A/N: Rozdział drugi, w którym Fai jest pijany, rozdaje i otrzymuje uściski, zaś autorka uświadamia sobie, że byłoby miło, gdyby ktoś narysował dla niej Kuro-ryba.

Specialowe dzięksy dla Stokrota za wełnistą ideę!


Głupol mógł poszczycić się wieloma umiejętnościami i talentami. Jednym z owych talentów była, zdawałoby się niewyczerpana, umiejętność podejmowania głupich działań, które rodziły się z równie głupich pomysłów.

Często były to głupie działania podejmowane pod wpływem radosnego upojenia alkoholowego.

Jak na przykład pomysł z przyodzianiem Kurogane w sweter. Sweter, który został własnoręcznie wydziergany przez Faia.

A było to tak:

Sobota wieczór, Yuui wraz – wówczas jeszcze – narzeczoną udali się do kina, Fai został w domu sam. A skoro był sam, to mógł zasiąść w salonie w towarzystwie wina (wina radykalnie przegryzanego orzeszkami w posypce) i oddać się oglądaniu starych musicali. Nie do końca pojmował ludzi, którym obce było samotne picie. Że niby… niekulturalne? Niemoralne? Skłaniające do alkoholizmu?

- Byzydura! – powiadomił samego siebie.

Maraton musicalowy brutalnie przerwano ciągiem reklam, Fai został zmuszony do skakania po kanałach.

- Jeśli sam siebie nie będziesz rozpieszczać, to nikt inny tego za ciebie nie zrobi! – odezwał się dość głośno (i już nieco niewyraźnie) w przypływie nieokreślonej weny. I dolał sobie alkoholu.

Tłumiąc ziewnięcie wlepił wzrok w prognozę pogody, na którą udało mu się natrafić.

Pani pogodynka prezentowała oglądającym jakieś ekstremalne zjawisko pogodowe: niż baryczny, czy inne paskudztwo natury klimatycznej, które miało uczynić łagodną porę zimową panującą na wyspie nieco bardziej radykalną. Miało przynieść deszcze, możliwe huragany i spadek temperatury powietrza.

Fai zamrugał powoli. Tylko trzynaście stopni Celsjusza nocą…

- Zimno! – mruknął.

Kilka lat pomieszkiwania na cieplutkiej wyspie skutecznie zatarło w Faiu wspomnienia prawdziwych, rodzimych mrozów.

Mimowolnie pomyślał o znajomym trytonie, który nie miał możliwości zamknięcia okna, ani też przykrycia się kocykiem na noc.

W innych (trzeźwych) okolicznościach Fai pamiętałby, że ciepłota tutejszych wód zawsze utrzymuje się w optymalnej, przyjemnej temperaturze, która umożliwia wzrost rafie.

Ale czy na każdej głębokości…? Nawet na głębokiej głębokości…?

- Tam, gdzie nocują syrenki?! – zawołał ze współczuciem Flourite.

I właśnie wtedy Wspaniała Idea narodziła się w blond-głowie.

Wychylił kieliszek do dna i zdecydowanym ruchem odłożył go na stolik.

- Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu…! – zacytował jednego z wielkich współczesnych myślicieli, a potem z lekka się zataczając pognał w górę po schodach.

Zrobi dla Kurogane sweter! Śliczny, cieplutki sweter, z rodzaju tych, które pomogą przetrwać chłodne noce!

Otóż to, moi drodzy, Fai Flourite potrafi posługiwać się drutami! Nie tylko drutami, ale i szydełkiem! Tak, tak, miał pewien epizod w życiu, który zapoczątkowały dodatkowe zajęcia techniczne w szkole podstawowej. Potrafił zrobić szalik, czapkę i pasujące rękawiczki, i sweter dla pluszowego misia… Epizod trwał tak długo, dopóki Fai nie odkrył, iż nową pasją Yuuiego stały się chrząszcze. Błyszczące chrząszcze przebiły swą atrakcyjnością robótki.

No, skoro kiedyś poradził sobie z ubrankiem dla pluszaka… to i teraz poradzi sobie z taką większą wersją dla większej i ruchomej wersji misia!

Po nielichym przekopaniu poddasza udało mu się znaleźć parę bliżej niezidentyfikowanych drutów i trochę (dość starawej) wełny w granatowym kolorze.

- Twarzowy odcień – doszedł do wniosku Fai. Był w tak dobrym nastroju, że nawet szałowa magenta zapewne okazałaby się akurat w tym momencie kolorem wręcz stworzonym dla Kurogane.

Zaopatrzony z druty, wełnę i laptopa wtoczył się z powrotem do salonu.

Pokrzepił się winem, przełączył na musical (festiwal reklam już się skończył) i otworzył laptopa, by przypomnieć sobie jak to wszystko szło… Jakieś ściegi, sposoby łączenia, przydatne sztuczki…

Obudził się dobrych kilka godzin później. Z bolącą głową, nadal na sofie w salonie, tyle że przykryty kocem, który musiała pozostawić mu jakaś dobra dusza po powrocie z kina.

Usiadł. Zastanowił się dlaczego tak strasznie, strasznie chce mu się pić i dlaczego jego stopy są czymś poplątane. Coś okazało się być włóczką, na końcu której Fai odnalazł druty z… kolejnym czymś. No litości, co to mogło być…? W swojej obecnej formie przypominało… cóż, początek jakiejś idei. Bardzo poplątanej, niezgrabnej i niewprawnej idei.

Kolejna iluminacja nadeszła dopiero w kuchni, do której niezwłocznie udał się w poszukiwaniu jakiekolwiek płynu.

Sweter! Tkwiące na drutach To musiało być zdumiewającym pratworem, podwaliną pod Kurogański sweter!

Ale, ale! Koniec! Dość tych bzdur! Na trzeźwo trzeba wziąć się do porządnej roboty!

Jeszcze tego samego dnia Fai zakupił dwie pary drutów i kilka motków niebieskiej wełny.

Stworzenie swetra od podstaw zajęło mu kilkanaście trudnych (częściej niż rzadziej urozmaiconych winem) wieczorów. Pozostali domownicy okazywali uprzejme zainteresowanie, lecz nic poza tym. W pewne sprawy lepiej za bardzo się nie zagłębiać, niewiedza jest błogosławieństwem i temu podobne.

Szedł na plażę radosny, dumny i – znów – lekko upojony.

Sweter wyszedł Faiowi naprawdę nieźle. Z kilku odcieni szafirowej włóczki i w warkoczykowe wzory prezentował się po prostu ładnie. Trudno powiedzieć jak będzie prezentował się na trytonie, gdyż Flourite zrobił go raczej na oko.

Ale liczą się dobre chęci, czyż nie?

- Dla ciebie, Kuro-pon. Załóż – powiadomił Fai syrenka, który łypał podejrzliwie na niebieski pakunek odkąd ujrzał go po raz pierwszy.

Brunet rozłożył przed sobą podarunek. Jego konsternacja nasiliła się. Taaak, to musiało być jakieś… ubranie. Prawdopodobnie. Tylko czemu takie grubaśne i drapiące…?

- Sam go zrobiłem – pochwalił się mężczyzna. Zarumienił się i dodał ciszej: – Niespodzianka.

Kurogane fuknął. Uhum, wszystko fajnie, tylko te rumieńce na Faiowej gębie trochę podejrzane, bo utrzymują się od samego początku i… Tryton wciągnął powietrze nosem. Ach. Znał ten specyficzny drożdżowy zapach. To nieco wyjaśniało.

„Czy to jest…", zawahał się i dopisał na piasku „owoc?" wskazując jednocześnie na naszywkę zdobiącą sweter.

Blondyn pokiwał skwapliwie głową.

- Gruszka! – powiedział z szerokim uśmiechem. Widząc niepewność wymalowaną na twarzy trytona postanowił interweniować. – Poczekaj, zaraz pomogę ci włożyć…!

Wspólnymi siłami uporali się ze swetrem.

Kurogane nadal wyglądał niewyraźnie, Fai w zachwycie pstrykał zdjęcia telefonem.

- Jesteś z jakiś milion razy bardziej czarujący i słodszy niż te wszystkie kotki w sweterkach razem wzięte, które widziałem w sieci! Od tej chwili powinien zaistnieć osobny dział „syreny i trytony w swetrach"!

Obdarowany tymczasem skubał palcami tę nieco dziwaczną część kołnierza, którą blondas nazwał „golfem". I wyglądał tak, jak gdyby przyszło mu się mierzyć z błahym problemem, który wynikł nieoczekiwanie i który w najbliższej przyszłości przerodzi się w problem niezwykle poważny.

- Coś nie tak? Gryzie cię?

Na pytanie Faia tryton uniósł tylko brew. Gryzie? Ludzka odzież… potrafi walczyć? Spożywać? Machnął dłonią, powiadamiając Faia, że bynajmniej nie o żadne gryzienie tu się rozchodzi. Przymknął oczy w wyrazie „Przetrzymam to. Jakoś. Oby.".

Flourite poczynił ostatnią fotkę i jeszcze raz z dumą przyjrzał się swemu Ukończonemu Dziełu.

Nowo zakupiona wełna okazała się być w istocie bardzo twarzowa, warkoczyki wyglądały dobrze, wszyta gruszka komponowała się z surową twarzą Kuro-rybka po prostu prze-cu-do-wnie, kołnierz układał się znakomicie, do tego rękawy – w ulubionym przez Faia stylu, czyli trochę za długie – były na tyle obszerne, by mieściły się i w nich i bicepsy i wszelkie płetwo-błony, tylko… kurcze, jednak źle ocenił szerokość pleców. Okej, w tej głównej części torsu i pleców sweter był trochę zbyt dopasowany. Ale, o dziwo, ta spora płetwa grzbietowa jakoś się zmieściła i to było najważniejsze!

Pełny sukces, nie ma co się rozdrabniać! - zapewnił Faia spożyty alkohol, a Fai z uśmiechem przyznał mu rację.

- Wiesz co, Kuronta, trochę przypominasz mi teraz mojego dziadka – obdarzył syrenka osobliwym komplementem, by za sekundę klęknąć i bezceremonialnie zgnieść go w uścisku. – Nie proszę w zamian za sweterek o nic, prócz kilku uścisków!

I może takiego tam małego… wkładania rąk tu i ówdzie, dodał w myślach.

Z trudem, bo trudem, ale udało mu się włożyć dłonie pod sweter i objąć plecy Kurogane. Trzeba korzystać z okazji, że tryton ma na sobie coś pod co Fai może się dowolnie wciskać.

Tutaj odniósł wrażenie, że brunet naprężył się i zacisnął dłonie na ramionach przyjaciela w nieokreślonej próbie obrony. Po kilku chwilach zwiotczał, więc Flourite, mrucząc z zadowolenia, przylepił się doń jeszcze mocniej i skuteczniej.

Nic prócz tulenia, takiego tam wkładania rąk i gryzienia w ucho.

Po tymże mentalnym doprecyzowaniu Flourite entuzjastyczne ugryzł rzeczone ucho i zdziwił się nieco taką, a nie inną reakcją ze strony drugiego osobnika.

Kurogane nie tyle oklapł, co leżał bezwładnie na Faiu.

- Ne, czy to trochę nie za wcześnie na omdlewanie z przyjemności…? – mruknął przymilnie i dla pewności podarował uchu jeszcze jedno ukąszenie.

Dopiero wówczas Kurogane udało się spojrzał na niego z bliska. Pan nauczyciel zignorował wyrzut i niemą prośbę o pomoc wymalowaną na twarzy towarzysza, zbyt skupiony na jego dziwnie przymglonych oczach i ustach łapiących powietrze w krótkich, rwanych wdechach, które to uznał za bez wątpienia estetycznie przyjemne. Choć widział podobne reakcje u rybka po raz pierwszy w życiu.

Po raz pierwszy widział też, by oczy trytona wywróciły się białkami do góry, a głowa opadła bez czucia w tył.

- Hej… Kuro? Co ci jest? – Alkohol nie pozwalał Faiowi na natychmiastowe wpadnięcie w panikę, tym bardziej, że syrenek ani nie tracił przytomności, ani nie umierał, o czym świadczyło słabe podrygiwanie jego odzianych w wełnę ramion.

- Zupełnie jak śnięta ryba! – zdumiał się wielce Flourite.

Kierowany tym tropem przesunął wzrok w to miejsce, gdzie pod swetrem kryły się żebra i skrzela trytona.

- Kuro-pon, nie przesadzaj! – prychnął i wczepił palce w warkoczykowe sploty, by móc lekko potrząsnąć sporym bezwładnym ciałem. – Tylko dzieci żyją w przekonaniu, że swetry z golfem czekają, by je udusić! Wełna bez problemu przepuszcza powietrze, daj spokój!

Kurogane nie wydawał się być przekonany tą logiczną argumentacją. Nieco urażony Fai puścił warkoczyki, co zaowocowało tym, iż tryton rąbnął bezwolnie na bok, przetoczył się na plecy i… pozostał w tej pozycji.

Przypatrujący się temu wszystkiemu mężczyzna podjął kolejną trudną próbę wyciągania wniosków.

Wełna przepuszcza powietrze, co do tego nie ma wątpliwości. Ale Kurogane przyzwyczajony jest przecież do oddychania tlenem rozcieńczonym w wodzie, a nie do noszenia dopasowanych swetrów i… Czy te jego biedne skrzela mają w ogóle miejsce, by rozchylać się pod przepuszczającą wełną…?

- Oj – ocenił Fai.

Tego się nie spodziewał. Że też Kurogane zachciało się tracić przytomność z tak błahego powodu!

Spożyty alkohol poradził Faiowi, by ten coś uczynił, a nade wszystko się pospieszył, bo wbrew pozorom cała sytuacja wygląda jednak trochę gorzej, niż źle. Bez sekcji anatomicznej przeprowadzonej na syrenie Fai wiedział tyle, że Kurogane radzi sobie z oddychaniem pod i nad wodą – znów osobliwość na oceaniczną skalę – tylko za pomocą skrzeli. Jak nic to musiały być jakieś suuuper wydajne i suuuper rozwinięte skrzela (skrzelopłuca…?), ale tak jak każde inne lubiły się otwierać i być wilgotne. A Fai chyba im to uniemożliwił.

- Naprawdę przesadza … – burczał do siebie mężczyzna podczas pospiesznego aktu ściągania butów. – Zresztą, miał dość czasu, by dać mi znać, że źle się czuje, hmpf.

Uporawszy się ze skarpetkami, zabrał się za ściąganie niefortunnego prezentu z trytona. Było ciężko. Szczególnie, kiedy głowa Kurogane jak na złość postanowiła zablokować się w przemyślnym golfie. Koniec końców syrenek został uwolniony. Fai chwycił go za nadgarstki akurat w chwili, gdy pokrywy skrzelowe otworzyły się z cichym mlaśnięciem. Blondyn wzdrygnął się mimowolnie. A już prawie polubił tę najmniej fajną część Kurogane, już prawie!

- Wytrzymaj jeszcze trochę… – stęknął ciągnąc nieprzytomnego do morza. Niektórzy mają szczęście ratować wyrzucone na plaże rekiny, inni - trytony. A to ci dopiero przygoda. Już w wodzie wturlał Kurogane na większą głębokość, dyskretnie pomagając sobie w tej czynności stopami.

Przysiadł w kucki na suchym piasku obserwując jak syrenek powoli – dosłownie – budzi się do życia. Z niezadowoleniem odkrył, że przez cały ten wysiłek fizyczny zupełnie wytrzeźwiał.

- Prezent nieudany, butli wina na plaży brak – odezwał się półgłosem. I nadął się nieco.

Kurogane w międzyczasie wypełzł z wody i bardzo się starał przybrać neutralny wyraz twarzy. W rzeczywistości udało mu się uzyskać osobliwą mieszankę wstydu, poirytowania i rozżalenia.

Fai nie wiedział co powiedzieć, więc dołączył do pieczołowitego oglądania blaszek skrzeli w poszukiwaniu jakichś zagubionych wełnianych kłaczków. I usiłował się przy tej czynności nie krzywić.

Co zrobić z tym - teraz zapiaszczonym - prezentem? Bez słowa schować na dno torby?

Ku zdumieniu Flourite'a tryton ni stąd, ni zowąd poczynił ze swetra zgrabny tobołek i wcisnął pod pachę na znak, że to jego własność.

- Em, ale…

„TO MÓJ PREZENT" – powiadomiły Faia dobitne wersaliki. „Dałeś mi go, nie?" – spytały już nieco kulturalniejsze, mniejsze litery.

- Owszem – zgodził się blondyn. – Nie sądziłem jednak, że po tym… małym incydencie zechcesz go zatrzymać.

Kurogane fuknął, co w wolnym tłumaczeniu znaczyło mniej więcej tyle, co: „Chcę!"

I pochylił głowę w podziękowaniu, na co Fai - nadal w kuckach - zakołysał się radośnie na piętach.

Ba, obiecał nawet od tej chwili nie korzystać z pomocy wina przy codziennych, małych i większych decyzjach i dzielnie trwał w tej decyzji do dziś.

Kurogane natomiast do dziś, będąc pewnym, że nikt go nie widzi, wyciągał ze swojej sprawdzonej kryjówki już nieco nieforemny wełnisty kształt, by napawać się jego gryzącym dotykiem i osobliwym pięknem.

No, akurat w tym nowym, dzisiejszym wypadku działanie dwunoga było nie tyle głupie, co niedorzeczne.

Ostatnio, w rzadkich chwilach wolnych od jakiejkolwiek produktywnej działalności związanej z pracą, czy domem Flourite namiętnie wsłuchiwał się w oceaniczną głębię. Wsłuchiwał się online, rzecz jasna.

A gdy nasłuchał się wystarczająco, przerzucał tyle, ile mógł na telefon i pędził na plażę, by zadręczyć swą nową namiętnością Kurogane. Naturalnie, tryton miał pełnić rolę nie byle jaką, bo translatora treści, które skrywały oceaniczne głębiny.

Prawdę powiedziawszy, Kurogane nie był pewien, czego Fai się spodziewał. Jakich odkryć oczekiwał. Liryki tworzonej przez humbaki? Najnowszych plotek uszatek?

Kurogane i tak robił, co mógł, by przekład treści przekazywanych przez morską faunę był choć trochę atrakcyjny. Choć dość trudno nadać atrakcyjny akcent treściom tak prostym jak: „Jestem tu, a gdzie ty jesteś?", czy: „Bezpiecznie, nie ma zagrożenia".

No ale skoro Faiowi zależało…

Po kolejnym pliku, który zawierał niskie buczenie poprzetykane wysokim ćwierkaniem tryton nie tyle się nudził, co miał dość zwyczajnie zwierzęcego trajkotania.

„To brzmi trochę jak twój pusty żołądek" – napisał Faiowi i wsunął się między fale, zanim człowiek zdobędzie się jakąś jakże trafną i jakże miażdżącą ripostę.

Mhm, tak lepiej. Rześko. Morze wypłucze wszystkie upierdliwe ziarenka piasku, które w ciągu ostatniej godziny dostały się w każdy niepożądany zakamarek Kurogane.

Następnie powynurzał się ponad fale odrobinę częściej, niż było to potrzebne, aby Fai mógł popodziwiać błyski rozszczepionego światła w łuskach na ogonie oraz łuk imponujących pleców Kurogane. Mógłby pokazać Faiowi więcej. Dużo więcej, gdyby mężczyzna mógł wytrzymać pod wodą dłużej, niż kilka minut. Nie żeby Kurogane wiedział co dokładnie należy pokazywać oraz robić, żeby wywołać na swoim partnerze piorunujące wrażenie i zmiękczyć wszystkie jego ruchome kończyny… ale wierzył, że gdyby przyszła odpowiednia pora poradziłby sobie doskonale. W końcu nie raz i nie dwa widział co czynił ojciec, aby okazać mamie zainteresowanie, w jaki sposób krążył wokół niej skłaniając, by i ona podjęła grę tanecznych, płynnych ruchów i subtelnych, tylko z pozoru przypadkowych, czułych otarć.

Kurogane na pewno by sobie poradził. Jakoś.

Na razie mógł służyć jedynie radą Syaoranowi, choć był to wyczyn niemały. Bo choć młody miał serce szlachetne, a intencje jak najbardziej czyste i przepełnione miłością, to… cóż, jego wybranka i Fai różnili się między sobą drastycznie pod względem anatomicznym. A także – co wynikało z opowieści chłopca – pod praktycznie każdym innym względem.

Mimo wszystko, tryton wylazł na plażę zadowolony i dumny z wrażenia jakie najpewniej wywołał na dwunogu.

...Taaak...

Dwunóg gapił się gdzieś daleko w horyzont, pogrążony w tym dziwnym, ni to nostalgicznym, ni smutnym zamyśleniu, a gdy spostrzegł trytona jego wargi wygięły w – zbyt wymuszonym jak na Kurogańskie gusta – uśmiechu. Uśmiechnął się znacznie szerzej i szczerzej spostrzegłszy kawałek wodorostu, który przylepił się do czarnych włosów.

Cóż, strzępki glonów poprzylepianych tu i ówdzie raczej nie nadają atrakcyjności, to było na tyle, jeśli o marne próby czarowania chodzi.

Zmarszczył brwi widząc, iż Flourite znów zaczyna jeździć paluchem po ekraniku swojego telefonu.

„Więcej tłumaczyć nie będę!" – chciał powiadomić Kurogane, lecz blondas wyprzedził go co nieco absurdalnym spostrzeżeniem.

- Zazdroszczę ci, a raczej… wam, że możecie tego wszystkiego słuchać.

Zmarszczone brwi uniosły się nieco w akcie niezrozumienia.

Co to miało znaczyć…? Ludzie nie mają sucholubnych zwierząt, które lubią muczeć, buczeć i świergotać?

Akurat. Kurogane sam przecież widział (w telewizji) te mucząco-buczące łaciate fabryki mleka! I to zaledwie kilka lat temu!

„Czego niby nam zazdrościsz?" – napisał wyzywająco.

Fai poczynił nieokreślony ruch głowy i ramion, co oznaczało, że nie jest pewny odpowiedzi, której musi udzielić.

- Może życia…? Takiego wolnego, innego niż sam prowadzę?

Tryton zerknął na niego ze słabo skrywanym niedowierzaniem.

- Nasze życia bywają dość nijakie. Monotonne. Jałowe, jeśli nie uda ci się ułożyć takiego życia po swojemu. Jeśli nie masz celu.

Już nie zerkał. Gapił się osłupiały.

Wychodziło na to, że Fai uważał swoje życie za złe, tylko dlatego, że było… nudne…? Nic, tylko palnąć w ten jasny łeb!

Zdawał sobie sprawę, iż ludzkie życia, te porozrzucane po całym, caluśkim świecie drastycznie się od siebie różnią – bywają koszmarem ubóstwa, nękane wojną i chorobami, albo też niesprawiedliwie, durno i przesadnie majętne. Ale, doprawdy, jak na oko Kurogane Fai plasował się gdzieś po środku, jeśli o dochody chodzi, nie musiał martwić się o jutrzejszy obiad, ani o żadną śmiertelnie zakaźną chorobą…

- Chciałbym pływać z humbakami! – westchnął tęsknie człowiek.

No masz, zaczyna się. Z drugiej strony, lepsze humbaki, niż delfiny, za którymi Fai też swego czasu tęsknił. Jak mógł widzieć w tych bestyjkach tylko wesołe, uśmiechnięte pyszczki? Gdyby wiedział jakie są cwane i jakie bywają napastliwe… w różnym znaczeniu tego słowa…

- Pływałbym z humbakami i niczym nie musiałbym się martwić!

Oho, kolejna rewelacja. Nie musiałby się martwić wcale, a wcale o to, czy przypadkiem śladem humbaków nie podąża stadko orek, ani pasożytami, które mógłby od tych łagodnych olbrzymów złapać…

Niee, żadnych powodów do zmartwień. A życie ludzkie takie nudne, jednostajne i w ogólne beznadziejnie bezpieczne!

- I wiesz chyba, Kuro-sama, kto by mi w tym pływaniu, z własnej, nieprzymuszonej woli towarzyszył? – Flourite posłał trytonowi grymas, który w założeniu miał być tym uśmiechem z rodzaju tych rozbawionych i nieco głupkowatych, a ostatecznie znów okazał się uśmiechem smutnie wymuszonym.

W tym wypadku brunet w pełni Faia rozumiał.

Jak już zostało wspomniane nieco wcześniej, Flourite odczuwał przemożną, niepowstrzymaną chęć dokarmiania Kurogane. I nie był w tej chęci osamotniony. Problemem nie było to, iż Fai ryb jeść nie chciał. Prawdziwą udręką był fakt, iż na jednej tej, w gruncie rzeczy skromnej, chęci się nie kończyło. Z natury samotniczy Kurogane niepostrzeżenie odkrył, że nie ma nic przeciwko idei spędzania z Faiem całego dnia i nocy (nie to, żeby kiedykolwiek miał okazję do podobnych przyjemności). Że chciałby radzić się Faia przy niektórych codziennych wyborach, bo człowiek nieraz udowodnił, że potrafi myśleć bardzo sprawnie i bardzo szybko. Dręczyło go, że nie może Faia porządnie pouczyć podwodnego życia, bo zbyt wiele kwestii było dla dwunoga zbyt abstrakcyjnych, a jeszcze więcej nie dało się opisać tymi słowami, którymi obaj dysponowali. Męczyło go, że nie może dotknąć tych uspokajająco miękkich blond włosów wtedy, kiedy ma na to cholerną ochotę. A cholerną ochotę miał zdecydowanie częściej, niż tylko przy zbyt cholernie rzadkich okazjach, gdy miał Faia na wyciągnięcie cholernej ręki!

Ale najgorsza była… nie tyle chęć, co jakaś absurdalnie pierwotna potrzeba, która lubiła napadać na Kurogane w najmniej spodziewanych momentach. Napadała i wstrząsała nim do głębi, bo kryły się za nią i tęsknota, i niepokój, i nade wszystko bezsilność. A owa wspomniana potrzeba prezentowała się tak: Kurogane chciał Faia CHRONIĆ. Opiekować się tym głąbem, być do jego dyspozycji całym ciałem, duszą i sercem.

I nie miał takiej możliwości! Co było niezmiernie frustrujące i skutkowało zgrzytaniem zębami i straszliwie podłym humorem za dnia, a bezsennością z tęsknoty i lęku nocą.

Do diaska, pływałby z tym blond-draniem nie tylko z humbakami, ale i z delfinami, ośmiornicami, czy z czymkolwiek by sobie drań nie zamarzył… GDYBY TYLKO BYŁO TO MOŻLIWE.

I znów się Kurogane popisowo sfrustrował. Dzięki bogini tym razem miał swojego człowieka tuż obok, dzięki czemu mógł go swobodnie poczochrać. Co też uczynił.

Od razu lepiej i milej.

A potem wyjął ze słabo protestujących rąk telefon, a w zamian wręczył im książkę, którą udało się mu wygrzebać z torby. Lubił, kiedy Fai mu czytał. Owszem, na upartego mógłby robić to sam, choć czytanie dłuższego tekstu drukowanego małą czcionką prędzej, czy później skutkowało u trytona nieprzyjemnym, kompletnym rozmazywaniem się druku, a także – niekiedy – bólami głowy. Nic nie mógł poradzić na słaby wzrok na lądzie, tak samo jak Flourite nie mógł poradzić nic na upośledzony węch pod wodą.

Poza tym lubił słuchać głosu Faia, kiedy ten opowiadał, bądź, no właśnie, czytał. Flourite wkładał w czytanie całe jestestwo, bez problemu radził sobie z modulacją głosu tak, by czytanie było nie tylko przyjemne, ale i nastrojowe. Czasem podczas czytania robił miny, których chyba nie potrafił kontrolować, co też stanowiło dla Kurogane jakiś rodzaj dodatkowej rozrywki.

Kurogane z przyczyn oczywistych nie mógł Faiowi czytać, więc mu opowiadał. Opowiadał słowem pisanym, sporo gestami, mógłby opowiadać też całym ciałem, gdyby nie to, że – tu znów pojawiał się stały problem – podczas opowiadania przebywał na lądzie. Opowiadał wszystkie historie, jakie tylko pamiętał. Jakie tylko przychodziły mu do głowy – baśnie dla dzieci i dla dorosłych, legendy, wierzenia, bardzo stare i ponoć prawdziwe historie… i wiele innych. Fai spisywał tyle, ile mógł, bądź też zabierał ze sobą nieco chaotyczne notatki trytona szczęśliwy, że udało mu się uzyskać kolejną perełkę do kolekcji wytworów syreniej kultury. Ponoć to wszystko gdzieś przechowywał i z nikim się tym nie dzielił. Bogowie wiedzą, gdzie to wszystko mu się w domu mieściło.

Mniejsza z tym. Grunt, że Fai przyjął książkę z westchnięciem w rodzaju: „Chyba nie mam wyjścia", wykopał płytki dołek w piasku, w którym mógł się wygodnie umościć, a następnie wyciągnął nogi i z pokerową miną położył nagie stopy na wciąż wilgotnym ogonie syrenka. Kurogane w przeszłości podnóżkiem był już kilkukrotnie, nauczył się też, że awantura o to absolutnie niczego nie zmieni. Pogodził się z rolą mebla i sam oparł się na łokciu przyjmując mniej więcej komfortową pozycję.

Mieli rozpocząć wspólne czytanie nowej historii, więc tak jak zwykle Fai jeszcze raz zaprezentował Kurogane przód książki, by syrenek mógł swobodnie przeczytać tytuł, a potem sam przebiegł wzrokiem po opisie umieszczonym z tyłu i powiedział:

- To historia pewnego małego stworzenia, które wyruszyło w wielką podróż i wróciło z niej zupełnie odmienione.

Następnie zaczął czytać. Kurogane słuchał.


Od wspólnego czytania minął przeszło tydzień, Fai wybierał się na plażę dwukrotnie i wracał z niczym. W takich wypadkach (przydługie) przypuszczenie „I nigdy więcej go nie zobaczysz, bo kilka dni temu został ranny i umarł z powodu zakażenia, a jeśli nie wierzysz w zakażenie, pozostaje jeszcze jakiś tysiąc innych powodów jego nieodwracalnej nieobecności." wypełzało z najgłębszych i najmroczniejszych otchłani myśli Flourite, by – skutecznie – dołować go i dręczyć.

No nic, spróbuje pojutrze, w sobotę.

A na razie spać.

Z półsnu zbudziła go wibracja telefonu.

- Kuro…? – mruknął cicho, by za chwilę uświadomić sobie już nieco trzeźwiej: – No, to musiałby być naprawdę wodoodporny model.

Położył się na łóżku, przejrzał wiadomość.

Och. Znowu ta dziewczyna. Ta dziewczyna, której cel był Faiowy znany i prezentował się wybitnie łóżkowo. Hm, kryła się w tym pewna prostota i szczerość uczuć – żadnej zabawy w romansowanie, dawania sobie kwiatków i chodzenia za rękę.

W gruncie rzeczy… to by było takie proste.

Tak prosto dałoby się wdać w relację, która nie pociągałaby za sobą praktycznie żadnych konsekwencji. Nikt postronny by się o tej relacji nie musiał dowiedzieć, niosłaby za sobą same korzyści – odprężenie i ulgę od codziennej chandry, stresu i zmęczenia.

Nie no, super pomysł. A co dalej? Kolejna kobieta, potem może mężczyzna, znów kobieta, ślub, dzieci, pozostanie tylko posadzenie drzewa…

Poderwał się z nagłym sap!.

Jak mógł, jak w ogóle mógł rozważać podobne wyjście zupełnie na poważnie!?

I już pukał do pokoju zajmowanego przez Yuuiego i Yuzuki. Jakaś nikła myśl pisnęła, że Fai nie powinien tego robić, bo pozostali domownicy udali się na spoczynek godzinę temu, ale… cholera, to była Pilna Potrzeba!

Odzewu brak, więc Fai Flourite wkracza, klęka na łóżku i potrząsa bratem.

- Yuui, Yuui, co ja zrobiłem!

Młodszy Flourite stęknął i podniósł rozczochraną głowę znad poduszki, by móc spojrzeć na brata mocno zaspanym wzrokiem.

- So… co? Zrobiłeś? Co się stało?

- Zdradziłem Kuro-puu! – wyznał swe winy Fai i dla podkreślenia dramatycznego wydźwięku sytuacji jeszcze raz potrząsnął drugim mężczyzną.

- Co…? – Yuui stłumił ziewnięcie. – Kiedy…?

- Przed chwilą! Mentalnie! – obwieścił pytany wstrząśniętym szeptem.

Yuui zdobył się na zmęczone westchnięcie.

- Porozmawiamy o tym jutro – powiedział kładąc się z powrotem obok Yuzuki.

- Jutro będzie za późno! Wyrzuty sumienia nie pozwolą mi zasnąć!

Cierpienia starszego Flourite'a w pełni wybudziły Yuzuki, która zgarnęła burzę włosów z twarzy, przysiadła przy nogach Yuuiego i spojrzała ze współczuciem na potencjalnego zdrajcę i łamacza serc syrenich. Kilka dobrych lat spędzonych na pracy z przedszkolakami i młodszymi dziećmi nauczyły ją jak radzić sobie w pewnych sytuacjach. Wiedziała też, że pewne sytuacje muszą zostać rozwiązane od ręki.

- Co się stało, Fai? Jesteś samotny? – Spytała kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny. – Opowiedz mi wszystko, proszę. Może będę mogła pomóc.

- Może będziesz mogła jutro… – Burknął do poduszki Yuui.

Pełne zrozumienia zainteresowanie ze strony kobiety roztkliwiło Faia dokumentnie.

- Potrzebuję pocieszenia i przytulenia – zadeklarował i skorzystał z okazji, by wślizgnąć się mimochodem w ramiona Yuzuki – a Yuui nie chce mi żadnego z wymienionych podarować!

- Och, biedactwo… – Mruknęła współczująco gładząc Faia po głowie. – Lepiej?

- Mhm. Lżej na zwichrowanym sercu! – chlipnął prosto w loki kobietki. Pozwolił się jeszcze pocieszać przez dłuższą chwilę, nim rzucił wolne spostrzeżenie: – Yuzu, używasz do włosów wody morskiej w aerozolu, bo wiesz, pachną zupełnie jak włosy Kuro-rina…

Nie dane mu było poznać odpowiedzi na to pytanie, bo został pochwycony za ramię przez Yuuiego i wyprowadzony z pokoju.

- Dość. Ufam ci i cię kocham, Fai, ale nie będę tolerował ściskania mojej żony w moim łóżku! – syknął

- Od kiedy stałeś się taki małostkowy?! – miauknął z pretensją Fai.

Co prawda Yuui zazwyczaj był drażliwy i marudny, gdy wybudzano go nagle ze snu, ale nie sięgał nigdy do rozwiązań fizycznych!

- Od kiedy mój własny brat budzi mnie w środku nocy i robi z siebie durnia.

- Alkohol nie jest najlepszym doradcą! – odrzekł śpiewająco pan nauczyciel w próbie usprawiedliwienia się w najprostszy (i najgłupszy) sposób.

- W dodatku próbuje mi wmówić, że jest pijany, choć to wierutne kłamstwo – syknął ponownie Yuui i otworzył drzwi do pokoju Faia.

No cóż, to prawda, Yuuiego równie trudno było okłamać, co Kurogane…

Rad nie rad, Fai zaczął wycofywać się do pokoju, kiedy znów został pochwycony za łokieć.

- Pamiętasz, jak na studiach potrafiliśmy rozmawiać nawet i pół nocy? – spytał go niespodziewanie cicho i miękko Yuui.

Coś zakuło w sercu Faia. W konfrontacji z takim łagodnym, słodkim Yuuim stawał się bezsilny i po prostu nie mógł się nie uśmiechnąć.

- Jak mógłbym zapomnieć? – odpowiedział równie cicho.

- Dobre czasy. – Przytaknął młodszy brat. – Ale teraz… Inne życie i wiek nie ten – dodał nieco niepewnie.

- Jasne…

Znów zakuło. Znacznie mniej mile, niż poprzednim razem.

Ale nie mógł mieć do Yuuiego pretensji, bo ten… cóż, miał rację. Zupełną, smutną rację. Nagłe nocne wtargnięcie z powodu byle pierdoły, z którejkolwiek strony by na to nie patrzeć, było zwyczajnie durne i dziecinne.

Widząc, że Fai zaczyna mruczeć zawstydzone przeprosiny, Yuui postanowił ukrócić jego męki i wyjść mu naprzeciw:

- W porządku, naprawdę. Możesz przyjść do mnie się wygadać, kiedy tylko chcesz. Tylko… niech to będzie o jakiejś ludzkiej porze, dobrze?

Mężczyzna pokiwał głową. Nie, to nie było tylko czcze pocieszenie na odczepnego, Yuui mówił zupełnie szczerze.

- Kładź się spać i nie myśl o żadnych potencjalnych zdradach, bo nie tylko Kurogane będzie rozczarowany twoim zachowaniem, ale i ja! – powiedział pogodnie.

A potem zrobił rzecz, której Fai zupełnie się nie spodziewał – uścisnął brata, pocałował w czoło i życzył dobrej nocy.

W znacznie lepszym humorze, z nową energią Fai Flourite rzucił się na łóżko, aby zasnąć snem spokojnym.

Po kwadransie bezcelowego leżenia doszedł do wniosku, że kluczowym i problematycznym zagadnieniem może być właśnie ta „nowa energia", która podsuwała mu do głowy co rusz to nowe pomysły do zrealizowania w najbliższej przyszłości.

Między innymi przypomniała mu o tym, że od bardzo, bardzo dawna Fai nic nie napisał. To znaczy, nie napisał nic dla siebie, dla własnej przyjemności, dla samej idei pisania, nie w celach naukowych, nauczycielskich, ani – w celu pogłębienia wiedzy syrenio-oceanicznej…? – żadnych innych.

Fai Flourite usiadł przy biurku, zapalił lampkę, zgarnął z blatu trochę gratów, aby zrobić sobie miejsce. Zastanowił się, czy sławni pisarze też mieli zwyczaj zasiadać do pisania po północy i w samej tylko bieliźnie. Dwukrotnie sprawdził, czy mniej więcej czysty zeszyt, który sobie upatrzył jest nie któregoś z licznych uczniów, a jego własnością. Zawsze pisał na papierze, ołówkiem, długopisem lub piórem, więc niech tradycji stanie się zadość.

Hm, jeśli dobrze pamiętał, jakiś czas temu podjął też decyzję o pisaniu bliżej niesprecyzowanego dziennika. Czy też może pamiętnika…?

Kiedyś… kiedyś pomysły na krótkie opowiadania rodziły się z najbardziej błahych rzeczy. A teraz… cóż, praca i dorosłe życie chyba zabiły cząstkę wybujałej fantazji. Oczywiście, że nie podda się na wstępie! Co jak co, ale znał kogoś, kto fundował Faiowi regularną dawkę magii i przeżyć zgoła niesamowitych.

Dobrze, od czego zacząć? Od realizmu magicznego? Czy pójść prosto w fantasy, w historie o jednorożcach i smokach, które każdy lubi, tylko nie każdy chce się do tego przyznać.

Napisał kilka zdań, trochę chaotycznych i oderwanych od kontekstu, które mogły być środkiem opowieści… albo jej zakończeniem. Spróbował stworzyć plan opowiadania. Nie wyszło. Następnie pisał po prostu to, co akurat siedziało mu w głowie. Mądrzy ludzie nazwaliby to strumieniem świadomości, Fai wiedział tyle, że próbuje opisać to wszystko, co od jakiegoś czasu siedziało mu na żołądku i sercu. Miał być dziennik, choć… nie, to chyba jednak był list do nieokreślonego kogoś. Listy są w porządku. Niech tak zostanie.

Pisał przez prawie godzinę. Kiedy znów zwinął się w kłębek na łóżku, zasnął niemal natychmiast.

Śniła mu się jakaś kobieta, która mogła, choć nie musiała być morską czarodziejką, o której Fai „słyszał" już co nieco. Pokazała mu rzeczy piękne i straszne. W sam raz do umieszczenie w opowiadaniach, które podbiłyby serce każdego marzyciela.

Fai pamiętał te wszystkie niezwykłości przez cały następny ranek. Wieczorem nie zostało z nich nic, co można by spisać ołówkiem na kartce.