Dziewczynka krzyczała, wyrywała się i szarpała. Uderzała swoimi drobnymi piąstkami w plecy mężczyzny, który trzymał ją w uścisku. Zostawiali za sobą płomienie i żar. I jej jedynego przyjaciela, chłopca, z którym się wychowała. Został sam w morzu ognia, powodzi walących się ścian i kłębach dymu, który odbierał oddech. Krzyczała, ale nikt jej nie słuchał.

Dorośli o grubych głosach i silnych rękach naradzali się. Nosili broń. Za ich plecami dogasał ogień, trawiący szczątki budowli. Dziecko tkwiło uwięzione w ramionach jednego z mężczyzn. Wypowiedziano słowa, zapadły decyzje, których nie rozumiało. Dorośli rozeszli się, każdy w swoją stronę. Jeden z dziewczynką w ramionach.

Te silne ręce później opatrzyły jej oparzenia. Podały pożywienie i wodę. Na początku nie chciała jeść, ale potem rzuciła się łapczywie na posiłek. Był pyszny. Nie miał zgniłego, stęchłego posmaku do którego przywykła. Dotyk powietrza na twarzy, też był inny. Świeży, kojący. Wieczór przynosił nieznane dźwięki. Nie wiedziała, że to cykanie świerszczy i rechot żab. Tej nocy pierwszy raz zobaczyła księżyc i gwiazdy. Były dla niej tylko obcymi, jasnymi punktami, na nocnym niebie. Dorosły rozpalił ognisko, otulił dziewczynkę swoim płaszczem. Odgłosom lasu zaczął wtórować syk płomieni i trzask drewna, obracanego w popiół. Dziewczynka czekała na odpowiedni moment, aż mężczyzna zaśnie. Chciała uciec i szukać swojego przyjaciela. Plątanina liści i gałęzi pod jej stopami eksplodowała trzaskami i szelestami. Obcy przyłapał ją, zanim zniknęła za kręgiem światła roztaczanego przez ognisko. Najpierw długo tłumaczył, że nie ma czego się bać, że chce jej pomóc. Miał łagodny, kojący głos. Ale wypowiadane przez niego słowa nic dla niej nie znaczyły dla dziecka. Znało tylko język razów i głodu. Mężczyzna musiał zobaczyć sprzeciw w oczach dziewczynki. Związał ją na noc, tak by zapomniała o ucieczce. Potem znowu okrył ją swoim płaszczem. Płakała i krzyczała, aż rozbolało ją gardło. Ale jej głosu słuchał tylko las. Drzewa pozostały obojętne na dziecięce błagania. W końcu zasnęła. Wyruszyli z nastaniem świtu. Świat, jaki dotąd znało dziecko, ograniczony kamiennymi murami, z masą, spoconych ciał, brudem i codziennymi bójkami o jedzenie - zniknął. Zastąpił go świat intensywnych barw, przyjemnych zapachów, zmieniających się krajobrazów. Dziewczynka dowiedziała się, co to jest koń. Podróżowali na takim stworze, wielkim, czarnym i silnym. Z jego nozdrzy buchał gorący oddech, a sierść miała miły zapach. Te pyszności, które jadła to chleb z serem. Jedzenia w ogóle było mnóstwo. Jej towarzysz podróży ciągle je kupował. Mleko, ser, czy owoce. Nie sądziła, że może istnieć coś tak słodkiego, przyjemnie rozpływającego się w ustach. Mogła się wykąpać w strumieniu. Miała czystą skórę, a jej włosy zaczęły ładnie pachnieć. Im dłużej jechali, tym bardziej zacierała się w niej pamięć o miejscu za kamiennymi ścianami i płomieniach, które je zabrały. Także pamięć o chłopcu, który został w powodzi ognia. Ich miejsce zajmowały niezwykłe widoki i dobroć jej opiekuna. Już nie próbowała uciekać. Co jakiś czas budziła się w nocy z krzykiem. Śniła, że jej ubranie i skóra zajmują się ogniem. Na dźwięk jej głosu mężczyzna zrywał się. Brał ją w ramiona i uspokajał. Czasem dawał łakoć, by dobrze zasypiała. Przekonywał, że nie ma się czego obawiać, że jest już bezpieczna.

Miał na imię Gorion. Siwe włosy, pełne ciepła spojrzenie i delikatne dłonie. Nigdy jej nie uderzył, mimo że bywała nieznośna. Kupił jej ubranie. Nie musiała znosić dotyku przepoconych, brudnych szmat, które wcześniej obcierały jej skórę. Opatrywał rany i skaleczenia. Nabawiła się ich, gdy próbowała zebrać czerwone, błyszczące owoce, z kolczastego krzewu. Albo, gdy podczas postoju goniła za kolorowymi owadami. Uczył ją nowych słów, takich jak strumień, drzewo, czy niebo. To on nadał jej imię. Steele. Do tej pory była tylko bezimiennym pionkiem w stłoczonej dziecięcej masie. Uśmiechał się do niej. Dotychczas jedyną osobą, na której twarzy na jej widok pojawiał się uśmiech był jej przyjaciel. Ale pamięć o nim zanikała w stukocie końskich kopyt i przemierzanych milach. Mała Steele z końskiego grzbietu widziała jak zmieniają się krajobrazy. Las ustępował miejsca łąkom, łąki pagórkom, te jeziorom i znowu lasom. W oddali wyrosła przed nimi olbrzymia forteca. Najpierw majaczyła jako odległy punkt na linii horyzontu. Z czasem stawała się coraz bliższa i wyraźniejsza. Wreszcie zatrzymali się przed masywnymi kamiennymi murami. Mała elfka miała wrażenie, że ściany budowli sięgają nieba. Otaczał ich słony zapach, z daleka dochodził jednostajny szum. Na powitanie jej opiekuna, zza kamiennej bariery wybiegli ludzie. Pomogli jej zsiąść z konia, odprowadzili wierzchowca. Steele wpatrzyła się w ogromną masę kamieni i cegieł, jaka przed nią wyrosła.

- Witaj w Candlekeep.- Gorion spoglądał na małą elfkę z góry. Jego uśmiech ogrzał Steele. Weszła za mury, trzymając go za rękę.

Nie było szansy, żeby te wydarzenia zostały w pamięci elfki. Gdy Gorion przywiózł ją do Candlekeep mogła mieć co najwyżej trzy lata. Ale pamiętała czas spędzony w twierdzy. Dobroć ojca, nieustanną cierpliwość, dla jej wybryków i szalonych pomysłów. Wieczory spędzone na snuciu opowieści i podjadaniu smakołyków. Poczucie bezpieczeństwa, którego już nigdy nie zazna. Chęć Goriona, żeby chronić ją, przed światem za murami twierdzy. I swoje słowa, że pomści ojca, że wymierzy sprawiedliwość jego zabójcy.

Powtarzała sobie, że dziewczyna o kasztanowych włosach mogła kłamać, albo się mylić. Twarz Jona w znajomym, złowieszczym hełmie, pojawiająca się w drgającym płomieniu to mogła być iluzja. Magia, jak każda inna. Ale ten widok odjął jej władzę w rękach i nogach skuteczniej, niż czary Harfiarzy. Całą drużynę zakuto w kajdany. Nie mieli siły się bronić, czy uciekać. Czary zabrały im moc mięśni i bystrość umysłu. Ze Steele wszystkie siły odpłynęły wraz z wizerunkiem twarzy Jona, zamkniętym w jasnym płomieniu. Nic nie powiedziała Imoen.

Nie zabili Jona. Wisiał, razem z resztą drużyny, zakuty w kajdany, przymocowane do sklepienia lochu. Uwięziony, bez dotyku gruntu pod stopami. Tak samo pozbawiony sił, tak samo półprzytomny. Strażnicy zawlekli ich do podziemi, ciemnych i wilgotnych. Resztki światła wpadały przez niewielkie, zakratowane okienko. Trzymali ich tam, bez wody i jedzenia. Z palącą suchością w ustach, obolałymi kończynami i umysłami, które wydawały się być owinięte watą, tak straciły ostrość postrzegania. Zgubili rachubę czasu. Jon odwrócił głowę w stronę elfki. Na jego twarzy widniały siniaki i ślady razów, których nie szczędzili mu Harfiarze. W półmroku zobaczyła błysk białek jego oczu.

- To nie ja... - wyszeptał, zaschniętymi, spierzchniętymi wargami. - Jestem Jon z Asbravn. Wierzysz mi?

- Tak. - usta Steele powiedziały dokładne przeciwieństwo tego, co czuło jej serce.

Próbowała przeszukać pamięć. Wrócić do tamtych, strasznych chwil, gdy razem z ojcem wpadli
w zasadzkę. Czy Jon był w jakiś sposób podobny do zakutego w stal potwora? Nie widziała wtedy twarzy mężczyzny w zbroi. Jego głos zniekształcał stalowy hełm i jej strach. Czy to naprawdę był Jon, czy dziewczyna o kędzierzawych włosach kłamała, z nieznanych powodów? Drzwi do ich celi uchyliły się. W snopie padającego światła zobaczyli sylwetkę. Siwowłosy mężczyzna, który przewodził Harfiarzom, gdy ich pojmano. Przyszedł w asyście dwóch strażników. Pochodnia, którą niósł, oświetliła twarze członków drużyny. Podkrążone oczy, spękane usta, ślady po razach. Zbrojni podeszli bliżej. Słychać było odgłos kroków, na kamiennej posadzce. Wdarł się w ciszę, przerywaną chrapliwymi oddechami uwięzionych.

- Zostawcie go!- wycharczała elfka. Nie miała siły na nic więcej. Może Jon był mordercą, może nawet był tym, za kogo brali go Harfiarze, ale potrzebowała dowodów. Dowodów, a nie wrzasku rozhisteryzowanej dziwki. - Zostawcie... skurwysyny!

Zazgrzytał kołowrót. Łańcuch, na którym wisiała Steele opuścił elfkę na podłogę. Obce ręce odpięły ją z uwięzi. Zostały tylko kajdany krępujące jej dłonie. Strażnicy powlekli starszą córkę Goriona do światła. Odprowadziły ich krzyki Imoen i przekleństwa Jona.

Elfka szła w asyście wartowników i ich przełożonego. Pokonywała kolejne stopnie schodów. W górę, w stronę światła i świeżego powietrza. Jego podmuch oczyścił jej umysł. Zmierzali krętymi schodami, ciągle w górę. Otaczały ich masywne kamienne ściany, usiane małymi strzelniczymi okienkami. Znajdowali się wewnątrz wieży. W oknach migały jej wycinki świata na zewnątrz. Ale otwory strzelnicze były tak małe, że trudno było stwierdzić, gdzie się znajdują. Co jest poza kamiennymi murami. Musi uciec, uwolnić pozostałych. I rzucić w twarz Harfiarzom pytania. Jakim prawem ich uwięzili. I jakim prawem oskarżają Jona.

Steele słyszała o Harfiarzach. Uchodzili za wzór prawości i dobra. Tajemnicza organizacja, strzegąca pokoju i bezpieczeństwa w całym Faerûnie. Ale niektórzy przypisywali im polityczne ambicje i dążenie do władzy, skryte pod płaszczykiem cnót. Na pewno byli potężni. Bez problemu poradzili sobie z córkami Goriona i ich drużyną.

Stawiała ostrożnie stopy, na wąskich kamiennych stopniach. Kolejne i kolejne Minęli półpiętro. Steele zmierzyła spojrzeniem eskortujących ją strażników. Dwóch elfów, z bronią przy boku. I ten posunięty w latach mężczyzna, o włosach tkniętych siwizną, roztaczający wokół siebie aurę władzy.

- Gdzie mnie prowadzicie do cholery?- warknęła. Mogła tego nie robić, udawać dalej otumanioną i potulną. Ale nie wytrzymała.

- Zobaczysz. - brzmiała zdawkowa odpowiedź.

Schody zakończyły się korytarzem, a ten drewnianymi drzwiami. Jeden ze strażników zapukał. Cichy, kobiecy głos odpowiedział „Proszę". Drgnęła klamka, weszli do środka. Oczom córki Goriona ukazał się prosty, niewyszukany gabinet. Szafa, biblioteczka, stół i dwa krzesła. W wazonie stały kwiaty bzu, roztaczające dookoła intensywną woń. Przy stoliku siedziała niepozorna, drobna kobieta w średnim wieku. Miała na sobie długą, ciemnofioletową szatę. Siwizna przypruszyła jej włosy. Czas porysował jej twarz zmarszczkami. Ale w jej oczach malowała się inteligencja i charakter. Gestem wskazała Steele miejsce przy stole.

- Usiądź, dziecko. - powiedziała.

„Dziecko"... Tak mówił do niej tylko Gorion.

- Zostawcie nas. - zwróciła się do podwładnego i jego dwóch pomocników. Elfka zobaczyła wyraz sprzeciwu w grymasie ust okolonych siwą brodą.

- Ależ pani... - zaczął mężczyzna.

- Naprawdę Goldeloin, umiem o siebie zadbać. - ucięła dyskusję kobieta. Z jej głosu emanowała władczość. Siwowłosy i elficcy strażnicy zniknęli za drzwiami.

Steele nie usiadła, mimo zapraszającego gestu gospodyni komnaty. Już raz ją spotkała. W burdelu, gdy znaleźli nieprzytomnego Jona, w szafie uśpioną kurwę, a obok łóżka ludzką głowę.

- Kim jesteś? - zapytała elfka. W jej głowie mnożyły się pytania. - Kim... on jest?

- Usiądź, dziecko. - ponowiła prośbę kobieta. W jej tonie było tyle stanowczości, że Steele uległa, dając odpoczynek zmęczonym mięśniom. Ostrożnie zmieściła się w drewnianym krześle, wyściełanym miękkim materiałem. Oparła dłonie na okrągłym blacie stolika. Przeniosła wzrok z własnych paznokci, połamanych i brudnych, na twarz kobiety.

- Kim... jesteś?- zapytała jeszcze raz. Nieznajoma obdarzyła ją uśmiechem.

- Możesz nazywać mnie Delyn. Jestem jedną z Harfiarzy. A nie wolałabyś wiedzieć... kim ty jesteś?

Starsza z córek Goriona, na moment zamilkła. Przyszła tu wściekła, chcąc odpowiedzi na dręczące ją pytania. Ale z wyczerpania, z emocji język zastygał jej w ustach, a myśli się plątały.

- Jesteś tym samym, kim Jon. Dzieckiem Czasu Niepokoju. Dzieckiem Bhaala. Potomkiem Boga Mordu, zrodzonym żeby sprowadzić z powrotem swojego ojca na ziemię. - mówiła Delyn. Wstała od stołu i zaczęła się przechadzać po pokoju. Jej szata szeleściła, przy każdym ruchu. Odgłos kroków tłumił miękki dywan. Steele otrząsnęła się z dziwnego marazmu, który opadł ją, jak ciepły koc.

- Harfiarze chcą zabić Jona. Chcą jego głowy...- zaczęła mówić elfka. Mimo pytań, wątpliwości, strasznych zarzutów postawionych przez tajemniczą organizację los mężczyzny nie był jej obojętny.

- Zapewniam cie, że nikt go nie dotknie, dopóki na to nie pozwolę. - w głosie Harfiarki brzmiała pewność. Steele chciałaby mieć jej tyle samo.

- Miałam nadzieję, że was już nie spotkam... - Delyn zatrzymała wzrok na Steele, przyglądała jej się z niemal matczyną troską. - Miałam nadzieję, ze zabierzesz go gdzieś daleko, że wyjedziecie. Domyślałam się, że jesteś we Wrotach Baldura z powodu Tronu, ale łudziłam się, że odejdziecie...

- Powiedziałaś, że tylko ja mogę go uratować.- elfka zacisnęła palce na oparciu krzesła. - Przed kim mam go ratować?

- Przed nim samym. Już to zrobiłaś. Uratowałaś go.