- Kiedy Imoen przyjdzie? - zapytał Coal. Renlav wiedział, że jego wychowanek, chyba pierwszy raz w życiu stracił głowę dla kobiety. Słyszał, jak przechwala się w gronie młodszych złodziei, że rudowłosa magiczka będzie jego. Renlav miał tyle taktu, żeby się z niego głośno nie śmiać. Coala wychowała ulica, z pewnością nie był już prawiczkiem. Ale pierwszy raz się zakochał.
- Myślisz, że Imoen nie ma nic lepszego do roboty, niż uganiać się za takim smarkiem jak ty?- Starszy złodziej ugryzł pajdę chleba z serem i popił ziołowym wywarem. Jedli śniadanie w sali złodziejskiego cechu, zadymionej i przestronnej. Znajdowała się pod ziemią, nie docierały tu promienie słońca. Zastawione stoły oświetlały pochodnie. Codziennie rano serwowano tu śniadania. Członkowie gildii mogli się posilić gulaszem, chlebem, serem, mięsem, a nawet owocowymi powidłami czy jajami na miękko. Jednooki siedział z podopiecznym przy stole, słuchając jak żują i przełykają inni. W dzbanach stojących na stole parowały gorące napoje, na stoły spadały kolejne okruchy chleba i krople owocowych przecierów. Coal przeżuł obrazę razem z kawałkiem mięsa.
- Ale przyjdzie do nas, do gildii?- naciskał chłopak.
- Mam nadzieję, że jeszcze ich tu zobaczę. - odpowiedział Renlav.
- Jeśli któryś z tych pedałów ją bzyka, to utnę mu fiuta. - Coal parsknął na wszystkie strony okruchami.
Jednooki wątpił, żeby jego wychowanek poradził sobie z dwójką najemników, z którymi podróżowały teraz Imoen i jej siostra. Tym bardziej, żeby potrafił im obciąć fiuty. Nic jednak nie powiedział.
Nie miał wieści od Steele i jej drużyny. Jego szpiedzy donieśli, że grupa nie dotarła jeszcze do siedziby Tronu. Może wciąż czekali na wezwanie od władz organizacji. A może się rozmyślili, bo obie siostry uznały, że bezpieczniej jest zapomnieć o zmarłym ojcu i po prostu próbować żyć. Tego by się po nich nie spodziewał.
Renlav chciał skończyć z Żelaznym Tronem. Większość w gildii mu nie wierzyła, gdy przekonywał, jak niebezpieczna jest organizacja. Ale on wiedział. Widywał już możnych z płonącą ambicją, gotowych utopić cały kraj we krwi dla jej zaspokojenia. Przywódcy Tronu byli tacy sami. Najlepiej byłoby postawić ich przed sądem Wielkich Książąt obciążonych winą i bezbronnych,. Ale najpewniej wszystko trzeba będzie rozegrać rękami Steele i jej towarzyszy.
Jednooki zatopił zęby w kolejnej pajdzie chleba, kiedy ktoś szturchnął go w ramię. Odwrócił się i zatrzymał wzrok na tęgiej kobiecie. Jej twarz była poorana zmarszczkami, a włosy przypruszone siwizną. Mogła wyglądać na kuchtę, czy sprzątaczkę ale mierzyła go zimnym, przenikliwym spojrzeniem. Do pasa miała przytroczony czarny, obsydianowy sztylet. Taka broń była cholernie droga. Mirra, jedna z Czwórki.
- Witaj, moja droga. - ton Renlava natychmiast stał się słodki jak miód. Wiedział, że starsza kobieta z pewnością tego nie doceni.
- Szef chce z tobą rozmawiać. - mówiła chropowatym, szeleszczącym głosem, w brzmieniu którego odcisnęły ślad litry wypitego alkoholu i wypalonych skrętów tytoniu.
- Szef? To nie może zaczekać? Jemy śniadanie. - wskazał na Coala, umazanego w owocowych powidłach.
- Stary chce cię widzieć teraz. - głos Mirry nie znosił sprzeciwu. Jej obwisłe piersi, przypominające młyńskie kamienie i pełne uda drżały groźnie.
- Dobrze, już dobrze, idę. - starszy złodziej otarł usta wierzchem dłoni. Wstał od stołu. - Skończ jeść mały. - skinął na Coala. Jasne włosy chłopaka wystawały zza misy z mięsem.
Renlav podążał za Mirrą przez wijące się korytarze siedziby gildii. Mijali innych złodziei i złodziejki, spieszących we wszystkich stronach. Ich buty szurały na kamiennych płytach, znikali w kolejnych ukrytych przejściach, by wyjść na zewnątrz i napełniać sobie kieszenie złotem. Jednooki mijał magazyny mieszczące pakunki z kradzionym sprzętem, czy łupami. Kilka osób pozdrowił skinieniem głowy, kilka innych zignorował. Wreszcie Mirra zatrzymała się przy solidnych, okutych drzwiach i otworzyła je. Gabinet szefa był tak samo ascetyczny, jak inne pomieszczenia w siedzibie cechu. Zapełniały go zbity z desek stół, stojąca na nim oliwna lampa, masywne szafy, które musiały pomieścić wszystkie raporty i zestawienia. Wykazy łupów, rachunki wydanych łapówek, spisy zmarłych członków bractwa. Szef siedział za stołem, szczupły, siwowłosy, skoncentrowany. Obok niego stał młody mężczyzna z wyciśniętym na twarzy uśmiechem. Slye. Renlav wszedł do pokoju i usłyszał jak stara złodziejka zamyka za nim drzwi. Miał przed sobą twarz Szefa, zagadkową i ponurą.
- Czemu wysłałeś ich do Tronu?- zapytał zwierzchnik.
- Słucham?
- Czemu wysłałeś Steele i jej ludzi do Żelaznego Tronu? - ponowił pytanie Szef.
Umysł Renlava zaczął pracować na niebezpiecznie na wysokich obrotach.
- Mieli mi pomóc, zasięgnąć języka. - kluczył jednooki. - Pracują dla Tronu, dobrze jest mieć wtykę w ich siedzibie ...
- Tak, kurwa? - wybuchnął zwierzchnik. - A nie powiedziałeś im przypadkiem żeby wyrżnęli przywódców Tronu, jeśli nie da się inaczej?
Renlav zastanowił się w myślach, kto wiedział o tej rozmowie. Steele, Imoen... I Avellana.
- Może coś takiego powiedziałem. - odparł wymijająco.
- Czy ty straciłeś resztki rozumu do cholery? - przywódca złodziei podniósł się zza stołu. Był drobny i posunięty w latach. Ale jego oczy płonęły ze złości, cedził słowa przez zęby. Jednooki pomyślał, że dawno nie widział zwierzchnika tak wściekłego. I że wolałby go takiego nie oglądać. - Chcesz nas teraz popchnąć do wojny z Żelaznym Tronem? Wiesz, jak wykrwawiłaby się gildia?
- Szefie, jeśli masz mi coś do zarzucenia...- zaczął Renlav. - to rozmawiajmy w cztery oczy, a nie, przy nim... - wskazał na Slye. Rachmistrz złodziejskiego bractwa dalej rozpływał się w uśmiechach.
- To Slye dowiedział się o twoim gównianym pomyśle. - warknął zwierzchnik gildii.
W myślach Renlava znowu powróciły Steele, Imoen i Avellana. Któraś z nich zdradziła?
- Czego się niby dowiedział, do cholery?- warknął jednooki. Życie nauczyło go, że najlepszą obroną jest atak.
- Twoja druidka miała wiele do powiedzenia, kiedy dałem jej veritaserum. - uśmiech nie znikał z twarzy księgowego złodziejskiego cechu.
Renlav znał tę nazwę. Veritaserum było eliksirem prawdy, najsilniejszym znanym magom i czarownikom. Po jego wypiciu odpowiadało się wyczerpująco na wszystkie postawione pytania, nawet najbardziej krępujące, czy osobiste. Przeszukiwał pospiesznie pamięć. Wspomniał Avellanie o rozmowie z córkami Goriona, gdy dał jej kamienie. Powiedział że w ostateczności oczekiwał od Steele i jej ludzi jatki.
- Co niby mówiła? - spytał gniewnie.
- Wystarczy, że ja słyszałem co powiedziała. Kurewsko dobrze. - Szef splótł ramiona, między brwiami zarysowała mu się gniewna, pionowa zmarszczka.
- Poisz mojego człowieka jakimś gównem, a nam mówisz, że to veritaserum.- Renlav utkwił spojrzenie w młodym rachmistrzu. - Mógł jej dać cokolwiek. - zwrócił się do zwierzchnika.
- Wiem, jak wygląda człowiek po wypiciu veritaserum. - uciął Szef. - Przestań bredzić, do kurwy nędzy.
Renlav prześlizgiwał się spojrzeniem między Szefem, buzującym z wściekłości, a Slyem, z wyciśniętym na twarzy uśmiechem.
- Gdzie jest Avellana?- zapytał jednooki.
- W lochu. Zaraz też tam trafisz.
Przez te wszystkie lata spędzone w gildii starszy złodziej zdążył znaleźć się w różnych sytuacjach. Zdarzało mu się już być skazanym za zdradę i czekać na ścięcie. Dlatego nie okazał po sobie strachu.
- Chcę dowodów, a nie bredni mojej podwładnej, spojonej jakimś gównem.- warknął.
- Ciesz się, że nie dostałeś toporem po karku. Na razie poczekasz. - odparł Szef. - Poczekasz w pieprzonym lochu i będziesz mógł sobie przemyśleć, względem kogo masz być lojalny!
- Do kurwy nędzy, zawsze jestem lojalny wobec gildii. Akurat ty powinieneś to wiedzieć.
Renlavowi stanęły w pamięci chwile, kiedy on i Szef stanęli na drodze buntownikom, chcącym zburzyć ład organizacji. Młodym, gniewnym wilczkom, pragnącym więcej, więcej i więcej. Za każdą cenę. Nawet, jeśli trzeba będzie utopić gildię w ogniu i krwi. Szef powinien o tym pamiętać. Ale władza często zaciemniała ludziom umysły. Teraz zwierzchnik gildii był wściekły, że Renlav wysłał Steele do Żelaznego Tronu nie pytając go o zgodę. Przywódca cechu złapał za niewielki dzwoneczek, stojący na stole, pomiędzy kałamarzem i gęsim piórem. Rozległ się przenikliwy, srebrny dźwięk. W komnacie znalazło się kilku wysokich, postawnych członków złodziejskiego bractwa. Szef skinął głową w stronę Renlava.
- Zabierzcie gnojowi broń i do lochu z nim. - zakończył rozmowę.
Czy to miejski areszt, czy lochy cechu złodziei wszystkie wyglądały tak samo. Zasłony pajęczyn, chłód ciągnący po nogach i przemykające szczury. Strażnicy prowadzili jednookiego wąskim, ciemnym korytarzem. Po obu stronach, niczym otwarte usta ziały cele. Tkwili w nich nieszczęśnicy, odgrodzeni od siebie kamiennymi murami. Narazili się czymś gildii, nie wykonywali poleceń, albo chowali za dużo błyskotek do własnych kieszeni. Renlav nie miał czasu, żeby zatrzymać wzrok na ich twarzach, czy szukać Avellany. Usłyszał tylko stuk zamykanej kraty i znalazł się w celi. Jego horyzont skurczył się do wycinka korytarza, oświetlonego przez pochodnię, który dostrzegał spoza krat. Jego świat zmniejszył się do rozmiarów komórki, o kamiennych ścianach, pozbawionej najprostszej pryczy, czy nawet garści słomy. Pod ścianą stało wiadro na fekalia, którego, sądząc po panującym smrodzie ktoś już używał.
Szef wiedział co robi. Renlav nie znał żadnego z eskortujących go strażników. Nie mógł zagadać, prosić, przywoływać w pamięci starych, dobrych czasów. Mógł tylko gnić teraz w więzieniu. Układając i segregując w umyśle to, co się stało. Szef potrafił wkurwić się bez powodu. Z pewnością Slye dolał oliwy do ognia. Renlva bardziej obchodziło co się stało z Avellaną i jak poszło Steele w siedzibie Żelaznego Tronu. Co z Coalem? Czy gniew Szefa dotknie też dzieciaka? Miał nadzieję, że nie, mały był dla cechu parą wyjątkowo zręcznych rąk. Renlav nie doczekał się ani na jedzenie, ani na przeprosiny. Zasnął układając w myślach plan tego, co musi zrobić. Przed snem ćwiczył. Seria pompek i brzuszków, żeby utrzymać ciało w formie. Ranek przyniósł więziennego strażnika z porcją suchego chleba i wodą. Starszy złodziej nie znał tego przykurczonego do podłogi mężczyzny, powłóczącego nogami i roztaczającego odór niemytego ciała. Nie znał, ale ten człowiek był jego jedyną nadzieją. Gdy strażnik rzucił mu przez kraty kromki chleba i wstawił kubek z wodą Renlav zbliżył się do niego z wyciągniętą dłonią. Jaśniał na niej złoty błysk.
- To za fatygę. - uśmiechnął się.
Zastanawiał się czy otrzyma obelgi i kopniaki, ale klawisz pochylił się nad monetą. Rozejrzał się czy nikt nie patrzy i porwał ją swoimi brudnymi palcami. Łypnął okiem na więźnia.
- Za fatygę. - powtórzył z uśmiechem Renlav.
Minuty i godziny wlokły się niemiłosiernie. W kamiennych murach nie było nic do roboty poza myśleniem i narzuconym rygorem ćwiczeń. Jednooki starał się nie stracić poczucia czasu. Pewnie nastał już wieczór, gdy zobaczył tego samego klawisza z chlebem i wodą. Na dłoni starszego złodzieja znowu zajaśniało złoto. Strażnik przyjął je bez mrugnięcia okiem. Zniknął bez słowa,w ciemności, poza dotykiem pochodni, rozświetlającej fragment korytarza. Renlav miał nadzieję, że jego strategia się opłaci. Nie zamierzał tu tkwić zbyt długo. Musiał działać. Następna porcja suchego chleba i zatęchłej wody, nie różniła się niczym od poprzedniej. Jednooki ponownie wcisnął złoto w dłoń pokracznego mężczyzny. Tamten przyjął je, a na odchodnym sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej jakiś przedmiot i rzucił w kierunku złodzieja, przez kraty celi.
- Ty cholerny skurwysynu. - burknął.
Renlav uchylił się i przedmiot nie trafił w niego. Z miękkim plaskiem upadł na kamienną podłogę. To było jabłko. Świeże, soczyste jabłko. Pachniało słońcem i powietrzem. Przez myśl przemknęło mu, czy czasem nie jest zatrute. Mimo ogromnego apetytu nie zjadł owocu. Nie chciał ryzykować. Miał nadzieję, że jego strategia powoli zaczęła się opłacać.
Pochodnia w korytarzu przygasła, nie miał jej kto zapalić. Świat uwięzionego złodzieja skurczył się jeszcze bardziej, zagarnięty przez ciemność. Któryś z więźniów zaczął wyć. W końcu zjawił się klawisz. Jednooki słyszał jak wrzeszczy na osadzonego. Później odgłos wymierzanych razów. Strażnik zapewne bił długą pałką, zza bezpiecznej odległości krat. Więzień zaczął skomleć, pokraczny strażnik rozdał jeszcze kilka ciosów i przekleństw. W korytarzu słychać było jego powłóczące, szurające kroki. Gdy przechodził obok celi Renlava łypnął okiem. Błysk złota zwabił go jak ćmę do świecy.
- Stary, dzięki za to jabłko. - wyszeptał pospiesznie złodziej. - Naprawdę, ratujesz mi dupę. Powiedz, kto dla was gotuje.
- Gotuje? - burknął klawisz. Rozglądał się nerwowo, czy nikt ich nie widzi.
- Nie wiem ile jeszcze będę tu siedział. Nie dam rady o samym chlebie i wodzie. Jak dostanę coś lepszego zapłacę. - dziękował w myślach bogom, że Szef nie dał strażnikom rozkazu przeszukania go i zabrania mu sakiewki ze złotem.
- Nikt kurwa nie gotuje. - warknął zdeformowany mężczyzna. Między palcami Renlava zamigotała kolejna moneta.- Ja przynoszę żarcie.
- Ale od kogo je dostajesz? Kto ci je wydaje?- drążył jednooki. Dostrzegł swoją szansę.
- Takie małe ścierwo... Pierdolona hobbitka... - strażnik przeszukiwał zakamarki swojej pamięci.
- Jak ma na imię? - dociekał Renlav.
- Myre, Myra... Takie, czarne, kręcone gówno...
Myrmylle Tamli. Niziołka, o czarnych, kręconych włosach, w których pojawiały się już pierwsze siwe pasma i gardle, w które wlewała mnóstwo piwa. Oby to była ona.
- Przyprowadź ją tutaj. Powiedz, że chcę pogadać o żarciu. Żeby dla mnie gotowała. Że dużo zapłacę.
Mężczyzna cofnął się od krat. Złodziej widział wyraz wahania na jego zdeformowanej twarzy, rozmywającej się w półmroku. Wcisnął mu jeszcze jedną monetę do ręki.
- Przyprowadź ją. - powtórzył.
Korytarz zapełniły głosy i szczęk broni. To nowi klawisze schodzili na wartę. Blask pochodni prześlizgiwał się po ich twarzach. Renlav nie znał żadnego z nich.
Godziny upłynęły mu na czekaniu. Jednooki domyślał się, że zapadła noc i znowu wstał poranek. Kości bolały go od spania na wilgotnej, zatęchłej podłodze. Czuł jak jego stare gnaty się buntują, przeciw takiemu traktowaniu. Zaczęła mu dokuczać złamanie w łydce. Pewnie je wyziębił. Usłyszał stukanie o metalowe pręty w drzwiach celi. Zobaczył przygarbioną postać. Otaczający ją odór można było wyczuć, zanim pojawiła się w zasięgu wzroku. „Jego" klawisz, przypatrywał mu się z tępym wyrazem niegolonej gęby. Ponownie zastukał w pręty halabardą.
- Chce z tobą gadać. - burknął ściszonym głosem.
Zza jego pleców wynurzyła się drobna, kobieca postać. Starszy złodziej poczuł zapach cynamonu i egzotycznych owoców. Myrmylle zawsze skrapiała się tym cholerstwem.
- Renlav...- palce hobbitki, drobne jak palce dziecka złapały za kraty. - co ty tu robisz?
- Mam mały problem, skarbie. - w panującym półmroku nie widziała jego uśmiechu. - Wiesz czy Avellana też siedzi?
- Tak, jest dwie cele dalej.
Dwie cele dalej. Jakieś dziesięć metrów. A nie mogli zamienić ze sobą nawet słowa. Cudownie.
- A Kivan? - drążył dalej.
- Podobno uciekł. - jednooki poczuł ulgę. Nie wiedział, jak zachowałby się elf, ze swoim przywiązaniem do cnót i honoru, gdyby w gildii oskarżono go o zdradę. Najpewniej skończyłoby się na jatce.
- Coal? - chłód ścisnął mu serce, gdy o to zapytał. Jeśli coś się stanie dzieciakowi... Na szczęście łagodny głos hobbitki przyniósł pomyślną odpowiedź.
- Mały jest bezpieczny. Nie wie co się stało. Powiedzieli mu, że musiałeś wyjechać. - wyszeptała.
- Myrmylle muszę porozmawiać z Szefem. Muszę. Spróbuj jakoś się dostać do Starego i go przekonać. - Starym on i inni, bardziej doświadczeni członkowie gildii na wpoły złośliwie nazywali przywódcę bractwa.
- Renlav...- w głosie niziołki dało się wyczuć wahanie i niepewność. Teraz była jego jedyną nadzieją.
- Mnie nie chce słuchać. Pogadajz nim, przynajmniej spróbuj. Powiedz, że proszę o rozmowę. Chociaż tyle jest mi winien.
Drobne palce hobbitki zacisnęły się na jego dłoni. Wpatrywał się w twarz Myrmylle tak intensywnie, że w półmroku zobaczył błysk jej ciemnych oczu i ślad uśmiechu.
- Zobaczę, co da się zrobić. - wyszeptała i zniknęła cicho jak cień.
Mijały kolejne minuty, godziny, chyba nawet dni. Złodziej zaczął się zastanawiać, czy nie przecenił swojej małej przyjaciółki i czy niziołka jest nadal jego przyjaciółką. Kiedy uznał, że najwyższy czas pomyśleć o innym sposobie wydostania się z celi usłyszał mrukliwy głos strażnika.
- Hej ty, pieprzony pedale!
Wołał do niego klawisz. Jakiś zasmarkany młodzik, o rybim spojrzeniu, opierający się o swoją halabardę. Nadawał się tylko do wycierania tyłkiem lochów. Nie miał pojęcia kim Renlav był w gildii. Właśnie, kim był. Kiedyś.
- Wstawaj śmieciu. Ktoś na górze chce z tobą mówić. - strażnik z pękiem kluczy zbliżył się do celi. Otworzył drzwi. Renlav wyszedł na korytarz, w eskorcie tego pieprzonego młokosa i jeszcze jednego strażnika. Celowo udał, że pomylił drogę i ruszył nie w stronę wyjścia, ale głębiej w lochy. Usłyszał za sobą krzyki. Zatrzymał się przed celą w której zamknięto wysoką, jasnowłosą elfkę. Przemierzała przestrzeń między kamiennymi ścianami, a kratą tam i z powrotem, jak zwierzę w klatce. W skromnym świetle pochodni dostrzegł jej poszarzałą cerę i apatyczne spojrzenie. Podążyła wzrokiem za krzykami strażników i zobaczyła sylwetkę Renlava. Posłał jej zmęczony, ale jednak uśmiech. Razem z klawiszami zawrócił w stronę wyjścia.
Wspinali się po schodach, coraz wyżej i wyżej. Do sal, gdzie toczyło się codzienne życie cechu. Renlavowi mignęło kila znajomych twarzy. Ale członkowie złodziejskiego bractwa albo udali, że go nie poznają, albo rzeczywiście nie poznali. Trudno się dziwić. W celi zarósł i pewnie stracił na wadze. Ale pamięć braciom i siostrom z gildii najpewniej zacierało dwóch mężczyzn z halabardami w dłoniach i pałkami u boku, prowadzących jednookiego. Wskazywali jasno kim teraz jest.
Jednooki wiedział, że jeśli jego plan się nie uda będzie musiał uciekać z cechu. W myślach kreślił rozmaite scenariusze tego, co może się wydarzyć. Eskorta zaprowadziła go do przestronnej sali. Z dębowym stołem pośrodku, przy którym mogło usiąść kilkanaście osób i ciężkimi krzesłami. U sufitu kołysał się świecznik. Przez okno wpadały promienie słońca. Świetlne refleksy tańczyły na podłodze. Unoszący się kurz migotał, jakby był złotym pyłem. Renlava dawno tak nie ucieszył żaden widok.
Zaskrzypiały drzwi i do sali wszedł Szef w asyście dwóch ludzi. Spojrzał z niesmakiem, na strażników, którzy przyprowadzili jednookiego.
- Wynoście się. - powiedział.
Młokos o rybim spojrzeniu i jego równie bezbarwny towarzysz na chwilę stępieli, jakby nie rozumieli usłyszanych słów. Zaraz zniknęli za drzwiami. Renlav został ze zwierzchnikiem i jego dwoma ochroniarzami. Znał ich, ale to by mu i tak nie pomogło. Byli bezwzględnie lojalni wobec mocodawcy.
- Powinieneś się umyć. - burknął Szef, na widok dawnego towarzysza.
- Chętnie, tylko nikt kurwa nie zaproponował mi kąpieli. - odparł złodziej.
- Nie myśl, że zlitowałem się nad twoim pieprzonym tyłkiem z powodu płaczów Myrmylle. - zwierzchnik mierzył podwładnego surowym wzrokiem. - Przemyślałeś sobie coś, do cholery?
- Tak Szefie, przemyślałem. Daj mi veritaserum i pytaj o co chcesz. Będziesz mieć pewność, że mówię prawdę.
- Więzienie tak ci dopiekło? - przełożony przyglądał się Renlavowi. Starszy złodziej widział nieufność w oczach Starego.- Kumple spod celi spuścili ci wpierdol? Taki jesteś miękki, że już chcesz zacząć śpiewać?
- Nie mam nic do ukrycia. Ale daj też veritaserum Slye.
Przez twarz przywódcy bractwa przebiegł grymas. Zastanawiał się, ważył za i przeciw.
- Sprowadźcie mi tu Slye. - warknął do jednego z podwładnych. - I Coena. I jeszcze dwóch strażników.
Coen był nadwornym magiem w gildii. Szef zapewne liczył, że veritaserum obija mu się po kieszeniach. Mierzyli się wzrokiem z Renlavem. Strażnicy znacząco opierali się o swoje halabardy, tak, żeby starszemu złodziejowi nie przyszło nic głupiego do głowy. Szef milczał, sprawiał wrażenie, że cała ta sytuacja zaczyna go już nudzić.
Weszli obaj. Coen był nieco starszy od Slye. Złodziejski mag, elegancik i lowelas. W ekstrawaganckich szatach z blond czupryna, która u czoła zaczynała mu się niebezpiecznie przerzedzać. Slye skłonił się przywódcy złodziejskiego cechu. Strażnicy otoczyli ich kołem.
- Na twoje usługi, panie. - zwrócił się rachmistrz do Szefa.
- Coen, dawaj mi tu vitaserum. - wydał polecenie zwierzchnik. W oczach maga odbiła się panika.
- Nie wiem...- wyjąkał. - Nie wiem, czy jeszcze coś mi zostało w labolatorium...
- Nie pierdol, mogę się założyć, że nosisz przy sobie fiolkę. - odparował Szef. - Lepiej dla ciebie żeby tak było.
Czarodziej zmieszał się, sięgnął do kieszeni swojego długiego płaszcza i wyjął mały flakonik, zbliżony rozmiarami do naparstka. Światło odbijało się w bezbarwnym płynie. Podał fiolkę przełożonemu.
- Ostrożnie z tym... - powiedział.
Veritaserum było drogim i pożądanym eliksirem. Bardzo trudno było je uwarzyć. Renlav podejrzewał, że Coen chciał się wykpić i powiedzieć Szefowi, że zapasy w labolatorium właśnie się skończyły. Tak ciężko mu było się rozstać nawet z tą jedną ampułką.
- Na razie to wszystko. - przywódca gildii zwrócił się do blondwłosego maga. - Idź stąd, to zabawy dla dużych chłopców.
Coen obrzucił ich pospiesznym spojrzeniem i wyszedł. Zapewne dziękując w duchu bogom, że nie musi w tym uczestniczyć. Szef podał naparstek jednookiemu.
- Pij. - polecił.
Złodziej przytknął ampułkę do ust i przełknął kilka kropel. To samo zrobił Slye. Eliksir nie miał smaku, ani zapachu. Zwierzchnik przyglądał się podejrzliwie, czy obaj przełknęli płyn. Po kilku sekundach Renlav zaczynał już czuć znajome objawy. Niezwykłą jasność umysłu, która pozwalała odpowiadać szczerze na pytania sięgające kilka, czy kilkanaście lat wstecz.
Szef pytał. Czemu Renlav wysłał Steele do Żelaznego Tronu? Co chciał osiągnąć? Czy nie spiskuje przeciwko niemu? Czy nie marzy mu się zajęcie miejsca na czele gildii?
Renlav odpowiadał. Tron zbytnio rośnie w siłę, a wszyscy to lekceważą. Wielcy Książęta, kapłani, nawet gildia. Trzeba ich powstrzymać, zdobyć dowody przeciwko nim. Dlatego wysłał Steele do siedziby organizacji. Jeśli nie ma innej drogi niż jatka, to trudno. Złodziejskie bractwo zaprowadziłoby porządek cudzymi rękami. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Gdyby Steele się nie udało, cóż musieliby szukać innych sposobów. A przewodzenie cechowi go nie interesuje. Za dużo użerania się z dupkami. Poza tym na wysokich stanowiskach łatwo stracić ostrość widzenia.
Renlav mówił płynnie, nie zakłopotany i zupełnie szczerze. Po wypiciu veritaserum nie było innej możliwości. Widział, jak kilka razy twarz Szefa przeciął grymas złości. Wraz z kolejnymi odpowiedziami rysy mocodawcy łagodniały, aż wreszcie patrzył na Renlava jak na dawnego kolegę. Strażnicy przez cały czas tkwili wokół nich w pogotowiu. Gdy przywódca gildii skończył ze starszym złodziejem, zwrócił się w stronę młodego rachmistrza.
- Slye... - zaczął. - czy...
- Poczekaj Szefie, sam mam jedno pytanie... - umysł Renlava, mimo działania eliksiru nie stracił nic ze swojej ostrości. Musiał o to zapytać, to by wszystko wyjaśniało.
- Slye, czy pracujesz dla Żelaznego Tronu?
- Tak.
