- Ja pierdolę, kurwa mać...

Stek przekleństw wypadł, ze spierzchniętych ust Jona. Mężczyzna westchnął i skierował w myślach kolejne słowa pod adresem Harfiarzy. Nie nadawały się do powtórzenia.

Zabrali ją. Zabrali Steele. Co do cholery z nią zrobią? Oskarżali go o coś, o czym nie miał pojęcia. Pierdoleni Harfiarze. Świętobliwe dupki. Tkwił tu, w lochu, razem zresztą drużyny, posyłając w myślach kolejne wiązanki przekleństw i tworząc nieudane plany jak się uwolnić. Nie wiedział, ile czasu tu spędził, uwięziony w metalowych okowach. Jego umysł przestał w końcu przypominać watę. Zaczął pamiętać, kojarzyć, myśleć. Ale nadal nie był ani o cal bliżej uwolnienia się z tej nory.

Dookoła tkwili towarzysze niedoli, skrepowani tak samo jak on. Przekleństwa, jakie zaczęły wypadać z ich ust, krzyki, którymi Imoen odprowadzała Steele, póki ta nie zniknęła za drzwiami świadczyły, że doszli już do zmysłów. Pytanie, komu uwierzą. Jemu, czy tej zgrai pierdolonych naprawiaczy świata.

- Musimy się uwolnić... - mówiła Imoen. W jej słowach słychać było suchość, jaka paliła gardło czarodziejki. Towarzyszył im brzęk łańcuchów. Rudowłosa szarpała się, próbując bezskutecznie wyrwać się z więzów. - Musimy znaleźć Steele...

- Nazwali cię podrzutkiem z Żelaznego Tronu... - Jon czuł na sobie wzrok Viconii. - Do cholery wiesz, o co im chodziło?

- Czy do kurwy nędzy chciałbym razem z wami obalić Tron, gdybym do niego należał? Czy zabiłbym tego pierdolonego Czerwonego Maga, który dla nich pracował i uwolnił smoczycę?- warknął Jon. Własna bezradność i wściekłość, że dali się złapać, jak dzieci burzyły mu krew w żyłach. - Sram na Harfiarzy i ich oskarżenia.

- Mam w kieszeni spodni oba kamienie...- zaczął Haer'dalis. - Nie znaleźli ich. Gdybym mógł po nie sięgnąć...

- Nie odejdziemy stąd bez Steele. - Jon gwałtownie odwrócił głowę w stronę diabelstwa. Zobaczył jak w półmroku oczy sferotkniętego żarzą się złotym blaskiem.

- Może kamień też by ją przeniósł, nie ważne gdzie teraz jest... - zaczęła mówić drowka.

- Nie. - uciął ich dyskusję Haer'dalis. - Kamienie portali przeniosą do innej Sfery tylko tego, kto znajduje się nie dalej niż sążeń od osoby używającej artefaktu.

- Musimy coś zrobić...- przekonywała rudowłosa. - Musimy...

Jonowi przychodziły na myśl kolejne nietrafione pomysły jak się stąd wydostać. Obalał je, sekundę po tym, jak pojawiły się w jego głowie. Czego od niego chciały te skurwysyny? To co mu zarzucali, to stek bzdur. Przecież wiedział kim jest. Jonem z Asbravn. Dzieciństwo pod okiem surowego ojca. Młodość spędzona na kuciu stali w warsztacie płatnerskim. Niekończące się kłótnie z ojcem. W końcu ucieczka z domu i życie najemnika. Te wspomnienia były jego częścią, tak samo jak wzór blizn na dłoni i ślady oparzeń na plecach. Oskarżano go o coś, czego nie popełnił, mamiąc mu oczy magią. Co oni pierdolili? Nie znał nikogo o imieniu Sarevok. Co najgorsze, kłamstwa Harfiarzy uderzyły rykoszetem w Steele. Gdzie ona teraz jest? Co z nią zrobią? Musi ją stamtąd wyciągnąć. Musi. W pamięci Jona stanęły chwile spędzone w pokoju, w wieczór, zanim udali się do siedziby Tronu. Elfka powiedziała wtedy, że wszystko się spierdoli. To pewnie ta cholerna babska intuicja. Ale on na to nie pozwoli. Nie pozwoli, żeby jacyś pieprzeni fanatycy, cholerni naprawiacze świata stanęli między nimi. Nie ma kurwa takiej opcji.

Drzwi znowu uchyliły się z cichym skrzypieniem. Mgnienie nadziei, że zobaczy twarz Steele wypełniło na moment Jona i zaraz zgasło. W drzwiach stanęła kasztanowłosa dziewczyna. Ta sama, która chciała go zabić. Towarzyszył jej strażnik, niosący pochodnię. Blask ognia padała na jej twarz, zaciśnięte usta i wyraz nienawiści w oczach. Była drobna i szczupła, światło płomieni tańczyło na jej zielonych szatach i skórzanej kolczudze. Mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia lat. Wpiła się spojrzeniem w Jona. Posiniaczonego, uwięzionego i bezbronnego.

- Zginiesz skurwysynu. - powiedziała.

Z pochwy przy pasie wyjęła sztylet. Szła w stronę wojownika, dobrze zbudowany strażnik podążał o krok za nią.

- Stój!- zatęchłe powietrze lochu przeciął głos Imoen. - On nie należy do Żelaznego Tronu! Walczył z nami, przeciwko ludziom Tronu!

- Może was udało mu się omamić, głupcy...- ciągnęła Harfiarka. - ...ale nie mnie. Wiem kim jesteś.- przytknęła ostrze do szyi Jona. - Delyn może sobie mówić, co chce. Wypruję ci flaki, gnoju.

- Przestań! Wypuść nas!- krzyczała czarodziejka.

- Taka jesteś kurwa odważna? - spytał wojownik. Strach, nie mroził mu krwi. Cały czas buzowała w nim wściekłość. Zostać zasztyletowanym przez jakąś gówniarę, wisząc w pętach, jak prosię w rzeźni. To dopiero pierdolony koniec. - Rozwiąż mnie i wtedy próbuj się mścić.

- Zamknij się. - dziewczyna przysunęła twarz, do jego twarzy. Zimną, ostrą klingę cały czas trzymała na jego gardle. Kręcone włosy łaskotały go w policzek. Pewnie chciała zobaczyć strach, w spojrzeniu Jona. Nie doczeka się. Był wściekły. Nie wierzył, że to miałby być koniec. Nigdy więcej nie stanąć do walki. Nigdy więcej nie pieprzyć się ze Steele. Nie. Nie, kurwa nie.

- Poczekaj...- teraz zabrzmiał głos Viconii. - Powiedziałaś, że on... - wskazała gestem głowy na uwięzionego mężczyznę. - …zabił kogoś ci bliskiego. Jestem kapłanką, potrafię przywracać zmarłym życie.

- Kłamiesz!- krzyk kasztanowłosej dziewczyny odbił się od kamiennych ścian lochu. - Łżesz! Nikt nie potrafi tego zrobić! Gdyby to było możliwe Delyn wróciłaby mu życie! - w jej głosie brzmiała wściekłość i rozpacz.

- Delyn to jedna z twoich, tak? - zapytała mroczna elfka. - Jedna z Harfiarzy? Przecież wy nie wracacie życia. Mówicie, że to zakłócenie równowagi, naturalnego porządku. Ja służę Shar, bogini ciemności. Nie mam takich oporów. Świat nie jest dla mnie czarno- biały.

Dziewczyna zatrzymała wzrok na Viconii. Na jej twarzy odbiła się mieszanina wahania i nadziei.

- Uwolnij mnie, a spróbuję sprowadzić go wśród żywych. - zapewniła kapłanka. Spojrzała po pozostałych uwięzionych. - Z nimi możesz zrobić co chcesz.

- Niech cię diabli, Viconia!- rudowłosa magiczka próbowała wyrwać się z kajdan, ale bez rezultatu. Targane jej rozpaczliwymi wysiłkami łańcuchy po raz kolejny metalicznie zagrzechotały.

Na twarzy Harfiarki grały sprzeczne emocje. Wściekłość, niepewność, nadzieja. Ta ostatnia zwyciężyła. Nagle Jon przestał być tak ważny. Nacisk ostrza na jego gardło zelżał.

- Jak chcesz to zrobić? - spytała drowki.

- Potrzebuję rzeczy, która należała do zmarłego. I krwi jego zabójcy. - Viconia wskazała gestem głowy na Jona.

- Dostaniesz ją. Dostaniesz jego krew. - kasztanowłosa przycisnęła ostrze do skóry uwięzionego mężczyzny. Po raz kolejny po jego szyi spłynęła czerwona stróżka. - Rozkuj ją! - poleciła strażnikowi. - Szybko!

Podwładny najpierw umieścił pochodnię w uchwycie, na ścianie lochu. Blask płomieni cofnął się bliżej muru. Potem strażnik podszedł do Viconii. Odczepił ją z łańcucha, na którym wisiała. Drowka upadła na podłogę. Dłonie wciąż miała skrępowane kajdanami. Zmełła w ustach przekleństwo, otrzepała się i podniosła z kamiennych płyt. Podeszła do Harfiarki. Młodsza z córek Goriona miotała przekleństwa w jej kierunku.

- Masz przy sobie coś, co należało do zmarłego? - mroczna elfka nawet nie spojrzała na Jona. Wojownik nie wiedział, czy przeklinać Viconię, czy wierzyć, że ma plan, jak ich uwolnić.

Harfiarka podała jej srebrny wisiorek, kołyszący się na rzemieniu. Kapłanka zamknęła go w swojej ciemnej dłoni.

- Teraz krew. - powiedziała drowka z uśmiechem. Zacisnęła palce na rękojeść sztyletu, który dziewczyna, o kręconych włosach wciąż trzymała na gardle Jona. Oczy Harfiarki rozszerzyły się z emocji, przełknęła nerwowo ślinę. Viconia spokojnie, ale stanowczo wyjęła ostrze z jej dłoni.

- Ja muszę to zrobić. - powiedziała. Jon zmierzył kapłankę spojrzeniem. Starał się wyczytać z jej oczu, co zrobi. Viconia przyłożyła sztylet do jego krtani. O wiele niższa i drobniejsza od wojownika trzymała jego życie na szali niewielkiej klingi. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Mroczna elfka uśmiechnęła się.

- Bez urazy, Jon. - powiedziała.

W następnej sekundzie Viconia z całej siły odepchnęła Harfiarkę. Dziewczyna zatoczyła się i upadła na podłogę. Drowka dopadła do Haer'dalisa. Błysnął nóż. Usłyszeli trzask rozdzieranego materiału. Strażnik doskoczył do Jona. Wzniósł miecz.

- Zabij go! Zabij go!- od ścian odbił się głos dziewczyny.

W dłoni mrocznej elfki mignęło coś niebieskiego. Miecz strażnika uderzył. Przeciął z rozmachem powietrze. Zbrojny upadł na podłogę, oślepiony jaskrawym rozbłyskiem światła.

W lochu rozległo się monotonne dzwonienie kajdan. Łańcuchy, nagle pozbawione ciężaru ciał kołysały się, wydając metaliczny dźwięk. Pomieszczenie na sekundę wypełniła świetlna kula. Stopniowo zaczęła się kurczyć, aż w końcu zniknęła. Dziewczyna, którą Delyn nazwała imieniem Renshu, upadła na kolana. Wpiła się dłońmi w kamienną posadzkę. Miotała przekleństwa. Krzyczała, a właściwie wyła w furii.

Sfera kieszeniowa nie zmieniła się, od momentu, gdy byli tam Imoen i Haer'dalis. Tym razem kamienne ściany, pędy bluszczu i niewielka wodna sadzawka udzieliły schronienia całej czwórce. Do Jona przez chwile docierała świadomość, że żyje. Myśli, oddycha, czuje władzę w dłoniach. Widział już błysk miecz nad swoją głową. Słyszał rozdzierający krzyk dziewczyny „Zabij go! Zabij go!" Za co go tak nienawidziła? To pewnie te sukinsyny, Harfiarze wysłali za nim morderców, wtedy, pod Cynamonową Dziewczyną. Teraz przez sekundę cieszył się, że nadal może wdychać powietrze do płuc i słyszeć delikatny szmer wody. Zawdzięczał to jednej osobie.

- Dzięki. - powiedział do Viconii.

- Miłość odbiera ludziom rozum. - uśmiechnęła się mroczna elfka. Pokazała dłoń, na której znajdowały się oba kamienie. Czerwony i niebieski. Migotały w mlecznej poświacie. Szerokim zamachem wyrzuciła srebrny wisiorek, który dała jej Harfiarka. Z pluskiem zniknął w objęciach sadzawki.

Kajdany nie krępowały już ich rąk, ale stracili większość broni. Mogli się tylko cieszyć, że nie pozbawiono ich zbroi i amuletów. Harfiarze pewnie chcieli ich pozarzynać, a łupy podzielić między siebie później. Viconia uleczyła rany Jona. Ona i Imoen zaklęciami wyczarowały magiczne ostrza. Dwa płonące miecze, które dzierżyli teraz wojownik i diabelstwo. Kapłanka i magiczka wymówiły ochronne formuły i całą czwórkę spowiły ochronne zaklęcia, mające zwiększyć ich szansę w walce. Wszyscy wzięli głęboki oddech.

- To idiotyzm tam wracać. - syknęła Viconia.

- Nie zostawię Steele. - uciął dyskusję Jon. - Wtedy dostali nas przez zaskoczenie. Na pewno skurwysyny nie spodziewają się, że wrócimy.

Haer'dalis nacisnął na czubek niebieskiego kamienia i bezpieczna Sfera przestała ich chronić. Znowu dookoła nich zamknęły się kamienne ściany lochu. Ale coś się zmieniło.

Pochodnia, która strażnik zatknął w uchwycie przy ścianie, dopaliła się. Mdłe światło wpadało przez uchylone drzwi. W podziemiach nie było nikogo, poza nimi. Ani Harfiarki, ani jej podwładnego. Z góry dochodziły odgłosy walki. Szczęk broni, urywki wypowiadanych inwokacji i krzyki ludzi.

- Idziemy. - polecił Jon.

Na zewnątrz lochu prowadziły tylko jedne schody. Im wyżej, tym bardziej zbliżali się w objęcia bitewnego zgiełku. Ogarnął ich na piętrze. Przed nimi, na korytarzu otworzyła się komnata. Światło wpadało do niej przez rozległe wykuszowe okna, malowało wzory na posadzce. Sylwetki w sali tańczyły w bitewnym tańcu. Co jakiś czas któraś padała, ranna, lub martwa. Meble roztrzaskiwały się pod uderzeniami mieczy, czy czarów. Harfiarze walczyli, na śmierć i życie. Przeciwnicy byli dobrze uzbrojeni i wyszkoleni. Zastęp najemników w ciężkich zbrojach, z bronią w rękach. Kilku czarodziei i kapłanów biegłych w swojej sztuce. Zaklęcia magów Harfiarzy odbijały się od napastników, jakby były kuglarskimi sztuczkami. Kolejni Harfiarze padali, jeden po drugim. I nagle w zalewie krwi i przemocy zobaczyli znajomą twarz. Jasnowłosa wojowniczka oddzieliła toporem głowę przeciwnika od ciała. Ubrany w lekką zbroję elf padł u jej stóp, bryzgając krwią z bezgłowego już korpusu. Zbrojna otarła twarz i zatrzymała wzrok wprost na nich. Jameli. To znaczyło, że Harfiarzy zaatakował Żelazny Tron.

I wtedy, na skraju komnaty pojawiła się świetlna kula. Rosła i rosła. Aż wyszły z niej dwie sylwetki. Kobieta w średnim wieku, odziana w długą, fioletową szatę. Jon widział ją pierwszy raz w życiu. I Steele. Zmaterializowały się w samym środku bitewnego zgiełku. Kobieta wzniosła ramiona i z jej ust spłynęły słowa inwokacji. W pomieszczeniu rozpętał się chaos. Krew i ogień tańczyły w powietrzu. Na napastników spadł deszcz żaru, lodu, podmuchy wiatru, które mogłyby wyrywać drzewa z korzeniami. Kilku ze zbrojnych padło, ale zakuci w stal zbrojni Tronu wydawali się w większości niewrażliwi na zaklęcia. Jakby spowijała ich niewidzialna magiczna bariera. W środku tego piekła tkwiła Steele, uchylając się przed płomieniami i lodową nawałnicą.

Jest! Steele żyje, żyje do cholery! Nie spodziewał się niczego innego. Wiedział, że potrafi sobie poradzić. Gdyby zginęła wiedziałby o tym. Czułby to. Zabrać ją, zabrać z burzy ognia i krwi. Jon pociągnął za sobą Haer'dalisa. To on miał teraz kamień Sfery. Czerwony dzierżyła Viconia. Diabelstwo trzymało dłoń Imoen w uścisku. Wbiegli w sam środek walki, pomiędzy magię zderzającą się z bronią. Za nimi drowka. Steele była na tyle blisko, by użyć artefaktu. Palce sferotkniętego zacisnęły się na gładkiej, opalizującej powierzchni kamienia. Za sekundę spierdolą stąd, do bezpiecznego miejsca. I wtedy wprost w kamień i dłoń diabelstwa trafił rubinowy promień. Artefakt rozbłysł niebieskim światłem. Ta feria barw przerodziła się w kolejne, coraz to mniejsze świetlne eksplozje. Jakby kamień w niewytłumaczalny sposób zapadał się do wewnątrz, przy akompaniamencie blasku i huku. Haer'dalis puścił przedmiot, artefakt z głuchym stukiem upadł na posadzkę. Ale to nie pomogło. On i rudowłosa, trzymając się za ręce przepadli w eksplozji światła.

- Imoen!- krzyczała Steele. - Imoen! - biegła w miejsce, gdzie przed chwilą stała dwójka, która zniknęła im sprzed oczu.

Rubinowy promień spłynął z ręki dziewczyny o kędzierzawych włosach, tej którą Delyn nazwała imieniem Renshu. Jeszcze żyła, trzymała się za krwawiący brzuch.

- Gińcie skurwysyny...- wysyczała.

Viconia nie zastanawiała się długo. W jej dłoni pojawił się czerwony kamień. Zdążyła go przełamać, zanim młoda Harfiarka zdołała wypowiedzieć kolejne zaklęcie. I zniknęła. Ale tylko ona.

Sekundę wcześniej Jona i Steele otoczyła magiczna zapora. Przypominała półprzezroczystą bańkę. Zza jej osłony widzieli wszystko, co działo się na sali. Walka obracała komnatę w pył. Ale magicznego kokonu nie przebijały ani uderzenia broni, ani kłębiące się dookoła zaklęcia. Czar zamykający ich w kuli spłynął spod palców kobiety we fioletowej szacie. Steele rzuciła się z pięściami na utkany z magii balon. Krzyczała imię swojej młodszej siostry. Imoen, Imoen, Imoen. Ale zapora była niewrażliwa na uderzenia, na wściekłość elfki. Niewzruszona oddzielała ich od reszty świata, od bitwy, jaka rozgrywała się dookoła, nawałnicy zaklęć i broni.

- Dlaczego... dlaczego ciągle ich chronisz, dlaczego...? - dziewczyna o kręconych włosach wyszeptała tonem oskarżenia pod adresem kobiety odzianej we fiolet. Ta wykonała niewielki ruch dłonią. Oczy dziewczyny zgasły, na jej twarzy zastygł grymas nienawiści.

Wytoczono najcięższe działa. Harfiarze przywołali magiczne konstrukty. Odziane w lśniące pancerze, atakowały wrogów. Ich miecze zostawiały w powietrzu smugi światła. Któryś z magów walczących dla Żelaznego Tronu sprowadził zaklęciami demona. Bestia z rykiem wyłoniła się z pierścienia płomieni. Zmierzała wprost na uwięzionych w magicznym kokonie Steele i Jona. Skóra demona płonęła czerwienią, wlókł za sobą ogromne skrzydła. Jego pazury z potwornym zgrzytem zostawiały rysy, na kamiennej posadzce. Jedno spojrzenie bezdennych, czarnych oczu przyprawiało tych, którzy przeżyli rzeź o panikę. Jon zasłonił sobą elfkę, nie wiedząc, czy magiczna ochrona utrzyma potwora z dala od nich. Ale demon natychmiast rzucił się na odzianą we fiolet kobietę. Dostęp do Harfiarki zagrodziły magiczne konstrukty, poruszające się samoistnie zbroje. Atakowały unoszącymi się w powietrzu lśniącymi ostrzami. Spod zasłon ich hełmów gorzały płonące zielenią oczy. Demon dopadł do przywołanych magią strażników z sykiem i charkotem, dochodzącym ze wnętrza przepastnej gardzieli. Przed oczami dwójki uwięzionych rozgrywał się morderczy spektakl. Harfiarze i Żelazny Tron, to musiał być Żelazny Tron, skoro była tu Jameli mordowali się na tysiące wymyślnych sposobów. Palili, zamrażali, polewali kwasem, zsyłali choroby. Wreszcie po prostu wsadzali miecze w bebechy, odcinali ręce i głowy. Szeregi jednych i drugich topniały. Steele i Jon tkwili uwięzieni za magiczną zasłoną. Wojownik nigdy wcześniej nie widział podobnej bitwy. Przed jego oczami stanęło wiele istot, których nazw nawet nie znał, których wolałby nigdy nie oglądać.

Jon zacisnął palce na ramieniu elfki. Zatrzymała na nim wzrok, przerażony, nieobecny.

- Uciekniemy. Spierdolimy stąd. Znajdziemy Imoen...- nie wiedział, jak mieliby to zrobić, ale musiał coś powiedzieć. -... tylko trzymaj się blisko mnie.

Nie odpowiedziała, musiała być w cholernym szoku. Demon zginął, w powodzi odłamków mrozu, tnących jego skórę i uderzeniach mieczy przywołanych magicznych rycerzy. Jego nieludzkie wycie odbiło się od ścian komnaty. Upadł na podłogę w konwulsjach. Wchłonął go pierścień ognia, płomienie sięgające sufitu. Trwała rzeź. Harfiarze przegrywali. Sekundy zdawały się być godzinami. Magowie Tronu zebrali się w koło, zaczęli intonować inwokację. Powietrze zgęstniało. Rozdarł je huk i oślepiający błysk światła. Eksplozja rzuciła Steele i wojownika na ziemię. Chroniąca ich zasłona zniknęła. Jon podniósł się z podłogi. Pomógł wstać elfce. Miał wrażenie, że pod jego dotykiem zesztywniały jej mięśnie. Zgiełk bitwy ustał. Wygrała jedna strona. Otaczali ich stali siepacze Tronu, którzy przeżyli starcie. Niektórzy zostali ranni, ból wyrysował im na twarzach grymas, a usta napełnił przekleństwami. Część straciła życie. Ich okaleczone, powykręcane ciała ścieliły się w komnacie, razem ze zwłokami Harfiarzy. Ściany sali szpeciły dziury, zostawione przez zaklęcia. W komnacie zapanował dziwny spokój. Przez rozbite okno wpadało światło słońca i dochodził odległy śpiew ptaków. Ten odległy spokój za oknem wydawał się wręcz nierealny. Jon dostrzegł dziewczynę, która tak pragnęła jego śmierci. Siwobrodego mężczyznę, który dowodził, podczas ich pojmania. Oboje martwych. Macie, czego chcieliście skurwysyny. Nie widział nigdzie kobiety noszącej fioletową szatę.

- Sarevok... synu. - wystąpił ku niemu jeden z magów należących do Żelaznego Tronu. Mężczyzna o poznaczonych siwizną skroniach i pociągłej, przebiegłej twarzy. Był odziany w tunikę maga, wyglądała na sporo wartą. - Do cholery, miałeś się ze mną skontaktować, gdy tylko przybędziesz do miasta. A moi pieprzeni szpiedzy donoszą, że włóczysz się z bandą najemników i porwali cię Harfiarze. Mam nadzieję, że nie ucięli ci jaj!

- Jon... Sarevok...dlaczego nic nie powiedziałeś!- usłyszał znajomy głos. Jasne włosy, wymykające się kosmykami spod hełmu, kolczuga upstrzona plamami krwi, zawadiacki uśmiech. Jameli. Zawiesiła swój zakrwawiony topór przy pasie. Dziś zatopiła to ostrze w wielu ciałach. Szła w kierunku wojownika z wyciągniętą dłonią. - Czemu udawałeś? Twój pan ojciec, Rieltar powiedział, że jego syna, następcę Żelaznego Tronu uwięzili Harfiarze. Ale nie wiedziałam, nie myślałam... Czemu się ukrywałeś? Czemu nie powiedziałeś, kim jesteś?

Czy ona też zwariowała? Czemu nazywała go obcym imieniem? Jon podniósł jeden z mieczy, który leżał na kamiennej posadzce, zbroczonej krwią walczących. Poznał to ostrze, to broń, którą dała mu w podzięce smoczyca. Któryś z Harfiarzy musiał je sobie przywłaszczyć, przed bitwą. Steele wzięła do ręki sztylet. Stanęli plecami do siebie. Ludzie Tronu ich okrążyli.

- Nie jestem twoim synem. - zapewniał Jon.- Dajcie nam przejść.

- Sarevok, postradałeś zmysły?- zaśmiał się mężczyzna w kosztownej szacie. - Co ty bredzisz? Zaraziłeś się jakąś cholerną francą i odjęło ci rozum?

- Dajcie nam przejść.- powtórzył Jon. W lodowatym tonie jego głosu dało się wyczuć groźbę.

Steele nie odezwała się ani słowem. Czuł ją, stała za jego plecami. Szacowali wzrokiem otaczających ich ludzi Tronu. Część była ranna. Część wykończona po walce. Mieli szansę. Ale bardzo niewielką.

- To ona... - szpakowaty mag zatrzymał wzrok na twarzy elfki. - Córka Goriona. To jej szukałeś, ją miałeś zabić... To ona namieszała ci w głowie? Elfia cipka zaćmiła ci rozum? Do kurwy nędzy, zapomniałeś, kim jesteś? Zabijcie dziwkę! - krzyknął do swoich ludzi.

Pierwsza do przodu rzuciła się Jameli. Jonowi przez sekundę mignęła myśl, że jasnowłosa wojowniczka była zazdrosna o Steele. O to, że zajęła miejsce w jego łóżku. Nigdy jej o to nie zapyta. Najemna Tronu padła na podłogę, brocząc krwią.

- Ty głupia kurwo, po co ci to było... - wyszeptał.

Szpakowaty mag wyciągnął dłonie w jego stronę. Z jego palców wraz ze słowami inwokacji spłynęła fala energii. Mącąca Jonowi w głowie, obiecująca mu wszystkie rozkosze świata, jeśli się podda. Wojownik zacisnął palce na nasadzie smoczej broni. W głowie zabrzmiał mu melodyjny, delikatny głos Vessy „Jak długo będziesz miał dłoń na rękojeści, tak długo nic nie zaciemni twojego umysłu." Zanim mag zdążył wypowiedzieć kolejne zaklęcie miecz Jona obciął mu obie dłonie. Potem zakończył życie przywódcy Żelaznego Tronu trafiając go w głowę. Z ust mężczyzny zwanego Rieltarem, buchnęła krew.

- Sarevok... - wybełkotał dławiąc się krwawą pianą.

Pozostali przy życiu siepacze Tronu rzucili się na nich. Steele skoczyła do przodu. Jej sztylet dosięgnął jednego spośród magów, kobietę w pomarańczowej tunice. Drugiego miecz Jona. To oni stanowili największe zagrożenie. Potrafili czarami przywołać demona, czy sprowadzić na przeciwnika ślepotę. Ale większość swoich zaklęć wykorzystali dziś w walce z Harfiarzami. Żeby dysponować nowymi, potrzebowaliby kilku godzin odpoczynku. Jon i Steele nie zamierzali im podarować tyle czasu. Sztylet elfki przeciął kobiecie krtań, ostrze Jona otworzyło drugiemu magowi brzuch i wypruło mu wnętrzności. Ostatni z czarodziejów próbował otoczyć siebie zaklęciami ochronnymi. Zaczęło rozbłyskiwać dookoła niego białe światło, gdy na jego skórze roztrzaskała się butelka, ze żrącą substancją, rzucona przez Steele. Kapłanka będąca na usługach Tronu przypadła do maga chcąc uleczyć go zaklęciami. To dało im kolejne sekundy. Przeciwnicy byli ranni, wolni, zmęczeni. Jon uderzył czołem o czoło najemnika stojącego przed nim. Przeciwnik zalał się krwią. Syn płatnerza wyrwał mu krótki miecz i zatopił go w piersi najemnika. Elfka w morderczym tańcu trafiła kapłankę sztyletem w plecy. Raz za razem. Z ust pokonanej kobiety trysnęła fontanna krwi, powietrze opuszczało jej płuca ze świstem. Nie zdążyła uleczyć swojego kompana. Dla niej samej też było już za późno. Po kapłance przyszła kolej na czarodzieja. Jon miał nawet nadzieję, że im się uda. Dopóki nie zaświstały strzały. Pierwsza trafiła go w ramię. Druga w udo. Zapominając o bólu parł do przodu. Steele, musi chronić Steele. Zostawił za sobą kolejnego trupa. Następny żołnierz zagrodził mu drogę. To na nim skupili swój atak. Bardzo dobrze. Trzecia strzała trafiła go w pierś. Zobaczył, jak elfka dobiega do łuczników. Niższemu rozcięła dłoń. Puścił łuk i rzucił się do walki wręcz. Kolejny z napastników posłał kolejną strzałę prosto w ciało Jona. Steele, musi ratować Steele. Mają szansę, tamci są wykończeni po walce. Krew zalewała mu oczy. Parł do przodu. Otaczali go kolejni wrogowie. Zbyt wielu, było ich zbyt wielu. Kurwa mać. To się nie może tak skończyć.

- Jon!- usłyszał krzyk elfki. - Jon!- wołała go po imieniu. Z bólem w oczach, tak jak on otoczona przez zbrojnych Żelaznego Tronu. Nie miał siły iść dalej. Upadł na kolana, brocząc krwią. Wszystko się spierdoliło. Nie wyjdą stąd żywi. Niech to szlag. Steele, Steele, Steele...

Nagle czas się zatrzymał. Świat zrobił się cichy i biały. Z błysku światła wyszły sylwetki. Odziana we fiolet kobieta. Nie była sama. Ludzie Żelaznego Tronu po kolei padali. Zobaczył jej twarz. Steele, jak dobrze, Steele, Steele...

Trzymała jego głowę na kolanach. Też była ranna, z jej oczu kapały łzy. Nigdy nie widział, żeby płakała. Powtarzała jego imię. Jon, Jon, Jon. Mokre kosmyki jej włosów łaskotały go w twarz. Chciał coś powiedzieć. Jest dobrze. Był tam, gdzie być powinien. Z głową na jej kolanach. Steele i Jon. Jon i Steele. Nachyliła się na nim też kobieta we fiolecie. Jon uświadomił sobie, że chyba jednak gdzieś ją widział. Zadała pytanie.

- Kochasz go? Nadal go kochasz?

Usłyszał jak elfka szepcze, przez krew i łzy.

- Tak.