiechu.

Jon nie mówił wiele o sobie. Wspomniał tylko, że jego ojciec miał warsztat płatnerski w Asbravn, małym mieście, położonym w płytkiej dolinie, gdzie spotykają się Trakt Zmierzchu i Szlak Uldoon. Elfka odniosła wrażenie, że był w konflikcie z ojcem i to dlatego znalazł się we Wrotach. Pewnie szukając przygody i pieniędzy, wyrywając się spod rodzicielskiej władzy. Miał doświadczenie w walce, na pewno nie spędził całego życia przy kowadle, wykuwając zbroje.

Znaleźli wyjście. Oboje zatrzymali wzrok na maszynerii, obsługiwanej przez dwóch ludzi. Jeden obracał stalową korbę, wystającą ze ściany budynku. To sprawiało, że pakowny kosz, wypełniony warzywami, owocami, mięsem i chlebem umocowany na linie opuszczał się w głąb ciemnego szybu. Korytarz prowadził z dachu posiadłości Layre wprost do jej wnętrza. Liny skrzypiały, drugi pomocnik, stojący na dachu pilnował, by produkty się nie wysypały. Kosz zniknął w czeluściach studni. Po chwili mężczyzna obsługujący korbę zaczął kręcić w drugą stronę i na dachu siedziby ukazał się pusty koszyk. Steele i Jon wymienili spojrzenia. W ich głowach zaczął powstawać plan. Plan w którym znaczące role odgrywały, szczelina w palisadzie, mikstury niewidzialności i wypełniony jedzeniem kosz.

Strażnicy pełniący tego wieczoru wartę na dziedzińcu dworu Layre niczego nie zauważyli. Noc była chłodniejsza, niż zwykle o tej porze roku. Skupili się, na grupie pijaków i włóczęgów, którzy urządzili sobie imprezę, tuż pod murami majątku. Śpiewali sprośne piosenki przepitymi głosami. Smród ich ciał docierał aż do zbrojnych pełniących wartę, za grubym murem. To rozpoczęło wymianę obelg, wykrzykiwanych przez obie strony. Wartownicy, najpierw kazali menelom się zamknąć. Potem zagrozili, że do nich wyjdą. Pijacy odpowiedzieli stekiem przekleństw. Ale gdy tylko zaskrzypiała otwierana brama i zakute w żelazo sylwetki pojawiły się na ulicy, włóczędzy szybko się ulotnili. Zniknęli w zaułkach, śmierdzące, obdarte cienie. Strażnicy wymienili kilka przekleństw. Wzajemnie upewnili się, o ile są lepsi od takich mętów, dryfujących na powierzchni społeczeństwa Wrót, jak brudny osad na wodzie. Nie wiedzieli, że ktoś zapłacił włóczęgom, za to przedstawienie. Że teraz menele radośnie ściskali w dłoniach złote monety, które mogły im zapewnić picie przez miesiąc. Nie słyszeli cichych kroków niewidzialnych postaci przeciskających się przez słabsze miejsce w palisadzie. Ani skrzypienia liny, gdy do środka posiadłości opuszczał się wypełniony kosz. Nie zauważyli też gdy ostatnia sylwetka zeszła po linie i zniknęła w ciemnościach szybu, prowadzącego wprost do piwnic.

Imoen czekała w ciemności i ciszy, nasłuchując. Szyb, kosz i lina zaprowadziły ich do piwnic. Widywała podobne urządzenia w Candlekeep. Mieszkający tam mędrcy i badacze ksiąg wspólnie gotowali i przeważnie wspólnie jedli. Żeby przetransportować do kuchni stosy owoców i warzyw używano zbliżonych mechanizmów. Ale w Candlekeep na stoły trafiały proste posiłki. Tutaj, gdy tylko jej oczy przyzwyczaiły się do panującej w podziemiach ciemności, dostrzegła egzotyczne warzywa i owoce, leżące w wielkich stosach. Solone i wędzone mięsa, leżakujące w przyjemnym chłodzie. Liczne butle z domowymi alkoholami. Rodzina Layre musiała być zamożna. W końcu Steele wyszeptała, że mogą iść.

Przemykali, w panującej ciemności, starając się stawiać stopy jak najciszej. Chroniła ich warstwa niewidzialności. Chroniła, dopóki kogoś nie zaatakują i dopóki mikstury nie przestaną działać. Nie widzieli własnych dłoni i twarzy towarzyszy naprzeciwko. Wszystkich spowijał magiczny całun. Gdy dotarli do kuchni Steele kazała im zostać. Ona najbardziej nadawała się do tej roboty. Dziwnie było słyszeć jej szept, dochodzący z pustych ścian. Tak samo jak dziwnie było nie widzieć własnego ciała.

Imoen pamiętała, jak siostra na własną rękę szkoliła się w złodziejskim fachu, podkradając książki z biblioteki. Pamiętała, jak którejś nocy elfka, szurając bosymi stopami weszła do ich pokoju. Trzymała w dłoniach szlafmycę jednego z badaczy ksiąg, dobrotliwego staruszka. Zawsze w niej spał. Przechwalała się, że nawet nie drgnął, gdy delikatnie zdjęła mu ją z głowy. Na jej twarzy jaśniał uśmiech. Mogła mieć wtedy najwyżej dwanaście lat.

Teraz elfka, najcichsza z nich wszystkich zaglądała do komnat, uchylała niepostrzeżenie drzwi. Wejścia do posiadłości pilnowało dwóch strażników. Jeden przysypiał, drugi opierał się o swoja lancę. Nikt nie stróżował przy samych komnatach.

Czekająca w ciemności grupa usłyszała szept.

- Na dole same kucharki i sprzątaczki. Na górze dwa pokoje. W jednym pewnie śpią Layre. W drugim musi być on.

To prawda jeden z pokoi pełnił rolę sypialni właścicieli. Oboje zalegli na łóżkach. Pani domu wiotka, drobna, z rozrzuconymi na poduszce włosami. Pan domu wielki facet, choć już posunięty w latach. W komnacie unosił się zapach kosmetyków, jedwabiu, drogich ubrań, składowanych w masywnych szafach z ciemnego drewna. Przechodnie drzwi prowadziły do pokoju dziecinnego. Dwójka dzieci też spała. Wtulona w poduszki, zakopana w kołdry, ściskając misie. Nie obudziły ich bezszelestne kroki Steele, ani jej oddech. Ani to jak bez najlżejszego skrzypnięcia otworzyła, a potem zamknęła drzwi.

Mężczyzna leżał na łóżku, w ascetycznie urządzonym pomieszczeniu. Jego szczupłe, jakby wyschnięte ciało okrywał koc. Plamy światła, które zostawiał księżyc padały na wąski stół, posłanie i leżący pod ścianą pakunek. Był chyba plecakiem śpiącego.

Weszli tak samo bezszelestnie. Tak przynajmniej im się wydawało. Tym razem wszyscy, nie tylko Steele. Został im ostatni pokój. Pogrążony we śnie zasuszony mężczyzna to musiał być Zeim. Zdawał się niczego nie zauważać. Steele nachyliła się nad nim. Otworzył oczy.

To nie powinno się zdarzyć. Przecież po wypiciu mikstury okrywała ich zasłona niewidzialności. Spoczywający na łóżku mężczyzna wpatrywał się uporczywie w twarz elfki. Potem zaczął rozglądać się po pokoju. Steele była pewna, że on ich widzi. Na sekundę zamarła. Uderzyła ją dziwna, nieznana aura emanująca od mężczyzny. Jak powiedziała Jameli, nie był stąd. A na pewno nie był człowiekiem. Wszystkie znaki jago odmienności było wyraźnie widać, w księżycowym świetle. Jego skórę pokrywały cętki, nos miał nienaturalnie cofnięty, brodę wydłużoną. Ciało, bez grama zbędnego tłuszczu. Emanowało od niego to samo, co od Haer'dalisa – obcość.

- Przyszliście mnie zabić?- z wąskich ust wydobył się szept. Wpatrywał się w twarz Steele przeszywającymi oczami o żółto-szarej barwie. Reszta drużyny zamarła.

- Żelazny Tron wydał na ciebie wyrok. - odparła córka Goriona. - Dlaczego?

- Żelazny Tron... - zdawał się zbierać myśli. - Tron musi zostać zniszczony. - jego oczy nagle zapłonęły.

- Dlaczego? Co oni planują? - w pokoju rozbrzmiał głos Imoen, chociaż dziewczyna wciąż pozostawała niewidzialna.

- On wyjdzie z Tonu...- Zeim przestał ich słuchać, odpowiadać na pytania. Pogrążył się we własnych wizjach zagłady. - Wyjdzie z Tronu i zniszczy wszystko co żyje... Zajmie miejsce obalonego boga, Pana Mordu i cała ziemia spłynie krwią. Napije się krwi Tronu, naje ich mięsem. A potem zniszczy wszystko na tej ziemi, w tej Sferze.

Rudowłosa poczuła na ręce uścisk, przy uchu usłyszała głos Haer'dalisa.

- To githzerai . On też nie jest z tej Sfery.

Opowiadał jej o githzerai. Nieustraszeni wojownicy, o psionicznych zdolnościach niegdyś ciemiężeni przez illithidów, byli tak samo odlegli od Pierwszego Planu Materialnego jak diabelstwa. Ich siedziby znajdowały się w Limbo, wiecznie zmiennej Sferze Chaosu. Co jeden z nich tu robił?

- Przeniesiono mnie tutaj...- ciągnął Zeim.- przeniesiono mnie, żebym mógł ostrzec i zaświadczyć, że on się zbliża. Żelazny Tron musi zostać zniszczony, jego syn musi zostać zniszczony.- pałające oczy githzerai stały się błędne. Nie koncentrował wzroku na twarzy Steele, nie skupiał go już na niczym.

- Jesteśmy przeciwko Żelaznemu Tronowi. Powiedz nam co wiesz.- elfka próbowała go wyrwać z tego amoku.

- Zakradliście się tu jak złodzieje. Wiem kto was przysłał. Gińcie!

Uderzenie rzuciło ich na podłogę. To nie było zaklęcie, ale fala psionicznej, mentalnej energii. Powaliła ich na kolana i rozwiała otaczającą drużynę zasłonę niewidzialności. Na nogach utrzymała się tylko Viconia. Jej dłonie natychmiast wykonały skomplikowane gesty, z ust popłynęły zaklęcia. Nad drzwiami wejściowymi do pokoju zaczął się jarzyć czerwonym światłem gif strażniczy. Jeśli ktokolwiek z posiadłości usłyszy hałas i spróbuje wejść do pokoju z korytarza, spali się w kuli ognia. Drugie uderzenie przyszło chwilę potem. Steele upadła twarzą na podłogę. Widziała jak Haer'dalis zasłania Imoen przed błyskiem miecza, dzierżonego przez Zeima i bronie diabelstwa i githzerai krzyżują się w pojedynku. Jon usiłował wstać z kolan. Z nosa i uszu ciekła mu krew. Kapłanka przywołała zaklęciem szkielety. Nieumarli wojownicy zmaterializowali się pośrodku komnaty, a zza drzwi dał się słyszeć hałas. Na pewno zaraz ktoś złamie pieczęć i zginie w płomieniach.

I wtedy rozległ się brzęk, okno wybiła niewielka butelka. Rozbiła się z trzaskiem tuż przy stopie Steele. Wydobywały się z niej gryzące i cuchnące opary. Żółty dym, wdzierający się do ust, oczu, nosa. Elfka znała ten zapach. Ale jej skołatany umysł nie potrafił sobie przypomnieć skąd. Chciała się podnieść, ale dym zabierał jej oddech i zaciemniał umysł. Imoen i Viconia próbowały rzucić zaklęcia. Słowa inwokacji zmieniały się w kaszel, w zasnuwających wszystko oparach. Szczęk mieczy walczących Haer'dalisa i Zeima zastąpiły kurczowe próby złapania łyku powietrza. Nagle na podłogę spadł okienny lufcik, tkwiący przedtem spokojnie w suficie. Przez dziurę, wprost z dachu do pomieszczenia zeskakiwały sylwetki. Szybkie, zamaskowane, bezlitosne. W tej samej chwili, gdy czarodziejce udało się zaklęciem rozproszyć trujący dym Steele poczuła przy szyi ostrze. Miecze i kusze skierowały się w stronę Haer'dalis'a i podnoszącego się z podłogi Jona. Szkielety stanęły przed Viconią, by ją bronić. Marna obrona, napastników było znacznie więcej. Rudowłosa sięgnęła po swój krótki miecz, świadoma, ze zanim zacznie inwokację, może skończyć, z poderżniętym gardłem. Któraś z zamaskowanych postaci pomogła githzerai wstać z podłogi. Silne dłonie pociągnęły Steele do góry jak szmacianą lalkę. Ubrany na czarno, zamaskowany przeciwnik trzymał nóż przy jej szyi. Spieprzyło się. Skończyła się dobra pasa. Nie zajdą dalej po szczeblach awansu w Żelaznym Tronie. Nie znajdą zabójcy Goriona. Nogi się pod nią uginały. Oczy jej łzawiły, zbierało jej się na wymioty. Wciąż nie mogła złapać tchu. Na sekundę mignęła jej twarz Imoen. Malowały się na niej smutek, zaskoczenie i niedowierzanie, że mogli tak to spieprzyć.

- Ciebie się tu nie spodziewałem, skarbie.

Napastnik nie trzymał przy jej szyi sztyletu, tylko podtrzymał ją, by nie upadła. Kaptur i chusta odsłoniły znajomą twarz. Z blizną i ironicznym uśmiechem.

- Renlav. - wyszeptała.