Imoen na sekundę otworzyła oczy. Chwilę potem je zamknęła. Przepełniało ją przyjemne zmęczenie. Pod okrywającym kocem czuła ciepło Haer'dalisa. Diabelstwo wydawało się mieć wyższą temperaturę ciała, niż przeciętny człowiek. Zawsze spali przy otwartym oknie, nawet gdy nad miastem rozpościerała lepkie palce mgła, czy zacinał deszcz. Rudowłosa przytuliła się mocniej do ciepłych ramion i torsu mężczyzny. Zobaczyła błysk złotych oczu Haer'dalisa i jego uśmiech, pełen białych, ostrych zębów. Oparła brodę o jego klatkę piersiową, palcami przebiegła po jego skórze. Rude kosmyki zasłoniły jej oczy, sferotknięty odgarnął je z czoła dziewczyny. Wzrok Imoen stał się nieobecny. Usłyszała głos diabelstwa.
- O czym myślisz?
Zwlekała z odpowiedzią, przez chwilę błądziła wzrokiem po ścianach.
- O ojcu. - wyszeptała w końcu.
Haer'dalis znał tę historię. Imoen opowiedziała mu o latach spędzonych w bezpiecznej osłonie murów Candlekeep, gdy świat poza fortecą wydawał się wielką przygodą. Potem przeznaczenie rzuciło obie siostry poza twierdzę i zobaczyły, jak okrutna potrafi być rzeczywistość.
- Jaki był? - pytał dalej sferotknięty.
Haer'dalis nie znał swojego ojca, wychowała go samotnie matka. Piękna, nieobliczalna złodziejka. Brzemię krwi z niższych planów zostawiło jej pamiątkę w postaci niewielkich rogów i ogona. Wiele razy złoiła synowi skórę, ale kochała go. Wpoiła mu zasady, których musiał przestrzegać w Ulu, najbiedniejszej, najpodlejszej dzielnicy Sigil. Nie potrafił sobie wyobrazić dzieciństwa spędzonego za zasłoną bezpiecznych murów. Dla niego świat zawsze jawił się jako pełen zagrożeń, z którymi trzeba walczyć, albo przed nimi uciekać.
- Był dobry, opiekował się nami, był wspaniałym człowiekiem. Wszyscy w fortecy go szanowali... - nieobecny wzrok młodszej córki Goriona świadczył, że wraca myślami do wspomnień. Wspomnień, w których jej przybrany ojciec jeszcze żył.
- Nie miał wrogów? - palce Haer'dalisa błądziły w rudych włosach czarodziejki.
- Podobno kiedyś wiele podróżował, był sławnym magiem... Mógł mieć wrogów... Ale Steele mówi, że to ją chcieli wtedy dostać. To za nią wysyłali zamachowców...
Imoen położyła policzek, na klatce piersiowej diabelstwa. Z jej twarzy zniknął spokój i odprężenie, w zielonych oczach zagościł smutek.
- A my wciąż nie znalazłyśmy tego, kto to zrobił...- brwi rudowłosej zmarszczyły się w gniewnym skurczu.
- Dostaniemy ich. - zapewniał Haer'dalis. - Przecież po to idziemy do Żelaznego Tronu.
- Był takim dobrym człowiekiem...
- Wiem skarbie.
- Ten kto to zrobił zapłaci za to. Musi.
Siedziba Żelaznego Tronu była wysokim, okazałym gmachem z drewna i kamienia. Górowała nad Dzielnicą Portową. Pięła się ku niebu wyrastając ponad sąsiadujące dachy. Frontowymi drzwiami płynął szeroki strumień interesantów, najemników i pochlebców. Pełnili przy nich wartę rośli brodaci strażnicy w ciężkich zbrojach, oparci o halabardy, z toporami przy pasie. Obok rozpościerał się zaułek zieleni, znalazły tam swoje miejsce drzewa i krzewy głogu. Czasem dochodził stamtąd śpiew ptaków.
Steele i jej drużyna wyruszyli z gospody wieczorem, żeby dostać się do siedziby Żelaznego Tronu. Wieczór był dobry, wskazywał, że nie spieszą się nadmiernie. Każą na siebie czekać. Wzięli najlepszą broń, talizmany, artefakty mogące w walce przechylić szalę zwycięstwa na ich stronę. Mieli ze sobą dwa kamienie portali otrzymane od Renlava. Zbliżali się już do Dzielnicy Portowej, w objęcia smrodu doków i plusku fal. Ale tam nie doszli.
Ludzie mijający na ulicy Steele i jej towarzyszy zatrzymywali na nich wzrok. Widzieli piątkę rzucających się w oczy awanturników, o twarzach bez uśmiechu. Postawnego wojownika, dwie elfki, drobną, rudowłosą dziewczynę i mężczyznę o obcych, egzotycznych rysach. Na widok przytroczonej do pasa broni i ponurych spojrzeń przechodnie przezornie schodzili im z drogi. Awanturnicy zrobili kolejny krok na ulicznym bruku. I zniknęli w kuli światła, która rozpostarła się dookoła nich obejmując swoim blaskiem całą ulicę i przyległe domy.
Przypadkowi przechodnie przecierali oczy ze zdumienia. Ale to były Wrota Baldura, miasto przesiąknięte magią. Zdarzały się tu dziwniejsze rzeczy. Rzemieślnicy i kupcy zamykający właśnie swoje stragany i warsztaty ruszyli do domów, przyspieszając kroku. Matki odciągnęły dzieci od tego zaułka, nad którym na moment zapanowała magia. Pijacy zastanawiali się czy nie prześladują ich zwidy, po ostatniej libacji.
A piątka osób po prostu zniknęła, na ulicy, w rozpościerającej się już wieczornej mgle.
Steele upadła na kolana, własne ciało nie chciało jej słuchać. Wzrok jej się rozmazywał, zacierał. Przed sobą widziała obce sylwetki. Z góry patrzyli na nią mężczyźni i kobiety dzierżący w dłoniach broń. Chciała wyrwać się i uciec, ale zamiast tego przewróciła się bezradnie. Wyciągnęła rękę i natrafiła na rude włosy Imoen, ścielące się na podłodze. Dziewczyna leżała obok, na kamiennej posadzce. Dalej Viconia, Haer'dalis, wszyscy na wpół przytomni. Jon też usiłował wstać z kolan, ale jego ciało nie było posłuszne, tak jak i jej. Nogi i kolana wiotczały, wzrok się mącił, język zdawał się opuchnięty we własnych ustach. Najgorsze, że mąciły się też myśli. Gdzie oni są? Co się do cholery stało? Kto im to zrobił? Żelazny Tron?
Starszy mężczyzna w asyście dwóch zbrojnych podszedł do Jona. Złapali wojownika za ramiona. Zmusili go, żeby uklęknął. Chwiał się na nogach. Siwowłosy wyjął miecz i przyłożył go synowi płatnerza do gardła.
- Wiesz, czemu zginiesz? - zapytał.
- Czego... chcecie? - wycharczał wojownik. - Kim do cholery jesteście?
Do Jona przyskoczyła drobna dziewczyna, z burzą kasztanowych loków. Przycisnęła mu sztylet do piersi.
- Zginiesz, pomiocie Żelaznego Tronu.- warknęła.
- Nie jesteśmy z Żelaznego Tronu... - słowa nie chciały wyjść z ust Steele, miała wrażenie, że wypycha je na siłę. - Najęliśmy się dla nich, ale to nie...
- Nie wiem, czy pracujecie dla Tronu, czy nie, nieszczęśni głupcy... - posunięty w latach mężczyzna trącił nogą leżącą na podłodze Viconię. Drowka drgnęła. Przez jej twarz przebiegł skurcz, ale nie znalazła siły by wstać. - Ale wiem z kim podróżujecie. - wskazał na Jona.
- Jestem Jon... syn płatnerza z Asbravn.
W komnacie echem odbił się śmiech. Śmiała się dziewczyna, o kręconych włosach barwy kasztanów. Aż krztusiła się od chrapliwego, gorzkiego śmiechu.
- Ty jesteś Jon z Asbravn? Skurwysynu, to ty go zabiłeś!
Steele miała wrażenie, że świat dookoła wiruje. Nieznajoma z wściekłością wyrzucała z siebie słowa.
- Pamiętasz go? Pamiętasz Jona z Asbravn? - pstryknęła palcami i na jej dłoni zapłonęło światło. Wyglądało, jakby trzymała w palcach migotliwy, biały płomień świecy. Płomyk wił się i chybotał. Nagle powiększył się, nabierając rozmiarów blasku dobywającego się z pochodni. W tym świetle zobaczyli twarz. Twarz chłopaka, którego odciętą głowę znaleźli w „Cynamonowej Dziewczynie". Pełne usta uśmiechały się w blasku płomienia, kręcone włosy opadały młodzikowi na czoło. Jego szyi nie przecinał ten krwawy pas, z którym go znaleźli. Kasztanowłosa przytknęła magiczny ogień niemal do policzka tego, kogo Steele nazywała Jonem.
- Pamiętasz go, parszywy gnoju? - syczała. - Pamiętasz? To jest Jon z Asbravn. To jego zabiłeś!
- Nie tknąłem go... - wyszeptał wojownik. - To ja jestem...
Powietrze znowu rozdarł gardłowy, niemal histeryczny śmiech dziewczyny. Ognik zgasł gdy zacisnęła drobną dłoń w pięść. Starszy, siwowłosy mężczyzna, odziany w brąz, z kolczugą opinającą tors wciąż trzymał ostrze przy szyi Jona.
- Łże! - krzyknęła dziewczyna. - Łże, albo bogowie odebrali mu rozum za jego zbrodnie!
Steele dźwignęła się na kolana, opierała się na rękach. Nie poznała własnego głosu. Wydawało jej się, że dochodzi z bardzo daleka.
- Nie wiem... kim jesteście... Ani czego chcecie... ale to jest...
- To jest Sarevok Anchev. Podrzutek Rieltara z Żelaznego Tronu. Pomiot Bhaala, boga mordu. Skurwysyn, który chciał ogłosić się bogiem. - zabrzmiał spokojny, opanowany głos siwowłosego mężczyzny.
Świat przed oczami Steele tańczył. Nie miała siły dźwignąć się z kolan. Jon też klęczał. Reszta drużyny próbowała podnieść się z podłogi. Nad nimi stali uzbrojeni strażnicy. Wielu, zbyt wielu. Wszyscy znajdowali się w długim holu, o kamiennych ścianach, oświetlonym światłem pochodni. Spadały na nich słowa przywódcy napastników, kolejne i kolejne oskarżenia.
- Jesteśmy Harfiarzami. Czuwamy nad Faerunem. Nad jego bezpieczeństwem. Dlatego on musi zginąć. - przycisnął ostrze broni mocniej. Po szyi Jona spłynęła strużka krwi.
- Czemu...?- głos Imoen też się rwał. - Czemu chcecie...
- Jest synem Bhaala, boga mordu. Martwego boga. Chce spełnić przepowiednię. Samemu stać się bogiem. Zamordował wielu. Inne dzieci Bhaala. Wierzy, że sam zajmie jego miejsce.
Kasztanowłosa dziewczyna nachyliła się nad klęczącym wojownikiem. W jej oczach płonął gniew.
- Myślisz, że zmienisz tę pieprzoną zbroję i nikt cię nie pozna, co sukinsynu? Pamiętam kim jesteś! Zobacz!
Strzeliła palcami i na jej dłoni, w migotaniu płomienia pojawiła się kolejna postać. Tym razem był to wojownik zakuty w masywną, ciężką zbroję. Spod żelaznych elementów hełmu, przypominających kły w wyszczerzonej paszczy widać było jego twarz. Równie zimną i surową, jak pysk maszkary na stalowym hełmie. Twarz Jona. Słyszała krzyk dziewczyny.
- To ty skurwysynu! Pamiętasz? Ilu już zabiłeś? Jona też, bo był dzieckiem Bhaala!
Steele widziała już raz tę postać, zakutego w stal wojownika. Ale wtedy nie zauważyła jego twarzy. To on dowodził ludźmi, którzy zabili Goriona. Jon. Sarevok. Zabójca jej ojca.
