Zmrużył oczy. Słońce przyjemnie gładziło go po twarzy. Na języku rozpływał się cierpki smak wina. Jego ciepło rozchodziło się w żołądku. Siedział przy stole na przytulnej, drewnianej werandzie, otulonej liśćmi wina i bluszczu. Promienie słońca kreśliły znaki na kamiennej posadzce. Gdyby nie odległy gwar miasta mógłby pomyśleć, że znajduje się na spokojnej wsi z dala od miejskiego pulsu. Z dala od walk gildii, knowań możnych, brudu slumsów. Sięgnął po kolejny łyk trunku.
- Twoje zdrowie Renlav.- Myrmylle Tamli wzniosła swój kielich. Siedziała przy stole, naprzeciwko. Niziołka rozsiadła się wygodnie w wiklinowym fotelu, plecy otulał jej koc. Na jej kolanach spał dorodny, szary kot. Ktoś, kto nie znał Myrmylle, mógłby ją wziąć za stateczną hobbicką niewiastę. Może już nie pierwszej młodości, ale nadal z iskierkami w oczach. Na blacie, poza domowym winem stały słodkie przekąski i kosz owoców. Z wnętrza domu, do którego przylegała weranda dochodziły odgłosy uderzeń młotka. To Sasei, mąż hobbitki naprawiał regał na książki. Parter okazałej kamienicy został, o ile to było możliwe przerobiony na modłę niziołków. Z murów wyglądały okrągłe okna, na dachu dobudowano okapy w półokrągłym kształcie. Do mieszkania Myrmylle i Saseia prowadziło osobne wejście, tuż nad poziomem gruntu. Reszta lokatorów musiała wchodzić do kamienicy dodatkową klatką schodową. Małżeństwo miało po kilka spiżarni, jak nakazuje dobra hobbicka tradycja. Dwójka niziołków stanowiła niezwykłą parę. Sasei był rzemieślnikiem, prowadził własny warsztat stolarski. Cenił spokojne, uporządkowane życie. Nawet w sercu ogromnej metropolii urządził się tak, by czuć się jak w rodzinnym Gulykin. Myrmylle była niespokojnym duchem. Młodość spędziła na kradzieżach i szalonych przygodach. Jej ciało nosiło wiele blizn i poznało wielu kochanków. Z czasem zamiłowanie hobbitki do ryzyka ustąpiło, jej charakter złagodniał. Zaczęła cenić spokój domowego ogniska i filiżankę herbaty, zamiast rozrób i nocy skąpanych w alkoholu. W gildii złodziei przejęła obowiązki kwatermistrza, zajmowała się kuchnią, sprawunkami, zakupami. Ale nadal przy pasie nosiła sztylet, a bogatej mieszczce potrafiła niepostrzeżenie odciąć mieszek monet. Sasei przyjął tę zmianę z typowym dla siebie spokojem. Czarnowłosa hobbitka, nadal lubiła snuć przed mężem wizje przygód na jakie zamierza się udać. Nie wzruszało go to. Pokochał Myrmylle, gdy była spragnioną przygód rozbójniczką, kochał ją i teraz jako ustatkowaną panią domu. Mieli trójkę dzieci. Dwóch synów poszło w ślady matki i należało do złodziejskiego cechu. Jedyna dziewczynka wybrała ustabilizowane życie gospodyni. Jednooki i hobbitka dzielili wiele przygód. Myrmylle twierdziła, że ze dwa razy po pijaku dzielili też łoże, ale Renlav się tego wypierał. Zaprosiła go do siebie, na kieliszek wina, żeby opić wyjście starego złodzieja z lochu gildii i aresztowanie Slye. Jednooki uważał, że nie ma wielu powodów do świętowania.
Zniknęli. Steele i jej drużyna. Cała piątka. Renlavowi udało się ustalić, ze widziano ich jak weszli do Dzielnicy Portowej, gdzie wznosiła się siedziba Żelaznego Tronu. Ale do niej nie dotarli. Świadkowie mówili o świetle, inni o kuli płomieni, jeszcze inni o smoku, który spadł z nieba i pożarł całą drużynę.
Renlav nie wierzył w te brednie.
Wierzył za to, że ktoś postanowił na dobre rozprawić się z Żelaznym Tronem. Szpiedzy przynieśli informację, o masakrze, w której zginął przywódca Tronu – Rieltar. W jednej z rezydencji, na obrzeżach miasta znaleziono ciała najemników pracujących dla organizacji i ludzi z przywództwa Tronu. Nie widział kto to zrobił, ani czy ma to związek ze Steele i jej vendettą. Z pewnością gildia postara się, żeby Żelazny Tron nie odzyskał dawnej pozycji. Organizację pochłaniały teraz wewnętrzne walki. Figuranci podstawiani przez złodziejski cech, wyrastali na nowych liderów Tronu. Robili wszystko, by pogrążyć własną frakcjęw chaosie. Za jakiś czas podrzuci się dowody na winy Żelaznego Tronu Wielkim Książętom i będzie to koniec snów o potędze. Zeznania samego Slye wystarczyłyby, żeby wysłać wszystkich członków organizacji na szafot.
Coal był wściekły. Jednooki wmówił mu, że Imoen wraz z siostrą położyły kres Żelaznemu Tronowi, ale dla bezpieczeństwa gildia zadbała, by przenieść je gdzieś daleko. Może do Calimshanu. A może do Tethyru. Renlav nie wie, to była decyzja władz złodziejskiego bractwa. Imoen nie miała czasu się pożegnać. Ale prosiła, żeby go pozdrowić. Nie miał serca powiedzieć małemu prawdy.
Avellana wyszła z lochu, oczyszczona z zarzutów. Uśmiechała się jednak znacznie rzadziej. To pewnie z powodu Kivana. Łowca nie dał się namówić, na powrót do gildii. Opuścił miasto i zapewne powędrował w stronę bezkresnych lasów na północy.
Haer'dalis miał rację. Wszystko tu było inne. Kolory, dźwięki, zapachy. Twarze przechodniów. Woda, którą piła. Nawet powietrze, które wdychała do płuc.
Imoen nie musiała już czytać o Sigil, ani słuchać opowieści sferotkniętego, żeby poczuć klimat Miasta Drzwi, centrum Wieloświata. Była tam. Wprost w środku tego cudu, lub wynaturzenia, zależy jak je nazwać. Sigil znajdowało się wprost na szczycie monstrualnego wzniesienia - Iglicy. Iglica zaś górowała nad Zewnętrzem, neutralnym planem, sąsiadującym ze wszystkimi pozostałymi sferami. Miasto miało kształt pierścienia. Zbudowano je na jego wewnętrznej części. Patrząc w górę można było ujrzeć przeciwną stronę metropolii, choć zgodnie ze standardami grawitacji, które znała wydawało się to obłędem. Ten widok potrafił nowo przybyłego pierwszaka przyprawić o wymioty. Na niebie rozpościerającym się nad Sigil nie świeciło słońce, księżyc, ani gwiazdy. W dzień powietrze jaśniało, w nocy samoistnie ciemniało. Wszędzie unosił się smog, tak gęsty, że aż wyczuwalny na skórze. Osad pyłu, dymu i rozmaitych kleistych oparów. Nie rosły tu rośliny, poza najbardziej odpornym krzakiem w Wieloświecie - wszędobylskim kolcokrzewem, o czarnych, twardych liściach i kujących, uzbrojonych łodygach. Rudowłosa mogła zapomnieć o zielonych drzewach, lasach i łąkach Pierwszej Sfery Materialnej. O świeżym powietrzu i czystej wodzie. O dotyku promieni słońca. Ciągle poruszali się w tłumie. Nieustannie przepychali się łokciami przez potok ramion, macek, kopyt, skrzydeł i ogonów. Ulice Miasta Drzwi zaludniały najbardziej niezwykłe istoty. Sferowcy, demony i dabusy - enigmatyczni słudzy rządzącej miastem Pani Bólu. Czasem nawet zdarzało się dostrzec pierwszaków, takich jak ona sama. Tak samo przytłoczonych, przerażonych i zafascynowanych. Kilka razy diabelstwo odciągało ją od ulicznej bramy, mówiąc, że to kapryśny portal, który może się w każdej chwili uaktywnić i wysłać ich do innego Sfery.
Eksplozja kamienia przeniosła ich tutaj. Do Sigil zamiast do Sfery Kieszeniowej. Gdy oczy czarodziejki zmierzyły się z zupełnie obcym krajobrazem najpierw chciała walczyć. Potem uciekać. Na koniec straciła przytomność. To podobno typowa reakcja przy podróży między Planami.
Haer'dalis nie opuszczał Imoen na krok. Znalazł im kwaterę. W motelu, który ciągle samoistnie podróżował po mieście. Uczył ją tego świata, nie podobnego do niczego co znała. Uspokajał i pocieszał. Wrócimy do Pierwszej Sfery. Znajdziemy kogoś, kto nam pomoże. Zobaczysz. Znajdziemy Steele.
Steele. Jej przyrodnia siostra. Ostatni raz widziała ją w ogniu walki, gdy Harfiarze starli się z siłami Żelaznego Tronu, a oni znaleźli się pomiędzy uderzeniami magii i mieczy. Gdzie teraz jest? Czy przeżyła bitwę? Czy nic się jej nie stało? Rudowłosa powtarzała sobie, że odnajdzie elfkę. I wierzyła, że jest, żyje, chociaż na innym planie, przestrzeni, wymiarze. Gdyby starszej siostrze coś się stało czułaby to. Wiedziałaby.
Leżeli z diabelstwem na łóżku, w ciasnym, ciemnym pokoju. Ściany miały brązowy odcień, powietrze przesiąkło zapachem tytoniu. Wzory zaludniające wiszące w oknie firanki co jakiś czas ożywały. Z fałdów materiału szczerzyły się do nich fantastyczne zwierzęta, przedziwne haftowane kwiaty rozwijały pąki i liście. Podłoga i ściany drżały, gdy hostel wybierał się na przechadzkę, na swoich ceglanych nogach. Zza okna dochodziły krzyki i przekleństwa, kiedy przechodnie na ulicy uciekali przed wędrującym budynkiem. W powietrzu unosiły się nieodłączne opary smogu.
- Znajdziemy ich. Wrócimy. Wrócimy do Pierwszej Sfery. - poczuła uścisk dłoni diabelstwa na swojej ręce. W pokoju panowała duchota. Powietrze stało. Oblewał ją pot. Na ustach czuła metaliczny posmak smogu. - Jutro pójdziemy do frakcji. Czuciowców, Bogowców, może nawet do Harmonium... Za wykonanie zleconej pracy na pewno potrafią wskazać właściwy portal.
- A ty... chcesz wrócić razem ze mną? Przecież tutaj jest... Stąd pochodzisz...Tu jest...twój dom?- w głosie rudowłosej brzmiało wahanie. Co zrobi, jeśli sferotknięty ją zostawi w tym dziwnym, obcym świecie. Świecie z miastem, w kształcie pierścienia, bramami zmieniającymi się w portale do innej sfery i domami chodzącymi po ulicach.
Haer'dalis nie odpowiedział. Po prostu objął Imoen i pocałował. Budynek zatrząsł się w posadach, gdy kamienna noga postawiła niepewny krok na miejskim bruku.
- Poradzimy sobie. Wrócimy.
- Słuchajcie... - słowa Viconii nie zostawiły na twarzach wpatrującego się w nią zgromadzenia żadnego śladu. Żadnej refleksji. Znała te twarze. Proste, kartoflane, tępe. Widywała podobne już wiele razy. Twarze tłumu, który chce uporać się z tymi, którzy do niego nie pasują. Mówią w innym języku, mają inny kolor skóry, czczą innych bogów. - Nie zadziera się z bogami. Pojednajcie się z kapłanką, zanim Umberlee zatopi wasze chaty i z tego miejsca zostanie tylko kupa błota i gówna.
Przez tłum przeszedł pomruk namysłu. Viconia spojrzała na drużynę, stojącą za jej plecami. Jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem wysokiego elfa o białych włosach i skórze barwy popiołu. Drowa. Takiego jak ona sama. W oczach swojego pobratymca zobaczyła ciepło i zrozumienie. Wystąpił przed tłum i zaczął przemawiać. Powtarzał to samo co ona, tylko znacznie łagodniejszym tonem. Przekonywał, tłumaczył. Mówił, że kapłanka Umberlee, z którą wieśniacy są w konflikcie jest jeszcze dzieckiem. Prosił, żeby jej nie krzywdzili. Tłumaczył, że bogowie mają swoje prawa. I, że Sucza Królowa - Umberlee jest władczynią mórz, a ich życie, jako rybaków zależy od pływu fal. Tłum słuchał. Łagodniał. W końcu wystąpił z niego jakiś chłopek o przygarbionych plecach i spracowanych rękach. Zaczął rozmawiać z mrocznym elfem. Viconia westchnęła. Los znowu postawił ją na drodze praworządnych i bohaterskich naprawiaczy świata.
Teleportowała się poza Wrota. Sama. Czerwony kamień zniknął z jej dłoni. Dookoła tylko łąki i bagna. Nie miała przy sobie broni. Niewiele pieniędzy. Klęła. Co z resztą drużyny? Czy Harfiarze, albo Żelazny Tron ich wyrżnęli? Co teraz? Znowu wiejskie półgłówki będą chciały ją powiesić? Miała szczęście. W pierwszej małej mieścinie, do jakiej trafiła skierowała kroki w stronę gospody. Postanowiła, że ma gdzieś ciasne umysły naziemców. Będzie spać w przyzwoitych warunkach. Z poduszką pod głową i śniadaniem rano.
Padał deszcz. Ulice miasteczka zamieniły się w strugi błota, rozchlapywane pospiesznymi krokami. Przechodnie rozbiegli się do swoich domów. Viconia z wysiłkiem otworzyła skrzypiące i mokre drzwi tawerny. Wiatr niemal wyrwał jej śliską klamkę z rąk. Schroniła się w środku i zatrzasnęła wrota za sobą. Ciepło panujące w izbie otuliło kapłankę jak koc. Wszystkie spojrzenia natychmiast powędrowały w jej stronę. Deszcz łomotał w dach i ściany karczmy. Płomienie świec rzucały słabe światło na ciasną, zapyziałą izbę. Znudzony barman kiwał się za ladą. Przy rozklekotanym stole zgromadziła się grupka śmiałków. Byli jedynymi gośćmi w karczmie. Woda kapała mim z płaszczy. Z glinianych kubków, z których pili unosiła się para. Jeden z grupy utkwił spojrzenie w mrocznej elfce. I wtedy, w migotliwym świetle świec zobaczyła białe włosy, ciemną skórę, idealne, regularne rysy twarzy. Twarzy drowa.
Drizzit Do'Urden. Legenda na powierzchni. Wyrzutek w Podmroku. Viconia znała tę historię, o trzecim synu Domu Do'Urden. Śmierć go omijała. Jako trzeciemu męskiemu potomkowi Domu przeznaczone mu było złożyć życie, na ołtarzu ofiarnym pajęczej królowej - Lolth. Ale gdy Nalefein najstarszy syn Domu Do'Urden został zabity Drizzit stał się drugim w kolejności męskim potomkiem Domu. Ominął go ołtarz ofiarny. Przyjęła w swoje szeregi Melee Magthere – elitarna szkoła dla wojowników, której potężne mury wznosiły się w Menzoberranzan. Ale nie pasował do swoich okrutnych braci i sióstr, spędzających życie na wojnach i knowaniach. Uciekł na powierzchnię. Jego postać była niezatartą plamą na honorze Domu Do'Urden.
Drizzit podszedł do kapłanki, uprzejmie ją pozdrowił i przedstawił się. Tej uprzejmości musiał się nauczyć na Powierzchni. Mroczne elfy płci męskiej w Podmroku przeważnie płaszczą się i wiją w ukłonach przed kobietami z tej samej rasy. Przed wojowniczkami, skrytobójczyniami i budzącymi trwogę kapłankami Lolth. Drizzit zaprosił Viconię do stolika. Usiadła, zostawiając na podłodze wilgotne ślady mokrego piasku. Z trudem doczyściła buty. Gospoda nie oferowała wiele. Pajdy chleba z rozsmarowanym smalcem usiane skwarkami, ciepły ziołowy wywar, piwo i wódkę. Ale w tak podłą pogodę, gdy za oknem spływały strugi deszczu i brodziło się po kostki w błocie to wystarczyło. Przy stole siedzieli kompani mrocznego elfa. Potężny, jasnowłosy barbarzyńca, zatopiony w rozmyślaniach krasnolud, niziołek o przebiegłym spojrzeniu i wojowniczka o włosach barwy płomieni. Powitali mroczną elfkę z rezerwą, ale uprzejmie. W końcu Drizzit zadał pytanie. Może Viconia zechce wyruszyć razem z nimi? On wie, jak ciężko jest mieszkańcom Podmroku przetrwać na powierzchni. Może pomóc. Właśnie wyruszyli z Wrót Baldura. Kierują się na północ. Do miasta Daggerford. Viconia może do nich dołączyć.
Kapłanka zagryzła wargi, pochylona nad kubkiem naparu. Zapach ziół drażnił jej nozdrza. Jeśli się zgodzi, jeśli się zdecyduje pewnie już nigdy nie zobaczy Steele, Imoen, reszty towarzyszy. Nawet gdyby wróciła do miasta, może już ich nie spotkać. Wszyscy mogą być już dawno martwi. Trupia biel zasnuła im twarze, palce im zsiniały, patrzą w pustkę szklistymi oczami bez życia. Ona przeżyła. Pewnie ona jedna. Dobrze, wyruszy z Drizzitem, nawet jeśli otaczała go sława bohatera, drażniąc drowkę niczym obłok smrodu. I tak oddalali się od od Wrót, przepastnej metropolii z jej nerwowym, miejskim pulsem. W której murach zapewne zostali ci, z którymi podróżowała, przez ostatnie miesiące. Żywi, lub martwi.
Barman sprzedawał broń spod lady. Mroczna elfka kupiła dla siebie sztylet i krótki miecz. Tej nocy zasnęła z ostrzem pod poduszką. Szlak zaprowadził ich do rybackiej wioski. Młodziutka kapłanka Umberlee wdała się tam w spór z mieszkańcami. Kilka osób zginęło, woda zalała domy, spadło parę głów. Drizzit postanowił rozstrzygnąć spór. Jak na bohatera przystało. Drowka słyszała, jak tłumaczy wiejskim półgłówkom, o ile lepiej dla nich będzie nie denerwować Suczej Królowej i pogodzić się z jej kapłanką. Kolejny raz wróciła myślami, do tych, z którymi razem walczyła, jadła i spała. Viconia poczuła dawny, głęboki żal. Żal, którego jak sądziła, już nigdy nie zazna.
- Mam nadzieję, że żyjesz Steele. - wyszeptała.
Znaleźli ich. Mężczyznę i kobietę. Niemal zakopanych w padającym śniegu. W ostatniej chwili. W Dolinie Lodowego Wichru niepodzielne rządy sprawuje wieczna, sroga zima. Temperatury spadają tak mocno, że nocą słychać jak pękają łamiące się drzewa. Lód zalegający na rzekach jest tak gruby, że można po nim iść pewnie jak po ubitym trakcie. Dzikie zwierzęta podchodzą pod ludzkie siedziby, w poszukiwaniu pożywienia. Gdyby para spędziła pod śniegiem jeszcze chwilę życie uszłoby z nich razem z ostatnim zamarzającym oddechem. Oboje otulono kocami i skórami. Gdy tylko się ocknęli wypili pożywny bulion. Przespali całą noc i następny dzień. Potem mogli rozgrzać przemarznięte ciała w gorącej kąpieli. On był wysokim, postawnym mężczyzną, o policzkach pokrytych zarostem i ogolonej głowie. Ona jedną z księżycowych elfów, o czarnych, wijących się włosach, zimnych, stalowych oczach i cerze jasnej, jak śnieg padający za oknem. Po kolejnych porcjach przynoszącego siły bulionu i godzinach snu mieli już siły by mówić. On nosił imię Solais, ona Imeall. Ich pamięć szwankowała. W umysłach obojga utkwił moment, gdy chroniąc się przed gniewem gildii złodziei we Wrotach Baldura uciekli przez magiczny portal. Artefakt przeniósł ich do Leśnego Ustronia. Jednego z Dziesięciu Miast na dalekiej mroźnej Północy. Osadzie tej przypadł wątpliwy zaszczyt bycia najbardziej wysuniętym na północ skupiskiem miejskim w całym Faerûnie. Miasto leżało w cieniu samotnego szczytu górskiego. Masyw nazwany Kurhanem Kelvina, chronił zabudowania Leśnego Ustronia i okoliczne lasy, przed silnymi wiatrami wiejącymi z potężnego szczytu Lodowca Reghedów. I tutaj, w objęciach lodu i śniegu znalazł tę dwójkę jeden z mieszkańców.
Pamięć uratowanych z czasem wracała. W umysłach pojawiały się kolejne obrazy. Mówili, że pracowali dla cechu złodziei we Wrotach Baldura. Mieście daleko na południe, na Wybrzeżu Mieczy. Zatarg zezłodziejskim bractwem zmusił ich do ucieczki. Droga do Wrót była już dla nich zamknięta. Kolejni poszukiwacze przygód, zatrzymujący się w Gwiżdżącej Szubienicy – lokalnej gospodzie słuchali tej historii, palili fajkę i drapali się w brody. Ale nawet śnieg, który o mało nie zabrał im życia, czy luki w pamięci nie potrafiły zatrzeć więzi między tą dwójką. Solais i Imeall. Gdy ich znaleziono, postawny mężczyzna osłaniał elfkę przed zimnem i śniegiem własnym ciałem. Gdy odzyskali przytomność, natychmiast poszukali spojrzeniem siebie nawzajem. Na ich policzkach, rozgrzanych rumieńcem bijącym od otulających ich skór i koców zagościł uśmiech. Zostali w Leśnym Ustroniu. Nabrali sił. Wydostać się z Doliny Lodowego Wichru było niezmiernie trudno. To miejsce wyznaczało prawdziwy koniec świata. Nie było tu nic poza śniegiem, lodem, barbarzyńskimi plemionami, atakami hord orków i walką o przetrwanie. Dziesięć Miast w porównaniu z ogromem Wrót Baldura zdawało się ledwie nędznymi, zagubionymi w śniegu osadami. Ale tu zostali. Wrośli w ten świat. W twardych zaprawionych w bojach ludzi, krótkie dni, długie noce, bezlitosne podmuchy wiatru. Tu nikt nie zadawał zbędnych pytań o przeszłość. Jeśli tylko potrafiłeś władać bronią, przynosiłeś jedzenie, dzieliłeś się z resztą ludzi, których los rzucił w te dzikie ostępy.
Śnieg skrzypiał pod ich stopami. Promienie słońca odbijały się od zalewającej wszystko bieli. Imeall sięgnęła do sztyletu przy pasie. Stal w dłoni dawała uspokajającą pewność. Przed ukąszeniami mrozu elfkę chroniło ubranie z ciepłych skór i futer. Zimno zaróżowiło jej policzki, zmieniało oddech w obłoczki pary, a na rzęsach osadzało szron. Na plecach niosła lekką kuszę. Przy jej boku kołysał się kołczan z bełtami. Solais szedł tuż obok. Tak samo ciepło odziany. Ich spojrzenia się spotkały. To też dało jej uspokajającą pewność. Tropili dzika. Młodego samca, który odłączył się od stada. Śnieg był usiany śladami zwierzęcia. Prowadziły ich na dół stromego ośnieżonego zbocza. Nagle spojrzeli po sobie. Na dole stoku rozbrzmiewały głosy. Chrapliwe słowa, wypowiadane w twardej, surowej mowie. Schronili się za krzakami porastającymi szczyt wzniesienia. Ostrożnie podeszli do krawędzi stromizny i spojrzeli w dół.
Orkowie. Pięć potężnych postaci o zielonkawej skórze, odzianych w futra, dzierżących broń. Wojownicy przerastający człowieka, nawet o kilka głów, o mięśniach jak postronki i potężnych ramionach. Ich twarze miały toporne rysy, spod kapturów i czap wysypywały się czarne, tłuste włosy. Porośnięte skromnymi świerkami, skąpane w śniegu dno kotliny rozbrzmiewało głosami orków. Zdążyli już oprawić dzika. Imeall zaklęła cicho. Ani ona ani jej towarzysz nie poruszyli się. Wymienili spojrzenia. Nas dwoje na ich pięciu. Próbować? Szukać innej zwierzyny? W powietrzu rosło napięcie. Nagle między głosy orków wdarło się krakanie. Siwa, czarnoskrzydła wrona przysiadła na świerkowej gałęzi, tuż obok elfki i jej towarzysza. W powietrzu rozbrzmiał jej skrzek. Zielonoskórzy podnieśli głowy. Na pozór nie było nic wzbudzającego podejrzenia w niewinnej kępie iglaków, na której zatrzymali wzrok. Ale orkowie wychowali się w Dolinie Lodowego Wichru. Umieli odczytać znaki z drobniejszych wskazówek. Z układu tropów na śniegu i lotu ptaków. Zanim w ich kierunku pomknęły strzały Imeall rzuciła coś między przeciwników. Ogień. Żywy płomień zamknięty w niewielkim flakoniku. Jedna z tych zabawek, które zostały jej z poprzedniego życia, z którego niewiele pamiętała. Butelka rozbiła się między nieprzyjaciółmi, płomienie objęły jednego z grupy. Drugiego ogniste języki lizały po ręce. Padli na śnieg by stłumić płomienie. To wystarczyło. Solais rzucił się zboczem w dół, między wojowników. Pociski wystrzelone z kuszy elfki skróciły męki zielonoskórych, których pocałował ogień. Jeszcze trzech. Na zboczu kotliny miecz Solaisa odebrał wolę walki kolejnemu z przeciwników, który zmierzał w stronę elfki. Postawny wojownik orków chciał przeciąć strumień pocisków spływających z jej kuszy. Imeall zaklęła i zbiegła w dół zbocza. Towarzysz był sam, na dwóch zielonoskórych osiłków, znacznie od niego silniejszych. Śnieg tamował ruchy, spowalniał ciosy. Nie chciała patrzeć z wysokości zbocza, zza zasłony kuszy jak Solais spóźnia się z uderzeniem miecza i śnieg plami czerwień jego krwi. Gdy mężczyzna zobaczył, że elfka przyszła mu z pomocą uśmiechnął się. Swoim charakterystycznym ironicznym skrzywieniem warg. Stanęli plecami do siebie. Imeall objęła orków spojrzeniem. Zielonoskórzy krwawili, zmęczenie wydobywało z ich ust chrapliwe oddechy przystrojone w obłoczki pary. Miecz Solaisa zebrał już swoje żniwo. Imeall zobaczyła błysk w oczach towarzysza. Ruszyli w morderczy taniec, zawsze obok siebie, zawsze razem. Solais i Imeall. Zawsze razem.
Renlav cieszył się ostatnimi promieniami wrześniowego słońca. Myrmylle zabrała pusty gąsiorek, którego szklane wypukłości jeszcze niedawno wypełniało wino. Poszła po nalewkę i kolejny talerz ciastek. To prawda, z biegiem lat zaczynała coraz bardziej przypominać stateczną, hobbicką matronę. Jednooki rozkoszował się tą chwilą niespiesznego, jesiennego popołudnia. Wkrótce nadejdzie zima. Nad Morze Mieczy powrócą gwałtowne sztormy i mroźne wiatry. Ale teraz dookoła pachniało rozgrzanym w słońcu drewnem i winoroślą. W powietrzu unosił się delikatny aromat dostatku, porządku i czystości, o który Sasei tak dbał w swoim małym królestwie.
Na twarz Renlava padł cień. Podniósł oczy. Przed nim, pośrodku słonecznej werendy stała drobna kobieta w średnim wieku. Na jej twarzy pokrytej już delikatną siecią zmarszczek wykwitł uśmiech. Proste, brązowe włosy zaznaczone pasmami siwizny okalały jej drobne policzki. Ich linia kończyła się na wysokości podbródka. Furtka nie zaskrzypiała Jednooki nie zauważył jak nieznajoma weszła na werandę.
- Pani...- głos złodzieja zawisł w powietrzu pod ciężarem niewypowiedzianego pytania.
- Steele i jej drużyna żyją. To wszystko co musisz wiedzieć. Nie szukaj ich. Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Renlav chciał wstać, zasypać kobietę gradem pytań. Ale ona uśmiechnęła się, a potem wykonała w powietrzu ledwo zauważalny gest dłonią.
I zniknęła.
