Seamus Layre był wściekły. Nie tylko dlatego, że w nocy ktoś dokonał zuchwałego napadu na jego rodową posiadłość. I nie tylko dlatego, że w każdej chwili mógł poderżnąć gardła jego śpiącym dzieciom. Nawet nie dlatego, że gdy strażnicy sforsowali drzwi i weszli do pokoju, w którym spał Zeim przywitała ich kula ognia. Wyrwała dziurę w drzwiach i ścianie. Płomienie na kilka chwil rozpełzły się po całym korytarzu. Wartowników z ciężkimi poparzeniami leczyli teraz kapłani Ilmatera. Ale kto by ich żałował, skoro pozwolili dostać się do domu obcym. Służba ugasiła pożar. Języki ognia zduszono, zanim zdążyły zająć kolejną część domu. Całe drzwi i kawał ściany zostały zniszczone.
Ale najgorsze było to, że Zeim zniknął.
Seamus chętnie korzystał z autorytetu, charyzmy i posłuchu jakim się cieszył githzerai. Uwierzył w zapewnienia przybysza o niszczącej roli Żelaznego Tronu. W ich posiadłości zbierali się możni, kupcy, szlachta, niechętni Tronowi. Słuchali mów Zeima, dawali pieniądze. Seamus Layre walczył niegdyś na Wybrzeżu Mieczy w jednej z szeregu bezsensownych wojen, pustoszących Faerûn. Mógłby poprowadzić zbrojnych przeciw Tronowi. Mógłby zgromadzić armię. Ale kończyło się na rozmowach. Na słowach, że nie są jeszcze gotowi. Przeciwnicy są zbyt potężni. A ród Layre wciąż ma za mało pieniędzy, sprzymierzeńców, zbrojnych. We Wrotach nie wszyscy pałali miłością do Żelaznego Tronu, do monet i zaszczytów, w które coraz bardziej obrastał. Posiadłość Layre ściągała tych niezadowolonych z rosnącej pozycji organizacji. Jątrzyła coraz bardziej, jak miejsce objęte stanem zapalnym. Seamus wierzył, że to niezadowolenie kiedyś wybuchnie. Wyleje się jak ropa z zaognionej rany i obejmie kolejnych mieszkańców miasta. A jeśli trzeba będzie, on i Zeim poprowadzą ich do rozprawy z Żelaznym Tronem. Skoro wielcy Książęta zdawali się być ślepi, na to, co działo się w ich mieście. Ale teraz Zeim zniknął.
- Spokojnie mała, zaraz ci przejdzie. - Renlav pochylił się nad dziewczyną. Jej drobnym ciałem wstrząsały torsje. Tkwiła nad wiadrem, do którego oddawała zawartość żołądka. Mały, ciemny pokoik wypełniał fetor wymiotów. Dziewczyna skuliła się. Włosy lepiły jej się do policzków, z ust ciekła ślina. Zaczęła kaszleć. Jednooki przykucnął przy niej i otarł jej twarz.
- Już dobrze Steele. - powiedział. - to minie.
Renlav miał powody do zadowolenia. Jednym były córki Goriona i ich drużyna, znajdująca się teraz w kryjówce gildii. Steele rzygała, Viconia zemdlała. Obie zatruły się dymem, którego użył jednooki i jego grupa złodziei. Stojąca w korytarzu Imoen była napięta jak struna. Towarzyszyło jej dwóch mężczyzn, których starszy złodziej nie znał. Odkąd wyszedł na wolność Renlav próbował odnaleźć Steele. Rozpytywał, płacił informatorom, ale wszystkie poszlaki były nieprawdziwe. Kolejna ciemnowłosa elfka okazywała się być nie tą, której szukał. Teraz wreszcie ją znalazł. Drugim powodem do zadowolenia był githzerai. Zeim odtrącił wzgardliwie pomoc, ręce podnoszące go z podłogi. Ale nie zauważył drobnego draśnięcia, które na jego dłoni zostawił zatruty nóż. Padł na podłogę, nieprzytomny. Staremu złodziejowi zdarzało się już wcześniej rozmawiać z githzerai. Wiedział, jak ciężko się z nimi negocjuje i, że właściwie nie sposób ich przekonać do swoich racji. Związany, z założoną na szyję obrożą, tamującą jego psioniczne moce Zeim będzie bardziej chętny do współpracy. Gildia szukała sojuszników w walce z Tronem. Nawet jeśli tym sojusznikom będzie musiała przyłożyć sztylet do do gardła, żeby skłonić ich do współpracy.
Githzerai otworzył oczy. Stał nad nim krąg postaci. Ciemne płaszcze, poznaczone życiem twarze. Zatknięte za pasy noże i sztylety. Zeim klęczał na podłodze. Jego ręce tkwiły w kajdanach. Przytwierdzono je do ściany pozbawionego okien okrągłego pomieszczenia, o kamiennych murach. Zacisnął usta, zadrgały wydatne mięśnie szczek. Zacisnął powieki i zaraz ze zdumieniem otworzył oczy.
- To nie działa. - ze zgromadzenia wystąpił mężczyzna. Jego krótkie włosy połyskiwały srebrem. Wydawał się stary i zasuszony, ale poruszał się ze zwinnością i gracją. Jego twarz znaczyły blizny, nie miał kilku palców. Nosił czarną, skórzaną zbroje. Tak dopasowaną, że przypominała raczej kaftan, czy koszulę. Przy każdym ruchu czerń mieniła się połyskami srebra. Pancerz sprawiał wrażenie tak cienkiego, że można go rozedrzeć gołymi rękami. Ale z pewnością wytrzymałby uderzenie miecza, czy topora. Na pewno został magicznie wzmocniony.
Githzerai zaczął się szarpać. Jego wzrok padł na obręcz, zaciśniętą na jego szyi. Metalową obrożę, pokrytą runami i znakami. Wykrzywił w złości wąskie usta. Jego żółto-szare oczy płonęły gniewem.
- Szkoda czasu na twoje pieprzone hokus pokus. - jeden ze złodziej trącił Zeima butem. - Skończmy z nim, Szefie. - rzucił i natychmiast spokorniał pod spojrzeniem dowódcy.
- Nie przyszliśmy tu uciąć ci głowy. - siwowłosy nachylił się nad sferowcem. Jego podwładni na wszelki wypadek położyli dłonie na rękojeściach sztyletów i mieczy. Jedna ze złodziejek celowała w Zeima z kuszy. - Moi ludzie uratowali ci tyłek, przed Żelaznym Tronem.
- Sam bym sobie z nimi poradził, bez pomocy byle pierwszaków. - warknął githzerai. Na jego skórze, żółtoszarej barwy ze złości uwydatniły się centki. - Czego chcecie?
- Porozmawiać. - uśmiechnął się łagodnie starszy mężczyzna. - Porozmawiać o Żelaznym Tronie.
Dla elfki ostatnie pół godziny przypominało zły sen. Ręce podnoszące ją z podłogi. Ucieczka z posiadłości Layre. Zmartwiona twarz Imoen. W jej pamięci wszystko zlewało się w papkę, wypełnioną kaszlem, wymiotami i potem.
- Zatrułaś się dymem. - słyszała spokojny, opanowany głos Renlava. - Twoja drowka zupełnie odpadła.
- Imoen... co z Imoen? - tylko tyle udało jej się wykrztusić, między kolejnymi falami torsji.
- Siedzi w korytarzu i zamartwia się o ciebie. Powiedziała, że jeśli coś ci się stanie wypali mi oczy.
Rozmowę przerwała kolejna tura walki Steele z własnym żołądkiem.
- Co robiliście w posiadłości? Dostaliśmy cynk, że ktoś na zlecenie Tronu ma zabić Zeima. Ostatnia osoba, której bym się tam spodziewał, to ty. - mówił jednooki.
- Najęliśmy się do pracy dla Tronu. Chcieliśmy... się do nich dostać. - wykrztusiła Steele.
- Sprytne. - uśmiechnął się złodziej. - Cały ten czas cię szukałem, teraz wreszcie tu jesteś.
- Gdzie jest... Kivan? - elfka podniosła twarz znad wiadra, targające jej ciałem torsje minęły. Teraz była tylko osłabiona. Chwiała się, skulona, klęcząc nad pojemnikiem. Jej ciałem wstrząsały dreszcze. Twarz miała bladą jak ściana.
- W gildii. Jest tutaj.
Imoen podała Viconii kubek wody. Kapłanka Shar siedziała pod ścianą. Jej twarz nie pobladła, ale drżące ręce i posiniałe usta świadczyły, jak źle się czuje. Przyjęła kubek, upiła łyk wody. Odchyliła głowę do tyłu, opierając ją o ścianę. Żadnego złośliwego komentarza, żadnej ironicznej uwagi. Jak nie Viconia.
Byli tu w czwórkę, stłoczeni w niewielkim mieszkaniu. Stali na korytarzu. Dom musiał należeć do gildii. Może to była dziupla, może pasernia. Sprawiał zapuszczone wrażenie. Niewiele mebli, grzyb pokrywający ściany, deski odpadające od powały. Wszystko przesiąkło zapachem tytoniu. Viconia siedziała pod ścianą. Jon stał obok, oparty o ścianę, jakby gotów w każdej chwili się przewrócić. Zostało z nimi kilkoro ludzi Renlava. Złodziej zabrał Steele do jednego z pokoi. Dochodziły stamtąd odgłosy wymiotów. Imoen rozejrzała się niepewnie po zaniedbanym korytarzu. Napotkała spojrzenie złotych, kocich oczu Haer'dalisa. To dodało jej otuchy.
Był z nią, podczas ucieczki. Gdy razem z oddziałem z gildii złodziei zbiegli przez dach i zniknęli w mroku nocy. Pomagał prowadzić na wpół przytomną Steele, nieść Viconię. Teraz też trzymał się cały czas blisko czarodziejki. Zapytał, czy nie jest ranna. Uspokajał. Rudowłosa zaciskała pięści. Rozglądała się badawczo po pomieszczeniu, szukając wrogów, pułapek. Złodzieje patrzyli na diabelstwo podejrzliwie, nieufnie. Skupiali wzrok na złotych oczach, zbyt ostrych kłach, wsłuchiwali się w obcy akcent. Imoen nie. Był tu jedyną osobą, której ufała.
Skrzypnęły drzwi. Stanął w nich Renlav podtrzymujący Steele za ramię. Gdy tylko elfka zobaczyła stojącą w korytarzu siostrę na jej twarzy pojawił się słaby uśmiech.
- Githzerai nie będzie chciał z wami mówić. - odezwał się Haer'dalis. - Oni nie rozmawiają z nikim, jeśli sami nie maja ochoty.
- Chłopcze... - odpowiedział spokojnie starszy złodziej. - ...myślę, że zechce z nami zamienić parę słów.
- Obiecaliśmy... - zaczęła Imoen. - miał zginąć, żebyśmy zaszli wyżej w hierarchii Tronu.
- Nie poznaję cię... - jednooki posłał jej jeden ze swoich uśmiechów. - ratowałaś małego Coala, odkąd stałaś się taka krwiożercza?
- Ona ma rację. - twarz Steele była blada jak papier, usta sine. Cały czas wspierała się na ramieniu Renlava. - Chcieli jego głowy.
- Na pewno uda się to jakoś załatwić. - zapewniał starszy złodziej. Cały Renlav. Dopiero się spotkali, a już układał w myślach plan intryg.
- Chcemy z nim porozmawiać. - młodsza z córek Goriona odgarnęła rude włosy z twarzy.
- Obawiam się, że to na razie niemożliwe. - uśmiechnął się jednooki. - Nie jesteście pierwsi w kolejce. Ale oczywiście przyjdzie kolej i na was.
Steele i Imoen zaczęły się wykłócać, ale Renlav nie chciał o tym słyszeć. W końcu zrezygnowane usiadły pod ścianą. Viconia i Jon doszli do siebie. Co jakiś czas wybuchały kłótnie, gdy przybrane córki Goriona próbowały wymusić na złodzieju, rozmowę z przybyszem z innej Sfery. W końcu się poddały. Czekały. Czekały w smrodzie tytoniu i zimnie nieogrzewanych ścian.
Minął czas, może godzina, może pół. Otworzyły się jedne z ciasnych drzwi, wychodzących z korytarza. Wszedł przez nie mężczyzna, w płaszczu z kapturem, o rozbieganych oczach. Nachylił się nad Renlavem i szepnął mu coś do ucha. Twarz jednookiego przeciął grymas zdziwienia. Wstał z podłogi.
- Zeim chce z wami mówić. Z tobą... – wskazał na Steele. - ...i z diablakiem. - skinął głową na Haer'dalisa.
Razem z Renlavem zniknęli za obskurnymi, drewnianymi drzwiami. Potem pochłonął ich labirynt korytarzy. Steele i Haer'dalisowi zawiązano oczy, cały czas ktoś ich prowadził. Domek zbudowano nad siecią tuneli i schodów. Ich stopy stukały o kamienne posadzki. Kilka razy tracili równowagę na wiszącym w powietrzu moście, ale zawsze ktoś ich podtrzymywał. Twarze chłodził im powiew wilgoci. Czuć było zapach podziemi, daleki odór kanałów. Czasem do ich uszu docierał chlupot wody. Słyszeli przytłumione rozmowy prowadzących ich złodziei. W końcu zatrzymali się, zdjęto im opaski z oczu. Wprowadzono ich do okrągłej, kamiennej salki, gdzieś, pod ziemią. Na środku pomieszczenia, przykuty do ściany klęczał Zeim. Githzerai toczył wzrokiem dookoła, mięśnie jego żylastych ramion drgały nerwowo. Dłonie więziły kajdany, połączone łańcuchem ze stalowymi ogniwami w ścianie. Githzerai otaczał krąg ludzi, kobiet i mężczyzn. Na ich twarzach był wypisany złodziejski fach. Odezwał się jeden ze zgromadzonych, starszy mężczyzna o krótko obciętych siwych włosach i przenikliwym spojrzeniu. Jego głos odbił się od kamiennych ścian.
- Chciał z wami mówić.
Steele i Haer'dalis podeszli niepewnie, mrugając oczami, nieprzywykłymi przez chwilę do światła. Szef nachylił się i wyszeptał Renlavowi ma ucho.
- Nic nie powiedział. Cały czas medytował i kazał ich wezwać.
Githzerai wpił się spojrzeniem w twarze dwójki przybyłych.
- To wy... - zaczął chrapliwym szeptem. - Nie poznałem was... Czasem, to co widzę zawodzi. Dobrze, że tu jesteście. To wy... obalicie Żelazny Tron...
Zgromadzeni rozejrzeli się po sobie. Steele przełknęła ślinę. Starała się znaleźć głos, w swoim wyschniętym, obolałym gardle. Miała wrażenie, że wszyscy w sali przysłuchują się temu, co powie.
- Nie służymy Tronowi. Chcieliśmy... informacji. Nie zamierzaliśmy walczyć. - słowa przychodziły elfce z trudnością, wypadały z jej obrzmiałych ust.
- Wiem. Pomyliłem się. Teraz to zobaczyłem. On nie musi przywrócić Pana Mordu... Nie musi zniszczyć tej Sfery. Pomogę wam. Rozkujcie mnie.
Złodzieje spojrzeli po sobie. Na ich twarzach odbiło się wahanie. Zeim powtórzył władczym tonem, jakby nie był uwięzionym jeńcem, a wydającym rozkazy dowódcą.
- Rozkujcie mnie!
Szef skinął głową. Dwaj mężczyźni uwolnili z więzów przybysza z innego Planu. Pozostali złodzieje i złodziejki cały czas trzymali ręce ostrzegawczo na głowniach mieczy, czy kolbach spustowych kuszy. Uważni, czujni, gotowi rzucić się i przygwoździć Zeima do podłogi. Githzerai wstał. Chudy, muskularny, w skromnym ubraniu i stalową obrożą na szyi z piętnem swojej odmienności. Rozglądał się po zgromadzonych. Zatrzymał wzrok na Haer'dalisie.
- Podejdź. - powiedział.
Diabelstwo zbliżyło się do więźnia. Dwaj przybysze, spoza tej Sfery spojrzeli sobie w oczy. Teraz widać było jeszcze wyraźniej, że nie są stąd, że tu nie pasują. Dwaj podróżnicy, dwaj obcy. W ich oczach odbiło się zrozumienie.
- Od dawna... - zaczął Haer'dalis. - od dawna tu jesteś?
- Od dość dawna. - Zeim mówił spokojnym, opanowanym głosem. - Przybyłem z Sigil.
- Sigil... - w tym jednym słowie zawarły się wszystkie emocje, jakie sferotknięty odczuwał wobec swojej ojczyzny. Klatki. Miasta Bram.
- Przybyłem przez portal. - kontynuował Zeim. - I zacząłem widzieć, widzieć co się stanie, jeśli Tron sięgnie po władzę. Jeśli syn Tronu sięgnie po władzę. Tak miało się stać. Przeniesiono mnie tutaj, żebym ostrzegł, żebym wam pomógł...
Jednym ruchem githzerai wyszarpnął zza pasa diabelstwa sejmitar i wbił sobie w pierś, zanim, ktokolwiek zdążył zareagować. Osunął się na podłogę brocząc krwią. Złodzieje doskoczyli do niego. Steele zachwiała się na nogach, miała wrażenie, że powietrze zgęstniało. Stało się gorące i lepkie.
Haer'dalis przyklęknął przy githzerai. Zeim złapał go za rękę. Na twarzy przybysza z innej Sfery pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
- Nie z broni pierwszaka...- wyszeptał. - Zaniesiecie moją głowę do Tronu...
