Stali w jaskini, skupieni w kręgu. Od ścian groty odbijał się melodyjny głos smoczycy. Jaszczura górowała pośrodku zgromadzenia, chłonąc ich spojrzenia. Nereida wtuliła twarz w jej lśniący spiżem bok. Jasne włosy opadały na twarz i nagie ciało nimfy. W jej oczach malowało się nieprawdopodobne przywiązanie i wierność.
- Oszukali mnie. Dotarłam na brzeg, po walce z sahuaginami, byłam wyczerpana. - mówiła smoczyca.- Wtedy, ten Czerwony Mag mnie uleczył. Poprosił w zamian o przysługę, zgodziłam się. Nałożył na mnie geis, powiedział, że teraz mam mu służyć, że nie mogę się sprzeciwić. Amilai...- skinęła ogromną głową w kierunku nereidy. - najpierw próbowała mnie uwolnić, potem szukała pomocy. Na szczęście was sprowadziła. Zawdzięczam wam życie.
Rozglądali się po jaskini, wcześniej nie mieli na to czasu. Wejście do groty znajdowało się pod wodą, ale tu gdzie stali rozciągała się rozległa, sucha pieczara. Podłoże pokrywał piasek i kamienie, pachniało morzem. Skalne ściany musiała niegdyś wyrzeźbić woda. Nereida gestem nakazała fali zmyć z groty zwłoki opryszków. Zniknęli w odmętach, gdzie wyjście z jaskini skrywało się pod taflą wody. Oczywiście najpierw Steele i jej drużyna przeszukali ciała.
- Przechwalali w rozmowach między sobą, że napadają na małe statki przewożące żelazo, wzdłuż brzegu. - mówiła jaszczura. - Mag mówił, że pracują dla organizacji, nazywanej Żelaznym Tronem. Jeszcze raz nie wiem, jak wam dziękować.
- Jesteśmy na pełnym morzu?- to pytanie wyrwało się Imoen, była wyraźnie podekscytowana. - Jak daleko stąd od lądu?
- Jaskinia jest w pobliżu sieci wysp, wiele mil w morze od brzegu. Stoi tu zacumowany szkuner piratów. Rabowali na tych wysepkach, szukali statków z żelazem. - smoczyca powiodła wzrokiem po wnętrzu groty. Dodała z wyraźną dumą. - To mój dom.
- Nikt w mieście, we Wrotach Baldura nie wie, że tu mieszkasz?- rudowłosa dalej zarzucała jaszczurę pytaniami.
- Morskie elfy wiedzą. Mieszkańcy wysp, też. Staram się nimi opiekować, przepędzam sahuaginów, czy piratów. Ale rzadko zapuszczam się na stały ląd.
Wsłuchiwali się w głos smoczycy. Piękno i dostojeństwo tego stworzenia poruszyło ich wszystkich, chyba nawet Viconię.
- Mam na imię Vessa. - jaszczura patrzyła na nich z wysokości swojej majestatycznej szyi. - A ty...? - zatrzymała wzrok na Jonie.
- Jon... z Asbravn. - wojownik spojrzał prosto w gadzie oczy, mieniące się zielenią.
- Nie wiem jak udało ci się złamać geis. Może Czerwony Mag się pomylił i do zdjęcia wystarczyła po prostu krew. Może musiała to być krew kogoś silniejszego. Ludzie mówią, że smoki gromadzą nieprzebrane bogactwa, ale ja takich nie mam. Jak mówiłam, rzadko wychodzę na ląd. Mam jednak jednak coś, co chciałbym ci ofiarować. Czy przyjmiesz podarunek ode mnie?
- Przyjmę. - wzrok Jona cały czas był utkwiony w smoczych ślepiach. On i Vessa mierzyli się spojrzeniem.
Smoczyca oddaliła się na chwilę, w część groty kryjącą się w cieniu. Wróciła z przedmiotem w pysku. To był miecz, solidne ostrze, jaśniejące niezwykłym blaskiem.
- Jak długo będziesz miał dłoń na rękojeści, tak długo nic nie zaciemni twojego umysłu. - powiedziała Vessa rzucając wojownikowi broń do stóp. Miecz z chrzęstem upadł w piasek. Mężczyzna podniósł ostrze.
- Dziękuję... pani. - skłonił lekko głowę. Steele pierwszy raz widziała, żeby Jon okazał komuś chociaż ślad szacunku.
Wyszli z jaskini na powietrze, przecisnęli się przez pęknięcia w stropie groty. Smoczyca i nereida wypłynęły podwodnym korytarzem na powierzchnię morza, tuż obok. Na zewnątrz zapanowała już noc. Przycumowany szkuner piratów kołysał się na falach. Szukali w nim czegoś wartościowego, ale bez rezultatu. Blask pochodni oświetlał ziemię, pod ich stopami. Byli na niewielkiej wysepce, na otwartym morzu. Fale poza zasięgiem pochodni wydawały się czarne jak smoła. Z daleka docierały światła wyspiarskich osad. Nad sobą mieli gwiazdy. Te same świetliste punkciki odbijały się w morskiej toni. Wszędzie panowała cisza, słychać było tylko plusk fal ocierających się o skały.
- Amilai zabierze was z powrotem na brzeg. Myślę, że żadne z was nie jest żeglarzem. - dodała smoczyca. - Szkuner się wam nie przyda.
Zmierzali w stronę wody, by dać się znowu porwać prądom. Nagle Steele poczuła, wręcz przymus, który kazał jej odwrócić głowę i podejść do jaszczury. Wielka głowa skłoniła się ku elfce, długie, szpiczaste zęby, znalazły się tuż przy uchu Steele.
- Uratuj go, tylko ty możesz. - intensywnie zielone oczy Vessy spoczęły na plecach Jona. Smoczyca mówiła tak cicho, że nikt poza nimi nie słyszał tej rozmowy. Steele na moment zamilkła. Już to słyszała.
- Przed kim mam go uratować? - elfka też ściszyła głos do szeptu.
- Przed nim samym.
- Kim on jest? - pytała dalej Steele. Coraz więcej pytań wokół tego mężczyzny, którego ciało znała tak dobrze jak własne, ale o którego przeszłości nie wiedziała prawie nic.
- Jest dzieckiem Czasu Niepokoju. Tak jak i ty. Pewnego dnia poznasz prawdę. Tylko ty możesz go uratować.
Vessa spojrzała znacząco na taflę wody i córka Goriona wiedziała już, że nie dostanie więcej odpowiedzi na swoje pytania.
Znowu się zanurzyli. Nereida kierowała morskimi falami, niosły ich na brzeg, do portu we Wrotach Baldura. Znów otaczały ich powietrzne bańki, ale morska toń dookoła była ciemna, jak smoła. Steele czuła, że pogrąża się w ciemności, że nieznane zagrożenie wciąga ją w odmęty, a ona nie wie, jak się bronić. Przez szum fal słyszała radosny śmiech Imoen. Szczęśliwej, że pomogli nereidzie i smoczycy, cieszącej się niezwykłą przygodą. Ale sama czuła, jak coraz mocniej ogarnia ją mrok.
Wynurzyli się w porcie, powietrzne bańki pękły, wyszli na nadbrzeże. Przystań oświetlały latarnie. Przy kei stały przycumowane statki, czarne na tle nocnego, rozgwieżdżonego nieba. Zewsząd dochodziło skrzypienie lin, takielunków i chlupot fal. Co jakiś czas drogę przeciął im pijany marynarz. Nie zobaczyli już Amilai. Wróciła do morza, gdzie było jej miejsce. Steele ogarnęło nagle bezsensowne pragnienie by zabrać ze sobą Jona, dostać się na któryś statek i we dwójkę uciec przed czymś, co ich otaczało, ścigało, było coraz bliżej. Nigdy wcześniej nie czuła takiego niepokoju, nie spowodowanego niczym konkretnym, tylko własnym przeczuciem. Przeświadczeniem, że im dwojgu coś zagraża, że coś ich rozdzieli. Co ją to obchodziło? Jeszcze niedawno Jona nie było w jej życiu. Jeszcze do niedawna nie sypiali ze sobą. I nagle uświadomiła sobie, że stał jej się niezbędny, jak część własnego ciała. To nie była miłość, głupie odbierające rozum zadurzenie. Ale poczucie, pewność, że należą do siebie, że przeznaczenie prędzej czy później wepchnęłoby ich na siebie, bo byli tacy sami. Nie potrzeba było do tego pięknych słów, obietnic, przysiąg. To już się stało.
Wrócili do gospody. Ku ich zaskoczeniu, czekał tam na nich Kelen Koth. Odważył się i wszedł do swojego domu. Nie dbał o zniszczenia, o wyrwaną w podłodze dziurę i wypaczone klepki od parkietu. Nereida zniknęła, woda opadła. Dał im furę pieniędzy, omal nie wyściskał ich na koniec.
Stało się coś jeszcze. Jameli ich szukała, zostawiła liścik. Pojutrze mieli się stawić w dzielnicy portowej. Władze Żelaznego Tronu chcą z nimi rozmawiać.
Pili. Zaproponował to Haer'dalis. Jon się zgodził. Siedzieli przy stole w gospodzie. Na blacie ich stolika nowymi falami piętrzyły się kufle po piwie i małe szklanki po mocniejszych trunkach. Kelnerki zabierały puste szklanice, pozbawione palącej gardło i zaciemniającej umysł zawartości i przynosiły nowe trunki Oblewali strumień pieniędzy, jakim sypnął im mag i dobra zdobyte na piratach. Imoen przytulała się do diabelstwa. Opierała głowę na jego ramieniu. Viconia kiwnęła palcem i obok niej siedział młody, dobrze zbudowany chłopak. Na pewno nim jutro wstanie słońce zdąży obejrzeć mroczną elfkę nago. Teraz mieli w gospodzie wynajęte trzy pokoje. Jeden dla Viconii, drugi dla rudowłosej i sferotkniętego i ostatni dla Steele i Jona. Viconia, gdy naszła ja ochota sprowadzała sobie mężczyzn na przygodne noce. Haer'dalis i Imoen cieszyli się swoją bliskością. A Steele i Jon po prostu się pieprzyli. Karczmarz i kelnerki posyłali całej grupie przyjazne spojrzenia. Byli sławni, jak ci, którzy nie dają innym spokojnie przespać nocy i dają wysokie napiwki. Imoen w powodzi śmiechów i rumieńców dzieliła się zresztą z siostrą swoimi doświadczeniami. Porównywała w czym Haer'dalis jest inny od chłopców z Candlekeep, z którymi zamykała się na chwile przyjemności w stodole. Elfka cieszyła się widząc młodszą siostrę tak rozpromienioną. Ale w jej myślach wciąż czaił się cień. Poczucie, że ta gorączka, którą dzielą z Jonem niedługo się skończy. Piła, ale myślami była nieobecna. Wypite trunki nie szumiały jej w głowie, tylko jeszcze bardziej ciążyły na sercu.
Alkohol się skończył, wszyscy rozeszli się do komnat. Nowy towarzysz Viconii miał na twarzy wypisany cielęcy zachwyt. Imoen i Haer'dalis obsypując się pocałunkami zamknęli za sobą drzwi. Steele weszła do pokoju razem z Jonem. Łyknęła wywaru, który miejscowa zielarka sprzedawała dziewczynom, jeśli nie chciały zostać z brzuchem, po przygodnych nocach. Jon na chwilę wyszedł z pokoju. Elfka usiadła na wąskim okiennym parapecie i zapaliła.
U jej stóp, za oknem rozciągało się miasto. Wrota Baldura. Budynki znów spowijała nieodłączna mgła od rzeki Chionthar. Steele widziała zarys dachów domów tonących w mlecznej zupie, światła ulicznych latarni. Czuła zapach wody, zapach morza, które znajdowało się tak blisko. W ciemności i mgle kolory wydawały się wyprane i wypłowiałe. Głosy ludzi dochodziły z oddali, przebijały się przez mglisty kokon, jak przez zupę. W pamięci stanęła jej noc w Candlekeep, przed wyjazdem. Wtedy też patrzyła na miasto, z wysokości obronnych murów. Nie przeczuwała tego, co się stanie, nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Teraz czuła w sercu ten ciężar, ciężar zbliżającej się groźby.
Jon wrócił z butelką w ręku i dwoma małymi kieliszkami. Swój opróżnił jednym haustem. Nalał Steele i postawił obok niej, na parapecie. Wypiła i otarła usta. Płyn palił ją w gardle, zostawiał mocny, korzenny posmak.
- Co jest?- wojownik przyglądał się jej uważnie. Elfka zacisnęła wargi i potrząsnęła głową. Nalał jej i sobie drugi kieliszek.
- Co jest? - powtórzył, po tym jak oboje wypili.
- Coś się spierdoli. - wyszeptała starsza córka Goriona. Patrzyła w podłogę.
- Jasne, coś się może spierdolić, jak wejdziemy do siedziby Tronu. Myślałem, że dlatego dzisiaj chlejemy i się pieprzymy.
- Ja wiem, że coś się spierdoli. - elfka objęła wzrokiem Jona. Jasne, przejrzyste oczy wojownika patrzyły na nią z opalonej twarzy, pociętej kilkoma niewielkimi bliznami. Na policzkach miał kilkudniowy zarost. Włosy, jak zwykle ogolone niemal do gołej skóry. Nachylił się nad nią. Opalone, umięśnione ramię oparł o okienną futrynę. Pachniał alkoholem, tytoniem, bronią i... sobą.
- Jasne, możemy zginąć. Ale ja nie dam dupy tak łatwo, ty też nie. Po co martwić się na zapas?
- A jeśli to jest... ostatni raz?- Steele wpiła pace w jego ramię, patrzyła mu prosto w oczy. Od syna płatnerza czuć było zapach alkoholu, od niej na pewno też.
- Zawsze się rżniemy, jakby to miał być ostatni raz. - odpowiedział z uśmiechem.
Elfka zeskoczyła z parapetu. Z jej ust wylewał się strumień słów. Szła wprost na Jona, przypierała go do ściany. Dotykała palcami torsu mężczyzny, jakby atakowała go za to, że lekceważy jej ostrzeżenia.
- Nic nie rozumiesz, już to przerabiałam w Candlekeep. Pierdolona cisza przed burzą... Ja wiem, ze coś się stanie, wiem to kurwa, rozumiesz! Ci ludzie, którzy wtedy chcieli się zabić, nic o nich nie wiesz, nawet nie wiesz kim byli!
Zamarli tak. Jon plecami przy ścianie, Steele opierała się dłońmi o mur, trzymała je po obu stronach jego ramion. Czuła pod palcami chłodny dotyk kamienia. Wpiła spojrzenie w Jona.
Straci go. Straci go, tak jak Goriona. Pierdolić Kivana. To Jon był tym, tym... właściwym. Jak mogła to wiedzieć, po kilku tygodniach znajomości i paru dniach wspólnego rżnięcia.? Mogła.
Nie mówiła mu o słowach smoczycy i tajemniczej kobiety. „Uratuj go, tylko ty możesz." Czuła, że przybliżyło by to tylko nieodwracalne.
Jon położył jej dłoń na ramieniu Steele. Objął spojrzeniem twarz elfki. Na jej policzkach wystąpiły rumieńce, włosy miała potargane, rozgorączkowany wzrok.
- Nie wierzę w te bzdury o miłości. - powiedział spokojnie. - Ale jeśli ktoś stanie między nami, jeśli ktoś spróbuje mi ciebie odebrać to zmuszę go, żeby zjadł własne flaki. Jesteś moja.
- A ty mój?- pytanie wyszło ze spierzchniętych ust Steele.
- A ja twój.
